Proponuję nie rezygnować tak szybko z limitów zadłużenia.

Poziom zadłużenia w ujęciu general government, jak osiągnęliśmy na koniec czerwca, powinien być wiaderkiem zimnej wody na głowy rozgrzane pomysłami zniesienia konstytucyjnego limitu zadłużenia. Sugestie dotyczące zniesienia limitu, jako krępującej nasz rozwój bariery, pojawiają się z dwóch stron. Z jednej strony ekonomiści i komentatorzy pozujący na anty-liberalnych i otwartych na nowe wyzwania. Z drugiej, najwyżsi urzędnicy państwowi, którzy delikatnie wrzucają w przestrzeń medialną informację o wzroście zadłużenia, unikając podawania liczb. To ostatnie biorą już głównie na siebie niezależne media. Celem polityków rządzących jest oswojenie opinii publicznej z faktem ogromnego wzrostu zadłużenia w ciągu dwóch najbliższych lat. Wg wiceministra finansów Piotra Patkowskiego, konstytucyjny limit zadłużenia – 60% PKB – jest już zbędnym przeżytkiem. Wg niego Polska jest wiarygodnym krajem i 60%-wa bariera jest zbędna.

Zanim ewentualnie usuniemy limit z konstytucji, zastanówmy się czy warto i czy tego na pewno chcemy.

Bariera 60% odnosi się do zadłużenia definiowanego w ustawie o finansach publicznych, co już pozwala na pewne manipulacje, z których rząd skrzętnie skorzystał. By uniknąć przekroczenia progu, znaczna część zadłużenia jest przeniesiona na Fundusz Przeciwdziałania Covid-19 (prowadzony przez BGK) i tarczę finansową Polskiego Funduszu Rozwoju. Każda z tych instytucji ma prawo emisji 100 mld zł, z czego obecnie zrealizowały po ponad 60 mld zł każda. Takie rozłożenie możliwości zadłużania, ma też pozwolić rządowi na nieprzekroczenie 55% zadłużenia do PKB, co skutkowałoby koniecznością praktycznie bilansowania wpływów i wydatków budżetowych w kolejnym roku. Politycznie byłaby to katastrofa.

Zrobiliśmy z poziomu ratunkowego wsparcia gospodarki formę międzynarodowej konkurencji. Bez głębszej refleksji przepompowujemy ponad dwie setki miliardów złotych i to jeszcze nie jest koniec. Pompowanie kasy bez opamiętania powoduje, że wyzbywamy się rezerwy na ewentualne dalsze/inne ekonomiczne tąpnięcie.

Lekkomyślna polityka w finansach publicznych (kupowanie elektoratu różnymi datkami socjalnymi) doprowadziły do tego, że na koniec boomu gospodarczego, na koniec 2019 r., deficyt finansów publicznych wyniósł 0,7% PKB. Kraje odpowiedzialne w UE bez większych problemów wypracowały nadwyżki. Powinniśmy byli wypracować nadwyżkę między 1,0% a 1,5% PKB, czyli o ok. 2 pkt.proc. lepszy wynik od uzyskanego. To ponad 40 mld zł. I o tyle mniej musielibyśmy emitować teraz długu.

Gdyby nie wspomniane wyżej dwa czynniki, to rząd być może i miałby nawet szanse zmieścić się w limicie konstytucyjnym, bez konieczności wyprowadzania emisji długu w takiej skali do BGK i PFR, czyli swego rodzaju księgowej manipulacji.

W obecnej dyskusji mało kto ma ochotę oddawać życie za konstytucyjny zapis o 60%. Ekonomiści wszelkich odcieni są świadomi powagi sytuacji jaka powstała w wyniku covid-owego kryzysu i tego, że pandemiczny kryzys być może zmusi nas do modyfikacji zapisu. Są też jednak świadomi, przynajmniej część z nich, naszych doświadczeń i niebezpiecznej determinacji części polityków w kupowaniu głosów wyborczych. To ostatnie doświadczenie jest nowością.

Zaledwie w ciągu dwóch ostatnich dekad, doświadczamy już trzeciego kryzysu skutkującego poważnym wzrostem deficytu finansów publicznych. Co gorsza, z każdym kolejnym kryzysem, deficyt w relacji do PKB jest większy (lata 2001-2003, 2009-2010 i obecnie), a zadłużenie błyskawicznie wzrasta o kilka pkt.proc. w relacji do PKB. Lata mijają i obecny kryzys pokazuje, że u części polityków rośnie lekkomyślne podejście do finansów publicznych.

Razi szantaż polityczny jaki zaczyna stosować obecny rząd i prezydent. Od dawna wiadomym było, że gospodarka będzie spowalniać i tak też się działo od II poł. 2019 r. Niestety mimo tego i mimo covido-wego kryzysu, politycy prawicowi podtrzymywali w wyborach finansowe obietnice i roztaczali obraz kraju niepodatnego na jakiekolwiek ekonomiczne zawirowania. Teraz, zamiast wycofać się z części rozdawanych prezentów, koalicja prawicowa potężny wzrost zadłużenia będzie tłumaczyć niemożliwą do przewidzenia sytuacją. A benefity socjalne, będą uzasadniane polityką rozkręcenia gospodarki popytem.

Warto też spojrzeć na doświadczenia innych krajów UE. Rozpiętość zadłużenia jest ogromna. Mamy Niemców z większym (w relacji do PKB) zadłużeniem niż nasze, ale i szereg krajów (w tym z naszego regionu) z niższym zadłużeniem. Nie ma tu prostej zasady, że wyższy dług daje większe szczęście. Przeczą temu doświadczenia m.in. Włoch i Hiszpanii. Dodatkowo analiza skutków kryzysu sprzed ponad dziesięciu lat wskazuje, że część krajów należących do UE wierzyła, że żaden poważny kryzys już się nie zdarzy i jakoś bez większego wysiłku i protestów swoich obywateli da się sprowadzić deficyt finansów publicznych do bezpiecznych rozmiarów. Minęło dziesięć lat, zaliczyliśmy w Europie boom gospodarczy, a mimo to część krajów nadal lekceważyła zasady zdrowych finansów publicznych.

Może więc pozostańmy przy konstytucyjnych 60% i zapisach ustawy o finansach publicznych. Obydwa te akty prawne stanowią łącznie w pewnym sensie jakieś, mniejszy czy lepszy, zabezpieczenie przed  bezmyślnym długoterminowym zadłużaniem. Zniesienie ograniczeń spowoduje, że politycy prawicowi i obecny prezydent dalej będą kupować za publiczne pieniądze elektorat i demonstrować niebezpiecznie nonszalancki stosunek do finansów publicznych.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Proponuję nie rezygnować tak szybko z limitów zadłużenia.

  1. Ciekawy wpis. Uważam, że wygląda to dosyć nieciekawie. Zadłużenie jest niebezpieczne.

  2. Limity zadłużenia są dla frajerow..czyli bankierow..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.