Wzrost liczby emerytów w czasach PiS.

Powoli kończy się aktualna kadencja rządów koalicji prawicowej (dalej w uproszczeniu: PiS). Czy będzie kolejna, zdecydują jesienią wyborcy. PiS z całą pewnością odcisnął piętno m.in. na systemie emerytalnym. Poniżej kilka liczba, które rzadziej pojawiają się w mediach.

Jedną z głównych zmian wprowadzonych przez PiS było przywrócenie ‘starego’ wieku emerytalnego, czyli 60/65 lat. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Przez pierwsze trzy kwartały 2017 r. mieliśmy dość stabilną liczbę emerytów i rencistów. Około  8,9 mln osób. Z chwilę wejścia w życie niższego wieku emerytalnego, liczba świadczeniobiorców niemal natychmiast wzrosła. Do końca I kw 2018 r. przybyło nam niemal 0,3 mln emerytów. Zjawisko całkowicie nie ustało i wygląda na to, że liczba emerytów i rencistów, w porównaniu z połową 2017 r., zwiększy się o 0,4 mln osób do końca tego roku. Patrząc na załączony wykres (liczba emerytów i rencistów), można powiedzieć, że PiS odwrócił reformę poprzedniej koalicji rządzącej i oprócz wieku, błyskawicznie przywrócił też liczbę emerytów i rencistów.

Tak gwałtowna zmiana ma i swoje skutki finansowe. W skali roku, wydatki na emerytury wzrosły o blisko 10 mld zł. PiS niestety nie zapewnił trwałego finansowania wzrostu wydatków na emerytury.

Analiza danych wskazuje, że z przywróconego wieku skorzystały osoby o różnej pozycji na rynku pracy. Oznacza to więc, że zabezpieczenie emerytalne wybrały równie chętnie osoby o względnie mocnej pozycji zawodowej na rynku pracy. Nie są znane precyzyjne liczby, ale nie wszystkie te osoby zrezygnowały z pracy zawodowej z chwilą zasilenia grona emerytów.

Co ciekawe, PiS w zakresie zasad waloryzacji nie wprowadził przełomowych zmian. Widać, że emeryci i renciści nie są dla PiS grupą politycznie targetową. Relacja średniego świadczenia do średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej spadła w okresie rządów PiS z 55% do 50%. Taka sytuacja miała również miejsce w trakcie poprzedniego dynamicznego wzrostu gospodarczego (2004-2008). To w pewnym sensie naturalne zjawisko. W okresach boomu gospodarczego wynagrodzenia osób czynnych zawodowo dynamicznie rosną, a algorytm waloryzacji emerytów w dość skromnym stopniu bierze pod uwagę wzrost wynagrodzeń w gospodarce. Można by się zastanowić nad modyfikacją zasad waloryzacji emerytur (tzn. powiązać emerytury silniej ze zmianami w gospodarce i/lub wynagrodzeniami), ale PiS nie wprowadził tu zmian. Jedynie tuż przed wyborami do PE jednorazowo wypłacono 1,1 tys. zł brutto jako tzw. 13-tą emeryturę, sugerując przy tym, że jak PiS wygra wybory, to idea 13-tej emerytury będzie kontynuowana. Politycy PiS nie zaryzykowali jednak ujęcia tego w ramy przepisów, co karze traktować jednorazowe świadczenie jako polityczną łapówkę dla elektoratu.

Temat zmian wprowadzonych przez PiS w obszarze zabezpieczenia emerytalnego, wymaga oczywiście szerszego opracowania. Na plus można koalicji rządzącej zapisać program PPK, chociaż i ten wymaga pewnego komentarza. Niemniej bilans zmian oceniam negatywnie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Prezydent w roli skandalisty. Powrót do tematu wieku emerytalnego.

Prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w Lwówku Śląskim w połowie ubiegłego tygodnia pozwolił sobie na bardzo populistyczną opinię dotyczącą roli Trybunału Konstytucyjnego w sprawie podniesienie wieku emerytalnego przed kilku laty. Wypowiedź brzmiała następująco:

Nie mam żadnych wątpliwości, że naruszono konstytucję także w działalności Trybunału Konstytucyjnego, kiedy orzekał, że podwyższenie wszystkim Polakom wieku emerytalnego wbrew ich woli jest zgodne z Konstytucją, bo tak orzekł. Czy to był Trybunał, który działał dla polskiego społeczeństwa i dla polskiego państwa? Czy dla jakiejś wąskiej kasty rządzącej, która wtedy akurat miała taki interes? To ja już myślę, że każdy sam sobie odpowie na to pytanie.

Tą niepoważną wypowiedź można skomentować, czy raczej skrytykować, na kilku płaszczyznach.

Najwyraźniej prezydent zapomniał jaką rolę w naszym systemie prawnym pełni Trybunał Konstytucyjny (TK). Podstawową rolą TK jest badanie zgodności uchwalanego prawa z Konstytucją. I to jest właśnie działanie dla społeczeństwa. A to, że społeczeństwu czasami coś się może nie podobać, nie ma tu nic do tego. Wielu Polaków płaci składki na ZUS tylko dlatego, że jest zmuszona. TK miałby w tym przypadku orzec, że kto nie chce nie płaci? Przecież to absurd.

Wyjaśnienia ze strony prezydenta wymaga pojęcie ‘kasty rządzącej’ i jaki rzekomo miała interes w podniesieniu wieku emerytalnego Polakom? Oczywiście nie ma co drążyć tematu od strony merytorycznej, bo takiej tu nie ma. To już czysty polityczny populizm w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Tak naprawdę poprzednia koalicja rządząca nie miała żadnego politycznego interesu w podniesieniu wieku emerytalnego. Wiadomo było od początku, że taka decyzja będzie źle przyjęta przez społeczeństwo. Politycy PiS oraz obecny prezydent, zręcznie to wykorzystali podczas wyborów w 2015 r.

Spór o wiek emerytalny i rola w tym  TK, zostały niestety wciągnięte w wykreowany przez polityków PiS i prezydenta problem  ‘naprawiania’ sądownictwa. Pomijając już mocno nietrafione zarzuty pod adresem sądownictwa (w tym TK) i łamanie przy tym prawa, zupełnie niepotrzebnie prezydent dodaje do tego wątek wieku emerytalnego.

Opracowanie szeregu instytucji nie pozostawiają wątpliwości, że wraz z postępującym starzeniem się społeczeństw (w tym polskiego) i zmianą struktury wiekowej, wydłużenie wieku emerytalnego jest koniecznością, ponieważ systemy emerytalne nie uniosą ciężaru wypłacanych składek. Zresztą polecam samodzielnie pobawić się w symulacje i sprawdzić zależność wieku przejścia na emeryturę i, m.in., wydłużania życia.

Teoretycznie wydłużanie życia przy powrocie do wieku emerytalnego można rekompensować wzrostem składki na ZUS. Tylko, że politycy PiS nie zaryzykowali jej podniesienia, ale wprowadzili w życie produkt, który w zasadzie jest odpowiednikiem tej operacji. PPK, które właśnie wchodzą w życie, są m.in. reakcją PiS na powrót do wieku emerytalnego sprzed zmian. Mało kto zwraca uwagę, że aby uniknąć takich skojarzeń, przekaz o PPK nie jest czołowym politycznym przekazem PiS i prezydenta. We Lwówku Śląskim było podobnie.

Politycy PiS i urzędujący prezydent są w pełni świadomi konsekwencji przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego dla pojedynczego obywatela i finansów publicznych. Bardzo źle się stało, że problematyka wieku emerytalnego jest wykorzystywana w sposób populistyczny w politycznych grach o sympatię tzw. suwerenem. Niestety suweren nie jest tu obiektywnym arbitrem i po to są politycy – liderzy zmian – by konieczność zmian tłumaczyć i wprowadzać je w życie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Inflacja i cena pietruszki.

Nie, nie będę analizował przyczyn zmian cen  pietruszki, bo nie ma to większego sensu. Dosłownie każdego roku ceny  takiej czy inne grupy warzyw czy owoców szybują przez jeden sezon w górę, by rok później pikować w dół. Pietruszka stała się jednak w mediach symbolem wzrostu cen warzyw i cen żywności w ogóle. W części mediów i niektórych gremiach politycznych można coraz częściej znaleźć komentarze sugerujące, że to wina obecnego rządu. Nic z tych rzeczy. Nie jestem sympatykiem ekipy politycznej piastującej w Polsce rządy od końca 2015 r., ale przypisywanie winy za ceny żywności politykom PiS nie ma sensu. Wiem i pamiętam co politycy PiS wyczyniali przed laty, gdy m.in. wystrzeliły w górę ceny cukru. Jarosław Kaczyński od razu poszedł do sklepu spożywczego na zakupy w towarzystwie polityków swojej partii i kamer. Oczywiście, jak można się było spodziewać,  najwięcej kupił cukru (włożył do koszyka dwa kilogramy). Oprócz banalnej manipulacji politycznej, dowiedzieliśmy się, że lider PiS źle się odżywia, ..ale zostawmy już żarty z PiS na boku, bo dzisiaj dla odmiany zajmę się obroną polityków tej partii.

Trzeba koniecznie zaznaczyć, że politycy mają dość ograniczony wpływ na ceny żywności. Wpływ na nie mają: popyt, zbiory, warunki atmosferyczne, koszty produkcji i magazynowania, zmiany cen na rynkach zagranicznych itd. itd.

PiS rządzi od jesieni 2015 r. i licząc od tamtego czasu, ceny żywności ujęte w koszyku inflacyjnym wzrosły łącznie o ok. 15%. Porównując na różne sposoby ten wynik w podobnymi okresami z przeszłości, trzeba powiedzieć, że jest to wynik dość przeciętny, a więc w zasadzie nie ma co robić sensacji. Specjalnie sprowadziłem analizę cen żywności do poziomu koszyka żywności, ponieważ wspomniana w tytule pietruszka raczej nie jest dominującym składnikiem naszej codziennej diety.

Wynik zmian cen koszyka żywności w okresie rządów PiS uratował rok ubiegły, gdy ceny żywności r/r (koszyk inflacyjny) w grudniu wzrosły jedynie o 1%. W 2017 r. było to niemal 6% i obecnie (maj’19 r/r)  ceny żywności wzrosły o niemal tyle samo.

Pechem jaki przytrafił się rządowi jest wyjątkowo silny wzrost cen warzyw (w tym pietruszki) w ostatnich trzech kwartałach. Roczny wzrost koszyka warzyw w maju to aż 22%. To wartość rzadko spotkana w Polsce. Na pocieszenie powiem, że wartość koszyka owoców branego do wyliczeń inflacji w ujęciu r/r obniżył o 8%.

Politycy PiS o cenach żywności, nie pytani, starają się milczeć  by nie dawać opozycji okazji do krytyki. Nie ma co ich winić za ceny warzyw, ale pozostaje wierzyć, że z pokorą odbiorą tą lekcję.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Demografia. Dzietność.

Demografia nie jest może tematem, którym zajmuję się codziennie czy co miesiąc, ale kilka razy w roku staram się przysiąść do danych i spojrzeć co się nami, Polakami, dzieje.  Zdarzało mi się dokładnie wejść w bardziej szczegółowy tematy, m.in. analizowałem dzietność w rozbiciu na wiek kobiet itd. w kontekście 500+.

Tym razem zerknąłem na dzietność w układzie rocznym i w przeliczeniu na liczbę obywateli (a dokładniej, w przeliczeniu na 1 tys. osób).  Wskaźnik zapewne nie należy do najdokładniejszych, ale obok wad ma swoje zalety, dlatego w analizach demograficznych często można go znaleźć. Wskaźnik nie odnosi się bezpośrednio do liczby kobiet w wieku prokreacyjnym, ich dzietności, liczby rodzin lub związków, struktury płci i wieku obywateli itd.  Dzietność w przeliczeniu na 1 tys. osób po prostu mówi nam ile dzieci rodzi się w danym społeczeństwie. Mówi nam o warunkach jakie tworzy państwo, społeczeństwo i najbliżsi, by zachęcić kobiety wraz z życiowymi partnerami do powoływania dzieci. Zresztą pisząc wyraz ‘zachęcić’ powinienem ugryźć w język lub – dokładniej – ugryźć klawiaturę komputera. Żyjemy w czasach, kiedy liczba dzieci przestaje być miernikiem satysfakcji z życia i zachęty oraz polityka państwa mają nieco ograniczony wpływ na decyzje prokreacyjne wielu rodzin.

Patrzę na naszą demografię wręcz odruchowo z perspektywy 500+ i wpływu programu na dzietność, co było według pomysłodawców jednym z głównych celów programu. Czytelnicy wpisów na mojej stronie wiedzą, że jestem krytykiem 500+, m.in. z powodu oceny realizacji celów w relacji do przeznaczanej na 500+ rocznie kwoty. Nie ma wątpliwości, że skłonność do powoływania na świat dzieci jest powiązana z sytuacją ekonomiczną rodziców lub przynajmniej matki. Trzeba jednak przypomnieć, że wiele osób zwracało uwagę, że baby boomu z powodu 500+ nie będzie. I jak na razie to krytycy mają rację. Zapewne należałoby z oceną poczekać jeszcze kilka lat, ale już obecnie widać, że hojność programu nie przekłada się na liczbę dzieci. Zresztą i politycy PiS od przynajmniej roku o dzietności wolą się nie wypowiadać.

Co ciekawe mimo, iż 500+ działa już od dwóch lat, dzietność (w ujęciu wskaźnika jaki prezentuję),  wprawdzie się poprawiła, ale w stopniu mniejszym niż dziesięć lat wcześniej. Wygląda więc na to, że dzietność nie jest prostą funkcją finansowych zachęt wypłacanych do ręki. Najwyraźniej więc większym bodźcem jest pewność pracy, korzystne perspektywy zawodowe (wynagrodzenie) oraz cały wachlarz form wsparcia jak żłobki, przedszkola itd.

Przed kilkunastu laty daje się zauważyć nieco opóźnioną reakcję na zmianę koniunktury gospodarczej. Swego rodzaju bezwładność decyzyjną. W ostatnich kilku latach decyzje o powołaniu na świat dzieci nie były już tak opóźnione. Być może dlatego, że pierwsza dekada nowego wieku charakteryzowała się znaczną amplitudą wahań. Krótko przed wejściem do UE, otarliśmy się niemal o stagnację gospodarczą, by potem przeżyć bodaj najlepszy gospodarczo okres po ’89-tym. Ostatnie kilka lat, to stabilizacja tempa PKB na dość dobrym poziomie i bardzo korzystne ostatnie ponad dwa lata. Trudno uwierzyć, że skok dzietności w 2017 był rezultatem 500+. Jeżeli tak, to dość skromnym, biorąc pod uwagę skalę wsparcia. Powstaje też pytanie, dlaczego w 2018 r. efektu 500+ już praktycznie nie zobaczyliśmy i możemy być niemal pewni, że pogorszenie wsk  dzietności będzie widoczne również w 2019 r.

Gdyby ktoś patrzący na załączony wykres nie wiedział o istnieniu programu 500+, mógłby dojść do wniosku, że przejściowa poprawa dzietności była rezultatem poprawy sytuacji gospodarczej. Sądzę, że pomysłodawcy 500+ i sympatycy programu powinni to wziąć pod uwagę. Nie deprecjonuję całkowicie programu. Dołączam do tych, którzy twierdzą, że lepsze efekty można było osiągnąć dużo mniejszą kwotę i niekoniecznie bezpośrednimi wypłatami.

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Bykowe? Poważnie?

Ledwo co J.Kaczyński straszył nas katastrem, który rzekomo planuje nałożyć na nas opozycja, a media podały, że to nie opozycja, a rząd rozmyśla nad nowymi daninami na pokrycie socjalnego rozdawnictwa. Okazało się, że dyskutowany był również pomysł przywrócenia tzw. bykowego, czyli opodatkowania osób samotnych. Minister Elżbieta Witek tłumaczyła w imieniu rządu, że dokonywano jedynie przeglądu podatkowych koncepcji m.in. w kontekście migracji i rynku pracy. Wg pani minister rząd nie zamierza prowadzić prac nad opodatkowaniem osób samotnych. W innej zaś części wypowiedzi mówi o przesłaniu zebranego materiału do dyskusji międzyresortowych i społecznych.

Nie jest zaskoczeniem, że politycy PiS szukają dodatkowych wpływów budżetowych, ponieważ są w pełni świadomi skutków dla budżetu takich pomysłów jak 500+, 300+ (na szkolną wyprawkę) czy emerytalnych trzynastek. Skąd jednak pomysł z bykowym??

Bykowe to dość archaiczny pomysł z pogranicza polityki demograficznej i fiskalnej. Jaki miałby być związek między bykowym a polityką imigracyjną i polityką rynką pracy, pozostaje w sferze dociekań.

Przede wszystkim rozwinięty świat korzysta już z szerokiej palety bodźców finansowych (w tym podatkowych) dla prowadzenia polityki demograficznej. W Polsce są ulgi podatkowe, 500+, wspólne opodatkowanie małżonków itd. Bykowe, czyli podwyższone obciążenie podatkiem dochodowym, nic tu już nie wnosi. Z drugiej strony, tnąc podatkowe obciążenia dla osób do 26 roku życia, rząd wykonuje ruch wręcz przeciwny. Oczywiście rząd mógłby się tu bronić argumentem, że bykowe bywa wycelowane w osoby samotne, ale starsze wiekiem.

Bykowe budzi wątpliwości w szeregu innych aspektach. Co z ludźmi wybierającymi życie samotne lub tymi którzy po prostu, mimo podejmowanych starań, nie potrafią znaleźć partnera/ki. Jak potraktować związki partnerskie? Dlaczego karać kogoś kto świadomie chce żyć samotnie? Lista pytań jest grubo dłuższa.

Dokonując przeglądu uzasadnień dla bykowego, znalazłem i takie gdzie zwracano uwagę, że osoby samotne w przypadku choroby i w wieku starszym, wobec braku wsparcia i troski rodziny, stają się bardziej kosztowne w opiece. Jednak gdyby iść tym tropem, to pojawia się pytanie czy bykowe to dodatkowe obciążenie podatkowe czy składka na NFZ, FUS czy inny dedykowany fundusz opieki? Na co by przeznaczono zebrane w ten sposób pieniądze?

A ja sądzę, że rząd szuka czegokolwiek co zwiększy wpływy do budżetu. Specyfiką PiS jest podrzucanie nowych danin lub ich uzasadnień w taki sposób, by pod żadnym pozorem nie kojarzyły się z podatkami zbieranymi bezpośrednio od obywateli w celach fiskalnych. Mamy podatek bankowy, w przypadku którego było wiadomo, że nie jest ‘bankowy’ tylko będzie przerzucony w większości na klientów banków czyli suwerena. Mamy daninę solidarnościową, która jest niczym innym jak trzecim progiem podatkowym. Zamiana OFE w IKE nie jest podatkiem pobranym z wyprzedzeniem, a opłatą przekształceniową. Itd. Nadanie nowej (ewentualnie) daninie znaczenia tzw. bykowego miałoby sugerować, że nie o pieniądze tu chodzi, a o politykę demograficzną i rynku pracy, a objęci nią podatnicy sami są sobie winni.  

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Kaczyński nie chce katastru.

Za naszym życiem politycznym doprawdy trudno nadążyć. Bach, a tu w mediach prezes Kaczyński mówi o katastrze. Szok podwójny. Skąd nagle kataster, no i co ma do tego J.Kaczyński?

Po krótce: heca ma podtekst polityczny, ale grubo ciekawsza jest strona ekonomiczna katastru, również w odniesieniu do sytuacji obecnej. Jeden z think tanków współpracujących z Fundacją Batorego, przy okazji debaty o ewentualnej modyfikacji funkcjonowania jednostek samorządowych, zaproponował, by samorządy mogły pozyskiwać wpływu z katastru. Celem miałoby być m.in. finansowanie polityki socjalnej państwa w jego samorządowym wydaniu. Podejrzewam, że o propozycji nikt by nie usłyszał, gdyby nie J.Kaczyński. Nawet środowiska, które z zainteresowaniem komentowały propozycja reform samorządowych, nie przyłożyły do propozycji z katastrem większej uwagi. Szef PiS postanowił nadać propozycji kontekst polityczny i wystąpił w roli obrońcy przed katastrem, który rzekomo chcą wprowadzić środowiska niesprzyjające obecnemu rządowi.

Oczywiście J.Kaczyński nie ma czego bronić, bo żadna z opozycyjnych sił politycznych na pewno nie zaproponuje nowego podatku w obecnych okolicznościach politycznych. A już na pewnie nie katastru. Warto zwrócić uwagę, że pomysłodawcy sugerowali przeznaczenie wpływów z katastru m.in. na politykę socjalną. Wydawałoby się więc, że J.Kaczyński tej inicjatywie powinien sprzyjać. No, ale wyszło jak wyszło. Polityka górą.

Zostawmy na chwilę politykę na boku.

Kataster wcale nie jest taki zły. W Polsce poważniejsza dyskusja o wprowadzeniu tego podatku była ok. dwadzieścia lat temu. Jednak temat zniknął równie szybko jak się pojawił. Politycy przyjęli, że podatek byłby bardzo źle przyjęty przez społeczeństwo. Sądzę, że politycy zbyt łatwo porzucili temat. Szkoda.

W wielu krajach UE kataster jest elementem systemu podatkowego. Odruchowo kojarzymy podatek z mieszkaniem lub domem, ale dotyczy on też m.in. ziemi. Stawki są zróżnicowane regionalnie i niejednokrotnie obłożone szeregiem uwarunkowań, ulg itd. Bywa, że stosowana jest progresja. Najczęściej stawki zawierają się w niewiele od powyżej 0%  do 3%. Stawka podstawowa najczęściej zawiera się w przedziale  od 0,5% do 2%. W Polsce można by przyjąć stawkę podstawową (np. dla mieszkań) w przedziale 0,2% do 0,5% z systemem ulg dla gospodarstw najsłabszych finansowo. Podatek byłby liczony od wartości mieszkania i dzielony na dwanaście rat. Z biegiem lat, moglibyśmy przejść na progresję w przypadku droższych nieruchomości.

Podatek katastralny byłby dobrym uzupełnieniem polskiego systemu podatkowego z kilki powodów. W porównaniu z krajami UE, Polska relatywnie mocno oparta jest na podatkach pośrednich. Słabiej zaś na dochodowych, od kapitału i wartości majątku itp. Biorąc pod uwagę, że polskie społeczeństwo jest zainteresowane znaczną redystrybucją, to trzeba znaleźć wpływy na jej pokrycie.

Opieranie systemu podatkowego na opodatkowaniu dochodów i konsumpcji wydaje się nieco już archaiczne. Polacy gromadzą coraz większy majątek, który zdobywają przez inwestycje, dziedziczenie itd. Wydaje się więc rozsądne uzupełnienie systemu podatkowego o opodatkowanie majątku. M.in. dlatego, że podatki dochodowe dają możliwość ukrywania części dochodów przed tzw. fiskusem.

Wydaje się, że J.Kaczyński zbyt pochopnie odrzucił ideę podatku katastralnego. Tym bardziej, że rozrzutność socjalna rządu i skrócenie wieku emerytalnego zmuszą przyszłe rządy do ograniczenia wydatków socjalnych lub szukania dodatkowych źródeł wpływów.

Niespodziewane podrzucenie w debacie publicznej katastru jest też przez część (raczej niewielką) komentatorów tłumaczone pozornie dość zaskakującą teorią. Być może J.Kaczyński wykorzystał moment by podrzucić temat w debacie publicznej, by oswoić z nim opinię publiczną.  Z biegiem czasu zaś do niego powróci i stwierdzi, że skoro środowiska nieprzychylne PiS sugerują wprowadzenie podatku katastralnego, to PiS obłoży nim społeczeństwo, ale skupi się na podatnikach bardziej majętnych.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Publiczne wydatki na służbę zdrowia. Społeczne przyzwolenie.

Wczoraj strajkowali pracownicy służby zdrowia, domagając się m.in. wzrostu nakładów publicznych na służbę zdrowia. Przypomnijmy. W Polsce od lat relacja nakładów publicznych na służbę zdrowia, należy do grupy najniższych w UE. Jest to ok. 4,7% (w relacji do PKB), podczas gdy średnia unijna to 7,0%. Politycy są tego świadomi. W pewnym sensie świadomi są też Polacy. Niestety obywatele podchodzą do sprawy w sposób mocno nieodpowiedzialny. Chcemy być szybciej i skuteczniej leczeni, ale nie przyjmujemy do wiadomości, że ktoś mógłby nas bardziej z tego powodu dodatkowo obciążyć (np. większa składka na NFZ). Od lata mówi się też o starzeniu społeczeństwa, które będzie wymagało coraz większej opieki, w tym zdrowotnej. Niestety, to też nie działa na ludzi.

Nie unikniemy zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Czy to będzie poprzez składkę czy budżet, to bez znaczenia. Tematem trzeciorzędnym jest: likwidować NFZ czy nie, bo nie tu jest problem. Niektóre partie obiecują likwidację NFZ i przejecie środków pod zarząd ministerstwa zdrowia. Tylko, że ta operacja dodatkowych środków nie przysporzy.

Spójrzmy co zrobił rząd PiS. Rząd nie miał w ogóle ochoty podnosić wydatków na służbę zdrowia. Zmusili go dopiero lekarze rezydenci w 2018 r. Rząd zgodził się na stopniowe podniesienie nakładów na publiczną służbę zdrowia. Z ok. 4,7% (w relacji do PKB) w 2018 r. , do min, 5,8% w 2023 r. Potem następowały drobne korekty. Tylko, że nie do końca wiadomo co będzie źródłem środków. Oczywiście wzrost finansowania może pochodzić z podatków. Warto zwrócić uwagę, że problem wzrostu nakładów został przeniesiony w większości na przyszły rząd. Jakikolwiek on będzie.

To co szokuje, to ogrom środków na 500+ i jednorazowy dodatek dla emerytów w porównaniu z rozciągniętym w czasie wzrostem nakładów na służbę zdrowia. Rząd z jednej strony pokazał, że to nie służba zdrowia jest priorytetem, a z drugiej –  że Polacy wolą dostać pieniądze do ręki niż poprawę w służbie zdrowia. Obydwa stwierdzenie są przykre, ale to drugie bardziej.

Na sobotniej manifestacji miał się naleźć transparent z przekazem skierowanym do rządzących aktualnie polityków: „Pacjenci umierają w kolejkach, lekarze umierają na dyżurach. Możecie to zmienić, ale nie chcecie”. To drugie zdanie jest okrutnie prawdziwe. Trzeba jednak też przyznać, że rząd dostał na to przyzwolenie społeczne.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rząd chce śmiało podnieść wynagrodzenie minimalne na 2020 r.

Nadchodzi czas ustalenia wynagrodzenia minimalnego (WM) na 2020 r. i rząd robi śmiały ruch, proponując 2020 zł. To o 200 zł więcej niż w roku bieżącym i o 105 zł więcej od minimalnego wzrostu wymaganego algorytmem określonym w ustawie o WM. Algorytm opiera się na inflacji i 2/3 realnego wzrostu PKB. Do tego dochodzi korekta inflacji z wcześniejszego okresu itd. Jako punkt wyjścia, to rzetelny wskaźnik. Oczywiście WM wzbudza spory ekonomistów, polityków i – co zrozumiałe – zainteresowanie opinii publicznej. Niemniej, co trzeba dodać, WM nie jest tematem z pierwszych stron gazet. Temat WM pojawia się na krótko jedynie w okresie jego ustalania.

Na tle dotychczasowych doświadczeń i pozycji zajmowanych w procesie negocjacji (pracodawcy, związkowcy, rząd), minister Rafalska zaproponowała dość śmiały ruch. Intencji mogę się tylko domyślać. W gruncie rzeczy rząd PiS kontynuował praktykę wypracowaną za czasów PO-PSL, czyli powoli ale systematycznie poprawiał relację WM do wynagrodzenia średniego w gospodarce. Dlaczego na koniec kadencji parlamentu (i obecnej kadencji rządu PiS) , zdecydowano się na śmielszy ruch? Tym bardziej, że gospodarka ma nieco spowolnić? Obawiam się, że czynnik polityczny (jesienne wybory) nie jest tu bez znaczenia.

W gruncie rzeczy WM nie jest głównym tematem sporów politycznych, ponieważ od lat panuje konsensus, że relacja WM do średniego wynagrodzenia w gospodarce będzie podnoszona. Mam nadzieję, że po przekroczeniu wartości 50% w Polsce powinniśmy szerzej podyskutować o docelowej relacji i roli administracyjnie ustalanego WM, m.in. w kontekście całokształtu wsparcia osób o słabszej pozycji na rynku pracy (świadczenia pomocy społecznej, ulgi podatkowe itd.). Trzeba pamiętać, że zbyt wysokie WM może powodować spadek zatrudnienia osób wchodzących na rynek pracy i o najniższych kwalifikacjach zawodowych. Nonsensem więc jest sugerowanie, co się czasami zdarza, że WM ma zapewnić samodzielność w rozumieniu zapewnienia środków na żywność, odzież itd. itd. plus wynajem mieszkania. Rząd PiS nie dokonał niczego szczególnego w tym obszarze. Zmiana po stronie ulg podatkowych (PIT) była niewielka i wymuszona przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Trybunał Konstytucyjny. Znacznym ruchem po stronie wsparcia obywateli jest świadczenie 500+, ale otrzymują je tylko rodziny z dziećmi i nie ma powiązania z aktywnością zawodową. Przeciwnie. Analizy wykazały wycofanie się z rynku pracy kilkudziesięciu tysięcy kobiet.

Przedstawicielom rządu zapewne warto by zadać pytanie dlaczego w ustalaniu WM na lata 2016-2019 nie mieli tyle śmiałości skoro rzekomo tak byli pewni wzrostu PKB?? I dlaczego taką śmiałość wykazują dopiero na koniec kadencji parlamentu? Pozostaje się jedynie wymownie uśmiechnąć.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wyniki budżetu po I kw’19. Powoli będziemy kończyć zabawę w rozdawnictwo.

Wprawdzie staram się nie poświęcać zbyt wiele czasu na oglądanie tzw. TV ‘publicznej’, ale zapewne wiele się nie pomylę twierdząc, że temat budżetu państwa powoli znika z ekranu. Bo? Bo dane się powoli psują.

Wpływy budżetowe narastająco po I kw 2019 r. są tylko 2,1% wyższe od ubiegłorocznych. Biorąc pod uwagę, że w I kw PKB wzrósł r/r o ponad 4%, to wynik nie szokuje. Gdy zaś weźmiemy pod uwagę inflację, to wygląda na to, że wpływy budżetowe przestały rosnąć. Podatki pośrednie (tzn. wpływy z tych podatków), uważane za najbardziej reprezentatywne dla koniunktury, były o 1,2% niższe r/r. Wpływy z VAT po I kw są praktycznie takie same jak roku ubiegłym.

Nałożenie rocznych kroczących wpływów z VAT na roczne PKB daje nam sporo do myślenia odnośnie skuteczności walki z szarą strefą, którą tak bardzo PiS się chwali. Wpływy z VAT w relacji do PKB sięgały w latach 2017-2018 od 7% do 8,5%. Tymczasem w szczycie koniunktury i budżetowych wpływów w latach 2007-2008 VAT do PKB mieścił się w przedziale 8%-8,4%. Nie zamierzam kwestionować sukcesów rządu PiS w zakresie walki z szarą strefą, ale proponowałbym poczekać z wystawianiem ostatecznych ocen. Politycy PiS i członkowie rządu przesadnie nakręcali ten temat w mediach.

Wpływy z akcyzy (19% wpływów budżetowych w 2018 r. ) były niższe nominalnie o 3,5% r/r. Z akcyzą za czasów PiS jest dość ciekawa sprawa. PiS nie powstrzymał spadku udziału akcyzy w relacji do PKB. Był też problem z realizacją planowanych wpływów. Być może politycy PiS bali się zbyt ostrego podnoszenia stawek akcyzy, by nie drażnić opinii publicznej. Tylko, że zdając się za bardzo na wpływy VAT, strona wpływów budżetowych wystawiana jest na większą zmienność.

Wciąż dynamicznie wpływają podatki dochodowe. CIT + PIT wykazywane w budżecie wzrosły łącznie o niemal 8% r/r. Ale i tutaj widać od dawna zmianę trendów. Jeszcze do jesieni 2018 r., łączne wpływy z podatków dochodowych rosły o kilkanaście procent r/r.

Tymczasem wydatki budżetu po I kw wzrosły r/r o 11%. W efekcie, dwa miesiące pod rząd (luty i marzec) mamy deficyt budżetowy. W samym tylko marcu deficyt wyniósł 45 mld zł.

Dane dotyczące wykonania budżetu po I kw 2019 sprowadzają nas powoli na ziemię i przypominają, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Prywatne uprzedzenia prezesa NBP do euro.

Prezes NBP, Adam Glapiński, dał wyraz na środowej konferencji swoim prywatnym uprzedzeniom do przyjęcia waluty euro.  Moim zdaniem euro warto przyjąć z wielu powodów, czemu dawałem wielokrotnie wyraz na blogu i nie tylko. Nigdy też nie ukrywałem, że życie gospodarcze bez euro oczywiście istnieje.

Prezesowi NBP najwyraźniej nie chce się już nawet silić na obiektywność w sprawie euro. W środowym komunikacie padło wiele treści wątpliwych, wymagających komentarza, czy też po prostu manipulacji.  Nie zabrakło i straszaka, rodem ze świata bardziej polityki czy bulwarowej prasy niż ekonomii. To co mnie niepokoi, to ożywienie prezesa NBP w sprawie euro w konwencji narodowego zagrożenia, dokładnie w czasie gdy trwa kampania do parlamentu europejskiego. Obawiam się, że w Adamie Glapińskim wciąż jest poczucie więzi z kręgiem politycznym, z którego się wywodzi, dzisiaj znanym jako PiS. Politycy PiS i przedstawiciele rządu, bez powodu zaczęli ostatnio straszyć Polaków walutą euro, chętnie posługując się przy tym manipulacjami, czy po prostu kłamstwami.

Nie będę się upierał, że prezes NBP ma być obiektywny. Zapewne każdy ma prawo do własnych uprzedzeń i każdy z nas nie potrafi się w pełni wyzwolić od własnych emocji i ułomności. Prezes NBP powinien jednak chociaż trochę poudawać.

Zarówno rząd jak i NBP powinny przywrócić funkcjonowanie komórek analitycznych, badających całe spektrum problematyki strefy euro i funkcjonowanie w niej lub poza. Jednym z głównych tematów prac tych komórek, powinna być m.in. analiza funkcjonowania w strefie euro Polski. Wyobrażam to sobie tak, że co roku również m.in. komórka badawcza NBP prezentowałaby najnowsze opracowania dotyczące strefy euro oraz wady i zalety funkcjonowania w niej Polski. Decyzję przyjąć euro czy nie i kiedy, podejmowaliby politycy. Nie ma co ukrywać, że wymienione komórki analityczne musiałyby działać w warunkach znacznej niezależności. Dość szybko opinia publiczna zauważyłaby, że prezes NBP i m.in. politycy PiS i związani z tą partią, pozwalają sobie na szereg manipulacji o euro serwowanych opinii publicznej.

Prezes NBP zadeklarował, że do przyjęcia euro nie dopuści w czasie swojej kadencji. No więc prezes NBP nie ma tu nic do powiedzenia, bo nie on decyduje o przyjęciu euro. Poza tym, w najbliższych latach z powodów politycznych (w tym znacznego zróżnicowania opinii publicznej w tym temacie), euro przyjmować i tak nie będziemy. Po co więc ta demonstracyjna ‘obrona Częstochowy’? Równie dobrze A.Glapiński może deklarować, że obroni Polskę przed atakiem Marsjan.

Nie ma sensu argument prezesa NBP o tym, że wyższy wzrost gospodarczy zapewnia własna waluta. Analiza makroekonomiczna np. krajów UE nie potwierdza jednoznacznie takiej tezy. Bo po prostu problemem nie jest euro, a odpowiedzialna polityka gospodarcza danego kraju. W takich badaniach łatwo też o manipulacje, porównując m.in. kraje o różnym stopniu rozwoju lub, że tak powiem, kulturze gospodarczej. Warto o tym pamiętać, bo przeciwnicy euro, chętnie do manipulacji sięgają.

Prezes NBP twierdzi, że mamy wyjątkowy wzrost gospodarczy i zdaje się sugerować, że to m.in. zasługa własnej waluty. Nic z tego. Ktoś kto zna najnowszą historię gospodarczą naszą i UE, zauważa, że w obecnym wzroście nie ma nic nadzwyczajnego. Ot, po prostu kolejnych okres koniunktury jak wiele wcześniejszych.

Sympatia prezesa do krajowej waluty wynika również z tego, że ma (waluta krajowa) rzekomo dawać większą elastyczność w polityce finansowej i gospodarczej. Niekoniecznie i wątpliwe by długoterminowo. Sympatia do własnej waluty wynika ze świadomości, że można sobie wtedy pozwolić na dość nonszalancką i populistyczną politykę gospodarczą, w tym i w obszarze finansów publicznych. W pewnym stopniu mamy z tym do czynienia obecnie. W takich warunkach, własna waluta amortyzuje nieodpowiedzialność polityków.

Już zupełnie niepotrzebny był na konferencji prezesa NBP, straszak w postaci mechanizmu ERM2. Jak twierdzi A.Glapiński : narasta bardzo silna i bezwzględna presja na wejście do strefy ERM2, co jest możliwe bez zmiany konstytucji. To już nieznośna manipulacje i straszenie. W kontekście przyjęcia euro, ERM2 to swego rodzaju przedsionek walutowy przed przyjęciem euro. W uproszczeniu, przez dwa lata przed przyjęciem euro, waluta krajowa musi wykazać się względną stabilizacją przy żądanym korytarzu wahań (+/- 15%). Jednym z głównych celów tego zabiegu jest ustalenie kursu finalnej wymiany i zapewnienie, że kurs odpowiada kursowi rynkowemu. ERM2 wzbudza spory, m.in. z powodu ataków spekulacyjnych na waluty lub że ERM2 przypada na okres gospodarczy niemiarodajny do wyceny waluty. Są więc pomysły by z mechanizm modyfikować lub wręcz z niego rezygnować. Wbrew pozorom, ERM2 w swojej prostocie ma wiele zalet.

Nisko oceniam wystąpienie prezesa Glapińskiego. I nie tylko pod względem merytorycznym.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz