Moda na zadłużanie.

Sporo się teraz mówi o konieczności zwiększenia zadłużenia. W dyskusjach najczęściej operuje się długiem w relacji  do PKB. Część ekonomistów i niektórzy przedstawiciele rządu sugerują, że bariera 60% zapisana w polskiej konstytucji to przeżytek i niepotrzebne ograniczenie, szczególnie w obecnych czasach.

Problemem naszym i wielu społeczeństw należących do UE jest lekko lewicowe odchylenie i populizm. Lewicowość sama w sobie nie jest zła, dopóki nie zagraża sytuacji makroekonomicznej. My też od kilku lat zaczęliśmy śmielej twierdzić, że mamy prawo domagać się lepszego poziomu życia i powiększania socjalnych zdobyczy bez oglądania się na kryzysy. Lekiem na kryzysy ma być wzrost zadłużenia, który podobno nie jest problemem, pomaga (też podobno) w rozwoju gospodarki i że jakoś się go tam przyszłości zawsze te zadłużenie spłaca lub neutralizuje wynikające z niego zagrożenia. Doprawdy? Spójrzmy więc na poziom zadłużenia w relacji do PKB w UE w ciągu ostatnich prawie dwudziestu lat (2000-2019).

W okresie 2000-19 zadłużenie łącznie w UE wzrosło z 60,6% do 79,3% PKB. Niemal o 19 pp. Można się więc posunąć do uproszczenia, że ostatnio co dekadę zadłużenie rośnie niemal o 10 pp. Owszem, były w tym okresie dwa kryzysy, ale i wiele lat tłustych. Po drugie, kraje odpowiedzialne powinny się przygotowywać na raptowne pogorszenie koniunktury.

W analizowanym okresie na 28 państw, których dane podaje w swoich raportach Eurostat, raptem tylko 7, w omawianym okresie, zmniejszyło zadłużenie do PKB, a w przypadku 3 zwiększyło się ono w niewielkim stopniu.  Polska w tym okresie wyglądała dość przyzwoicie, ze wzrostem ‘jedynie’ o 9,5 pp do poziomu 46%. Niestety aż 17 krajów (w tym kilka sporych rozmiarów) zaliczyło wzrosty od 1,5 do ponad 7 razy większe (w ujęciu pp) od Polski. Widać więc, że większość krajów UE wzrost zadłużenia traktuje jako jedno w ważniejszych lekarstw na problemy. Wygląda na to, że taki sposób radzenia sobie z problemy zaimponował wielu polskim ekonomistom i koalicji rządowej, która za pośrednictwem kilku wyższych urzędników próbuje stworzyć grunt pod złamanie konstytucyjnych 60%. W rzeczywistości już obecnie zliczając obecne zadłużenia wg general government , niedawno przebiliśmy 60% PKB. Wystarczył więc kryzys i hojna ręka rządu by w kilka m-cy skoczyć o sporo ponad 10 pp. Jest niewielkim pocieszeniem, że inne kraje doświadczyły podobnego skoku zadłużenia.

Wygląda na to, że próbujemy podążać drogą wielu innych krajów, czyli ratować się przed problemami gospodarczymi i gniewem opinii publicznej (ewentualne zaciśnięcie pasa) potężnym wzrostem zadłużenia. Zniesienie konstytucyjnego limitu (który już jest obchodzony) dałoby rządowi szerokie pole do ścigania się z liderami Europy w tej niechlubnej konkurencji. Warto pamiętać, że większość krajów UE (i nie tylko) ma poważny problem z uniezależnieniem się od narkotyku jakim jest wzrost zadłużenia. Skąd pewność, ze Polska dołączy do grona tych krajów, które potrafiły uzdrowić finanse po kryzysach. Ja takiej pewności nie mam.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

W finansowaniu służby zdrowia bez zmian.

GUS opublikował właśnie Narodowy Rachunek Zdrowia za 2018 r. Warto więc przy tej okazji przypomnieć zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Jak widać z roku za który jest NRZ, otrzymujemy informację z ogromnym opóźnieniem. Szybciej otrzymujemy informację o wpływach i wydatkach NFZ w ramach informacji kwartalnej o sytuacji finansów publicznych. Ale i tu szału nie ma, bo znamy dane za I kw ’20 r. i w najbliższych tygodniach powinniśmy poznać dane za II kw. Resztę w zasadzie można sobie lepiej lub gorzej prognozować.

Przypomnę zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Usługi w dominującej części są finansowane ze środków publicznych, czyli tak naprawdę z naszych. Oczywiście wolno nam kupować usługi za własne pieniądze lub korzystać z pakietów firmowych. Dominującą część w finansowaniu publicznym stanowi nasza składka zdrowotna. Składka zaś jest pochodną naszych wynagrodzeń. W ten sposób docieramy, do kolejnej cechy naszego systemu. Skala nakładów na służbę zdrowia w dużym stopniu powiązana jest z sytuacją na rynku pracy, czyli inaczej mówiąc, ze stanem naszej gospodarki. Wydatki publiczne, jak wspomniałem, uzupełniane są wydatkami z budżetu państwa i wydatkami jednostek samorządowych.

Dostęp do usług zdrowotnych nie jest jednolity, niemniej należy podkreślić, że dominuje system, który możemy uznać jako sprawiedliwy społecznie . Środki z naszej składki i wydatków budżetu są równo rozdzielane na potrzebujących. Rozumiem przez to finansowanie dostępu do usług niezależnie od wynagrodzenia, statusu społecznego itd. Wymienione środki stanowią ok 67% wydatków ogółem na usługi zdrowotne.

Nieco sporów może wywołać finansowanie usług przez jednostki samorządowe (raptem ok. 4% w ogółem). Nie ma co ukrywać, że skala samorządowych wydatków uzależniona jest od zamożności gminy/samorządu. W skali jednostki samorządowej nikt nie różnicuje beneficjentów, ale w skali kraju może budzić to już wątpliwości, bo cóż winny jest obywatel, że mieszka w biedniejszej gminie, której na programy zdrowotne nie stać.

Oczywiście zróżnicowanie dostępu do usług służby zdrowia jest m.in. wynikiem wydatków prywatnych. Nie wszystkich stać na szersze korzystanie z prywatnej służby zdrowia i nie wszyscy pracują w bogatych korporacjach finansujących pakiety zdrowotne. Można to różnie oceniać, ale nie wyobrażam sobie, by w Polsce zabroniono samodzielnego nabywania usług za środki prywatne.

To co wiemy na pewno to to, że system finansowania służby zdrowia i skala finansowania w relacji do PKB od kilku lat nie ulegają zmianie. Względnie stabilna jest też struktura. Sądzę, że może w kolejnych 2-3 latach mamy szansę zobaczyć jakieś zmiany. Rząd ugiął się pod naporem protestu lekarzy i powinien zwiększać powoli, zgodnie z deklaracją, skalę nakładów w części publicznej. Bo nie ma co ukrywać, ze w relacji do PKB, Polska jest w ogonie na tle krajów UE. Nakłady publiczne od lat są rzędu 4,5% PKB, co daje od 1 do 2 pkt. proc. poniżej średniej w UE.

Mimo iż formalnie zdrowie i dostęp do służby zdrowia jest wg sondaży priorytetem Polaków, to ster rządów pozostawiliśmy koalicji, która w zasadzie nie wprowadziła zmian w zasadach finansowania, a przede wszystkim nie chciała finansowania – w relacji do PKB – zwiększać (mimo deklaracji z 2015 r.). Powinniśmy zwiększyć składkę zdrowotną lub zwiększyć nakłady z budżetu. Jeżeli tego nie zrobimy nadal będziemy się ograniczać do dopasowywania struktury wydatków do potrzeb i nadal stać będziemy w kolejkach. Niestety politycy prawicowi woleli rozdać pieniądza w ramach 500+ i dodatkowych emerytur, zamiast dokonać radykalnych zmian w finansowaniu służby zdrowia. Uczciwie trzeba przyznać, że taką hierarchię wydatków i potrzeb Polacy w wyborach zaakceptowali.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Proponuję nie rezygnować tak szybko z limitów zadłużenia.

Poziom zadłużenia w ujęciu general government, jak osiągnęliśmy na koniec czerwca, powinien być wiaderkiem zimnej wody na głowy rozgrzane pomysłami zniesienia konstytucyjnego limitu zadłużenia. Sugestie dotyczące zniesienia limitu, jako krępującej nasz rozwój bariery, pojawiają się z dwóch stron. Z jednej strony ekonomiści i komentatorzy pozujący na anty-liberalnych i otwartych na nowe wyzwania. Z drugiej, najwyżsi urzędnicy państwowi, którzy delikatnie wrzucają w przestrzeń medialną informację o wzroście zadłużenia, unikając podawania liczb. To ostatnie biorą już głównie na siebie niezależne media. Celem polityków rządzących jest oswojenie opinii publicznej z faktem ogromnego wzrostu zadłużenia w ciągu dwóch najbliższych lat. Wg wiceministra finansów Piotra Patkowskiego, konstytucyjny limit zadłużenia – 60% PKB – jest już zbędnym przeżytkiem. Wg niego Polska jest wiarygodnym krajem i 60%-wa bariera jest zbędna.

Zanim ewentualnie usuniemy limit z konstytucji, zastanówmy się czy warto i czy tego na pewno chcemy.

Bariera 60% odnosi się do zadłużenia definiowanego w ustawie o finansach publicznych, co już pozwala na pewne manipulacje, z których rząd skrzętnie skorzystał. By uniknąć przekroczenia progu, znaczna część zadłużenia jest przeniesiona na Fundusz Przeciwdziałania Covid-19 (prowadzony przez BGK) i tarczę finansową Polskiego Funduszu Rozwoju. Każda z tych instytucji ma prawo emisji 100 mld zł, z czego obecnie zrealizowały po ponad 60 mld zł każda. Takie rozłożenie możliwości zadłużania, ma też pozwolić rządowi na nieprzekroczenie 55% zadłużenia do PKB, co skutkowałoby koniecznością praktycznie bilansowania wpływów i wydatków budżetowych w kolejnym roku. Politycznie byłaby to katastrofa.

Zrobiliśmy z poziomu ratunkowego wsparcia gospodarki formę międzynarodowej konkurencji. Bez głębszej refleksji przepompowujemy ponad dwie setki miliardów złotych i to jeszcze nie jest koniec. Pompowanie kasy bez opamiętania powoduje, że wyzbywamy się rezerwy na ewentualne dalsze/inne ekonomiczne tąpnięcie.

Lekkomyślna polityka w finansach publicznych (kupowanie elektoratu różnymi datkami socjalnymi) doprowadziły do tego, że na koniec boomu gospodarczego, na koniec 2019 r., deficyt finansów publicznych wyniósł 0,7% PKB. Kraje odpowiedzialne w UE bez większych problemów wypracowały nadwyżki. Powinniśmy byli wypracować nadwyżkę między 1,0% a 1,5% PKB, czyli o ok. 2 pkt.proc. lepszy wynik od uzyskanego. To ponad 40 mld zł. I o tyle mniej musielibyśmy emitować teraz długu.

Gdyby nie wspomniane wyżej dwa czynniki, to rząd być może i miałby nawet szanse zmieścić się w limicie konstytucyjnym, bez konieczności wyprowadzania emisji długu w takiej skali do BGK i PFR, czyli swego rodzaju księgowej manipulacji.

W obecnej dyskusji mało kto ma ochotę oddawać życie za konstytucyjny zapis o 60%. Ekonomiści wszelkich odcieni są świadomi powagi sytuacji jaka powstała w wyniku covid-owego kryzysu i tego, że pandemiczny kryzys być może zmusi nas do modyfikacji zapisu. Są też jednak świadomi, przynajmniej część z nich, naszych doświadczeń i niebezpiecznej determinacji części polityków w kupowaniu głosów wyborczych. To ostatnie doświadczenie jest nowością.

Zaledwie w ciągu dwóch ostatnich dekad, doświadczamy już trzeciego kryzysu skutkującego poważnym wzrostem deficytu finansów publicznych. Co gorsza, z każdym kolejnym kryzysem, deficyt w relacji do PKB jest większy (lata 2001-2003, 2009-2010 i obecnie), a zadłużenie błyskawicznie wzrasta o kilka pkt.proc. w relacji do PKB. Lata mijają i obecny kryzys pokazuje, że u części polityków rośnie lekkomyślne podejście do finansów publicznych.

Razi szantaż polityczny jaki zaczyna stosować obecny rząd i prezydent. Od dawna wiadomym było, że gospodarka będzie spowalniać i tak też się działo od II poł. 2019 r. Niestety mimo tego i mimo covido-wego kryzysu, politycy prawicowi podtrzymywali w wyborach finansowe obietnice i roztaczali obraz kraju niepodatnego na jakiekolwiek ekonomiczne zawirowania. Teraz, zamiast wycofać się z części rozdawanych prezentów, koalicja prawicowa potężny wzrost zadłużenia będzie tłumaczyć niemożliwą do przewidzenia sytuacją. A benefity socjalne, będą uzasadniane polityką rozkręcenia gospodarki popytem.

Warto też spojrzeć na doświadczenia innych krajów UE. Rozpiętość zadłużenia jest ogromna. Mamy Niemców z większym (w relacji do PKB) zadłużeniem niż nasze, ale i szereg krajów (w tym z naszego regionu) z niższym zadłużeniem. Nie ma tu prostej zasady, że wyższy dług daje większe szczęście. Przeczą temu doświadczenia m.in. Włoch i Hiszpanii. Dodatkowo analiza skutków kryzysu sprzed ponad dziesięciu lat wskazuje, że część krajów należących do UE wierzyła, że żaden poważny kryzys już się nie zdarzy i jakoś bez większego wysiłku i protestów swoich obywateli da się sprowadzić deficyt finansów publicznych do bezpiecznych rozmiarów. Minęło dziesięć lat, zaliczyliśmy w Europie boom gospodarczy, a mimo to część krajów nadal lekceważyła zasady zdrowych finansów publicznych.

Może więc pozostańmy przy konstytucyjnych 60% i zapisach ustawy o finansach publicznych. Obydwa te akty prawne stanowią łącznie w pewnym sensie jakieś, mniejszy czy lepszy, zabezpieczenie przed  bezmyślnym długoterminowym zadłużaniem. Zniesienie ograniczeń spowoduje, że politycy prawicowi i obecny prezydent dalej będą kupować za publiczne pieniądze elektorat i demonstrować niebezpiecznie nonszalancki stosunek do finansów publicznych.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Socjalne rozdawnictwo ważniejsze od zatrudnienia. Zapowiadane zwolnienia w budżetówce.

W ostatnich tygodniach przedstawiciele rządu systematycznie oswajają opinię publiczną z informacją o nadchodzących zwolnieniach w sektorze usług publicznych. Sytuacja w finansach publicznych nie jest najweselsza, przechodzimy gospodarczy kryzys, więc trzeba szukać oszczędności. Opinia publiczna może być nieco zaskoczona, bo rząd zdawał się walczyć o każde miejsce pracy. Do tego od końca 2015 r. wmawia nam się, że mamy do czynienia z radykalną zmianą w podejście do gospodarki. To miała być (i podobno jest) wręcz inna filozofia. Państwo miało być aktywnym uczestnikiem w procesach gospodarczych, na rynku pracy itd. A tu bach.

Najwyżsi urzędnicy nie ukrywają, że mogą zwalniać, bo pozwalają na to zapisy wprowadzone w życie w ramach tarcz anty-covidowych. Kiedy uchwalano te zapisy i przed wyborami, temat redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym nie istniał.

W całej sprawie zaskakuje kilka rzeczy, a jedna szokuje.

Co szokuje? Urzędnicy, politycy prawicowi oraz prezydent nie ukrywają, że priorytetem jest utrzymanie społecznych benefitów dla suwerena. Utrzymana będzie 500+, 300+, 13-ta emerytura. Wprowadzona w życie ma być tzw. 14-ta emerytura, zgodnie z polityczną obietnicą. Już tylko z wydatków na 13-tą emeryturę można utrzymać ponad 100-tysięczną armię urzędników przez rok. Jak widać rząd i politycy prawicowej koalicji rządzącej mają inne priorytety.

Porównanie liczby osób zatrudnionych w sektorze publicznym w grupie obejmującej administrację publiczna, obronę narodową i obowiązkowe zabezpieczenia społeczne w zatrudnieniu ogółem i na tle 35 krajów objętych raportami Eurostatu (głównie kraje UE), nie wskazuje byśmy w Polsce mieli do czynienia z przerostem zatrudnienia. W 2019 r., udział tej grupy w zatrudnieniu ogółem w Polsce to 6,4%, czyli nieco poniżej mediany (6,5%) i średniej w UE (6,7%).

Ilu urzędników chce zwolnić rząd? Trudno powiedzieć. W mediach przelatują wręcz fantazyjne wartości od 10% do 20% zatrudnionych, bez określenia, której grupy urzędników miałoby to dotyczyć. To nonsens. Urzędnicy rządowi unikają potwierdzania skali redukcji, ale i jej nie zaprzeczają. Robi to wrażenie przygotowania gruntu pod niższe redukcje, być dać poczucie związkowcom, ze utargowali mniejsze zwolnienia. Grupa, która ja przytoczyłem wyżej, obejmuje nieco ponad 1 mln osób.

Strzał w urzędników ma i tą zaletę (przepraszam, za takie określenie), że wątpliwe by ktoś się za nimi ujął. PiS dość sprytnie przenosi koszty swojej wizji gospodarki społecznej na grupy zawodowe, które nie cieszą się społeczną sympatią. Opinia publiczna nie ujmie się za urzędnikami.

Propozycja redukcji liczby urzędników jeść świetnym przykładem priorytetów polityków PiS w ich spojrzeniu na – ja wyżej wspomniałem – gospodarkę społeczną. Powinniśmy starać się ludzi utrzymać za wszelką ceną na rynku pracy i starać się przyzwoicie ich opłacać, a nie rozdawać wszelakiego typu społeczne benefity w postaci 500+ czy dodatkowych emerytur. Politycy PiS uważają inaczej.

Moralne wątpliwości budzi pomysł na wysyłanie pracowników budżetówki na emerytury, jeżeli mają do nich prawo. To ma być jeden ze sposobów na obniżanie społecznych skutków redukcji zatrudnienia. To nie przyczynia się do popularyzowania zatrudniania osób starszych.

Czy dojdzie do znacznych redukcji w budżetówce? Wątpię, by osiągnęła ona skalę sugerowaną przez media. Prawdopodobnie mamy do czynienia z przygotowaniem gruntu pod skromną redukcję w budżetówce i/lub wymuszenie akceptacji zamrożenia płac w zamian za powstrzymanie się od zwolnień. Tego typu, i tej skali, medialne igraszki są nie na miejscu. Po drugie, kiepsko to wygląda, gdy rząd chce zamrozić wynagrodzenia i zwalniać, gdy równocześnie rozdaje miliardy złotych na prawo i lewo.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Podatek cukrowy. Chcemy się niezdrowo odżywiać, to płaćmy za leczenie.

Rząd koalicji prawicowej, chcąc nie chcąc, będzie co jakiś czas przemycał w ustawach kolejne podatki. Rozpasany program socjalny obecnej ekipy rządzącej i skutki kryzysu zmuszają rząd do szukania pieniędzy. Wejście w życie tzw. podatku  cukrowego było w zasadzie zapowiadane od kilku lat. W obecnych okolicznościach gospodarczych rząd nie ma już z czym zwlekać. Oczywiście rząd i prezydent wyczekali, aż będą za nami wybory prezydenckie i ustawa wprowadzająca podatek cukrowy została zaakceptowana przez prezydenta. Ma wejść w życie z nowym rokiem.

Dyskusja czy opłata cukrowa naliczana od zawartości cukru w napojach jest podatkiem czy nie, jest co najmniej zabawna i zbędna. Rząd upiera się, że to nie podatek i że nie dotyczy osób fizycznych. To ma niby potwierdzać, że rząd konsekwentnie nie podnosi obciążeń podatkowych obywatelom. Owszem, biorąc pod uwagę definicję podatku, opłata cukrowa podatkiem nie jest. Biorąc jednak pod uwagę, że przede wszystkim uderzy w konsumentów, to będzie dla nich obciążeniem i zapewni wzrost  wpływów do finansów publicznych. Brak zero-jedynkowego przełożenia na zwrotną usługę świadczoną przez państwo obywatelowi, czyni opłatę cukrową świadczeniem zbliżonym do podatku.

Po drugie, należy pamiętać, że w wyniku strajku lekarzy rezydentów, rząd zobowiązał się do podnoszenia nakładów na służbę zdrowia w relacji do PKB. Podatek cukrowy będzie jednym z wielu źródeł dodatkowych nakładów. Mówiąc dosadniej, można by powiedzieć obywatelom: chcecie wzrostu nakładów na służbę zdrowia, to sobie za to zapłacicie. Nie mam wątpliwości, że za jakiś czas wzrost nakładów na służę zdrowia będzie medialnie sprzedany jako efekt gospodarowania rządów prawicowych.

Bez specjalnej przewrotności można też powiedzieć, że wpływy z podatku cukrowego do NFZ  (ma tam trafić 95% wpływów z podatku cukrowego) w kwocie bliskiej 3 mld zł, pozwolą rządowi na przeznaczenie/odblokowanie analogicznych pieniędzy na inne (być może polityczne) cele. Podsumowując, opłata cukrowa formalnie to nie podatek, ale ma wiele jego cech i podobieństw.

Pomijając już gorszący upór urzędników rządowych, stojących na stanowisku, że opłata cukrowa to nie podatek, z jego ideą czy raczej przeznaczeniem trudno się nie zgodzić.

Analiza wpływu anAalogicznych obciążeń w innych krajach nie wskazuje jednoznacznie, by tego typu obciążenia dopisywane do rachunku za słodkie napoje miały się istotnie przyczyniać do redukcji spożycia przesłodzonych napojów i zmiany nawyków żywieniowych. Doświadczenia poszczególnych krajów są raczej mieszane. Mało kto chyba jednak wierzy, że bogacące się społeczeństwo z powodu niewielkiego wzrostu ceny słodkiego napoju, nagle istotnie zredukuje jego spożycie tyko z powodu ceny. Okrutnie przyznajmy, że podatek cukrowy ma po prostu zapewnić wpływy na leczenie ludzi, którzy lekceważą zasady zdrowej diety. Jestem zwolennikiem zasady, by – tam gdzie jest możliwe i moralnie uzasadnione – indywidualizować źródła finansowania publicznej służby zdrowia, czyli by leczeniem poszczególnych chorób obciążać ludzi, którzy świadomie i demonstracyjnie lekceważą swoje zdrowie.

Podatek cukrowy nie jest pomysłem idealnym. Być może byłoby lepiej skoordynować jego wprowadzenie z akcją edukacyjną. Takie się głosy krytyków. Przyznajmy jednak szczerze, że media od lat bombardują nas informacjami o zasadach zdrowego żywienia i efekt jest raczej mizerny. Skoro więc lekceważąco podchodzimy do spożywania cukru, to przynajmniej starajmy się pokryć koszty naszego leczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Słabe wyniki nakładów inwestycyjnych w II kw 2020 r.

Najnowsze dane o nakładach inwestycyjnych przypominają nam, że jakiś kryzys jednak jest i  Polski też on dotyczy. Nakłady inwestycyjne przypadające na II kw są pewnych wskaźnikiem nastrojów i koniunktury wśród największych przedsiębiorstw. Zaznaczam, że nie są optymistyczne, ale i nie tragiczne. To mieszanina krótkoterminowych skutków lockdown’u oraz  średnioterminowych obaw o stan gospodarki.

W II kw 2020 nakłady inwestycyjne w ujęciu y/y były o 13,6% niższe.

Dane potwierdzają, że lockdown w niewielkim stopniu dotknął budownictwo. Nakłady na budynki i budowle, stanowiące ok. 40% nakładów inwestycyjnych ogółem, były jedynie o 4,4% mniejsze od ubiegłorocznych, realizowanych w II kw 2019 r. Tu niestety możemy spodziewać się dalszego powolnego pogorszenia w III kw. Sugerują to wyniki budownictwa za lipiec 2020 r.

Niepokoi spadek nakładów na maszyny i urządzenia techniczne. Pozycja odpowiada za ok. 47% nakładów ogółem. Odnotowany tu spadek, to aż 13,1% (y/y II kw’20). Tu mamy do czynienia z nałożeniem się trwającego od ubiegłego roku, procesu spowalniania gospodarki, locdown’u i obaw o kondycję gospodarki w średnim terminie. Tak znaczne tąpnięcia w inwestycjach w maszyny i urządzenia to rzadkość. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że w kolejnych kwartałach tak spektakularnych spadków nie zobaczymy. I całe szczęście. Wydaje się, że część firm w obawie o utrzymanie płynności, z powodu zamrożenia gospodarki i zwykłą niepewność, wstrzymała przejściowo realizację inwestycji. Jestem przekonany, że część zaniechanych inwestycji będzie powoli uruchamiana w okresie najbliższych 2-3 kwartałów.

Trzecią dużą pozycją inwestycji są środki transportu. To ok. 13% nakładów inwestycyjnych ogółem.  Tu mieliśmy do czynienia z istną hekatombą. Nakłady na środki transportu w II kw 2020 r. były aż o 33% mniejsze od nakładów w II kw 2019 r. Można tylko współczuć producentom i sprzedawcom tego typu sprzętu. Podmioty gospodarcze w pierwszej kolejności, stojąc w obliczu zamrożenia gospodarki, rezygnowały lub odkładały zakup sprzętu transportowego.

Analizując wyniki inwestycji w II kw 2020 r., warto mieć na uwadze, że na ich niekorzystny wynik miały w niemałym stopniu czynniki krótkoterminowe. Mam na myśli głównie krótkoterminowe zamrożenie gospodarki. Przykładowo zakup środków na poziomie II kw 2019 r. zbijałby niekorzystny spadek z 13,6% do 8,5%.

Nie ma co jednak ukrywać, że nawet po pewnych mniej czy bardziej subiektywnych korektach o czynnik krótkoterminowego zamrożenia gospodarki, wynik inwestycji w II kw 2020 r. należy ocenić jako słaby. Sądzę jednak, że nie ma powodów popadania w nadmierny pesymizm. Zapewne w III kw również zobaczymy ujemną dynamikę, ale już nie taką jak w II kw.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Nazadłużaliśmy się, że hej.

Podejście do skali zadłużenia przypomina nasze nastawienie do wprowadzanych od pierwszej połowy marca restrykcji. Każde kolejne obostrzenia dotyczące naszego poruszania się poza miejscem zamieszkania przyjmowaliśmy karnie i niemal bez krytyki. Przełomem był zakaz poruszania się po lasach. Wtedy coś w nas pękło. Z zadłużaniem jest podobnie, tylko czekamy jeszcze na ten moment z lasami. Niemal powszechnie przyjęliśmy, że jakakolwiek wątpliwość i krytyka Tarcz oraz źródeł ich finansowania jest wręcz niepatriotyczna. Temat zadłużenia incydentalnie zaczął się pojawiać po wyborach, ale dość nieśmiało.

Rząd finansuje kolejne Tarcze na kilka sposobów. ..… Ale historię musimy zacząć od przełomu 2019/20. Na koniec 2019 r. dług Skarbu Państwa wyniósł 973 mld zł, co dawało niecałe 43% w relacji do PKB. Spowolnienie koniunktury i rozdmuchany socjal zaczął wymuszać wzrost zadłużenia. Dwa miesiące później zadłużenie było już o 1 pkt.proc. wyższe. W marcu przyszedł wirus (covid-19) i stanęliśmy w obliczu zupełnie nowej sytuacji. Zaledwie w trzy miesiące (marzec-maj) rząd zadłużył się o kolejne 100 mld pln. W relacji do PKB, daje to skok o 4,5 pkt.proc. czyli do – szacunkowo – do 48,5% na koniec maja.

Pieniądze na walkę ze skutkami wirusa rząd pozyskuje jeszcze przez BGK i Polski Fundusz Rozwoju (PFR). Bank odpowiada za program: Fundusz Przeciwdziałania COVID-19, finansowany głównie obligacjami na max. kwotę 100 mld pln. Obligację są gwarantowane przez Skarb Państwa. PFR ma również możliwość emisji na łączną kwotę 100 mld zł i każda z emisji jest gwarantowana przez Skarb Państwa. Tak więc, rząd odpowiada za emisje BGK i PFR.

BGK i PFR wykorzystały do tej pory po ok. 2/3 limitu emisji. To daje ponad 130 mld pln obligacji, które formalnie można klasyfikować jako dług SP. W ten sposób jesteśmy niemal pod poziomem zadłużenia 55% do PKB.

Zarówno rząd jak i BGK i PFR wyhamowały ze wzrostem zadłużenia. SP zwolnił w kwietniu tempo zadłużania, a BGK i PFR zasygnalizowały ostatnio w mediach, że na chwilę obecną również wstrzymują tymczasowo dalsze emisje lub radykalnie je zmniejszają. Jest z tym zbieżny komunikat NBP o ograniczeniu przetargów skupu obligacji. Na sierpień planowany jest tylko jeden przetarg 19 sierpnia. 

Skoro mowa o NBP, to warto przypomnieć jaką rolę w całej tej układance rozrzucania długu po różnych instytucjach pełni NBP. Nasz bank centralny jest niezwykle aktywny z skupie długu SP, BGK (fundusz covid-19) i PFR. NBP skupił z rynku do tej chwili obligacje na kwotę 102 mld pln. 50% to obligacje SK skupowane głównie w okresie marzec – połowa kwietnia. A od końca kwietnia NBP skupuje głównie obligacje BGK i PFR. 31% ze skupionych 102 mld pln, to papiery emitowane przez BGK, a  18% to papiery PFR.

Wątpliwości dotyczących zadłużenia na potrzeby walki z kryzysem jest kilka. Rząd , rozkręcając akcję zbierania pieniędzy (czyli zadłużania się) zaczął rozrzucać dług tak, by nie był w pełni objęty krajową definicją finansów publicznych. Wątpliwości budzi rola NBP w całej akcji. NBP przyjął rolę absorbera części długu nie wzywając rządu (nawet w komentarzach) do zmniejszenia socjalnych prezentów w postaci 500+, 300+ i dodatkowych emerytur. Skala emisji powinna wzbudzić dyskusję m.in. dlatego że  wg danych NBP, część przedsiębiorstw kumuluje na swoich kontach środki. Mowa o kwocie 40-50 mld pln. Zapewne część, to efekt ograniczanych inwestycji, ale NBP powinien dokładnie się temu przyjrzeć.

Rząd dodatkowo nie ułatwia kontroli sytuacji przez niezależnych ekonomistów. Bez względu na definicje i zasady prezentacji finansów publicznych wg przepisów krajowych, rząd powinien prezentować bez zbędnej zwłoki dane np. wg formuły wykorzystywanej przez Eurostat. 

Wydaje się, że rządzący uświadomili sobie, że zbyt szybko i zbyt mocno się zadłużyliśmy. Co gorsza stało się to zanim tak naprawdę poznaliśmy naturę i skutki kryzysu. Widać, że powoli czas kończyć bezwarunkowe rozdawnictwo pieniędzy. Nie chcę uprawiać banalnej krytyki. Mam świadomość wyjątkowości obecnej sytuacji. Biorąc jednak pod uwagę upór obecnej koalicji rządzącej w rozdawnictwie socjalnym i lekceważące podejście do finansów publicznych, temat zadłużenia powinien być poddanym poważniejszej kontroli pozarządowej.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Kontrowersyjna opinia ekonomistów ING o programie wyborczym K.Bosaka. Ciąg dalszy historii.

Robert Biedroń nie odpuszcza i powraca do zestawienia ekonomistów ING Bank Śląski SA (dalej ING) z 24 czerwca. Tym razem pisze do prezesa ING w tej sprawie. Główne media odpuściły ten temat, ale zestawienie ekonomistów wywołało pewne poruszenie i głosy protestów.

Przypomnijmy sobie o co chodzi.

24 czerwca ekonomiści ING opublikowaniu zestawienie poglądów ekonomicznych kandydatów na prezydenta i poddali je ocenie. Pierwsze miejsce zajął K.Bosak. Kryterium była ocena wpływu postulatów ekonomicznych na finanse państwa i deficyt. Ekonomistom ING wyszło, że dla finansów publicznych najbezpieczniejsze są pomysły K.Bosaka. Szok wywołało promowanie osoby, której poglądy poza-ekonomiczne i dotychczasowa działalność polityczna wzbudzają spore kontrowersje i poważne zarzuty. Ale i co do postulatów ekonomicznych K.Bosaka i ich interpretacji przez ekonomistów ING można mieć faktycznie sporo wątpliwości.  (Tekst ekonomistów ING:  LINK ).

Zestawienia ekonomicznych postulatów w czasach kampanii wyborczych, rankingi itd. , to standardowa działalność publicystów ekonomicznych, ekonomistów i instytucji ekonomicznych. Zestawienia są przeróżne. Od dość przypadkowych zestawień po profesjonalne analizy. Zwracam na to uwagę,  bo część krytyków przypisuje ekonomistom ING intencje, których jak sądzę nie mieli, a sam raport próbowano oceniać jako profesjonalne zestawienia dla zagranicznych dealerów. To już zupełna bzdura.

Samo zestawienie poglądów ekonomicznych poszczególnych kandydatów robi wrażenie dość przypadkowego. Brakuje odniesienia do ważnych kwestii, które możne było łatwo znaleźć w wywiadach udzielanych mediom. W efekcie materiał jest niejednorodny i w zasadzie nie pozwala na porównanie kandydatów i nie pozwala na ocenę wpływu ich pomysłów na finanse publiczne czy sam tylko budżet.

Ekonomiści ING w swoim rankingu dali K.Bosakowi ocenę : Fiscal balance implications: significantly positive.  W oczach ekonomistów wolnorynkowych itp., to najlepsza nota. Warto zaznaczyć, że różnego typu wykresy, grafiki itp. pokazujące jakoby ekonomiści ING dali K.Bosaka na pierwszym miejscu itd. są już wymysłem autorów, którzy opracowanie oceniali. Czytelnicy wyrażający oburzenie nie zdawali sobie sprawy, że ilustracje w tekstach komentatorskich  itp. nie pochodzą z opracowania ING. Ekonomiści ING ustawili polityków wg zasady od najwyższych notowań w sondażach po najniższe. Pominięto kandydatów o śladowym poparciu.

Ekonomiści ING postanowili wypisać poglądy K.Bosaka na gospodarkę następująco:

  • Zero-deficit budget, with three exceptions only: serious recession, extraordinary states, qualified majority of Sejm
  • Vetoing bills on tax hikes, high tax-free amount in PIT
  • Lower VAT rates on food
  • Voluntary social security contributions
  • Eurosceptic, sees a need for a pragmatic policy with Russia
  • Reduction of Lower House Sejm members by half, transferring some central institutions outside Warsaw
  • Social: against gender ideology, conservative values

Już tylko pozostawienie ludziom decyzji o płaceniu składek ZUS nie pozwala na postrzeganie K.Bosaka jako sympatyka zrównoważonego budżetu. Dziura w FUS byłaby tak duża, że zanadto angażowałaby budżet, czyli mielibyśmy deficyt, że hej. Wetowanie ustaw podnoszących podatki tez budzi wątpliwość w obliczu narastającego deficytu finansów publicznych. Ekonomiści ING nie podkreślili, że K.Bosak głosował za programami socjalnymi rządzącej obecnie koalicji prawicowej. Jak się to wszystko ma do zrównoważonego budżetu, liberalnych poglądów i czy w ogóle K.Bosak poważnie traktuje swoje poglądy ekonomiczne, trudno powiedzieć. Ekonomiści, którzy oceniali poglądy K.Bosaka mieli te same wątpliwości. Ekonomiści ING nie. Ale nie to wywołało największe protesty.

Trzeba przyznać, że zarzut dotyczący braku informacji w notce o kandydacie o jego poglądach społeczno-politycznych wydaje się być zasadny. K.Bosak znany jest ze swoich poglądów ksenofobicznych, nacjonalistycznych, czy problemów z tolerancją. W notce o poglądach padło tylko : conservative values. To grubo za mało.

Mogę zrozumieć i zaakceptować, że ekonomiści ING nie mieli złych intencji. W końcu w jakiś sposób musieli ująć kandydata, który nie zalicza się już do politycznego planktonu i unikać w tekście ekonomicznym ocen światopoglądu kandydatów i szerszego ujęcia poglądów nie-ekonomicznych kandydatów. Niestety mamy do czynienia z nową jakością. Do wielkiej polityki dostają się ludzie o budzących wątpliwości postawach, a z drugiej strony czas zacząć zwracać uwagę na wrażliwość i uczucia innych grup społecznych. Część tych ostatnich uznała, że raport ING ukrywa pełną prawdę o poglądach K.Bosaka, co zostało odebrane jako promowanie jego osoby i ugrupowania politycznego. Faktycznie, po lekturze tekstu pozostaje pewien niedosyt.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wiceminister Piotr Patkowski i jego wiedza o „procesach gospodarczych”.

Trzeba przyznać, że z lekką nutką zawstydzenia i rozczarowania czyta się wypowiedzi młodego wiceministra finansów, Piotra Patkowskiego. Szkoda, że młody człowiek przedkłada słabej próby manipulację nad wiedzę ekonomiczną.

W portalu Bankier.pl LINK natknąłem się m.in. na cytaty z ministra, jak niżej. Pozwolę sobie dorzucić nieco komentarzy od siebie.

“Często powtarza się taką niesłuszną tezę, że państwo nie powinno się zadłużać, że jest jak budżet domowy – powinno wydawać tyle, ile dostaje. To teza świadcząca o braku wiedzy o procesach gospodarczych i finansowaniu rozwoju społeczno-gospodarczego”.

Nie wiem jak dużą wiedzę o „procesach gospodarczych” ma młody wiceminister, ale śmiałości w wypowiedziach odmówić mu nie można. Sądząc z młodego wieku, wykształcenia i doświadczeń, na studiowanie „procesów gospodarczych” i zagadnień makroekonomicznych czasu zbyt wiele nie miał, co potwierdzają jego wypowiedzi.

Odnoszenie się do rzekomych poglądów jakichś ekonomistów jest słabym sposobem obrony swoich poglądów. Nie wiem czy w Polsce są w ogóle ekonomiści, którzy postukują brak zadłużenia. Ja przynajmniej mam problem by na takich trafiać w naszych sporach o gospodarkę. Polska od przemian w latach 90-tych funkcjonuje w warunkach deficytu finansów publicznych i ekonomiści jedynie przestrzegali by panować na deficytem, który potrafi się łatwo wymknąć spod kontroli. Zadłużenie mamy również „od zawsze”. Spór natomiast toczymy o poziom deficytu i zadłużenia. Gdyby P.Patkowski faktycznie studiował „procesy gospodarcze”, w tym i najnowszą gospodarczą historię Polski, wiedziałby o co chodzi.

“finanse państwa są w dobrym stanie, a to, że w okres pandemii koronawirusa weszliśmy ze zrównoważonym budżetem, pozwala nam teraz aktywnie pobudzać gospodarkę do ponownego uruchomienia po okresie kilkutygodniowego lockdownu”.

Finanse publiczne nie były w dobrym stanie przed pandemią. Wiedząc, że kończy się okres koniunktury i czekają nas trudniejsze czasy, rząd powinien był w ubiegłym roku wypracować nadwyżkę w finansach publicznych w przedziale 1%-2% PKB. Niestety w  2019 r. nadal mieliśmy deficyt, ponieważ rząd podporządkował finanse publiczne wyciskaniu z nich 500+ i innych socjalnych prezentów. To ogromna nieodpowiedzialność, która mści się teraz koniecznością większego zadłużenia.

„Deficyt 2020 będzie duży, żeby w 2021 r. można było ograniczyć zadłużenie i wrócić na ścieżkę zrównoważonych finansów publicznych”

“Stąd nasza aktywność w zakresie tarczy antykryzysowej i finansowej. Nie ma żadnych wątpliwości że bez nich mielibyśmy już dwucyfrowe bezrobocie, a koszty gospodarcze i społeczne byłyby znacznie większe niż wpompowanie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy blisko 100 mld złotych w polskie firmy na ochronę miejsc pracy, zapewnienie płynności finansowej i przetrwanie koronawirusa przez setki tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw” 

Rząd nie robi żadnej łaski przygotowując plany ratunkowe. Niemal całość ekonomicznych działań, to standardowe w kryzysowych czasach decyzje. Absolutnie nic wyrafinowanego. Powielane schematy sprzed lat i oczywiste działania (ulga w płaceniu ZUS, gwarancje BGK itd.). I tu również nie ma poważniejszego sporu między ekonomistami. Że państwo ma ratować gospodarkę poprzez emitowanie długu i deficyt, nie wzbudza wątpliwości. Spór tyczy skali działań, ponieważ rząd ratuje społeczeństwo poprzez zadłużanie obywateli. Tą pomoc będziemy spłacać w kolejnych latach. Rząd nie ustrzegł się też błędów i wprowadzania niektórych instrumentów z opóźnieniem. Jednym opóźnień było wsparcie dla bezrobotnych, które przybrało formę prezentu od prezydenta, bo niestety nie dało się uniknąć podporządkowania nawet tej formy pomocy celom politycznym i kampanii wyborczej.

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rada Polityki Pieniężnej: nie chce mi się z wami gadać.

Ostatnia dostępna na stronach NBP konferencja prasowa po posiedzeniu RPP jest z posiedzenia marcowego. Następnych konferencji już nie ma, bo RPP poniechała konferencji, co wywołuje spore poruszenie. Dlaczego RPP ograniczyła przekaz do komunikatów prasowych i indywidualnych przekazów członków RPP? Tłumaczenie jest dość kuriozalne: 1. wydłużenie trwania obrad RPP (z powodu ograniczenia liczby spotkań), przez co brak czasu na konferencje, 2. ograniczenie kontaktów ze względów bezpieczeństwa (epidemia). Najprostszym sposobem byłaby organizacja telekonferencji, ale najwyraźniej coś stoi na przeszkodzie członkom RPP.

Po co konferencje? Suchy zapis dyskusji po spotkaniu RPP jest tylko przekazem tego co RPP uznała za stosowne przedyskutować i przekazać w formie pisemnej. To samo dotyczy komunikatów NBP, nawet jeśli przekazuje je mediom prezes NBP samodzielnie. Na konferencjach była okazja  zadawać pytania o dokładniejsze wyjaśnienia lub tematy wcale lub niewystarczająco poruszane na spotkaniach RPP. Tak było m.in. z dość symbolicznymi zapisami odnoszącymi się do polityki kursowej  w dokumentach z końca maja i połowy czerwca. Opinia publiczna ma prawo, za pośrednictwem ekonomistów uczestniczących w konferencjach, wiedzieć czy szef NBP oraz członkowie RPP świadomie i rozsądnie prowadzą szeroko rozumianą politykę pieniężną i – co by tu nie mówić – gospodarczą w wykonaniu NBP (skup długu skarbu państwa i instytucji wchodzących pośrednio lub bezpośrednio w skład finansów publicznych).

Osobiście trudno mi się powstrzymać od wrażenia, że A.Glapiński i RPP nie specjalnie mają ochotę odpowiadać na pytania. Słusznie spodziewając się pytań nieco kłopotliwych. A obszarów co do których można czuć informacyjny niedosyt jest przynajmniej kilka. Oczywiście, zanim obszary te poniżej wymienią, trzeba przypomnieć, że NBP i RPP działają obecnie w warunkach wyjątkowo trudnych. Skutki epidemii powywracały wiele dogmatów do góry nogami i teraz w pierwszej kolejności musimy ratować gospodarkę przed zapaścią i utratą miejsc pracy.

Inflacja. Działania RPP w obszarze stóp procentowych zdają się wskazywać, że mają charakter nieco populistyczny. Obecnie problemem przedsiębiorstw jest utrzymanie płynności. Koszt kredytu ma tu co najwyżej drugorzędne znaczenie. Ostatnia obniżka stopy referencyjnej zdaje się wskazywać, że gesty emocjonalne mają większe dla RPP znaczenie niż inflacja. W przypadku tej ostatniej, RPP po zmianach jakie dotknęły inflację na przełomie 2019-2020 powinna wykazać nieco więcej pokory.

Kurs złotego. Z przekazu RPP wynika, iż hołduje ona traktowaniu złotego jako środka do ratowania koniunktury za wszelką cenę. Ewentualne zagrożenie inflacyjne zdaje się zgodzić na plan dalszy. Między czasie okazało się, że minister finansów ma odmienne zdanie dotyczące złotego. Pytanie też, czy RPP osiągnęła efekt i jak definiuje jego realizację.

Nie ma co ukrywać, że przynajmniej mała grupka członków RPP wraz z A.Glapińskim jest dość mocno emocjonalnie związana z obecną ekipą rządzącą i prowadzoną przez rząd polityką społeczną i gospodarczą. RPP  nie chce się odnosić do lekkomyślnej polityki rozdawnictwa koalicji prawicowej. Przeciwnie, szef NBP niejednokrotnie okazywał podziw. To jeden z powodów, dlaczego opinia publiczna ma prawo i obowiązek weryfikować podstawy podejmowanych przez RPP i NBP działań.

Skup obligacji. Na chwilę obecną, NBP skupił obligacje skarbu państwa, Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskiego Funduszu Rozwoju za łączną kwotę ponad 96 mld zł. Oczywiście jesteśmy w sytuacji wyjątkowej, ale mamy do czynienia praktycznie z niemal bezpośrednim kupowaniem państwowego długu (na ogromną kwotę) przed czym miała nas chronić konstytucja. Niestety RPP, ani NBP nie apelują do rządu o ukrócenie polityki rozdawnictwa, by zmniejszyć skalę deficytu finansów publicznych i zadłużenia. Tymczasem prezydent, za aprobatą rządu bezceremonialnie obiecywał w kampanii emerytalne 14-tki i wymuszał na rywalach deklarację, że obecne świadczenia nie będą odebrane.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz