Inflacja wg A.Dudy.

Muszę ze zdziwieniem spostrzec, że prezydent A.Duda (PAD) jest zaskakująco nieporadny, gdy na spotkaniach z obywatelami pada pytanie o doskwierający wzrost cen. Mówiąc bardziej ekonomicznie, ludziom zaczyna doskwierać wzrost inflacji, więc okazują zaniepokojenie. Tłumaczenie PADa na ogół są bardzo podobne i można by je sprowadzić do zdania, które brzmiało mniej więcej tak: że to skutek skomplikowanych mechanizmów ekonomicznych. Nowością jest uzupełnianie odpowiedzi o informację, że ceny rosną, ale tylko przejściowo. Dość zabawnie już brzmi wplatanie wątku z konsekwencjami coronawirusa.

Z polityczne punktu widzenia PAD może mówić o dużym pechu, bo jako że jego osoba jest łączona z rządzącą koalicją prawicową, to odpowiedzialność za gospodarkę spada również na niego. Polityczni rywale w wyścigu do fotela prezydenckiego nie mają tego obciążenia. Dodatkowo, trzeba przyznać, że szereg aktów prawnych pośrednio lub bezpośrednio przekładających się na inflację, przechodziło przez biurko PADa. W tym, dodatkowo podnoszona na ostatnią chwilę, akcyza na napoje alkoholowe i papierosy.

Wydawałoby się, że sztab wyborczy i urzędnicy kancelarii, powinni byli prezydenta do wytłumaczenia rosnącej inflacji przygotować. Można założyć, że w istotnej części wzrost inflacji jest procesem mocno niezależnym od działań rządu. Zmiany cen paliw czy żywności, w dużym stopniu są uzależnione od czynników niezależnych i mają charakter międzynarodowy. Być może jednak, PAD jest świadomy, że próba dłuższego skupienia się na wyjaśnianiu meandrów inflacji mogłaby być politycznie niebezpieczna dla niego. Dlaczego?

Rząd i PAD przyjęli program rekompensaty wzrostu ceny energii elektrycznej. Wyborcy mogą więc zapytać, dlaczego podobnymi programami nie chronimy obywateli przez niekorzystnymi zmianami cen paliw czy żywności. Wtedy mogłoby nieopatrznie wyjść na jak, że rząd nie zmienia większości progów związanych z pomocą społeczną.

Polityka społeczna rządu polegająca na pompowaniu pieniędzy do gospodarstw domowych (500+, 300+, 13-tka emerytalna itd.), z nasileniem w 2019, musiała zaowocować skokiem cen. Zupełnie niepotrzebnie, już tylko z powodów politycznych, wspomniane świadczenia są poza zasięgiem komorników,  oraz na ogół nie są brane pod uwagę przy określaniu korzystaniu z zasiłków. Część tych pieniędzy mogła iść na spłatę zadłużenia lokali komunalnych zamiast na konsumpcję itd. Tymczasem decydenci zachowywali się tak jakby na siłę chcieli uszczęśliwić obywateli konsumpcją.

Cała zresztą polityka rządu odnosząca się do finansów publicznych robi wrażenie średnioterminowego skupiania się na  kreowaniu popytu i udowadniania obywatelom, że żyją w czasach makroekonomicznego przełomu.

Zmiana w obszarze kosztów odbioru i przetwarzania odpadów, ponadprzeciętne podniesienie płacy minimalnej czy wspomniana akcyza na alkohol i papierosy również robią swoje. Wszystkie te zmiany skupiły się w relatywnie krótkim okresie i wszystkie te zmiany akceptował PAD.

Wiele wątpliwości budzi działanie RPP, z szefem NBP na czele. Prezes NBP w ostatnich latach nie starał się nawet specjalnie ukrywać pozytywnego stosunku do polityki ekonomicznej obecnej koalicji. Za większy grzech A.Glapińskiego (i większości członków RPP) uważam jednak lekceważące odnoszenie się do ryzyka wzrostu inflacji.

Zapewne też PAD powinien odważnie poinformować obywateli na politycznych spotkaniach, że koniec okresu wysokiego wzrostu gospodarczego po prostu zawsze wiąże się z ryzykiem wzrostu cen. Oczywiście do tego doszły świadome decyzje rządu, z których część wymieniłem powyżej.

Jak widać więc mechanizmy wywołujące wzrost inflacji wcale nie muszą być takie skomplikowane. Warto ludziom odważnie powiedzieć, że spadek bezrobocia, dynamiczny wzrost wynagrodzeń i świadczeń, miewają i przykre konsekwencje w postaci inflacji. Nie na co tej wiedzy ukrywać przez obywatelami.a

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

PKB jest tym czym jest i niczym innym być nie może.

Jest jakaś moda na krytykowanie PKB za to czym nie jest i być nie może. Głównie w kręgach lewicowych. Wśród zarzutów jest i taki, że wzrost PKB nie oznacza, że wszystkim jest lepiej. Lepiej w rozumieniu wynagrodzenia, jakości życia itp. Zarzut ma być reakcją na to, jakoby ekonomiści broniący wolnego rynku, twierdzili że PKB można traktować jako rzetelny miernik szczęścia obywateli. I tu jest podstawowy problem, bo jak długo interesuję się makroekonomią i sporami w tym obszarze, to nie trafiłem na twierdzenie sympatyka kapitalizmy czy (żeby brzmiało bardziej krwawo) liberalizmu, by PKB był precyzyjnym miernikiem szczęścia w danym kraju i jego rozkładu w społeczeństwa. Problem jest więc po stronie krytyków, którzy krytykują własne imaginacje.

Przypomnijmy więc, Produkt Krajowy Brutto to – w uproszczeniu – suma wytworzonych dóbr i usług. Jeżeli akcja dzieje się w kraju, w którym jest demokracja i wolny rynek, to wraz z realnym wzrostem PKB, poprawia się jakość i poziom życia co najmniej dominującej części obywateli. Można to zaobserwować analizując np. okres najnowszej historii Polski (po ’89 r.) lub przejściowe okresy dynamicznego wzrostu PKB, czyli np. lata 2015/16-2019 r. , jeżeli komuś nie chce się studiować długiego ciągu liczb.

PKB to tylko liczba. Dla ekonomistów PKB to wartość liczona już w bilionach złotych. Większość obywateli natomiast, kojarzy PKB jako tempo wzrostu rok do roku. Bywa, że w celu mierzenia poprawy poziomu życia, nominalne PKB dzieli się przez liczbą obywateli i porównuje z okresami wcześniejszymi. Oczywiście jest to uproszczenie i żaden ekonomista nie powie, że wzrost PKB per capita  (jeżeli oczywiście nastąpił) oznacza, że dokładnie o taką wartość poprawił się poziom życia i jego jakość każdego obywatela.

Dlaczego więc ekonomiści kojarzą wzrost PKB z poprawą życia? Ponieważ przy wzroście PKB poprawia się poziom zatrudnienia, rośnie siła nabywcza wynagrodzeń, państwo ma więcej pieniędzy na redystrybucję, czyli na zapewnienie podstawowych usług publicznych i działalność socjalną. Mniej czy bardziej i w zróżnicowanej formie, ze wzrostu PKB korzystają niemal wszyscy obywatele lub przynajmniej dostają taką szansę (np. każdy sam decyduje w jakim stopniu wykorzysta dostęp do edukacji).

Krytykom miary PKB per capita, proponuję nałożyć – szczególnie w okresach dynamicznego wzrostu – na zmiany PKB zmiany wynagrodzeń (bynajmniej nie tylko średniego), zatrudnienia, dostępu do dóbr publicznych, rynkowych, wyposażenia gospodarstw domowych, wyjazdów zagranicznych itd. Zależności jest ewidentna i – czy się to komuś podoba czy nie – występuje. Stąd wzięło się uproszczone utożsamianie PKB z jakością i poziomem życia, ale przy świadomości że taka miara jest potężnym uproszczeniem. Dla naukowców badających jakość życia w ujęciu materialnym, duchowym/psychicznym, zdrowotnym, poczucia bezpieczeństwa, dostępu do edukacji, kultury itd. jest to wskaźnik bezużyteczny. I nie jest to żadne odkrycie. Po prostu PKB podzielone przez liczbę obywateli, jest tylko PKB podzielonym przez liczbę obywateli. I tyle.

Na ogół to samo grono krytyków wskazuje, że należy opracować rzetelny syntetyczny wskaźnik jakości życia. I od razu możemy sobie powiedzieć, że jeżeli taki wskaźnik powstanie, to i tak nie będzie przez wszystkich akceptowany i na pewno będzie powszechnie krytykowany. Bo jak w jednej liczbie zawrzeć informację o edukacji, dostępie do sądów, kultury, poziomie zdrowia. Można dodać, jak ktoś chce, liczbę wizyt w kinie do długość oczekiwania w kolejce do kardiologa i podzielić to przez przeciętną długość życia. Tylko co to da i czy taka wartość pozwoli nam porównywać obecny poziom życia z tym sprzed 15 lat i czy pozwoli nam porównać jakość i poziom życia Polaków z Portugalczykami lub Duńczykami?

Wbrew zarzutom pod adresem ekonomistów ‘głównego nurtu’, nikt nie wmawia, że wskaźnik PKB per capita odpowiada jakości życia m.in. Polaków. Szereg instytucji, w tym GUS, dostarcza mnóstwo danych odnoszących się do rozkładu bogactwa i do jakości życia. Nie są one objęte żadną tajemnicą i często są podawane i komentowane w mediach. Mnie nurtuje inne pytanie: czy zamiast kreowania sztucznego problemu, zwolennicy szukania idealnego wskaźnika nie powinni po prostu czegoś zaproponować.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Bail-in. Pierwszy taki w Polsce.

Kilka dni temu Podkarpacki Bank Spółdzielczy (PBS) został poddany przymusowej restrukturyzacji ze względu na zagrożenie upadłością. W zależności od przyjętej metody i roku rankingu, PBS to największy lub drugi w kolejności bank spółdzielczy w Polsce. Mniejsza o kwoty strat, wartości naruszonych wskaźników bezpieczeństwa i techniczno-finansowe terminy związane z restrukturyzacją PBS. Chciałem zwrócić uwagę na typ zastosowanej operacji ratunkowej i niezrozumienie w opinii publicznej jakie towarzyszy tej operacji.

W dużym uproszczeniu, Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG) zastosował po raz pierwszy w Polsce operację ratunkową popularnie zwaną bail-in. Po kryzysie sprzed ponad dziesięciu lat, w Europie na różne sposoby ratowano banki komercyjne by zapobiec pogłębieniu się kryzysu i rozlaniu na inne sektory gospodarki. Opinia publiczna w niemal każdym kraju, w którym podejmowano próby ratowania banków, krytycznie podchodziła do tego typu inicjatyw. Cóż, bankierzy z różnych (niekoniecznie uzasadnionych) powodów, nie są specjalnie lubiani. Ludziom niestety trudno wytłumaczyć, że katastrofa w sektorze bankowym niemal nigdy nie kończy się na nim samym. Warto też nadmienić, że państwa wspierają na różne sposoby szereg innych sektorów i grup zawodowych czy społecznych, również niekoniecznie słusznie. To jednak nie wzbudza takiego oburzenia jak wsparcie sektora bankowego.

Akcje ratunkowe sprzed lat wymusiły postawienie pytania, czy aby zasady ratowania banków nie są zbyt łagodne dla m.in. największych deponentów. Doskonałym przykładem był kryzys sektora bankowego Malty sprzed kilku lat. Okazało się, że banki przeżywające kłopoty służą m.in. jako miejsce na przechowywanie ogromnych sum przez rosyjskich oligarchów. Efekt był taki, że banki przeładowane kasę, traciły na różnych inwestycjach i lokatach, a rzesze obywateli Malty lub UE musiały się zrzucać na ratowanie m.in. maltańskich banków. Kłopoty Malty i innych krajów skłoniły władze UE, by wprowadzić regulacje zmierzające do obciążenia odpowiedzialnością nie tylko akcjonariuszy, ale i największych deponentów. Duzi deponenci, w odróżnieniu od drobnych ciułaczy, mają wiedzę i możliwość pozyskania informacji o kondycji danego banku i sytuacji gospodarczej kraju siedziby banku. Wobec tego powinni ponosić przynajmniej ograniczoną odpowiedzialności za swoje decyzje. I krótkie określenie bail-in, zawiera w sobie taką m.in. ideę.

W chwili wprowadzenia bail-in do polskiego prawodawstwa spekulacjom i podejrzeniom nie było końca wśród obywateli. Nie wiedzieć czemu, na forach sądzono, że to cichaczem wprowadzana zmiana na korzyść bankierów. Nic z tych rzeczy i wręcz przeciwnie. Chodzi o to, by obciążać w mniejszym stopniu obywateli (czy raczej innych instytucji finansowych i ewentualnie finansów państwa) kosztem ratowania deponentów upadającego banku. Skromni deponenci (do wartości 100 tys. eur) mają środki gwarantowane, a pozostali (duzi!) częściowo zostają obciążeni kosztami restrukturyzacji. To chyba słuszna idea, prawda?

W ramach bail-in, BFG przejął niemal cały PBS i przejściowo utworzył nowy bank pod patronatem (świadomie unikam finansowej nomenklatury) BFG. Docelowo, najdalej po dwóch latach, nowy bank powinien znaleźć nabywcę-instytucję, która przejmie dawny PBS i dokończy uzdrawianie jego finansów. Operacje przejęcia (ta, nietypowa bo przy pośrednictwie BFG) i ratowania upadających banków są tańsze niż odpuszczenie do upadłości i wypłaty środków gwarantowanych z BFG itd.

Pech i przewrotne zrządzenie losu spowodowały, że pierwszym ‘pacjentem’ w ramach bail-in jest nie bank komercyjny, a bank spółdzielczy gdzie jednymi z największych depozytariuszy były m.in. jednostki samorządowe. Te, wg doniesień medialnych, straciły ponad 40% zdeponowanych środków. To tylko powiększyło skalę niezrozumienia wśród obywateli. Niestety, to już konsekwencja siły teorii spiskowych jakie są wyznawane wśród obywateli.

A dlaczego zapewne niezbyt bogate gminy mają płacić za błędy lokalnych bankierów? To odpowiem kontr-pytaniem: a dlaczego nie? Dlaczego mieliby płacić inni obywatele lub instytucje? Nie widzę powodów, dla których idea częściowego obciążania finansową odpowiedzialnością miałaby  dotyczyć tylko podmioty sektora niepublicznego. Dlaczego mielibyśmy zdejmować z jednostek samorządowych odpowiedzialność za podejmowane decyzje? Być może to właśnie przychylne patrzenie samorządowców na lokalne spółdzielcze banki uśpiło ich czujność w czasie gdy lokalnie bankierzy naruszali zasady zarządzania ryzykiem? A może samorządowcy połaszczyli się na niskie koszty obsługi bankowej? Tylko czy, jeżeli taki był powód, zastanawiali się dlaczego lokalny bank kusi ich wyższymi odsetkami i/lub niższymi prowizjami?

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Porównywanie cen w sklepach sieci Lidl w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Konsumencki populizm.

Od czasu do czasu w mediach przelatuje temat różnicy cen, a raczej jej rzekomego braku, między Polską a innym krajem Europy Zachodniej, w którym dana sieciówka ma swoje sklepy. Tym razem oberwało się Lidlowi. Jeden z naszych rodaków zrobił zakupy w sklepie sieci Lidl w Wielkiej Brytanii i w Polsce. Wg Pana Damiana, który dokonał porównania, ceny praktycznie są niemal identyczne. Wyszło wręcz, że grupa wyselekcjonowanych towarów okazała się marginalnie tańsza niż w Polsce. (więcej wiadomości o akcji Pana Damiana w załączonym na końcu linku).

Tego typu akcje odbijają się szerokim echem w mediach społecznościowych. Oczywiście w opiniach pod tego typu rewelacjami, rodacy wyrażają oburzenie, poczucie bycie wyzyskiwanymi i inne traumatyczne emocje. Pozwalam sobie na nutkę kpin, bo eksperyment Pana Damiana, jest po prostu populistyczny i z rzetelną analizą ma niewiele wspólnego.

Od czasu do czasu wczytuję się w tego typu rewelacje i większość z nich jest w pewnym stopniu spreparowana. Autorzy rewelacji odpowiednio dobierają ‘próbkę badawczą’ lub sprytnie formułują przekaz by zyskać aplauz czytelników. Nic tak nie nakręca popularności jak wzbudzenie negatywnych emocji u rodaków. ‘Rewelacje’ Pana Damiana nie odbiegają daleko od tego schematu.

Celem Pana Damiana było wskazanie, że sieć Lidl podejmuje niemoralne praktyki rynkowe w sklepach zlokalizowanych w Polsce. Grzechem ma być sprzedaż wyrobów spożywczych za te same ceny w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Ni mniej ni więcej, Polacy są wyzyskiwani przez Lidla. Czy na pewno i, ewentualnie, co z tego? Dlaczego miałoby to mnie razić i niepokoić?

Pan Damian wybrał zestaw produktów spożywczych (patrz: załączony link), raczej mało reprezentatywnych nawet jak na tą grupę towarów. Podejrzewam, że spaghetti dla niemowląt jest tak samo popularne w Polsce jak mleko kokosowe J . No ale obydwa te produktu mają tą zaletę, że nadają się pod kreowaną tezę.

Niestety oprócz ogólnej nazwy i gramatury, nie znamy składu i producenta. Nie możemy ocenić wpływu podatków (głównie VAT), a to dość istotny czynnik, bo poszczególne kraje istotnie różnią się opodatkowaniem żywności. Warto pamiętać, że podatek VAT w Polsce ma wyjątkowo duże znaczenie dla budżetu i pod względem struktury wpływów podatkowych istotnie się od Wielkiej Brytanii różnimy. Eksperyment Pana Damiana polegał na porównaniu siedemnastu wyselekcjonowanych produktów. Nic nie wiemy o cenach setek pozostałych w Lidlu w Polsce i Wielkiej Brytanii. Nie zobaczyliśmy na przykład porównania całej oferty makaronów lub czekolad. A szkoda, bo w moim lokalnym Lidlu jest ich dość przyzwoity wybór. Itd. itd.

A co jeżeli Lidl praktykuje wyzysk Polaków (klientów)? Nic, bo każdy podmiot ma prawo (poza określonymi ustawowo produktami i usługami) do własnej polityki cenowej i  nie widzę w tym żadnej sensacji. Resztę załatwia konkurencja, a ta w handlu spożywczym jest ogromna. Jeżeli więc rzekome rewelacje dot. polityki cenowej Lidla kogoś zabolały, to proponuję zrezygnować z zakupów w sklepach tej sieci i wybrać inną.

https://www.polishexpress.co.uk/zakupy-w-polskim-lidlu-kontra-zakupy-w-brytyjskim-lidu-gdzie-jest-drozej

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Ups. Inflacja roczna za grudzień 3,4%.

GUS podał szacunkowe wyniki inflacji i wątpię by wśród ekonomistów były osoby, które nie są tym rezultatem zaskoczone. Na pełne (tzn. z listą składników) i ostateczne wyniki przyjdzie nam jeszcze poczekać kilka dni. Ależ napięcie.

Inflacja roczna w grudniu szacowana jest przez GUS na 3,4%, a miesiąc do miesiąca na 0,8%. To raczej rzadkość, by wskaźnik miesięczny w grudniu był jednym z największych na tle pozostałych miesięcy. W prognozach i oczekiwaniach ekonomiści nie przekraczali raczej poziomu inflacji 3% w ujęciu rocznym. Co jest przyczyną? Jak wspomniałem, dowiemy się tego za kilka dni, ale pogdybać nie zaszkodzi.

Przede wszystkim utrzymuje się tendencja podwyższania inflacji przez ceny żywności. W minionych latach dość często w okresie zimowym drożały owoce i warzywa. Incydentalnie inne produkty żywnościowe. Tym razem od dłuższego czasu rosną również inne towary spotykane w naszej kuchni. Mięso, cukier oraz pieczywo. Wymieniłem te, których ceny rosną relatywnie mocno.

Wartość całego koszyka żywnościowego wzrosła aż o 7% rok do roku w grudniu. To za sprawą bardzo silnego wzrostu żywności miesiąc do miesiąca w grudniu, bo aż o 1,2%. Jak na nasze doświadczenia z lat ubiegłych, to wartość niezwykle duża. Niestety musimy poczekać, by dowiedzieć się, która grupa żywności tak silnie pociągnęła ceny w grudniu.

Niestety niespodzianka jest i po stronie towarów i usług nieżywnościowych. Odpowiadają one za ¾ wartości koszyka inflacyjnego. Tutaj wzrost roczny wyniósł ok. 2,4% i 0,7% miesiąc do miesiąca. W II poł. 2019 r. (bez grudnia) relatywnie mocno rosły opłaty za usługi zdrowotne, łączność i telekomunikację, edukację, kulturę i sztukę oraz restauracje i hotele. Tu już swoje piętno odcisnął popyt wewnętrzny, podkręcany przez 500+ oraz jak sądzę, podniesienie wynagrodzenia minimalnego na 2020 r. oraz oczekiwany wzrost cen prądu. Przedsiębiorcy muszą to na kogoś przenieś.

Na większość składników rząd nie ma bezpośredniego wpływu. Niestety polityka nakręcania konsumpcji i niepotrzebnego odkładania wzrostu cen energii robi swoje. Oczywiście zapewne dla wielu Polaków spornym jest wzrost wyn. minialnego w 2020 r. Przypomnę jednak, że nowy poziom tegoż wynagrodzenia to 2600 zł, co oznacza niespotykany w ostatnich latach wzrost o 15,6% w porównaniu z 2019 r. za to też ktoś musi zapłacić, czy też mieć dopisane do rachunku.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 6 komentarzy

AIRBNB i wynajem.

Temat mieszkań na wynajem i zarzut zawyżania cen  mieszkań na lokalnych rynkach mieszkaniowych coraz częściej pojawia się również i w polskich mediach.  Najczęściej i niemal automatycznie pojawia się nazwa strony internetowej AIRBNB, bo ze stronami internetowymi/portalami w narodowych wydaniach najczęściej się stykamy. AIRBNB to firma z USA, która spopularyzowała elektroniczną formę kojarzenia osób/firm wynajmujących mieszkania i ludzi chcących z takiej usługi skorzystać, dzięki bardzo funkcjonalnej aplikacji i jej ‘umiędzynaradawianiu’. W efekcie skrót AIRBNB zaczął pełnić rolę nazwy zastępczej dla całego zjawiska, czy bardziej patologii do jakich w opinii niektórych komentatorów AIRBNB doprowadziła.

W ostatnich latach AIRBNB i szereg innych portali jest obwinianych za patologie do jakich ma zachodzić m.in. w polskim rynku. Najczęściej temat pojawia się w kontekście Krakowa, Warszawy i ostatnio Trójmiasta (i w tym kontekście będę prowadził dalsze rozważania). Problem oczywiście nie tyle w AIRBNB i podobnych portalach, ale w rosnącej skali wynajmu (podnajmu) mieszkań i angażowaniu się w to dużego kapitału.

Sama idea wynajmu nie jest zła. Pozwala zwykłemu człowiekowi wynająć komuś pokój lub mieszkanie i , jako to się mówi, dorobić do pensji. Jest to szansa na prowadzenie działalności gospodarczej w ograniczonym zakresie i wykorzystanie własnego majątku do zarabiania itd. Może to być jedno, własne mieszkanie, ale i kolejne świadomie nabywane w celu wynajmu długo lub krótkoterminowego.

A wracając do problemu jaki ma stwarzać wynajem, AIRBNB itd., to na czym ma on polegać? Wg krytyków, wykupywanie mieszkań pod wynajem ma zawyżać ceny mieszkań w popularnych dzielnicach, zmieniać ich charakter (m.in. redukcja charakteru mieszkaniowego), uruchamiać procesy zmierzające do usuwania dotychczasowych lokatorów itd.

Krytycy wynajmu muszą sobie uświadomić kilka prawd, które zmniejszą temperaturę sporu i poprawią racjonalność dalszej dyskusji. Zjawisko masowego wykupu mieszkań na wynajem ma miejsce w miastach, które odniosły sukces ekonomiczny. Sukces jest konsekwencją wielu czynników. Gdańsk, Kraków i Warszawa mają do zaoferowania zabytki, mnóstwo muzeów, siedziby instytucji publicznych, lokalizacje dużych firm, uczelnie itd. itd. Na dodatek miasta te rozwijają komunikację z nimi (np. lotniska) , ściągają kapitał, rozwijają wyższą edukację i reklamują się na całego by ściągnąć kapitał, turystów oraz nowych mieszkańców. W zakresie cen mieszkań i ich przeznaczenia efekt może być tylko jeden: wzrost cen mieszkań,  kosztów wynajmu oraz przeznaczanie mieszkań pod wynajem. Przepraszam, ale w tym narzekaniu na skutki sukcesu wspomnianych miast, widzę nutkę nieuczciwości i braku logiki. Z jednej strony właściciele sklepów, kawiarń itd. mają większe przychody, ale z drugiej narzekają na wzrost cen mieszkań itd.? Sorry, albo jedno, albo drugie.

Mitem moim zdaniem jest obwinianie wynajmu za wzrost cen mieszkań itd. Jego rola jest tu mocno ograniczona. Wynajem rozwija się tylko w miastach, które odniosły sukces ekonomiczny. Nikt nie wymusi wzrostu cen mieszkań w miastach jak Bytom, Kowary itd. itd. Do tego muszą zaistnieć warunki.

Nikt nie przeczy, że w wymienionych miastach, niektóre osiedla lub ulice zabytkowych centrów zmieniają charakter z mieszkaniowego na hotelowo-rozrywkowy z negatywnymi niejednokrotnie konsekwencjami dla lokalnych społeczności. Nie sądzę jednak bym miał prawo (w tym nawet moralne) do zakazywania moim sąsiadom wynajmowania mieszkań tylko dlatego, że nie lubię zmienności lub tracę poczucie bezpieczeństwa gdy na klatce schodowej codziennie widzę innych ludzi.

Obrona mniej zasobnych mieszkańców może się odbywać na wiele sposobów. Mamy przepisy ograniczające wzrost czynszów. Jeżeli przepisy słabo bronią ‘starych’ lokatorów, to je zmieńmy, oczywiście w granicach rozsądku. Jak na razie, krytycy wzrostu cen mieszkań i najmu w popularnych dzielnicach nie akcentują tego problemu. Jeżeli tanich (cokolwiek to znaczy) mieszkań w danym mieście jest za mało, to pytanie do mieszkańców (czyli wyborców) o to na kogo głosują i dlaczego miasta zamiast na mieszkania komunalne, wydają kasę na opery, parki, uzbrajanie terenów dla potencjalnych inwestorów czy pośredniego dofinansowania linii lotniczych? Miasto mają pewną swobodę w prowadzeniu polityki społecznej.

Nie przeczę również, że nie ma problemu z regulacją i uczciwością po stronie osób/instytucji oferujących lokale na wynajem. To problem na poziomie lokalnym i państwowym, w rozumieniu rozwiązań. Mam wrażenie, że rynek najmu jest słabo kontrolowany, mimo że łatwo namierzyć strony i przedmiot transakcji. Tym bardziej, że portale jak AIRBNB wystawiają wręcz oferującego jak na talerzu. A być może kontrola nie tyle jest nieskuteczna, co nie potwierdza sugestii dot. nadużyć. Niestety, duża część publicznie wyrażanych zarzutów pod adresem wynajmujących nie ma związku z naruszeniem prawa.

Rację częściowo należy przyznać hotelarzom, którzy traktują turystyczno-biznesowy najem jak nieuczciwą konkurencję. Mamy w Polsce już przypadki osób/instytucji oferujących wynajem lokali mieszkalnym w jednym miejscu, ulicy, osiedlu, w skali porównywalnej z hotelem. Tymczasem obowiązki i koszty narzucane przepisami stawiają hotele w gorszej pozycji.

Temat coraz popularniejszego najmu i jego konsekwencji, to szalenie ciekawa kwestia do dyskusji. Zapewniam, że po daniu szansy na wypowiedzenie się wszystkim stronom, wydanie prostej oceny nie będzie takie łatwe jak się wydaje m.in. krytykom AIRBNB itd.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Emerytura stażowa.

Wiele wskazuje na to, że w okresie prezydenckiej kampanii wyborczej powróci temat emerytur stażowych. Przypomnę, że tzw. emerytura stażowa, to możliwość przejścia na emeryturę po osiągnięciu odpowiedniego stażu pracy, czyli liczby przepracowanych lat. Ustalony staż pracy, pozwala na przejście na emeryturę przed osiągnięciem wieku emerytalnego, co jest największą zaletą dla potencjalnego emeryta. Temat jest jednak wielce kontrowersyjny, ale o tym za chwilę.

Jak donoszę media, do tematu emerytury stażowej chce powrócić prezydent Andrzej Duda w nadchodzącej kampanii wyborczej. Najwyraźniej prezydent kontynuuje tradycję majstrowania przy systemie emerytalnych w czasie kampanii wyborczych. A co wiemy, co dokładnie prezydent chce zaproponować? (1) Staż pracy: 35 lat kobiety / 40 lat mężczyźni (2) Wyliczona, z nagromadzonego kapitału, emerytura ma pozwolić na otrzymywanie świadczenia w wysokości min. 130% minimalnej emerytury. Ten drugi warunek dotyczy bardziej restrykcyjnego scenariusza. Minimalna emerytura na 2020 r. ma wynieść nieco ponad 1,14 tys. zł. (1,1 tys. zł w 2019 r.).

Emerytura stażowa ma w sobie pewną szczytną ideę. Część z nas, ci lepiej zarabiający, zgromadzą po 35/40 latach pracy, tak duży kapitał emerytalny, że kwota emerytury pozwoli na w miarę bezpieczne życie. To mogłoby być dobre rozwiązanie dla osób, które będą miały problem z utrzymaniem się na rynku pracy lub świadomie będą chciały zaprzestać aktywności zawodowej by (przykładowo) pomóc w opiece nad wnukami itd.

Emerytury stażowe są znane w Europie, chociaż są raczej skromną i zanikającą częścią systemów emerytalnych. Do emerytur stażowych zaliczamy też specyficzne rozwiązania branżowe. U nas są to m.in. emerytury górnicze czy tzw. mundurowe. W tych ostatnich przypadkach nie występuje jednak pojęcie kapitału, tak jak rozumiemy to w powszechnym systemie emerytalnym. Stąd też rozbieżności w ocenie skali tego typu rozwiązań w UE (chodzi o emerytury stażowe), ze względu na przyjętą definicję. Wg niektórych źródeł, w czystej postaci, emerytury stażowe niemal nie występują UE. Zazwyczaj ustawodawca narzuca jeden lub więcej warunków do spełnienia. Takie też warunki, a raczej warunek,  chce zaproponować wg mediów prezydent A.Duda.

Minimalny staż pracy (35/40), może powodować, że z rynku pracy odejdą kobiety z przedziału wiekowego 53-54 lat i mężczyźni przed 60-tką. Czyli każdy z tych grup odejdzie z rynku pracy kilka lat przed wiekiem ustawowym 60/65 i niemal 10 lat przed wiekiem docelowym, zniesionej przez PiS zmiany wieku emerytalnego z czasów rządów PO-PSL. Dla systemu emerytalnego będzie to poważny ubytek płacących składki na rzecz pobierających. Prezydent chce (w scenariuszu restrykcyjnym) zastosować pewien haczyk, w postaci poziomu zgromadzonego kapitału lub – inaczej mówiąc – minimalnej wyliczonej emerytury z tegoż kapitału. Chodzi o próg 130% minimalnej ustawowej emerytury. Co ostatecznie zaproponuje prezydent, i czy w ogóle, to zobaczymy.

Przyjęcie emerytur stażowych tylko przy warunku lat pracy (składkowych?) 35/40, spowoduje zalew biednych emerytów i powiększenie deficytu systemu emerytalnego. Przy wynagrodzeniu na poziomie mediany i 35/40 latach stażu, stopa zastąpienia może być i na poziomie od ¼ do nawet 1/3, ale  większość tych młodych emerytów będzie się od razu klasyfikowała do podniesienia emerytury po poziomu emerytury minimalnej. Pytanie więc o sens takiego rozwiązania.

Istotnym ograniczeniem może być próg 130%, ale to rozwiązanie powoduje, że większość Polaków z niego nie skorzysta.

Warunek 130% powoduje, że skorzystać z emerytury stażowej będzie mogła niewielka część Polaków. I to tylko tych, którzy dobrze zarabiają. Nawet wynagrodzenie odpowiadające średniej w gospodarce za III kw 2019 r. (4,9 tys. zł brutto) i rozpoczęciu pracy np. w wieku lat 19-tu nie pozwoli kobiecie skorzystać z emerytury stażowej i w najlepszym wypadku małej grupie mężczyzn ze stażem 40 lat pracy.

Czas pokaże czy temat emerytur stażowych pojawi się w kampanii wyborczej w przyszłym roku. Istnieje obawa, że prezydent A.Dudy będzie kontynuował swoją niechlubną rolę w deformowaniu systemu emerytalnego. W swojej kadencji przyczynił się do przywrócenia ‘starego’ wieku emerytalnego i nie odważył się podjąć publicznie tematu szeregu niesprawiedliwości w polskim systemie emerytalnym. Istnieje więc obawa, że i temat emerytur stażowych prezydent potraktuje populistycznie.

Moim zdaniem, temat emerytur stażowych jest do rozważenia, chociaż nie jest to temat najpilniejszy, biorąc pod uwagę m.in. przywrócenie wieku przejścia na emeryturę 60/65 lat. To jednak wyzwanie na poważną dyskusję, a nie z natury populistyczną kampanię wyborczą. Można podciągnąć przede wszystkim lata pracy dla kobiet lub użyć odniesienia do minimalnej emerytury, ale w stopniu bardziej rygorystycznym niż prezydenckie 130% itd. Generalnie jednak, powinniśmy jak najdłużej funkcjonować na rynku pracy.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Wiek emerytalny. Nie chcemy długo pracować.

Portal  rp.pl opublikował kilka dni temu wyniki sondaży dotyczącego wieku emerytalnego. Wyniki sondażu nie zachęcają polityków do powrotu do tematu podniesienia wieku emerytalnego. Sondaż przeprowadziła RW Research.

Zaledwie 16,6% ankietowanych jest za podwyższeniem wieku emerytalnego. 51,2% chce utrzymać stan obecny 60/65, czyli bez zmian. 22,6% jest za dalszym obniżeniem wieku emerytalnego. 9,6% nie ma zdania. Tak więc aż 74% ankietowanych jest przeciwna podnoszeniu wieku emerytalnego.

Najlepiej o wynikach sondażu mówi kontekst w jakim w niektórych mediach wyniki są komentowane. Wynik jest zestawiany z niedawną wypowiedzią jednego z rozpoznawalnych polityków PO, któremu miało się wymsknąć, że wiek emerytalny powinien być podniesiony. Od tej wypowiedzi próbowała się odciąć nawet macierzysta partia.

Z perspektywy świadomości społecznej, jesteśmy w punkcie startu, czyli tam gdzie byliśmy przed podjęciem niepopularnej społecznie decyzji. To oznacza porażkę polityków, liderów opinii, decydentów itd. Nie ściągałbym również odpowiedzialności z obywateli. Mam coraz mniej akceptacji dla poglądów, że obywatele mają prawo być nieświadomi problemu lub że nie muszą myśleć o konsekwencjach utrzymywania zbyt niskiego wieku emerytalnego.

Oczywiście, w pewnym sensie obywatelom trudno się dziwić. Skoro koalicja prawicowa, wraz z pochodzącym z jej szeregów prezydentem, utwierdza obywateli w przekonaniu, że nie było potrzeby …ups…. tzn. nie należało zmuszać Polaków do długiej pracy, to obywatele są przekonani, że podniesienie wieku emerytalnego było wymysłem liberałów. Do tego okazało się, że można było przywrócić ‘stary’ wiek emerytalny i jeszcze rozdawać 500+ oraz dodatkowe świadczenia emerytom, a więc problemów z brakiem pieniędzy państwo nie ma. W takiej sytuacji polityk, który apeluje o podniesienie wieku emerytalnego i ostrzega przed tym, czym grozi zwlekanie z tą decyzją, popełnia polityczne samobójstwo. On i jego ugrupowanie.

Wiek przejścia na emeryturę stał się narzędziem walki politycznej, co w efekcie spowodowało ogromne spustoszenie w świadomości społecznej. Wynik sondażu tylko to potwierdza. To, że ponad połowa ankietowanych ocenia, że obecny wiek przejścia na emeryturę jest odpowiedni, jest być może i tak dobry rezultatem. Obecny wiek został uznany za odpowiedni przez wskazane wyżej 51,2% ankietowanych zapewne dlatego, że koalicja prawicowa nie naciska na jego dalsze obniżenie, a politycy opozycji wolą milczeć w tym temacie. To tylko potwierdza, że politycy mają ogromny wpływy na społeczną świadomość.

 A co dalej? Cóż, z przekonaniem suwerena trudno będzie walczyć w takiej sytuacji. Nie będzie wielkim odkryciem, że w tej kadencji parlamentu, temat wieku emerytalnego nie wróci. Lata potrwa zanim ludzie zrozumieją, że opłacana składka nie starcza na godną emeryturę. Można na to przymknąć oczy, ale to oznacza coraz większe drenowanie państwowej kasy na utrzymanie wypłacalności systemu emerytalnego. Ludzie chyba sobie nie uświadamiają, że pokrywanie deficytu systemu emerytalnego odbywa się z płaconych przez nich podatków. I im większa będzie emerytalna dziura, tym więcej z podatków będziemy musieli dopłacać.

By uatrakcyjnić lekcje matematyki, proponuje pokazywać dzieciakom, że jest zależność między składką, okresem pracy (płacenia składek), a emeryturą. Jeżeli nie chcemy tego zaakceptować, to musimy wskazać z czego podbieramy lub z jakich wydatków rezygnujemy. Jeżeli dany obywatel nie chce się z tą zależnością pogodzić, to niech wskaże innych, którzy mają pokrywać jego emeryturę. Na końcu trzeba jeszcze zapytać tych innych, czy się na to godzą.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rynek nieruchomości. Do spekulacyjnej bańki nam jeszcze daleko.

Od kilku tygodni znowu można w mediach elektronicznych znaleźć sporo opinii sugerujących, że na rynku nieruchomości mamy do czynienia z bańką spekulacyjną. A bańka jak to bańka, jak pęka, to z hukiem, stąd obawy. Do tego jeszcze informacje o wzroście zainteresowania kredytami hipotecznymi i wzrostach cen mieszkań.

Staram się nie lekceważyć zagrożeń kryzysami i bańkami. Wystarczy jednak na spokojnie spojrzeć na dane i proste wskaźniki, by stwierdzić z czym mamy do czynienia i jak daleko nam do bańki. Czy też do znacznego rozjazdu między podażą i popytem.

Ceny mieszkań faktycznie w tym roku zaczęły rosnąć szybciej. Wg Eurostatu jest to ok. 8% r/r w I i również w II kw. Średni wzrost cen w kilkunastu analizowanych miastach przez NBP jest nawet – analogicznie – większy o dwa pkt. proc. Rynkowe dane miesięczne podawane przez Bankier.pl dają podobne wskazania.

Kiedy rok temu pisałem o rynku mieszkaniowym, nie spodziewałem się aż takiego wzrostu cen lokali. Nie spodziewałem się też jednak utrzymania tempa PKB na poziomie niemal 5% do II kw 2019 r. Proponuje jednak nie straszyć się słowami ‘kryzys’ czy ‘bańka’, bo są one nieadekwatne do obecnej sytuacji. Do tego sporo nam jeszcze brakuje.

Od ponad dwóch lat mamy bardzo korzystną sytuację gospodarczą. Wynagrodzenie średnie w gospodarce rośnie bardzo dynamicznie, a do tego rząd niemal każdej rodzinie z dziećmi rozdaje pieniądze. Oczywiście przypisywanie 500+ czołowego czynnika powodującego wzrost cen mieszkań byłoby zapewne sporą przesadą. Jednak poprawa w gospodarce, którą rząd podkręca dodatkowym popytem, ma i swoją mniej miłą stronę. Inwestorzy na rynku nieruchomości (nieistotne czy kupują na potrzeby własne czy wynajem), zdają się nazbyt optymistycznie postrzegać najbliższe perspektywy gospodarcze. Częściowo trudno się dziwić, bo obecny rząd zdaje się sugerować, że dobra passa w gospodarce będzie trwać wiecznie i że M.Morawiecki znalazł sposób na uniezależnienie naszej gospodarki od cykli koniunkturalnych. W efekcie po prostu popyt w niewielkim stopniu przewyższa podaż na rynku  i ceny idą w górę. Najwyraźniej wielu rodaków obecne pułapy cenowe uważa za wciąż atrakcyjne. W tym i ta część, która kupuje mieszkania z przeznaczeniem na wynajem.

Wartość portfela kredytów hipotecznych rośnie od około roku w tempie rzędy 7% r/r. Jak na warunki ostatnich kilku lat, to wartość relatywnie znaczna. O boomie w segmencie kredytów hipotecznych bym jednak nie mówił, skoro w okresie 2014-2018 średni przyrost portfela r/r to niemal 4,5%. Zupełnie zabawnie i niewinnie wzrost portfela hipotecznego wygląda w zestawieniu z okresem faktycznego boomu w kredytach mieszkaniowych. Chodzi o lata 2005-2008. Już na początku 2005 r. dynamika roczna portfela kredytów sięgała 20%. W 2006 r. portfel pęczniał w tempie rzędu 55% r/r. W 2007 r. niewiele wolniej. Czymże jest więc obecne 7%? Oczywiście i tego tempa w obecnych warunkach nie należy lekceważyć.

No i na koniec podaż, czyli – w uproszczeniu – deweloperzy. Mieszkań deweloperskich przybywało w tempie dla lat 2015-2018, odpowiednio: 27%, 13%, 25% r/r. Dane za dziewięć miesięcy tego roku wskazują, że najprawdopodobniej i w 2019 r.  odnotujemy wzrost liczby mieszkań taki jak w trzech wcześniejszych latach. Analizując dane z ostatnich kilkunastu lat, raczej trudno byłoby postawić zarzut, że deweloperzy ograniczają podaż. Niewątpliwie jednak nie nadążają z ‘produkcją’ mieszkań. Kto wie zresztą, czy aby nie racjonalniej od nabywców oceniają perspektywy rynkowe. Wpływ na wzrost cen na rynku pierwotnym mają też koszty materiałów, usług i wynagrodzeń ponoszonych przez firmy budowlane. GUS w co-miesięcznej informacji o indeksach cenowych w budownictwie, podaje je w rozbiciu na trzy główne grupy. W przypadku budynków, indeks cenowy za pierwszy trzy kwartały 2019 r. i w ujęciu r/r wynosi: 104,0.

Z czym więc mamy do czynienia na rynku mieszkaniowym? Niewątpliwie popyt zaczyna rozmijać się z podażą, co nie powinno nas nadmiernie dziwić. Mamy gospodarkę rynkową i nie widzę powodu, by czynić z tego zarzut. Moim zdaniem, uczestnicy gry rynkowej chyba nie dostrzegają (lub lekceważą) tego, że polska gospodarka zaczyna wytracać tempo wzrostu. Przy czym zarzut ten bardziej dotyczy strony popytowej.

Nie straszyłbym też bańką z perspektywy potencjalnych spadków cen mieszkań. Po 2008 r., kiedy to na rynku mieszkaniowym osiągano rekordowe pułapy, ceny spadły średnio o dziesięć- lub najdalej kilkanaście procent. W zależności od miasta i tego, czy korektę cen mierzymy na rynku pierwotnym czy wtórnym, proces spadku rozłożony był na kilka lat i przebiegał względnie łagodnie. Pytanie więc czy mieliśmy w Polsce z bańką do czynienia.

Jako ilustrację tego z czym mamy obecnie na rynku mieszkaniowym do czynienia, warto posłużyć się siłą nabywczą, czyli zestawić średnie wynagrodzenie w gospodarce z ceną metra nowego mieszkania. Za cenę metra, przyjąłem średnią cenę transakcyjną na rynku pierwotnym z dziesięciu miast (dane NBP).

Podczas tzw. boomu mieszkaniowego sprzed ponad dziesięciu lat, cena m_kw rosła grubo szybciej niż średnie wynagrodzenie (za to rosła zdolność kredytowa). W efekcie siła nabywcza w ciągu dwóch lat spadła o niemal 1/3. Od 2009 relacja ulegała stałem poprawie, wracając w 2018 r. prawie do wartości z 2006 r.  Od końca ubiegłego roku, mamy do czynienia z mocnym zwrotem, czyli pogorszeniem omawianej relacji. Wątpię jednak, byśmy mieli być świadkami powtórki sytuacji sprzed ponad dziesięciu lat.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Media i część frankowiczów coraz skuteczniej wypaczają prawdę o tzw. kredytach frankowych.

Wyrok TSUE dotyczący kredytów w CHF, wzbudził dyskusję o losie frankowiczów. W dyskusji widać upływ czasu i coraz gorszą pamięć u biorących w dyskusji ludzi. Brak wiedzy i lenistwo do jej nadrobienia, szereg komentatorów i wszelakich ekspertów zaczyna zastępować schematami..

Tematykę tzw. kredytów frankowych można zgłębić samemu. Dostępnych jest mnóstwo danych, które można samodzielnie analizować. W mediach nie brakuje artykułów i opracowań, które dostarczają niezbędną wiedzę.

Warto przypomnieć kilka istotnych informacji, które jakoś tak komentatorom umykają. To, że przemilczają je sami frankowicze, mogę ewentualnie zrozumieć. Ale w przypadku komentatorów, już nie.

Na wstępie przyjmijmy w uproszczeniu, że kredytem frankowym określamy zarówno kredyt walutowy jak i indeksowany w CHF. Skutki ekonomiczne dla kredytobiorcy są w obydwu przypadkach takie same. Ponieważ mieszkania kupowano za pln, więc kredytobiorca był zmuszony i tak kredyt przewalutować. Czy zrobił to bank czy on sam, nie ma znaczenia. To jedna z najistotniejszych uwag, ponieważ frankowicze i część występujących w ich imieniu prawników twierdzą, że nie dostali franków a złote, więc obecnie mają prawo twierdzić, ze dostali kredyt ‘złotowy’. Osobiście nie miałbym odwagi powiedzieć takiego głupstwa do kamery.

Narastająca przed wielu laty popularność kredytów frankowych wynikała z tego, że – biorąc pod uwagę stopę procentową w pln i zmiany kursów walut – obsługa kredytów była nawet o kilkanaście procent tańsza (w rozumieniu spłaty kapitału i odsetek), a przez to poprawiała się zdolność kredytowa. Kredytów walutowych udzielano na długo przed feralnym rokiem 2008. (w III kw 2008 r. kurs chf/pln osiągał najniższe poziomy). Z biegiem czasu ich popularność i dostępność rosły.

Zasadniczym problemem frankowiczów było ryzyko zmiany kursu walutowego. Dzisiaj frankowicze bronią się niewiedzą o ryzyku walutowym. Tymczasem w mediach i internecie (o ile ktoś z niego chciał skorzystać), bardzo łatwo było znaleźć informację o tymże ryzyku. Frankowicze bronią się też argumentem, że „pan/pani w banku byli bardzo mili’ i niemalże wciskali kredyt, zapewniając o stabilności chf-a. Niestety jak na razie nie udało się udowodnić masowej manipulacji prowadzonej przez sprzedawców i banki. Kredytobiorcy z  2008 roku musieli potwierdzić, że zostali powiadomieni o ryzyku walutowym itd. podpisywali w ciemno? Nic im to nie sugerowało (chodzi mi o ryzyko walutowe)?

Obecnie frankowicze czują się oszukani przez banki. Dlaczego poczuli się oszukani dopiero po latach? Okazuje się, że poczuli się oszukani dopiero gdy koszty obsługi kredytu stały się trwale większe od tych z pierwszych lat po zaciągnięciu (chodzi głównie o frankowiczów biorących kredyty w 2008 r.) oraz większe od kosztów kredytu ‘złotowego’. Tymczasem już na przełomie 2008/2009 i w 2011 koszty obsługi podskoczyły na tyle, że nie można było tego nie zauważyć.

Kredyty frankowe miały opcję przewalutowania na pln. Niestety żaden z frankowiczów nie ma ochoty poruszać tego tematu i odpowiadać na pytanie, dlaczego z tej opcji nie skorzystał.

Ludzie mają prawo podejmować ryzykowne decyzje. Ale i powinni też samodzielnie ponosić za to odpowiedzialność, a przynajmniej w jak największym stopniu. Frankowicze dopóki zyskiwali na kredycie frankowym, dopóty tenże kredyt im nie przeszkadzał. Kiedy się to zmieniło, zaczęli stawiać się w roli oszukanych.

Warto wspomnieć o sektorze bankowym i bankowcach. Wbrew kreowanym dzisiaj legendom, w okresie narastania popularności kredytów walutowych itp.,  w mediach i w środowisku bankowym rozgorzała dyskusja czy udzielać kredytów walutowych itp. czy nie. Część środowiska bankowego apelowała do władz o ograniczenie  dostępu (ograniczenie na poziomie sektora). Ostatecznie politycy się na to nie zdecydowali i jedynie organy nadzorcze narzucały bankom normy ostrożnościowe i bardziej restrykcyjne zasady udzielania kredytów walutowych, indeksowanych itp. Poszczególne banki przyjmowały różną politykę odnośnie udzielania kredytów walutowych.

Warto dzisiaj przypomnieć, że gorącymi orędownikami zapewnienia obywatelom dostępu do kredytów walutowych itp. byli politycy PiS!. Już samo to mówi jak gorąca to była dyskusja w mediach, w tym dyskusja o ryzyku walutowym. Doprawdy frankowicze nie czytali w tamtych latach gazet, nie zerkali do tv lub internetu? Trudno w to wierzyć.

 Frankowicz, który wziął kredyt w 2008 r.  o wartości 200-300 tys. pln i terminie spłaty 30 lat może zmagać się obecnie z miesięcznym kosztem obsługi o 150-350 zł większym niż w pierwszych kwartałach po zaciągnięciu kredytu. Dane dotyczące sytuacji finansowej frankowiczów (mam na myśli wskaźnik koszt obsługi / dochody gosp. domowego) wskazują, że wzrost kosztów obsługi może być problemem dla wąskiej grupy frankowiczów. Tym w sukurs przyszły regulacje prezydenta A.Dudy. Niestety nijak się one mają do wyborczych obietnic obecnego prezydenta. Zanim więc zdecydujemy się na wsparcie frankowiczów, zastanówmy się ile z nich powinno je otrzymać i w jakiej wysokości.

Rozstrzyganie pretensji frankowiczów przed sądami, to nieco inna kwestia. Negacja kredytu indeksowanego tylko z powodu abuzywności klauzuli dot. bankowych tabel kursowych jest trochę niepoważna w kontekście tego czym kredyt indeksowany jest. Problemem frankowiczów jest fakt indeksacji i zmienności kursu, a nie tabela kursowa. To, że część banków nie podawała w umowach na jakich zasadach przyjmowane są widełki kursowe, możemy jak najbardziej krytykować. Niemniej jak ktoś sobie policzy o co dokładnie chodzi, to zauważy że ‘dorabianie’ przez banki na tabeli kursowej to nawet nie margines problemu jakim  jest finansowa konsekwencja indeksacji.

Próbuje się też podważać fakt czy kredyt był w ogóle frankowy przyjmując, że skoro klient otrzymywał kredyt już przeliczony na pln (a raczej jego deweloper), to kredyt był normalnym kredytem ‘złotowym’.  Tu już ręce opadają. No ale skoro ktoś tak to postrzega, to można zadać pytania, dlaczego dopiero po wielu latach zaczęło mu to przeszkadzać. Jak wspomniałem wcześniej, różnica między kredytem walutowym i indeksowanych (bank przelewa wartość waluty w złotych) jest bez znacznie i sprowadza się do tego, kto dokona przewalutowania. Bo na końcu jest deweloper, który sprzedaje mieszkanie w pln, bo nie ma ochoty brać na siebie ryzyka walutowego.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 1 komentarz