Wyniki PKB za 2020 r. Z większego dołka wyciągnął nas eksport.

Rok 2020 za nami. GUS podał dane dotyczące PKB. W biegłym roku PKB realnie spadło 2,7% w porównaniu z 2019 r.  Biorąc pod uwagę prognozy i wyniki innych państw, taki rezultat należy określić jako dobry. Porównywanie poszczególnych wielkości z 2019 r. nie ma większego sensu, ponieważ od marca’19 funkcjonowaliśmy w innej rzeczywistości społecznej i makroekonomicznej. Niemniej warto zwrócić uwagę na kilka wielkości i procesów, bo zdają się one nie istnieć w debacie publicznej.

Niestety dalszemu spadkowi uległy nakłady inwestycyjne. Udział rocznych nakładów w PKB zszedł n a koniec 2020 r. do poziomu 17,1%. Takie lub o 1 p.p. gorsze wskaźniki odnotowywaliśmy tylko w połowie lat 90-tych. Wynik mógł być nieco lepszy, ale inwestycje – wbrew medialnym twierdzeniom – nie były priorytetem rządu. A szkoda, bo jest mocno dyskusyjne, czy zalewania słabnącej gospodarki przelewami z tarcz ratunkowych nie wykroczyło aby poza optymalne proporcje. Tzn. czy aby udział inwestycji w wydatkach państwa nie powinien być nieco większy, kosztem bezpośrednich przelewów na rachunki. Uwaga ta dotyczy przelewów z tarcz, jak i upieraniu się w rozdawnictwie pieniędzy w ramach sztandarowych programów społecznych, czyli 500+ oraz emerytalnej 13-tki i 14-tki.

Jednym z kół ratunkowych naszego PKB było korzystne saldo obrotów zagranicznych. To taki trochę cichy i pomijany bohater ubiegłego roku. Już ponad dwadzieścia lat trwa dobra passa naszego eksportu. Od końca lat 90-tych i następującej po nich dekady , kiedy to osiągaliśmy rekordowy deficyt, mozolnie rok po roku wzmacnialiśmy naszą pozycję i skuteczność z wymianie handlowej. Po kilkunastu latach zaczęliśmy wypracowywać coraz większą nadwyżkę. Rząd i NBP byli świadomi atutu i zaczęli dodatkowo używać dopalacza w postaci polityki osłabiania złotego. Sukcesu polskiego eksportu i polityki kursowej rząd stara się nie nagłaśniać. Polityka kursowa budzi mieszane opinie. Osłabianie złotego nie wydaje się konieczne dla utrzymania korzystnego salda wymiany handlowej, a   już na pewno nie wpływa korzystnie na inflację. Głupio też przyznać, że popyt mieszkańców UE (w tym Niemców) ratuje nasze PKB.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Liczby, od których odwracamy głowę.

Ten wpis jest nieco nietypowy. Pozaekonomiczny. Jak wielu rodaków i ja staram się ogarnąć informacje dotyczące paraliżującego nasze życie społeczne i ekonomiczne wirusa. Chętnie też sięgam do liczb, jeżeli to możliwe. Jedną z rozchwytywanych w ostatnich miesiącach informacji jest liczba zgonów podawana przez GUS. Warto liczbę zgonów prezentować po wielekroć, bo najwyraźniej nie do wszystkich w Polsce dociera z czym mamy do czynienia. Nie będę się odnosił do żadnej z teorii spiskowych czy powątpiewających w skalę zagrożenia. Same liczby robią na tyle mocne wrażenie, że – mam nadzieję –  podkopują fundamenty niejednej z teorii.

Na wstępie kilka uwag metodologicznych. GUS publikuje dane w ujęciu tygodniowym. Część mediów i komentatorów ma dostęp do danych dziennych lub miesięcznych. Przy pewnych upraszczających założeniach można bez ryzyka poważniejszego błędu przejść na dane miesięczne, bo najczęściej takimi się wszyscy posługujemy w dyskusji o wirusie. Różnice w wynikach miesięcznych są minimalne i nieistotne, biorąc pod uwagę wyciągane wnioski. Dla zminimalizowanie tych różnic, pozwolę sobie na operowanie zaokrągleniami, które czytelnikowi przy okazji ułatwią przyswojenie liczb.

I na wstępie od razu liczba najważniejsza: w ubiegłym roku zmarło ok 70 tys. osób więcej niż średnio w latach 2016-2019. To oznacza wzrost liczby zgonów o 18%. Średnio w latach 2016-2019 umierało w Polsce 404 tys. osób rocznie, w 2020 r. ponad 475 tys. . Inaczej mówiąc, dodatkowo w 2020 r. zmarło tyle osób ile umiera w Polsce przez dwa miesiące!

Dominująca część przypadków nadmiarowych zgonów (tzn. powyżej średniej) przypada na ostatnie trzy miesiące roku. O  ile więc ‘specjaliści’ od lekceważenia powagi zagrożenia mogli dodatkowe zgony do połowy wakacji lekceważyć, to od października już na pewno nie.

Według danych osób i instytucji, które dokładniej analizowały przyczyny zgonów w październiku i listopadzie można przyjąć, że ok.  40% zgonów nadmiarowych (powyżej średniej w analizowanym okresie) można przypisać bezpośrednio covid’owi, a pozostałą część (60%) dezorganizacji służby zdrowia i blokadzie spowodowanej koniecznością przyjmowania i leczenia pacjentów covidowych w placówkach służby zdrowia kosztem pozostałych. Do tego doszły jeszcze lęki obywateli, którzy z obawy o zarażenie wirusem, odkładali kontakt z lekarzem.

Nawet jeśli ktoś z niedowiarków ucieka w teorię o manipulowaniu statystykami przyczyn zgonów (słynne teorie o wpisywaniu covid, bo takie zalecenia ministra zdrowia), to i tak ma problem, bo z czegoś te nadmiarowe zgody wynikają. Raczej nie z powodu międzynarodowego spisku.

Mamy więc do czynienia z poważnym społecznym problemem. Tymczasem społeczeństwo w znacznej części próbuje ignorować skalę społecznego zagrożenia. Nie chcę bronić rządu i jego sposobu na walkę pandemią. Rząd popełnił wiele błędów. Od lekceważenia skali zagrożenia od połowy roku, po częściowo spóźnione i zaskakujące kroki o charakterze lockdown’u  w ostatnich miesiącach roku. Winni są również obywatele i przedsiębiorcy. Obywatele do dzisiaj lekceważą i podważają skalę zagrożenia. Niemała część przedsiębiorców zaś demonstracyjnie lekceważyła zalecenia dotyczące obostrzeń itp.

Ogromny wzrost zgonów i ograniczenie dostępu do podstawowych jeszcze do niedawna usług medycznych, przypomina nam  (po raz kolejny !) o zbyt niskich nakładach na służbę zdrowia. Przypomnę, że w porównaniu z średnią w UE mamy ok. 2 p.p. PKB mniejsze nakłady na publiczną służbę zdrowia. Większa liczba personelu, infrastruktury medycznej i sprzętu, mogłaby ograniczyć skalę nadmiarowych zgonów. O ile? Eurostat podał niedawno informację o skali nadmiarowych zgonów od początku 2020 do października. O ile na wiosnę to my byliśmy jednym z krajów o najniższym, czy wręcz marginalnym, wzroście zgonów powyżej średniej z lat w wcześniejszych w danym miesiącu, to jesienią było dokładnie odwrotnie. Można zaryzykować twierdzenie, że przyrost mógł być śmiało o 1/3 mniejszy. Śmierć 70 tys. obywateli a 47 tys. , to jednak jest różnica.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Nadal uciekamy od poważnej rozmowy o emeryturach.

W ostatnich dniach prezeska ZUS udzieliła wywiadu Super Expressowi. Gertruda Uścińska przemyciła po raz nie wiem już który kilka istotnych treści. Piszę ‘przemyciła’, ponieważ są to oceny, ostrzeżenia i zalecenia sprzeczne z działaniami podjętymi w ostatnich latach przez rządzącą koalicję prawicową.  Samych działań rządu prezeska ZUS nie krytykuje i stara się nie szukać związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy działaniami rządu, stanem obecnym i sugestiami wplatanymi przez nią w  wywiadach.

Największym problemem jest stan wiedzy Polaków. A dokładniej, niesamowity upór by trwać w błogiej niewiedzy. By nie wiedzieć czym jest  składka emerytalna, na jakich zasadach działa system emerytalny i skąd biorą się (lub mają się brać) pieniądze na wypłacanie nam emerytur. Część polityków skrzętnie to wykorzystuje. Tak też uczynili kilka lat temu politycy prawicowi.

Warto, by obywatele uświadomili sobie kilka istotnych faktów, przy objaśnianiu który pozwolę sobie na pewne uproszczenia. M.in. dlatego, że wyjaśnienia wymagałaby operowania wariantami (mężczyzna, kobieta, staż pracy itd.), co utrudniłoby odbiór tekstu.

Odprowadzamy składkę emerytalną. Składka jest obligatoryjna, ponieważ gdybyśmy pozostawili decyzje obywatelom, to mało kto składkę by odprowadzał lub w grubo mniejszej wysokości. Wbrew pozorom, przymusowa składka wcale nie jest taka duża. Oczywiście ocena zależy od przyjętego punktu odniesienia. Składka stanowi blisko 1/5 naszego wynagrodzenia. Niby dużo. Z drugiej strony, po 35-40 latach pracy i przejściu na emeryturę, będziemy jeszcze żyć średnio kilkanaście lat. Prosta kalkulacja wskazuje, że zbierając ułamek z naszego wynagrodzenia przez lata aktywności zawodowej, nie sposób i tak uzbierać fortuny na ostatnie dekady życia. Być może powinno się tego nauczać na matematyce, by ludzie zrozumieli.

Zaletą systemu emerytalnego jest to, że ma on formułę ubezpieczenia społecznego. Wyliczony emerytura opiera się na przeciętnej długości życia. Jeżeli ktoś dożyje setki, to może mówić o wygranej na loterii, ponieważ ZUS nie odbierze mu emerytury nawet po przekroczeniu średniej życia dla całego społeczeństwa.

Argument, jaki często słychać, że sam uzbierałbym sobie więcej, jest nietrafiony. Proponuje spojrzeć na stopę waloryzacji (publikuje m.in. ZUS). A już szczególnie na, zawyżoną przez polityków koalicji PO-PSL, stopę waloryzacji środków pochodzących z części ‘obligacyjnej’ OFE (chodzi o zmianę z 2014 r.). Lokaty bankowe i obligacje skarbowe nie dają takiej stopy zwrotu. Można, jeśli ktoś ma szczęście, taką lub większą stopę zwrotu uzyskać na rynku kapitałowym, ale to raczej rzadkość, no i tego typu inwestycje obarczone są ryzykiem (w tym ryzykiem odnotowania straty).

System kapitałowy czy emerytura wg algorytmu sprzed reformy emerytalnej? Jednym z nietrafionych argumentów jest porównywanie obecnego systemu wyliczania emerytury (tzw. kapitałowy) z zasadą obowiązującą przed reformą emerytalną. Teoretycznie moglibyśmy z tamtej zasady wyliczenia emerytury nie rezygnować. Problemem jest jednak nie kapitałowy sposób naliczania emerytury, a demografia. Gdybyśmy tamten system wyliczania emerytury utrzymali to zapewniam, że ulegałby on modyfikacji. Stopa zastąpienia (czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia) nie jest pochodną algorytmu wyliczającego, a wydłużających się lat życia. Po drugie, metoda kapitałowa jest po prostu uczciwsza i nie przeszkadza państwu prowadzić polityki socjalnej w obszarze emerytur m.in. w postaci uzupełniania emerytur minimalnych do ustalonego poziomu.

Kolejnym mitem jest potencjalny upadek ZUS (czy raczej systemu emerytalnego). Zapewniam, że jeżeli ZUS upadnie (cokolwiek to znaczy), to dookoła też będą już ekonomiczne zgliszcza. Proponuję prześledzić kryzysy ekonomiczne w poszczególnych państwach.

Pracowałem tyle lat, więc porządna emerytura mi się należy. Można to często usłyszeć. Emerytura jest pochodną składek przez nas wpłaconych w okresie aktywności zawodowej. Jeżeli każdy chciałby więcej niż wpłacił to by oznaczało, że wzajemnie się dotujemy. To już obecnie ma miejsce. Co roku FUS odnotowuje deficyt na kilkadziesiąt mld złotych, który wszyscy solidarnie pokrywamy z budżetu.

Tyle w telegraficznym skrócie.

Wydłużenie wieku przejścia na emeryturę do 65/67 nie wzięło się z sufitu. Polacy się jednak obrazili i wybrali ludzi, którzy im wiek emerytalny obniżyli. Proszę bardzo. Jednak nieprzypadkowo rządząca koalicja zaproponowała PPK, które większość objętych programem niestety odrzuca. Nie chcemy dłużej pracować, nie chcemy więcej odkładać na starość, to co w końcu chcemy?

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Dochód gwarantowany w przekazie medialnym.

Temat dochodu gwarantowanego powoli coraz częściej pojawia się w medialnych przekazach.  Kryzys z 2008 r. i obecny wywołany pandemią, zachęcają ludzi do szukania ekonomicznych alternatyw dla gospodarki wolnorynkowej lub sposobów na czynienie jej społecznie bardziej przyjazną. Jednym z lekarstw na ekonomiczne bolączki współczesnego świata ma być dochód gwarantowany (DG), czasami zwany bezwarunkowym dochodem gwarantowanym, dochodem podstawowym itp. Idea DG w  świecie funkcjonuje od dawna, ale w Polsce zdaje się częściej pojawiać w mediach dopiero od kilku lat.

Nie jest moim celem w tym wpisie pełna analiza DG od strony idei czy założeń, ani doświadczeń jakie poczyniono w tym zakresie na świecie. Intryguje mnie przekaz stosowany do prezentacji DG, który niestety sporo mówi o tym pomyśle. Pchnęła mnie do spisania kilku refleksji lektura kolejnego doniesienia o DG zamieszczona w bankier.pl. Tym razem pomysł DG ma być testowany w Kanadzie. Tytuł artykułu jest tu bez znaczenia, bo zawiera on większość mankamentów medialnych informacji o DG. W mediach, obok lepszej lub gorszej jakości artykułów, można też trafić na bezpośredni przekaz zwolenników i sympatyków GD (np. audycje radiowe).  

To co uderza w przekazie medialnym dotyczącym DG to skupianie się na ideologii. Dla mnie, w odbiorze, jest to trochę męczące i trąci manipulacją odbiorców treści. Zwolennicy DG podkreślają, iż jego głównym celem jest odejście od stanu nierównowagi pracodawca – pracobiorca. DG ma być przyznany każdemu niezależnie od tego czy ma pracę czy nie. Dzięki temu, obywatel ma środki na przeżycie na bezpiecznym poziomie bez upokarzającego ubiegania się o pracę. Tymczasem z góry wiemy, że gospodarka/państwo, żeby funkcjonować musi zapełnić miejsca pracy w policji, bankach, zakładach pogrzebowych, opiece społecznej, na taśmach produkcyjnych itd. Wśród wymienionych miejsc są i te, które musi zapełnić poprzez – przykro mi i przepraszam – przymus ekonomiczny, ponieważ nie cieszą się zainteresowaniem. Średnio trafia do mnie argument, że DG wymusi wyższe wynagrodzenia na prywatnych przedsiębiorcach. Podobny efekt można uzyskać wynagrodzeniem minimalnym. Ponadto, państwo w niektórych obszarach też kiepsko płaci, więc rywalizowałby tu samo ze sobą. Nie ukrywajmy też, że to właśnie społeczeństwo w dużym stopniu przyczynia się do określenia poziomu wynagrodzeń w gospodarce (własne mikroekonomiczne decyzje, wybory polityczne, przekonania gospodarcze itd.).

Nie trafia do mnie argument, że DG pozwoli na poświęcenie się temu co lubimy. W jednej z audycji radiowych, puszczano rozmowę z mieszkańcem jednego z państw skandynawskich, który twierdził, że dzięki DG częściowo poświęci się pracy dziennikarskiej, bo nie może znaleźć godziwie płatnej pracy w tym fachu. No i że on to lubi i tyle. Sądzę, że skoro nie może znaleźć w tym fachu zatrudnienia, to chyba musi się z tym pogodzić i szukać pracy (kwalifikacji), która zapewnią mu byt. Pisanie zaś tekstów może potraktować jako hobby.

Często zwolennicy DG argumentują, że przeciwnikami DG i krytykami pomysłów z tęgo kręgu są zwolennicy gospodarki wolnorynkowej zamknięci w swoich schematach i ludzie charakteryzujący się małą otwartością na zmiany i nowe idee. Ja w takim razie mógłbym odwrócić zarzut i stwierdzić, że sympatycy DG charakteryzują się lekceważeniem ekonomicznych realiów i fantazjowaniem opartym na przemilczeniach i manipulacjach. Osobiście jestem sobie w stanie wyobrazić, że ludzie za dziesiątki lub setki lat będą żyli w szałasach i odrzucą dorobek medycy, oddając się w ręce wyroków matki natury. A może będziemy żyć w komunach, odrzucając zbytek i bogactwo. Formalnie tego nie wykluczam, ale jakoś nie widzę by do tego zmierzało.

Jednym z najsłabszych elementów teoretyków DG jest finansowanie. No niemal konia z rzędem temu, kto w przekazach medialnych znajdzie w miarę dokładne określenie zasad i – przede wszystkim – źródeł finansowanie DG dla wszystkich obywateli. To kluczowy problem, który ….jest na ogół zbywany milczeniem lub ogólnikami. Tak jakby sympatycy DG zdawali sobie sprawę z tego, że pomysł jest nierealny.

Trzeba z dużą dozą ostrożności i krytycyzmu podchodzić do realizowanych pomysłów, czy raczej testowania DG. Sympatycy DG ogłaszają co jakiś czas realizację projektów w takiej czy innej części świata, ale gdy projekt się zakończy i nie ma kontynuacji (a tak jest za każdym razem w państwach rozwiniętych), zapada milczenie. Ale bywa i tak, że zwolennicy DG twierdzą, że projekt zakończył się sukcesem, ale pozbawienie wizji decydenci go zamknęli, zakończyli zamiast poprawić błędy i testować po raz kolejny. Trochę przypomina to opinie sprzed lat w stylu: socjalizm był dobry, tylko ludzie go nie rozumieli.

Polecam samodzielnie analizować kwoty DG przyznawane w poszczególnych projektach i przeprowadzać analizę danych. Szybko się okazuje, że w dominującej części projektów przyznawane kwoty są zbliżone do progów pomocy społecznej itp. I w rzeczywistości szumnie ogłaszane eksperymenty z DG są tak naprawdę testowaniem systemu pomocy społecznej (zapewnieniem minimum niezbędnego do przetrwania) bez armii urzędników i decydentów. Tylko, że w takim przypadku testuje coś zupełnie innego i wobec tego nazywajmy rzeczy po imieniu.

W przekazie sympatyków DG jest mnóstwo niedopowiedzeń, ideologii i więcej niż szczypta manipulacji. Rozumiem, że wolny rynek z jego alokacją zasobów i presją na człowieka, by dostosowywał się do zmian nas uwiera i nie chcemy się z tym pogodzić. Wątpię jednak, by DG był tu ratunkiem.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

PKB z III kw. Dane pozornie dobre.

Dane PKB za III kw kwartał zdają się napawać optymizmem. Faktycznie, generalnie możemy określić je jako dobre.  Przy czym ocena oparta jest głównie na porównaniu z tym czego się obawialiśmy niż z tym co jest i co nas prawdopodobnie czeka. Po trzech kwartałach gospodarka odnotowała realny spadek o ponad 2,5%  w porównaniu z 2019. W samym zaś tylko III kw  spadek wyniósł  1,5%.

Pomógł nam odłożony popyt krajowy i zagraniczny. Ta informacja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo była sygnalizowane danymi o sprzedaży detalicznej. Warto jednak zauważyć, że analiza rocznej struktury zmian PKB pokazuje słabnięcie popytu gospodarstw domowych. Podobną sugestię daje też m.in. trend zmian w realnym wzroście wynagrodzeń.

Rzadko omawiane zmiany w pozycji „przyrost rzeczowych środków obrotowych”  doskonale pokazują poziom nastrojów w gospodarce. Przedsiębiorstwa obok inwestycji – o czym dalej – wstrzymują nakłady na środki obrotowe potrzebne w produkcji. Tak gwałtowna reakcja jak teraz obserwowana było (co nie dziwne) w okresach kryzysowych i obaw o stan gospodarki w najbliższym okresie.

Drugi kwartał z rzędu mocno, bo o 9% r/r, kurczą się inwestycje. W II kw spadek wynosił niemal tyle samo, 10,7% r/r. Jak na sytuacje kryzysowe, w porównaniu z podobnymi sytuacjami z lata ubiegłych, nie jest to jeszcze spowolnienie, które mogłoby szokować. Nie zmienia to oczywiście faktu, że spadek w wspomnianej skali niepokoi i nie nastraja optymistycznie.

Czy przechodzimy kryzys łagodnie czy ostro? To kwestia przyjętej perspektywy. Jeszcze kilka miesięcy temu baliśmy się, że będzie gorzej. Pamiętajmy jednak, że przechodzimy praktycznie drugi lockdown i nie był on ujmowany w części prognoz. Pomogły ogromne kwoty wpompowanych w gospodarkę pieniędzy. Należy pamiętać, że programy pomocowe finansowe długiem, to nic innego jak przenoszenie popytu z przyszłych okresów na chwilę obecną. Oczywiście nie jest to pomysł zły. Przeciwnie. Sądzę jednak, że nieco przesadziliśmy.

Gospodarka w 2020 r. doświadczy ok. 3% spadku w porównaniu z 2019 r, co dla społeczeństwa i gospodarki jest i będzie pewnym wstrząsem. Prognozowane odbicie w roku przyszłym ma być w zasadzie wyrównaniem ‘dołka’ z roku bieżącego. Jednak i ten – prognozowany – rezultat uznałbym za korzystny, pod warunkiem, że się zrealizuje.

W ostatnich miesiącach część komentarzy do publikowanych danych makroekonomicznych mogła wywołać wrażenie, że kryzys tylko się o nas otarł. Przestrzegałbym przed  uleganiem takiemu wrażeniu. Nawet komentatorzy mediów dalekich od sympatii do obecnej koalicji rządzącej, zdają się ulegać optymistycznym przekazom premiera Morawieckiego. Należy pamiętać, że podstawowa comiesięczna porcja statystyk nie obejmuje małych firm, w tym handlowych i usługowych, a to one najgorzej doświadczają skutków kryzysu. Niekorzystne trendy i tak są widoczne w danych statystycznych. Jakoś tam mało mówi się ostatnio m.in. o bezrobociu, tymczasem oficjalne bezrobocie wzrosło o ok.20% w porównaniu z rokiem ubiegłym, czyli o blisko 180 tys. ludzi.

Kryzys, spadek i odbicie gospodarcze, raczej nie przyjmie litery V. Będzie to U i to takie mocno spłaszczone i rozciągnięte.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Partia Razem chce ustalić maksymalne marże.

Jakby to dziwnie nie brzmiało, czasami warto stanąć w obronie zasad wolnorynkowej konkurencji. W obronie przed kim? Otóż partia Razem przygotowała projekt ustawy wprowadzającej maksymalne marże dla pośredników w dostawie żywności. Wg Razem, duże zagraniczne (głównie) firmy obsługujące portale do składania zamówień opanowały rynek i narzucają polskim restauratorom ogromne – wg polityków Razem –  marże za składanie zamówień i/oraz dostawę posiłków do klienta. Ponieważ propozycja ustawy nie spotkała się z zainteresowaniem m.in. PO i PiS, to pod adresem tych partii posypały się złośliwości m.in. z ust A.Zandberga. Nie brakowało słów jak ‘wyzysk’, ‘międzynarodowe korporacje’, czy ‘serwilizm wobec ambasady USA’. Zapewne po to by podnieść temperaturę sporu. Byłoby lepiej, gdyby politycy partii Razem zaprezentowali merytoryczne argumenty.

Nikt nigdy nie twierdził, że wolny rynek załatwia wszystkie społeczne i gospodarcze problemy. Jako społeczeństwo wstępnie ustaliliśmy w jakich sektorach wolnego rynku nie będzie lub będzie on ograniczony. Takimi sektorami są m.in. energetyka, usługi zdrowotne i edukacja. W pozostałych sektorach warto utrzymywać zasady wolnego rynku, ponieważ jakoś tak się składa, że potrafi czynić cuda.  

Czy rynek zamówień i dostaw posiłków wymaga ustalenia maksymalnej marży, czyli interwencji państwa? Z przekazu polityków partii Razem tego się nie dowiemy. Próbowałem trafić na uzasadnienie, ale się nie udało. Na stronie partii Razem uzasadnienia nie znalazłem. W końcu zrezygnowałem z poszukiwań, bo nie będę tracił czasu. Skoro partii Razem nie zależy na łatwym udostępnieniu uzasadnienia, to nie ma co tracić czasu na jego poszukiwanie. Jako więc uzasadnienie pomysłu, pozostaje nam tylko emocjonalny przekaz partii Razem.

W internecie można znaleźć sporo ciekawych zestawień o rynku restauracyjnym, zamówień i dostaw. Raczej nie rysuje się z tego obraz grupy podmiotów, które stworzyły monopol i ciemiężą drobnych polskich restauratorów. Po drugie jak miałyby ciemiężyć? Trudno komuś nakazać korzystanie z takiego czy innego pośrednika. Moja rodzina na przykład większość zamówień realizuje bezpośrednio kontaktując się z restauracją. Opieramy się na własnych doświadczeniach z lokalnymi restauracjami, korzystamy z reklam i możliwości zamawiania on-line. Część firm ma w pakiecie dostawę, część odbiór u siebie. Jak słusznie też zauważył ktoś na jednym z forów pod artkułem o inicjatywie Razem, warto przemyśleć pomysł rozwinięcia usługi dowozu, skoro personel nie ma się czym zająć w dobie pandemii. Skoro pośrednicy pobierają zbyt dużą marżę, to warto stworzyć lokalny lub regionalny portal i zaoferować dostawę. Itd. Swoją drogą warto byłoby poznać , które firmy reprezentuje partia Razem. Poznać ich profil działalności itd. Może się okazać, że problem leży gdzie indziej.

Jeżeli jest potrzeba, można zbadać czy zachowane są warunki regulacji antymonopolowych. Nie trafiłem na wypowiedzi polityków Razem, w których analizowaliby problem od tej strony.

I na koniec drażliwy temat marży. Warto przypomnieć, że to właśnie marża przyczynia się do alokacji kapitału i zachęca do inicjatywy. Wiem, że tego typu uwagi stają się passe, ale na co dzień widzę, że wszyscy chętnie korzystają z dorobku prostego mechanizmu jakim jest wolna konkurencja. Warto więc pamiętać jaki mechanizm stoi za tym, że na ogół mamy ogromny wybór w produktach i usługach. Jeżeli więc, tak świetnie można zarobić na pośrednictwie, to dlaczego nikt z restauratorów się do tego nie garnie? Pomoc ze strony Razem nie musi się też skupiać na ograniczeniu marży, co jest banalnie lewicowe. A może firmy, które Razem reprezentuje, wymagają innej pomocy niż tylko ograniczanie konkurencji za pomocą marży.

Swoją drogą ciekaw jestem, czy jak już ograniczymy konkurencję, to Razem dopilnuje by cena za dostarczenie posiłku przez polskiego drobnego restauratora, również nie przekraczała progów przyzwoitości.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Minister Ziobro żartobliwie straszy przywróceniem ceł.

Pewne rzeczy i wypowiedzi powinno nazywać się po imieniu. Wypowiedź ministra Z.Ziobry, jest po prostu głupia i nieodpowiedzialna. Chodzi m.in. o słowa:  “Straty dla takich krajów jak Holandia czy Francja mogą wynikać w sytuacji, kiedy polski rynek byłby zamknięty dla tych państw i gdybyśmy wprowadzili cła. Rocznie bogate kraje UE wyprowadzają z Polski większe pieniądze niż te z dopłat”. (z wypowiedzi dla 300polityka.pl., za gazeta.pl). Manipulacyjne wypowiedzi polityków prawicowych odnoszące się do naszych relacji ekonomicznych z UE są zresztą wieloletnią tradycją, która ostatnio przybiera na sile.

No więc przypomnijmy kilka kwestii. Przywrócenia ceł w handlu wewnątrzunijnym oznacza wyjście z UE. Możemy się spierać, kto pierwszy będzie palił opony pod siedzibą ministra sprawiedliwości. Obstawiam, że rolnicy. Dla nich wejście do UE było darem niebios. Mamy nadwyżkę w wymianie handlowej tej grupy towarów. Rolnicy francuscy i niemieccy tylko czekają na realizację tego pomysłu.

Blisko 80% naszej wymiany handlowej realizujemy z krajami UE. Rolnicy i wiele innych sektorów gospodarki wypracowują nadwyżkę, która w ostatnich latach z nadmiarem pokrywa ujemne saldo wymiany w produktach chemicznych i surowcach. W tym ostatnim przypadku chodzi o import surowców jak ropa czy gaz. Chciałbym poznać wizję ministra Ziobry jak wyglądałby nasz bilans handlowy po wprowadzeniu w życie jego pomysłu.

O tym jak UE i zachodni kapitał rzekomo – przepraszam za wyrażenie – doi Polskę, na prawicy rozpowiadane są mity. Temat przepływu kapitału można próbować wyjaśnić za pomocą słupków danych lub na logikę. Spróbuję drugiej metody. Jeżeli minister Ziobro nie zamknął jak dotąd w więzieniu zachodnich kapitalistów, tzn. że nic na nich nie ma. Skoro można było próbować zatrzymać Polańskiego podczas jego wizyty w Polsce, to i można było podjąć próbą zatrzymania wizytujących swoje zakłady zagranicznych kapitalistów lub ich polskich reprezentantów. Skoro nic takiego się nie dzieje to znaczy, ze ci kapitaliści nie naruszają prawa lub, że minister Ziobro jest niekompetentny. Ponadto, skoro pobierają dywidendę, to pewnie musieli wcześniej zainwestować, prawda? Tzw. kapitał, jak każdy z nas, ma prawo czerpać korzyści na zasadach określonych polskim prawem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby politycy prawicowi przedstawili jakieś zestawienia dotyczące rzekomego wykorzystywania Polski przez zachodni kapitał. Ciekawie byłoby poznać poczynania naszego kapitału za granicą. W Polsce dostępne są statystki przepływu kapitału, ale politycy prawicowi ich nie eksponują lub wyciągają tylko fragmenty czyniąc je obiektem sprawnych manipulacji.

Jeżeli kapitaliści zachodni zachowują się niemoralnie, no to ktoś im na to pozwala i nic z tym nie robi również po 2015 roku. Może M.Morawiecki, gdy przy okazji kolejnej niemieckiej inwestycji w Polsce, w przemowie dziękczynnej skierowanej do przedstawicieli jednego z niemieckich koncernów motoryzacyjnych, omal się nie rozpłynął z wdzięczności.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Polityka podatkowa PiS.

Skoro tak chętnie niektóre środowiska mówią o radykalnej zmianie polityki gospodarczej w Polsce po 2015 r., to warto spojrzeć gdzie i w jakim stopniu zmiana ta dokonała się w sferze podatkowej. Eurostat właśnie udostępnił raport o wpływach podatkowych, skupiając się na ich pomiarze w relacji do PKB. Dla tych co chcą samodzielnie popracować z danymi, tradycyjnie polecam skorzystanie z olbrzymiej hurtowni danych udostępnianych przez Eurostat.

Na wstępnie spojrzenie na udział wpływów podatkowych i składek w UE. W UE relacja wpływów podatkowych i składek do PKB w ciągu ostatnich 20 lat wahała się między 39% a 41,5%. Wartości z przedziału 40%-41,5% osiągane są na ogół w okresach silniejszych wzrostów gospodarczych. Warto zaznaczyć, że w ramach UE występuje ogromne zróżnicowanie w skali opodatkowania i w roli podatków. W tym ostatnim przypadku chodzi o udział w strukturze.  

W Polsce, w latach 2012-2015 udział podatków i składek w relacji do PKB był rzędu 33,2% (33,4% w 2015 r.), by do 2018 r. wzrosnąć do 36% i taką wartość utrzymać w 2019 r. Można więc powiedzieć, że PiS podniósł wypływy o ok. 2,5 p.p., w czasach gdy w UE wpływy były stabilne w relacji do PKB (ok. 41%). I tu mała uwaga. Udział wpływów z podatków i składek relatywnie łatwo rośnie w okresach wysokiej koniunktury w Polsce. Ponad dziesięć lat temu wynosił on u nas ok. 35% w relacji do PKB. Możemy więc politykom PiS ewentualnie przypisać 1 p.p. (resztę zrobiła koniunktura), co daje kwotę 20-25 mld dodatkowych wpływów rocznie. Oczywiście warto pamiętać, że tego typu zabawy na wysoko agregowanych kwotach i przyrównaniach do PKB są obciążone pewnym błędem.

Nikt nie kwestionuje pewnej skuteczności PiS w walce z szarą strefą. Porównanie z poprzednim boomem gospodarczym wskazuje jednak, że luki podatkowe najlepiej się zmniejsza właśnie w tych okresach. Jedna z instytucji szacujących lukę już zwróciła uwagę, że w tym roku luka się zwiększy. Trudno żeby było inaczej w okresie gorszej koniunktury. Szacunki skuteczności, którą ewentualnie możny by przypisać PiS z tytułu zmniejszenia luki VAT, zawierają się na ogół między 10 mld – 15 mld zł.  

Cokolwiek byśmy nie sądzili o skuteczności PiS w walce z luką VAT to przypominam, że już tylko program 500 plus i 13-ta emerytura kosztowały budżet w 2019 ok. 50 mld zł. Tak więc PiS nie zapewnił trwałego i stabilnego finansowania dla swojego programu. I właśnie problem z finansowaniem programów socjalnych PiS powinien być szerzej omawiany, a nie tylko przez wąskie grono ekonomistów i pasjonatów grzebania w danych. Pozostała część wspomnianych programów socjalnych pochodzi z ograniczania tempa wzrostu szeregu innych pozycji w finansach państwa oraz ładowana jest w deficyt, czyli finansowana długiem.

Jak wyżej wykazałem, wątpliwe jest by PiS przyczynił się do radykalnego wzrostu trwałych wpływów podatkowych. Porównania z krajami o rozbudowanej polityce socjalnej państwa i jego udziale w gospodarce wskazują, że musi iść za tym poważne podniesienie podatków i składek. Sami tylko Niemcy, do których lubimy się przyrównywać, mają wpływ podatkowe sięgające 41,7% PKB. To prawie o 6 p.p. więcej od nas.

Inną ciekawostką jest polityka podatkowa PiS. Mimo krytyki IIIRP, PiS raczej niewiele zrobił by coś zmienić. Oczywiście warto odnotować takie posunięcia jak podatek bankowy, opłata recyclingowa, danina solidarnościowa, podatek handlowy, podatek cukrowy itd. Niektóre z nich na trwale weszły do naszej palety podatków, inne zaczną działać lub dopiero co weszły w życie. Te, z wymienionych, które już w pełni działają, dają rocznie blisko 10 mld zł, z czego niemal połowa przypada na podatek bankowy. Za, zgodne z przekazem medialnym, uderzenie w ‘bogatych’ (czy raczej ‘bogate’ sektory) uznać można podatek bankowy i  handlowy. Z natury rzeczy jednak, podmioty gospodarcze przynajmniej część podatku przenoszą na klientów. Na tle lat minionych i boomu gospodarczego sprzed 10 lat, PiS o 0,5 p.p. w relacji do PKB dociążył przedsiębiorstwa. Możemy przyjąć, że to wartość niewielka.

Dokonana została jedna istotna zmiana, którą można uznać za bezpośrednie uderzenie w ‘bogate’ osoby. Chodzi o tzw. opłatę solidarnościową, wpływy z której przeznaczone są na Solidarnościowy Fundusz Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. W pewnym sensie, można opłatę nazwać trzecim progiem PIT. Opłata pojawiła się nieco przypadkowo w toku politycznego sporu o poprawę wsparcia dla niepełnosprawnych. Politycy PiS kategorycznie opłaty nie chcieli nazwać podatkiem, chcąc utrzymać wizerunek partii, która zmieniła polityczkę społeczną bez nakładania podatków. Zmiana w PIT nastąpiła i z drugiego końca rozkładu wynagrodzeń. Podniesiono kwotę wolną od podatku i ulżono osobom do 26 roku życia. Zmiana kwoty wolnej też w pewnym stopniu była dziełem przypadku. PiS formalnie obiecywał podniesienie kwoty wolnych w wyborach w 2015, po czym jakby zapomniał o tym. Dopiero wyrok TK (w reakcji na skargę złożoną przez RPO) zmusił do przynajmniej śladowego działania.

Polski system podatkowy nie przeszedł pod kilkuletnimi rządami PiS istotnej zmiany w rozumieniu wysokości i struktury wpływów. Wzrost wpływów podatkowych po czterech latach rządów o 1 p.p. trudno uznać za sukces (porównanie w poprzednim boomem gospodarczym). W podatkach i opłatach oprócz podatku dochodowego, poziom wpływów w zasadzie pozostał bez mian. Nadal poziom wpływów z podatku dochodowego od przedsiębiorstw jest nieco niższy niż w UE. Mocno odstajemy od średniej w UE (a szczególnie od krajów z rozbudowaną polityką społeczną) pod względem udziału podatku dochodowego od osób fizycznych (itp.) w strukturze wpływów podatkowych. W UE średnio to ponad 9,5% w relacji do PKB. W Polsce podatek dochodowy płacony przez gospodarstwa domowe stanowi 5,3% PKB. PiS kategorycznie nie chciał dotykać tej sfery, czyli nie chciał podnosić stawki podatku czy liczby progów by nie narazić się potencjalnym wyborcom.

Polityka podatkowa PiS robi wrażenie dość przypadkowej. PiS skupił się na łataniu dziur w ustawodawstwie i dociąganiu mniejszych lub większych kwot z różnych źródeł i na różne cele. Oczywiście taka polityka, w sumie, też jest jakąś polityką. By uniknąć wzrostu PIT czy innych podatków, PiS korzystał z urodzaju wpłat jak np. za koncesje z obszaru telekomunikacji czy wpłat z zysku NBP. PiS wciąż ma w rezerwie kilkanaście mld zł w tytułu przekształcenia OFE. Opłata za OFE w zasadzie jest opodatkowaniem osób fizycznych, chociaż sprytnie ukryta pod postacią opłaty.

Na zakończenie chyba największa ciekawostka dotycząca polityki podatkowej PiS. Tak naprawdę nakładane podatki, opłaty czy prowizje pośrednio (np. podatek bankowy, opłata recyclingowa) są najbardziej dotkliwe dla przeważającej większości przeciętnych obywateli niezależnie od ich dochodów. Można więc powiedzieć, że w dużym stopniu Polacy sami sobie opłacają 500 plus. Nie dokonał się tu transfer od ‘bogatych’ do ‘biednych’, a jeśli już to w niewielkim stopniu. Tam gdzie PiS starał się zmniejszyć tempo wydatków (np. edukacja), by pozyskać środki na programy socjalne, też robił to kosztem obywateli. Cześć programu opłacana długiem będzie spłacana w niedalekiej przyszłości, bez rozróżnienia na ‘bogatych’ czy ‘biednych’ obywateli.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Moda na zadłużanie.

Sporo się teraz mówi o konieczności zwiększenia zadłużenia. W dyskusjach najczęściej operuje się długiem w relacji  do PKB. Część ekonomistów i niektórzy przedstawiciele rządu sugerują, że bariera 60% zapisana w polskiej konstytucji to przeżytek i niepotrzebne ograniczenie, szczególnie w obecnych czasach.

Problemem naszym i wielu społeczeństw należących do UE jest lekko lewicowe odchylenie i populizm. Lewicowość sama w sobie nie jest zła, dopóki nie zagraża sytuacji makroekonomicznej. My też od kilku lat zaczęliśmy śmielej twierdzić, że mamy prawo domagać się lepszego poziomu życia i powiększania socjalnych zdobyczy bez oglądania się na kryzysy. Lekiem na kryzysy ma być wzrost zadłużenia, który podobno nie jest problemem, pomaga (też podobno) w rozwoju gospodarki i że jakoś się go tam przyszłości zawsze te zadłużenie spłaca lub neutralizuje wynikające z niego zagrożenia. Doprawdy? Spójrzmy więc na poziom zadłużenia w relacji do PKB w UE w ciągu ostatnich prawie dwudziestu lat (2000-2019).

W okresie 2000-19 zadłużenie łącznie w UE wzrosło z 60,6% do 79,3% PKB. Niemal o 19 pp. Można się więc posunąć do uproszczenia, że ostatnio co dekadę zadłużenie rośnie niemal o 10 pp. Owszem, były w tym okresie dwa kryzysy, ale i wiele lat tłustych. Po drugie, kraje odpowiedzialne powinny się przygotowywać na raptowne pogorszenie koniunktury.

W analizowanym okresie na 28 państw, których dane podaje w swoich raportach Eurostat, raptem tylko 7, w omawianym okresie, zmniejszyło zadłużenie do PKB, a w przypadku 3 zwiększyło się ono w niewielkim stopniu.  Polska w tym okresie wyglądała dość przyzwoicie, ze wzrostem ‘jedynie’ o 9,5 pp do poziomu 46%. Niestety aż 17 krajów (w tym kilka sporych rozmiarów) zaliczyło wzrosty od 1,5 do ponad 7 razy większe (w ujęciu pp) od Polski. Widać więc, że większość krajów UE wzrost zadłużenia traktuje jako jedno w ważniejszych lekarstw na problemy. Wygląda na to, że taki sposób radzenia sobie z problemy zaimponował wielu polskim ekonomistom i koalicji rządowej, która za pośrednictwem kilku wyższych urzędników próbuje stworzyć grunt pod złamanie konstytucyjnych 60%. W rzeczywistości już obecnie zliczając obecne zadłużenia wg general government , niedawno przebiliśmy 60% PKB. Wystarczył więc kryzys i hojna ręka rządu by w kilka m-cy skoczyć o sporo ponad 10 pp. Jest niewielkim pocieszeniem, że inne kraje doświadczyły podobnego skoku zadłużenia.

Wygląda na to, że próbujemy podążać drogą wielu innych krajów, czyli ratować się przed problemami gospodarczymi i gniewem opinii publicznej (ewentualne zaciśnięcie pasa) potężnym wzrostem zadłużenia. Zniesienie konstytucyjnego limitu (który już jest obchodzony) dałoby rządowi szerokie pole do ścigania się z liderami Europy w tej niechlubnej konkurencji. Warto pamiętać, że większość krajów UE (i nie tylko) ma poważny problem z uniezależnieniem się od narkotyku jakim jest wzrost zadłużenia. Skąd pewność, ze Polska dołączy do grona tych krajów, które potrafiły uzdrowić finanse po kryzysach. Ja takiej pewności nie mam.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

W finansowaniu służby zdrowia bez zmian.

GUS opublikował właśnie Narodowy Rachunek Zdrowia za 2018 r. Warto więc przy tej okazji przypomnieć zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Jak widać z roku za który jest NRZ, otrzymujemy informację z ogromnym opóźnieniem. Szybciej otrzymujemy informację o wpływach i wydatkach NFZ w ramach informacji kwartalnej o sytuacji finansów publicznych. Ale i tu szału nie ma, bo znamy dane za I kw ’20 r. i w najbliższych tygodniach powinniśmy poznać dane za II kw. Resztę w zasadzie można sobie lepiej lub gorzej prognozować.

Przypomnę zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Usługi w dominującej części są finansowane ze środków publicznych, czyli tak naprawdę z naszych. Oczywiście wolno nam kupować usługi za własne pieniądze lub korzystać z pakietów firmowych. Dominującą część w finansowaniu publicznym stanowi nasza składka zdrowotna. Składka zaś jest pochodną naszych wynagrodzeń. W ten sposób docieramy, do kolejnej cechy naszego systemu. Skala nakładów na służbę zdrowia w dużym stopniu powiązana jest z sytuacją na rynku pracy, czyli inaczej mówiąc, ze stanem naszej gospodarki. Wydatki publiczne, jak wspomniałem, uzupełniane są wydatkami z budżetu państwa i wydatkami jednostek samorządowych.

Dostęp do usług zdrowotnych nie jest jednolity, niemniej należy podkreślić, że dominuje system, który możemy uznać jako sprawiedliwy społecznie . Środki z naszej składki i wydatków budżetu są równo rozdzielane na potrzebujących. Rozumiem przez to finansowanie dostępu do usług niezależnie od wynagrodzenia, statusu społecznego itd. Wymienione środki stanowią ok 67% wydatków ogółem na usługi zdrowotne.

Nieco sporów może wywołać finansowanie usług przez jednostki samorządowe (raptem ok. 4% w ogółem). Nie ma co ukrywać, że skala samorządowych wydatków uzależniona jest od zamożności gminy/samorządu. W skali jednostki samorządowej nikt nie różnicuje beneficjentów, ale w skali kraju może budzić to już wątpliwości, bo cóż winny jest obywatel, że mieszka w biedniejszej gminie, której na programy zdrowotne nie stać.

Oczywiście zróżnicowanie dostępu do usług służby zdrowia jest m.in. wynikiem wydatków prywatnych. Nie wszystkich stać na szersze korzystanie z prywatnej służby zdrowia i nie wszyscy pracują w bogatych korporacjach finansujących pakiety zdrowotne. Można to różnie oceniać, ale nie wyobrażam sobie, by w Polsce zabroniono samodzielnego nabywania usług za środki prywatne.

To co wiemy na pewno to to, że system finansowania służby zdrowia i skala finansowania w relacji do PKB od kilku lat nie ulegają zmianie. Względnie stabilna jest też struktura. Sądzę, że może w kolejnych 2-3 latach mamy szansę zobaczyć jakieś zmiany. Rząd ugiął się pod naporem protestu lekarzy i powinien zwiększać powoli, zgodnie z deklaracją, skalę nakładów w części publicznej. Bo nie ma co ukrywać, ze w relacji do PKB, Polska jest w ogonie na tle krajów UE. Nakłady publiczne od lat są rzędu 4,5% PKB, co daje od 1 do 2 pkt. proc. poniżej średniej w UE.

Mimo iż formalnie zdrowie i dostęp do służby zdrowia jest wg sondaży priorytetem Polaków, to ster rządów pozostawiliśmy koalicji, która w zasadzie nie wprowadziła zmian w zasadach finansowania, a przede wszystkim nie chciała finansowania – w relacji do PKB – zwiększać (mimo deklaracji z 2015 r.). Powinniśmy zwiększyć składkę zdrowotną lub zwiększyć nakłady z budżetu. Jeżeli tego nie zrobimy nadal będziemy się ograniczać do dopasowywania struktury wydatków do potrzeb i nadal stać będziemy w kolejkach. Niestety politycy prawicowi woleli rozdać pieniądza w ramach 500+ i dodatkowych emerytur, zamiast dokonać radykalnych zmian w finansowaniu służby zdrowia. Uczciwie trzeba przyznać, że taką hierarchię wydatków i potrzeb Polacy w wyborach zaakceptowali.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , | Dodaj komentarz