Rynek nieruchomości. Do spekulacyjnej bańki nam jeszcze daleko.

Od kilku tygodni znowu można w mediach elektronicznych znaleźć sporo opinii sugerujących, że na rynku nieruchomości mamy do czynienia z bańką spekulacyjną. A bańka jak to bańka, jak pęka, to z hukiem, stąd obawy. Do tego jeszcze informacje o wzroście zainteresowania kredytami hipotecznymi i wzrostach cen mieszkań.

Staram się nie lekceważyć zagrożeń kryzysami i bańkami. Wystarczy jednak na spokojnie spojrzeć na dane i proste wskaźniki, by stwierdzić z czym mamy do czynienia i jak daleko nam do bańki. Czy też do znacznego rozjazdu między podażą i popytem.

Ceny mieszkań faktycznie w tym roku zaczęły rosnąć szybciej. Wg Eurostatu jest to ok. 8% r/r w I i również w II kw. Średni wzrost cen w kilkunastu analizowanych miastach przez NBP jest nawet – analogicznie – większy o dwa pkt. proc. Rynkowe dane miesięczne podawane przez Bankier.pl dają podobne wskazania.

Kiedy rok temu pisałem o rynku mieszkaniowym, nie spodziewałem się aż takiego wzrostu cen lokali. Nie spodziewałem się też jednak utrzymania tempa PKB na poziomie niemal 5% do II kw 2019 r. Proponuje jednak nie straszyć się słowami ‘kryzys’ czy ‘bańka’, bo są one nieadekwatne do obecnej sytuacji. Do tego sporo nam jeszcze brakuje.

Od ponad dwóch lat mamy bardzo korzystną sytuację gospodarczą. Wynagrodzenie średnie w gospodarce rośnie bardzo dynamicznie, a do tego rząd niemal każdej rodzinie z dziećmi rozdaje pieniądze. Oczywiście przypisywanie 500+ czołowego czynnika powodującego wzrost cen mieszkań byłoby zapewne sporą przesadą. Jednak poprawa w gospodarce, którą rząd podkręca dodatkowym popytem, ma i swoją mniej miłą stronę. Inwestorzy na rynku nieruchomości (nieistotne czy kupują na potrzeby własne czy wynajem), zdają się nazbyt optymistycznie postrzegać najbliższe perspektywy gospodarcze. Częściowo trudno się dziwić, bo obecny rząd zdaje się sugerować, że dobra passa w gospodarce będzie trwać wiecznie i że M.Morawiecki znalazł sposób na uniezależnienie naszej gospodarki od cykli koniunkturalnych. W efekcie po prostu popyt w niewielkim stopniu przewyższa podaż na rynku  i ceny idą w górę. Najwyraźniej wielu rodaków obecne pułapy cenowe uważa za wciąż atrakcyjne. W tym i ta część, która kupuje mieszkania z przeznaczeniem na wynajem.

Wartość portfela kredytów hipotecznych rośnie od około roku w tempie rzędy 7% r/r. Jak na warunki ostatnich kilku lat, to wartość relatywnie znaczna. O boomie w segmencie kredytów hipotecznych bym jednak nie mówił, skoro w okresie 2014-2018 średni przyrost portfela r/r to niemal 4,5%. Zupełnie zabawnie i niewinnie wzrost portfela hipotecznego wygląda w zestawieniu z okresem faktycznego boomu w kredytach mieszkaniowych. Chodzi o lata 2005-2008. Już na początku 2005 r. dynamika roczna portfela kredytów sięgała 20%. W 2006 r. portfel pęczniał w tempie rzędu 55% r/r. W 2007 r. niewiele wolniej. Czymże jest więc obecne 7%? Oczywiście i tego tempa w obecnych warunkach nie należy lekceważyć.

No i na koniec podaż, czyli – w uproszczeniu – deweloperzy. Mieszkań deweloperskich przybywało w tempie dla lat 2015-2018, odpowiednio: 27%, 13%, 25% r/r. Dane za dziewięć miesięcy tego roku wskazują, że najprawdopodobniej i w 2019 r.  odnotujemy wzrost liczby mieszkań taki jak w trzech wcześniejszych latach. Analizując dane z ostatnich kilkunastu lat, raczej trudno byłoby postawić zarzut, że deweloperzy ograniczają podaż. Niewątpliwie jednak nie nadążają z ‘produkcją’ mieszkań. Kto wie zresztą, czy aby nie racjonalniej od nabywców oceniają perspektywy rynkowe. Wpływ na wzrost cen na rynku pierwotnym mają też koszty materiałów, usług i wynagrodzeń ponoszonych przez firmy budowlane. GUS w co-miesięcznej informacji o indeksach cenowych w budownictwie, podaje je w rozbiciu na trzy główne grupy. W przypadku budynków, indeks cenowy za pierwszy trzy kwartały 2019 r. i w ujęciu r/r wynosi: 104,0.

Z czym więc mamy do czynienia na rynku mieszkaniowym? Niewątpliwie popyt zaczyna rozmijać się z podażą, co nie powinno nas nadmiernie dziwić. Mamy gospodarkę rynkową i nie widzę powodu, by czynić z tego zarzut. Moim zdaniem, uczestnicy gry rynkowej chyba nie dostrzegają (lub lekceważą) tego, że polska gospodarka zaczyna wytracać tempo wzrostu. Przy czym zarzut ten bardziej dotyczy strony popytowej.

Nie straszyłbym też bańką z perspektywy potencjalnych spadków cen mieszkań. Po 2008 r., kiedy to na rynku mieszkaniowym osiągano rekordowe pułapy, ceny spadły średnio o dziesięć- lub najdalej kilkanaście procent. W zależności od miasta i tego, czy korektę cen mierzymy na rynku pierwotnym czy wtórnym, proces spadku rozłożony był na kilka lat i przebiegał względnie łagodnie. Pytanie więc czy mieliśmy w Polsce z bańką do czynienia.

Jako ilustrację tego z czym mamy obecnie na rynku mieszkaniowym do czynienia, warto posłużyć się siłą nabywczą, czyli zestawić średnie wynagrodzenie w gospodarce z ceną metra nowego mieszkania. Za cenę metra, przyjąłem średnią cenę transakcyjną na rynku pierwotnym z dziesięciu miast (dane NBP).

Podczas tzw. boomu mieszkaniowego sprzed ponad dziesięciu lat, cena m_kw rosła grubo szybciej niż średnie wynagrodzenie (za to rosła zdolność kredytowa). W efekcie siła nabywcza w ciągu dwóch lat spadła o niemal 1/3. Od 2009 relacja ulegała stałem poprawie, wracając w 2018 r. prawie do wartości z 2006 r.  Od końca ubiegłego roku, mamy do czynienia z mocnym zwrotem, czyli pogorszeniem omawianej relacji. Wątpię jednak, byśmy mieli być świadkami powtórki sytuacji sprzed ponad dziesięciu lat.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Media i część frankowiczów coraz skuteczniej wypaczają prawdę o tzw. kredytach frankowych.

Wyrok TSUE dotyczący kredytów w CHF, wzbudził dyskusję o losie frankowiczów. W dyskusji widać upływ czasu i coraz gorszą pamięć u biorących w dyskusji ludzi. Brak wiedzy i lenistwo do jej nadrobienia, szereg komentatorów i wszelakich ekspertów zaczyna zastępować schematami..

Tematykę tzw. kredytów frankowych można zgłębić samemu. Dostępnych jest mnóstwo danych, które można samodzielnie analizować. W mediach nie brakuje artykułów i opracowań, które dostarczają niezbędną wiedzę.

Warto przypomnieć kilka istotnych informacji, które jakoś tak komentatorom umykają. To, że przemilczają je sami frankowicze, mogę ewentualnie zrozumieć. Ale w przypadku komentatorów, już nie.

Na wstępie przyjmijmy w uproszczeniu, że kredytem frankowym określamy zarówno kredyt walutowy jak i indeksowany w CHF. Skutki ekonomiczne dla kredytobiorcy są w obydwu przypadkach takie same. Ponieważ mieszkania kupowano za pln, więc kredytobiorca był zmuszony i tak kredyt przewalutować. Czy zrobił to bank czy on sam, nie ma znaczenia. To jedna z najistotniejszych uwag, ponieważ frankowicze i część występujących w ich imieniu prawników twierdzą, że nie dostali franków a złote, więc obecnie mają prawo twierdzić, ze dostali kredyt ‘złotowy’. Osobiście nie miałbym odwagi powiedzieć takiego głupstwa do kamery.

Narastająca przed wielu laty popularność kredytów frankowych wynikała z tego, że – biorąc pod uwagę stopę procentową w pln i zmiany kursów walut – obsługa kredytów była nawet o kilkanaście procent tańsza (w rozumieniu spłaty kapitału i odsetek), a przez to poprawiała się zdolność kredytowa. Kredytów walutowych udzielano na długo przed feralnym rokiem 2008. (w III kw 2008 r. kurs chf/pln osiągał najniższe poziomy). Z biegiem czasu ich popularność i dostępność rosły.

Zasadniczym problemem frankowiczów było ryzyko zmiany kursu walutowego. Dzisiaj frankowicze bronią się niewiedzą o ryzyku walutowym. Tymczasem w mediach i internecie (o ile ktoś z niego chciał skorzystać), bardzo łatwo było znaleźć informację o tymże ryzyku. Frankowicze bronią się też argumentem, że „pan/pani w banku byli bardzo mili’ i niemalże wciskali kredyt, zapewniając o stabilności chf-a. Niestety jak na razie nie udało się udowodnić masowej manipulacji prowadzonej przez sprzedawców i banki. Kredytobiorcy z  2008 roku musieli potwierdzić, że zostali powiadomieni o ryzyku walutowym itd. podpisywali w ciemno? Nic im to nie sugerowało (chodzi mi o ryzyko walutowe)?

Obecnie frankowicze czują się oszukani przez banki. Dlaczego poczuli się oszukani dopiero po latach? Okazuje się, że poczuli się oszukani dopiero gdy koszty obsługi kredytu stały się trwale większe od tych z pierwszych lat po zaciągnięciu (chodzi głównie o frankowiczów biorących kredyty w 2008 r.) oraz większe od kosztów kredytu ‘złotowego’. Tymczasem już na przełomie 2008/2009 i w 2011 koszty obsługi podskoczyły na tyle, że nie można było tego nie zauważyć.

Kredyty frankowe miały opcję przewalutowania na pln. Niestety żaden z frankowiczów nie ma ochoty poruszać tego tematu i odpowiadać na pytanie, dlaczego z tej opcji nie skorzystał.

Ludzie mają prawo podejmować ryzykowne decyzje. Ale i powinni też samodzielnie ponosić za to odpowiedzialność, a przynajmniej w jak największym stopniu. Frankowicze dopóki zyskiwali na kredycie frankowym, dopóty tenże kredyt im nie przeszkadzał. Kiedy się to zmieniło, zaczęli stawiać się w roli oszukanych.

Warto wspomnieć o sektorze bankowym i bankowcach. Wbrew kreowanym dzisiaj legendom, w okresie narastania popularności kredytów walutowych itp.,  w mediach i w środowisku bankowym rozgorzała dyskusja czy udzielać kredytów walutowych itp. czy nie. Część środowiska bankowego apelowała do władz o ograniczenie  dostępu (ograniczenie na poziomie sektora). Ostatecznie politycy się na to nie zdecydowali i jedynie organy nadzorcze narzucały bankom normy ostrożnościowe i bardziej restrykcyjne zasady udzielania kredytów walutowych, indeksowanych itp. Poszczególne banki przyjmowały różną politykę odnośnie udzielania kredytów walutowych.

Warto dzisiaj przypomnieć, że gorącymi orędownikami zapewnienia obywatelom dostępu do kredytów walutowych itp. byli politycy PiS!. Już samo to mówi jak gorąca to była dyskusja w mediach, w tym dyskusja o ryzyku walutowym. Doprawdy frankowicze nie czytali w tamtych latach gazet, nie zerkali do tv lub internetu? Trudno w to wierzyć.

 Frankowicz, który wziął kredyt w 2008 r.  o wartości 200-300 tys. pln i terminie spłaty 30 lat może zmagać się obecnie z miesięcznym kosztem obsługi o 150-350 zł większym niż w pierwszych kwartałach po zaciągnięciu kredytu. Dane dotyczące sytuacji finansowej frankowiczów (mam na myśli wskaźnik koszt obsługi / dochody gosp. domowego) wskazują, że wzrost kosztów obsługi może być problemem dla wąskiej grupy frankowiczów. Tym w sukurs przyszły regulacje prezydenta A.Dudy. Niestety nijak się one mają do wyborczych obietnic obecnego prezydenta. Zanim więc zdecydujemy się na wsparcie frankowiczów, zastanówmy się ile z nich powinno je otrzymać i w jakiej wysokości.

Rozstrzyganie pretensji frankowiczów przed sądami, to nieco inna kwestia. Negacja kredytu indeksowanego tylko z powodu abuzywności klauzuli dot. bankowych tabel kursowych jest trochę niepoważna w kontekście tego czym kredyt indeksowany jest. Problemem frankowiczów jest fakt indeksacji i zmienności kursu, a nie tabela kursowa. To, że część banków nie podawała w umowach na jakich zasadach przyjmowane są widełki kursowe, możemy jak najbardziej krytykować. Niemniej jak ktoś sobie policzy o co dokładnie chodzi, to zauważy że ‘dorabianie’ przez banki na tabeli kursowej to nawet nie margines problemu jakim  jest finansowa konsekwencja indeksacji.

Próbuje się też podważać fakt czy kredyt był w ogóle frankowy przyjmując, że skoro klient otrzymywał kredyt już przeliczony na pln (a raczej jego deweloper), to kredyt był normalnym kredytem ‘złotowym’.  Tu już ręce opadają. No ale skoro ktoś tak to postrzega, to można zadać pytania, dlaczego dopiero po wielu latach zaczęło mu to przeszkadzać. Jak wspomniałem wcześniej, różnica między kredytem walutowym i indeksowanych (bank przelewa wartość waluty w złotych) jest bez znacznie i sprowadza się do tego, kto dokona przewalutowania. Bo na końcu jest deweloper, który sprzedaje mieszkanie w pln, bo nie ma ochoty brać na siebie ryzyka walutowego.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Poprawa w inwestycjach.

Po czym poznać, że nakłady inwestycyjne rosną? M.in. po tym, że politycy PiS chętniej o tym mówią w mediach. A wszystko to za sprawą  wzrostu nakładów inwestycyjnych (Biuletyn GUS, duże przedsiębiorstwa) w pierwszej połowie tego roku.

To, że nakłady inwestycyjne w końcu zaczęły rosnąć, dla makroekonomistów nie jest zaskoczeniem. Od II poł. 2016 r., aż po 2018 r.,  nakłady inwestycyjne były na relatywnie niskim poziomie i wiadomo było, że przedsiębiorstwa w końcu muszą zacząć chętniej inwestować. W rachunku PKB, minione cztery lata zapiszą się najniższym wskaźnikiem wydatków brutto na środki trwałe w relacji do PKB. Problem będzie zapewne wymagał szerszego zbadania przez ekonomistów. Nie chcę całej winy zrzucać na politykę obecnego rządu, bo to byłoby zbyt łatwe. Niewątpliwe jednak obecny rząd, swoimi decyzjami miał w tym pewien udział.

Przejdźmy jednak do liczb.

Chyba nie ma sensu rozbijać nakładów inwestycyjnych dokonanych przez duże przedsiębiorstwa w rozbiciu na I i II kw 2019 r. Zaobserwowane trendy wskazują na dość duże podobieństwo między kwartałami. Jest pewne ‘ale’, ale o tym na koniec.

W I pół. 2019 r. inwestycje wzrosły niemal o 20% r/r. Mamy więc ewidentnie do czynienia z wyjściem z inwestycyjnej degrengolady wcześniejszych trzech lat. Poprawę, chociaż nie tak spektakularną, widać również w sektorach zdominowanych przez skarb państwa itp.

W relacji do PKB, inwestycje dużych przedsiębiorstw (suma roczna), sięgnęły 7% w II kw 2019 r. Średnia z ostatnich 10 lat to ok. 6,5%. Z dużym opóźnieniem uruchamia się w końcu brakujący element wzrostu gospodarczego. Niestety dzieje się to w okresie, gdy wzrost gospodarczy spowalnia. Szefowie firm są tego świadomi i w kolejnych kwartałach dynamika wydatków inwestycyjnych raczej nie będzie osiągać pułapu 20%. Zdają się to wskazywać wyniki pierwszych dwóch kwartałów. W I kw inwestycje wzrosły o 23% r/r, a w II kw już tylko o 17,2%. Wcześniej celowo nie wskazywałem na te różnice, ponieważ m.in. roczna dynamika inwestycji cechuje się pewnymi odchyleniami od trendów, średnich itd. W związku z tym z wyciąganiem wniosków z analizy dwóch następujących po sobie kwartałów należy być ostrożnym i zachować pewien dystans.

Najważniejsze, że w inwestycjach widać poprawę, co powinno przyczynić się do łagodniejszego przejścia w okres wolniejszego tempa PKB.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Zapowiedź radykalnego podniesienia płacy minimalnej.

Weekend był obfity w ekonomiczne obietnice polityków. Wygląda na to, że po wyborach, bez względu na to kto je wygra,  czeka nas istny wodotrysk pieniędzy. Nie nadążymy ich wydawać lub zanosić do banku. No, ale żart na bok.

Prezes PiS obiecał wzrost wynagrodzenia minimalnego (dalej WM) z wysokości ok. 46%-47% średniego wynagrodzenia w gospodarce obecnie, do 60% w 2024 r. To daje średnio ok.  12% wzrosty rok do roku tegoż wynagrodzenia przez cztery lata z rzędu. Dla porównania dodam, że w latach 2016-2019 (4 lata), WM rosło średnio o 6,5% rok do roku. Skąd nagle taka hojność wśród polityków PiS ? Przecież w czasach rządów PO-PSL średnie roczne tempo wzrostu wynagrodzenia minimalnego niewiele ustępowało dynamice z czasów obecnych rządów PiS. Ponadto biorąc pod uwagę, że PiS trafił w czasy wysokiego wzrostu gospodarczego (oraz wynagrodzeń w gospodarce), można powiedzieć, że PiS kontynuował politykę PO-PSL w zakresie WM. Naturalnie nasuwa się pytanie, dlaczego już w obecnej kadencji rządów, PiS szybciej nie podnosił WM??

Już obecnie, pod względem relacji WM do średniego wynagrodzenia w gospodarce, Polska plasuje się w pierwszej 10-tce krajów UE. Po wprowadzeniu w życie pomysłu J.Kaczyńskiego, mamy szanse na pozycję lidera, a już miejsce na podium mamy niemal gwarantowane.

J.Kaczyński, ani politycy PiS, nie podali głębszych ekonomicznych uzasadnień do tak znacznego wzrostu WM w tak krótkim okresie. Dość szybko się okazało, że pomysł powstał w gronie politycznym PiS, i nie był pomysłem pochodzącym z właściwego ministerstwa lub kręgów ministerialnych.

WM formalnie podlega konsultacjom, m.in. z przedstawicielami organizacji pracodawców. Jak sobie te konsultacje PiS teraz wyobraża i czy w ogóle będzie poważnie do nich podchodził?? Tempa zmian WM powinno mieć związek z dynamiką wynagrodzeń w gospodarce i wydajności. Im bardziej je przewyższa, tym większe ryzyko utraty pracy dla otrzymujących WM.

Mało kto jest przeciwnikiem WM. Na ogół spieramy się o jego wielkość, tempo zmian, relację do wynagrodzenia średniego itd. Problematyka WM to trochę akademicki spór między ekonomistami. Zarówno niskie, jak i wysokie WM mają swoje zalety i wady. Sporo zależy od tego jaki ‘światopogląd’ ekonomiczny sami wyznajemy i tego czy ‘wyznajemy’ go uczciwie przed samym sobą.

Najważniejsze pytanie jakie przed nami stoi, dotyczy konsekwencji dla rynku pracy, czyli przede wszystkim dla osób, które WM otrzymują.

Media przypomniały doświadczenia badania węgierskie, które moim zdaniem są dobrym punktem odniesienia. Zacytuje za bankier.pl: 

„ Zdaniem badaczy, spośród 290 000 Węgrów zarabiających płacę minimalną, 30 000 straciło pracę, a pozostałe 260 000 cieszyło się z wyższych zarobków. Po kieszeni dostały firmy, które część kosztów przerzuciły na ceny swoich wyrobów (o 4-11 proc.). Koniec końców, za wszystko zapłacili przede wszystkim węgierscy konsumenci, lecz jednocześnie katastrofalnego wzrostu bezrobocia nie było.  „ 

Trzeba zaznaczyć, że WM w przypadku węgierskim relacja WM do średniego jest nieco gorsza niż w naszym przypadku.

Biorą powyższe pod uwagę i to, że WM w Polsce otrzymuje nawet 1,5 osób, musimy się liczyć z tym, że ok 100 tys. ludzi lub więcej  w średnim terminie straci pracę, by pozostali (otrzymujący WM) zarabiali więcej. Jeżeli to akceptujemy i jesteśmy tego świadomi to ok. W sporach o konsekwencje radykalnego podniesienia WM nie dyskutuje się czy, tylko ile osób straci pracę. Zwracam na to uwagę, ponieważ słuchając zwolenników radykalnego podniesienia WM widać, że albo tego nie wiedzą, albo nie chcą publicznie mówić.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Tempo PKB zwalnia powoli.

Tempo PKB r/r w II kw wyniosło 4,1 %. To ładny wynik, świadczący o tym, że koniunktura spowalniać będzie powoli. Drugi kwartał z rzędu, ponadprzeciętnie do wzrostu przykładają się nakłady inwestycyjne (nakłady brutto na środki trwałe). Generalnie udział nakładów w PKB w ostatnich dziesięciu latach to niemal 20%. Tymczasem w strukturze wzrostu PKB (w oparciu o dane roczne kroczące) inwestycje w aż 30% przyczyniają się do jego wzrostu. Na danych kwartalnych, rezultat wygląda o kilka pkt. proc. korzystniej, ponieważ przebudzenie w inwestycjach nastąpiło z polskiej gospodarce z opóźnieniem.

Trudno mi się zgodzić w powielaną w mediach opinią, że dobry wynik II kw zawdzięczamy w dużej mierze wyjątkowemu popytowi gospodarstw domowych. Owszem, popyt ten nadal cechuje się ładną dynamiką wzrostu (4,4% r/r), ale jego udział w wzroście PKB (w oparciu o dane roczne kroczące), wyniósł 51% przy 61% średnio za ostatnie 10 lat. Absolutnie nie chcę tego czynnika deprecjonować. Z całą pewnością popyt gosp. domowych przyczynia się do łagodnego spowolnienia PKB, co już samo w sobie jest wartością.

Uważam, że w obszarze popytu, rząd popełnił błąd. Rząd już w pierwszym pełnym roku swojej działalności (2016 r.) uruchomił nadmierny program socjalny, przyczyniając się w ten sposób do polityki procyklicznej. Pompowanie popytu wewnętrznego w tak dużej skali w momencie, gdy gospodarka i tak nabierała rozpędu, nie było zbyt mądrym posunięciem. Druga fala tej polityki miała miejsce w tym roku (rozszerzenie programu 500+ oraz tzw. 13-ta emerytura). Tu też można mówić o pewnym makroekonomicznym przestrzeleniu. Jeśli już, to należało wypracować nadwyżkę budżetową i dopiero teraz opracowywać sposób jej konsumowania.

Oczywiście II fala kreowania popytu odniesie pewien krótkoterminowy skutek, co przyczyni się do łagodniejszego spowolnienia. Z wyniku działań o charakterze populistycznym, tracimy jednak cenną bronią, którą mogła być wykorzystana w dłuższym terminie. To makroekonomicznym błąd.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

WIG spada. A może by tak sposobić się do zakupów na giełdzie.

Propozycja przygotowywania się do zakupów na GPW jest tylko pozornie zaskakująca. W tytule nie sugeruję by kupować akcje lub jednostki funduszy inwestycyjnych już w tej chwili. Wpierw jednak mały zarys sytuacji.

Załączony wykres prezentuje WIG w formie wskaźnika oddającego wycenę notowanych firm ogółem na tle średniej z tegoż wskaźnika i odchylenia standardowego. Sam wskaźnik jest oparty na odniesieniu WIG do wybranej wielkości makroekonomicznej odzwierciedlającej ‘rozmiar’ gospodarki. Pozwolę sobie pominąć szczegóły z kilku powodów. Każdy ma prawo do zachowania szczegółów swoich makroekonomicznych ‘wynalazków’. Ponadto sam opis konstrukcji wskaźnika zająłby zbyt wiele miejsce. Od razu też zaznaczam, że konstrukcja wskaźnika nie należy do wymyślnych i on sam jak i jego kalibracja, obarczone są zapewne pewną dozą subiektywizmu.

Interpretacja wskaźnika jest prosta. Odchylenie od średniej mówi nam o skali przewartościowania (powyżej średniej) lub niedowartościowania (poniżej średniej) spółek na GPW.

Od 2007, i w przeciwieństwie do wielu renomowanych rynków zagranicznych, w Polsce nie doszło do poważniejszego przewartościowania spółek notowanych na GPW (w rozumieniu ogółem). To zbieg szeregu okoliczności. Od traumy po 2008 r. , przez zmienne nastawienie kapitału zagranicznego, po czynniki krajowe. Do tych ostatnich zaliczam m.in. modyfikacje OFE od tych z czasów rządów PO-PSL, po najnowsze. Dochodzi wpływ polityki obecnego rządu w skali makro i wobec kilku sektorów gospodarki. Odrębnym tematem jest sektor bankowy. Zaważyły tu czynniki krajowe (podatek bankowy, zamieszanie wokół kredytów CHF) oraz obawa przed radykalnymi zmianami w podejściu sądów do sporów frankowicze-banki.

Specyfiką okresu 2015-2019 jest mocno ograniczony wpływ koniunktury gospodarczej i koniunktury na czołowych giełdach światowych, na rynek polski. U początków rządów PiS WIG obniżył się dosyć mocno, dając okazję do zarobienia. Z dużym opóźnieniem powróciły na giełdę pozytywne emocje. Przełom 2016/2017, to okres startu WIG i to z przytupem, by nadrobić stracony czas. Dobra koniunktura trwała relatywnie krótko, bo zaledwie do początków 2018 r. Potem, z dużym wyprzedzeniem, rynek dyskontował pogorszenie koniunktury. Dalej odegrały już rolę czynniki wymienione wyżej. Nie wnikam w analizę szczegółów per sektor, bo przekraczałoby to rozmiary wpisu na blogu.

Biorąc pod uwagę powyższe, można powiedzieć, że krajowy rynek giełdowy działał w znacznym oderwaniu od gospodarki. To oczywiście zdanie budzące sprzeciw i kontrowersje, bo rynek lepiej lub gorzej odzwierciedla nastroje inwestorów, a z nastrojami i faktami nie sposób polemizować.

W efekcie rynek (WIG) osiągnął szybko relatywnie niski poziom, pomimo dość jeszcze przyzwoitego klimatu gospodarczego. Wycena giełdowych firm spadła tak nisko, że warto dokładniej przyglądać się rynkowi, by wybrać najlepszy moment do zakupów. Nie ma się co spieszyć. Wyjaśnić się musi sytuacja m.in. sektora energetycznego i bankowego. Warto wczytywać się w prognozy gospodarcze dla Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że obecna wycena spółek jest niska i powoli warto gromadzić kapitał na dokonywanie zakupów. Wybranie idealnego momentu nie jest możliwe. Ja też nie wiem kiedy WIG osiągnie najniższy poziom. Może to jest teraz, a może za pięć kwartałów. Na razie nic nie wskazuje na to, by w średnim terminie roczne tempo PKB miało spaść do dwóch czy jednego procenta. W takich sytuacjach nie jest złą strategią dokonywanie bardzo drobnych zakupów w dłuższym odcinku czasu i modyfikowanie strategii wraz z napływem nowych informacji.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Nasze prognozy na przekór doniesieniom z Niemiec.

Wiemy, że po latach boomu gospodarczego musi nastąpić spowolnienie. Nawet nieznośna propaganda sukcesu obecnego rządu nie próbuje tego negować. Przeciwnie. Politycy partii rządzącej przygotowują społeczeństwo do spowolnienia gospodarczego. Trochę zabawnie chwilami to wygląda. Kiedy był wzrost, to zasługa polityki rządu, a kiedy gospodarka schodzi z wysokiego tempa – winny jest negatywny wpływ spowolnienia w UE. Jak na razie, nasze prognozy gospodarcze zdają się nie dostrzegać zmian jakie zachodzą w krajach UE, w tym w Niemczech. W pewnym sensie trudno się dziwić. Prognozy gospodarcze, z zasady wskazują łagodne przejście z tempa wysokiego na wolniejsze.

Wygląda jednak na to, że mogliśmy nie docenić tego co dzieje się w Niemczech. Niemcy to nasz najważniejszy partner gospodarczy. Wg danych po I kw 2019 r. 27% naszego eksportu trafia do Niemiec.  Długo, długo nic i dopiero z udziałami rzędu 6% są trzy kolejne państwa. Produkcja przemysłowa w Niemczech zaczęła zwalniać już w roku ubiegłym, ale to co dzieje się w roku obecnym staje się niepokojące. Produkcja sprzedana w II kw 2019 r. jest poniżej wartości sprzed roku i badania koniunktury i nastrojów nie wskazują podstaw do poprawy. Oczywiście eksport do jednego państwa, to tylko część naszej gospodarki. Niestety, niewiele lepsze są wyniki dla UE ogółem, a nasza gospodarka wykazuje silny związek z gospodarką UE.

Porównując tempo dynamiki produkcji przemysłowej Polski i Niemiec w latach 2012-2018, nasze było średnio większe o blisko trzy pkt. proc. , przy zachowaniu pewnej zmienności. W tym roku jednak sięga dziewięciu pkt. proc. , co świadczy o tym, że to raczej my spowolnimy, niż Niemcy przyspieszą. W przeszłości oczywiście zdarzały się ‘oderwania’ się od siebie gospodarek polskiej i niemieckiej, ale były to okresy krótkie i głównie w szczycie koniunktury gospodarczej lub krótko po nim. Chodzi o to, że w krótkich lub średnich okresach, rozkład czynników decydujących o wzroście gospodarczym bywa w poszczególnych gospodarkach różny.

Analiza struktury wzrostu naszego PKB wskazuje, że m.in. doświadczamy opóźnionego ożywienia w nakładach inwestycyjnych i nadal  względnie silny jest jeszcze popyt gospodarstw domowych.

Na tzw. dłuższą metę nie uciekniemy przed spowolnieniem koniunktury jakie dokonuje się w naszym otoczeniu gospodarczym. Dane nadchodzące z niemieckiej gospodarki powinny nam uświadomić, że możemy mieć do czynienia z korektą naszych prognoz tempa PKB ( w dół ) większą niż nam się do tej pory wydawało. Ożywienie w inwestycjach i pompowanie popytu (zwiększenie zakresu beneficjentów 500+ i 13-ta emerytura) nie odwrócą trendów.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wzrost liczby emerytów w czasach PiS.

Powoli kończy się aktualna kadencja rządów koalicji prawicowej (dalej w uproszczeniu: PiS). Czy będzie kolejna, zdecydują jesienią wyborcy. PiS z całą pewnością odcisnął piętno m.in. na systemie emerytalnym. Poniżej kilka liczba, które rzadziej pojawiają się w mediach.

Jedną z głównych zmian wprowadzonych przez PiS było przywrócenie ‘starego’ wieku emerytalnego, czyli 60/65 lat. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Przez pierwsze trzy kwartały 2017 r. mieliśmy dość stabilną liczbę emerytów i rencistów. Około  8,9 mln osób. Z chwilę wejścia w życie niższego wieku emerytalnego, liczba świadczeniobiorców niemal natychmiast wzrosła. Do końca I kw 2018 r. przybyło nam niemal 0,3 mln emerytów. Zjawisko całkowicie nie ustało i wygląda na to, że liczba emerytów i rencistów, w porównaniu z połową 2017 r., zwiększy się o 0,4 mln osób do końca tego roku. Patrząc na załączony wykres (liczba emerytów i rencistów), można powiedzieć, że PiS odwrócił reformę poprzedniej koalicji rządzącej i oprócz wieku, błyskawicznie przywrócił też liczbę emerytów i rencistów.

Tak gwałtowna zmiana ma i swoje skutki finansowe. W skali roku, wydatki na emerytury wzrosły o blisko 10 mld zł. PiS niestety nie zapewnił trwałego finansowania wzrostu wydatków na emerytury.

Analiza danych wskazuje, że z przywróconego wieku skorzystały osoby o różnej pozycji na rynku pracy. Oznacza to więc, że zabezpieczenie emerytalne wybrały równie chętnie osoby o względnie mocnej pozycji zawodowej na rynku pracy. Nie są znane precyzyjne liczby, ale nie wszystkie te osoby zrezygnowały z pracy zawodowej z chwilą zasilenia grona emerytów.

Co ciekawe, PiS w zakresie zasad waloryzacji nie wprowadził przełomowych zmian. Widać, że emeryci i renciści nie są dla PiS grupą politycznie targetową. Relacja średniego świadczenia do średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej spadła w okresie rządów PiS z 55% do 50%. Taka sytuacja miała również miejsce w trakcie poprzedniego dynamicznego wzrostu gospodarczego (2004-2008). To w pewnym sensie naturalne zjawisko. W okresach boomu gospodarczego wynagrodzenia osób czynnych zawodowo dynamicznie rosną, a algorytm waloryzacji emerytów w dość skromnym stopniu bierze pod uwagę wzrost wynagrodzeń w gospodarce. Można by się zastanowić nad modyfikacją zasad waloryzacji emerytur (tzn. powiązać emerytury silniej ze zmianami w gospodarce i/lub wynagrodzeniami), ale PiS nie wprowadził tu zmian. Jedynie tuż przed wyborami do PE jednorazowo wypłacono 1,1 tys. zł brutto jako tzw. 13-tą emeryturę, sugerując przy tym, że jak PiS wygra wybory, to idea 13-tej emerytury będzie kontynuowana. Politycy PiS nie zaryzykowali jednak ujęcia tego w ramy przepisów, co karze traktować jednorazowe świadczenie jako polityczną łapówkę dla elektoratu.

Temat zmian wprowadzonych przez PiS w obszarze zabezpieczenia emerytalnego, wymaga oczywiście szerszego opracowania. Na plus można koalicji rządzącej zapisać program PPK, chociaż i ten wymaga pewnego komentarza. Niemniej bilans zmian oceniam negatywnie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Prezydent w roli skandalisty. Powrót do tematu wieku emerytalnego.

Prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w Lwówku Śląskim w połowie ubiegłego tygodnia pozwolił sobie na bardzo populistyczną opinię dotyczącą roli Trybunału Konstytucyjnego w sprawie podniesienie wieku emerytalnego przed kilku laty. Wypowiedź brzmiała następująco:

Nie mam żadnych wątpliwości, że naruszono konstytucję także w działalności Trybunału Konstytucyjnego, kiedy orzekał, że podwyższenie wszystkim Polakom wieku emerytalnego wbrew ich woli jest zgodne z Konstytucją, bo tak orzekł. Czy to był Trybunał, który działał dla polskiego społeczeństwa i dla polskiego państwa? Czy dla jakiejś wąskiej kasty rządzącej, która wtedy akurat miała taki interes? To ja już myślę, że każdy sam sobie odpowie na to pytanie.

Tą niepoważną wypowiedź można skomentować, czy raczej skrytykować, na kilku płaszczyznach.

Najwyraźniej prezydent zapomniał jaką rolę w naszym systemie prawnym pełni Trybunał Konstytucyjny (TK). Podstawową rolą TK jest badanie zgodności uchwalanego prawa z Konstytucją. I to jest właśnie działanie dla społeczeństwa. A to, że społeczeństwu czasami coś się może nie podobać, nie ma tu nic do tego. Wielu Polaków płaci składki na ZUS tylko dlatego, że jest zmuszona. TK miałby w tym przypadku orzec, że kto nie chce nie płaci? Przecież to absurd.

Wyjaśnienia ze strony prezydenta wymaga pojęcie ‘kasty rządzącej’ i jaki rzekomo miała interes w podniesieniu wieku emerytalnego Polakom? Oczywiście nie ma co drążyć tematu od strony merytorycznej, bo takiej tu nie ma. To już czysty polityczny populizm w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Tak naprawdę poprzednia koalicja rządząca nie miała żadnego politycznego interesu w podniesieniu wieku emerytalnego. Wiadomo było od początku, że taka decyzja będzie źle przyjęta przez społeczeństwo. Politycy PiS oraz obecny prezydent, zręcznie to wykorzystali podczas wyborów w 2015 r.

Spór o wiek emerytalny i rola w tym  TK, zostały niestety wciągnięte w wykreowany przez polityków PiS i prezydenta problem  ‘naprawiania’ sądownictwa. Pomijając już mocno nietrafione zarzuty pod adresem sądownictwa (w tym TK) i łamanie przy tym prawa, zupełnie niepotrzebnie prezydent dodaje do tego wątek wieku emerytalnego.

Opracowanie szeregu instytucji nie pozostawiają wątpliwości, że wraz z postępującym starzeniem się społeczeństw (w tym polskiego) i zmianą struktury wiekowej, wydłużenie wieku emerytalnego jest koniecznością, ponieważ systemy emerytalne nie uniosą ciężaru wypłacanych składek. Zresztą polecam samodzielnie pobawić się w symulacje i sprawdzić zależność wieku przejścia na emeryturę i, m.in., wydłużania życia.

Teoretycznie wydłużanie życia przy powrocie do wieku emerytalnego można rekompensować wzrostem składki na ZUS. Tylko, że politycy PiS nie zaryzykowali jej podniesienia, ale wprowadzili w życie produkt, który w zasadzie jest odpowiednikiem tej operacji. PPK, które właśnie wchodzą w życie, są m.in. reakcją PiS na powrót do wieku emerytalnego sprzed zmian. Mało kto zwraca uwagę, że aby uniknąć takich skojarzeń, przekaz o PPK nie jest czołowym politycznym przekazem PiS i prezydenta. We Lwówku Śląskim było podobnie.

Politycy PiS i urzędujący prezydent są w pełni świadomi konsekwencji przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego dla pojedynczego obywatela i finansów publicznych. Bardzo źle się stało, że problematyka wieku emerytalnego jest wykorzystywana w sposób populistyczny w politycznych grach o sympatię tzw. suwerenem. Niestety suweren nie jest tu obiektywnym arbitrem i po to są politycy – liderzy zmian – by konieczność zmian tłumaczyć i wprowadzać je w życie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Inflacja i cena pietruszki.

Nie, nie będę analizował przyczyn zmian cen  pietruszki, bo nie ma to większego sensu. Dosłownie każdego roku ceny  takiej czy inne grupy warzyw czy owoców szybują przez jeden sezon w górę, by rok później pikować w dół. Pietruszka stała się jednak w mediach symbolem wzrostu cen warzyw i cen żywności w ogóle. W części mediów i niektórych gremiach politycznych można coraz częściej znaleźć komentarze sugerujące, że to wina obecnego rządu. Nic z tych rzeczy. Nie jestem sympatykiem ekipy politycznej piastującej w Polsce rządy od końca 2015 r., ale przypisywanie winy za ceny żywności politykom PiS nie ma sensu. Wiem i pamiętam co politycy PiS wyczyniali przed laty, gdy m.in. wystrzeliły w górę ceny cukru. Jarosław Kaczyński od razu poszedł do sklepu spożywczego na zakupy w towarzystwie polityków swojej partii i kamer. Oczywiście, jak można się było spodziewać,  najwięcej kupił cukru (włożył do koszyka dwa kilogramy). Oprócz banalnej manipulacji politycznej, dowiedzieliśmy się, że lider PiS źle się odżywia, ..ale zostawmy już żarty z PiS na boku, bo dzisiaj dla odmiany zajmę się obroną polityków tej partii.

Trzeba koniecznie zaznaczyć, że politycy mają dość ograniczony wpływ na ceny żywności. Wpływ na nie mają: popyt, zbiory, warunki atmosferyczne, koszty produkcji i magazynowania, zmiany cen na rynkach zagranicznych itd. itd.

PiS rządzi od jesieni 2015 r. i licząc od tamtego czasu, ceny żywności ujęte w koszyku inflacyjnym wzrosły łącznie o ok. 15%. Porównując na różne sposoby ten wynik w podobnymi okresami z przeszłości, trzeba powiedzieć, że jest to wynik dość przeciętny, a więc w zasadzie nie ma co robić sensacji. Specjalnie sprowadziłem analizę cen żywności do poziomu koszyka żywności, ponieważ wspomniana w tytule pietruszka raczej nie jest dominującym składnikiem naszej codziennej diety.

Wynik zmian cen koszyka żywności w okresie rządów PiS uratował rok ubiegły, gdy ceny żywności r/r (koszyk inflacyjny) w grudniu wzrosły jedynie o 1%. W 2017 r. było to niemal 6% i obecnie (maj’19 r/r)  ceny żywności wzrosły o niemal tyle samo.

Pechem jaki przytrafił się rządowi jest wyjątkowo silny wzrost cen warzyw (w tym pietruszki) w ostatnich trzech kwartałach. Roczny wzrost koszyka warzyw w maju to aż 22%. To wartość rzadko spotkana w Polsce. Na pocieszenie powiem, że wartość koszyka owoców branego do wyliczeń inflacji w ujęciu r/r obniżył o 8%.

Politycy PiS o cenach żywności, nie pytani, starają się milczeć  by nie dawać opozycji okazji do krytyki. Nie ma co ich winić za ceny warzyw, ale pozostaje wierzyć, że z pokorą odbiorą tą lekcję.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz