Epidemia powodem rezygnacji z zakupów odzieży i obuwia. Ucieczka do internetu.

Dane makroekonomiczne publikowane przez GUS czyta się teraz z zaciekawieniem i wypiekami na twarzy. Na koniec tygodnia GUS zaserwował nam dane dotyczące sprzedaży detalicznej za kwiecień. Ograniczę się do analizy sprzedaży detalicznej w sklepów handlujących tekstyliami, odzieżą i obuwiem. Ta grupa towarów świetnie pokazuje jak przeogromny wpływ na działanie podmiotów gospodarczych miały decyzje organów państwowych i nasze obawy o własne zdrowie.

Na wstępie dodam, że GUS urozmaicił dane o sprzedaży detaliczne, informacjami o udziale sprzedaży internetowej. Niestety, ta nowość dotyczy tylko miesięcy z 2020 r. Początkowo chciałem, na podstawie powszechnie dostępnych analiz i opracowań, uzupełnić podział za 2019, ale zrezygnowałem z powodu rozbieżności danych. Wyniki analiz sprzedaży detalicznej i jej kanałów (w tym przez internet) są nazbyt rozbieżne. 

Już dane GUS za marzec (publikowane w II połowie kwietnia) pokazały, jak mocno restrykcje związane z wirusem uderzyły w sprzedaż odzieży i obuwia. Ale to był tylko wstęp do tego co zobaczyliśmy w kwietniu. Sprzedaż detaliczne w tej grupie towarów stanowiła niewiele ponad 1/3 sprzedaży z kwietnia 2019 r.

W poszczególnych grupach towarów, sprzedaż odzieży i obuwia, wykazała największy spadek. Co ciekawe, wirus nie odbił się aż tak tragicznie na grupie meble i artykuły RTV/AGD. Wyjaśnień jest wiele i czołowym chyba wcale nie jest nasza obawa o pracę i pieniądze, czyli wstrzymywanie wydatków. Wraz z wprowadzaniem ograniczeń, skupiliśmy się na towarach niezbędnych, starając się unikać zbędnego poruszania się poza miejscem zamieszkania. Zamknięto galerie handlowe. Sprzedawcy zamknęli szereg sklepów z obawy o spadek popytu. Celem była redukcja kosztów.

Drugą ciekawostką jest przeniesienie zakupów odzieży i obuwia do internetu. Klienci, którzy bali się wyjścia do sklepu lub im uniemożliwiono zakup ‘fizyczny’, szukali ratunku w zakupach przez internet. W efekcie sprzedaż ‘fizyczna’ w kwietniu 2020 spadła 6-7 krotnie w porównaniu w kwietniem 2019 r. Możemy więc sobie wyobrazić w jak tragicznej sytuacji jest część sprzedawców detalicznych. Udział sprzedaży internetowej w sprzedaży analizowanej grupy towarów stanowił w okresie styczeń-kwiecień 2020 r. odpowiednio: 17,1%, 17,%, 35,6% i 61,3%.

Pocieszeniem jest to, że tzw. odmrożenie gospodarki w maju przywraca sprzedaż detaliczną odzieży i obuwia na szerszą skalę. Powrót do sprzedaży na poziomie marca’20, to minimum jakiego możemy oczekiwać.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Tąpnęło i to mocno. Spadek produkcji przemysłowej w kwietniu.

Produkcja przemysłowa w kwietniu była mniejsza o niemal 24% w porównaniu kwietniem 2019 r. Zaznaczam, że mówimy tylko o produkcji przemysłowej, więc nie wiemy nic o skali skurczenia się sektora usługowego.

Sytuacja wygląda jeszcze poważniej, gdy brać pod uwagę działy gospodarki należące tylko do przetwórstwa przemysłowego. Przetwórstwo przemysłowe to przemysł bez górnictwa, energetyki (prąd, gaz itd.), dostarczania wody, odprowadzania ścieków i gospodarki odpadami. Wymienione sektory, oprócz górnictwa, w niewielkim stopniu odczuły kwietniowe tąpnięcie. Były to spadki od 1% do maks. 6%. Dlaczego? Bo są to sektory dostarczające tzw. media, które zakłady przemysłowe i gospodarstwa domowe zmuszone są wykorzystywać, by funkcjonować.

Tak więc produkcja działów przetwórstwa przemysłowego, była o 27,5% mniejsza niż w kwietniu roku ubiegłego. To efekt skurczenia się popytu zagranicznego i krajowego. Na szczegóły (dokładniejsze dane GUS o exporcie) przyjdzie nam jeszcze poczekać. Trzeba przyznać, że w chwilach niepewności oraz zamknięcia w domach, zareagowaliśmy natychmiastowym wstrzymaniem zakupów. Wiele z działów produkcyjnych poniosło konsekwencje zamknięcia, lub ograniczenia z korzystania, sieci dystrybucyjnej swoich wyrobów. Nie znamy jeszcze wyników sprzedaży detalicznej za kwiecień, ale już w marcu sprzedaż detaliczna była mniejsza o niemal 10%  w porównaniu z marcem 2019 r. W tym sprzedaż odzieży, tekstyliów i obuwia o 50%. Sprzedaż mebli i sprzętu RTV/AGD  o 17%.

Niemal zamarła produkcja pojazdów i części do nich. Produkcja kwietniowa, to raptem 21% ubiegłorocznej. Produkcja artykułów żywnościowych, spadek rok do roku o 16,7%. Aż trudno uwierzyć, by odpowiadał za to brak zainteresowania klientów krajowych. Sieć dystrybucji żywności działała be zarzutu. Być może była jedyną, z konwencjonalnych (konieczność ‘fizycznych’ zakupów), która nie poddała się pandemii. Niewątpliwie część z nas ograniczyła zakupy do niezbędnych, ale żeby aż tyle? Dalej nie będę wymieniał i podaje dane z GUS w tabeli.

A czy ktoś zyskał ?? Tak, sektor który produkuje środki chroniące nas przed zakażeniem, czyli producenci wyrobów farmaceutycznych. Dział odnotował wzrost o 14% w porównaniu z kwietniem 2019 r.

Skala spadku stawia pytanie: czy było to konieczne i czy mogliśmy tego uniknąć. Na popyt zagraniczny nie mamy wpływu. Sami co nieco ograniczyliśmy sobie przerzut towarów przez granice. Czy jednak zamrożenie gospodarki i społeczeństwa (czyli popytu) musiało być aż tak duże? Nie chodzi o krytykowanie aktualnego rządu jako sztuki dla sztuki i po czasie. Po prostu trzeba stawiać odważne pytanie i szukać na nie odpowiedzi. Ja mam wątpliwości . Rząd chyba też, sądząc z tempa ‘odmrażania’ i powrotu życia społeczno-ekonomicznego do względnej normalności.

Niestety ‘zamrażanie’ życia społeczno-ekonomicznego jest zawsze kwestią szukania okrutnego kompromisu między bezpieczeństwem obywateli, a ekonomiczną stroną naszego życia. Zaczyna się trzecia dekada maja i wiemy, że jesteśmy gotowi zaakceptować śmierć ok 600 obywateli miesięcznie by tylko życie społeczne i ekonomiczne powróciły do czasów sprzed pandemii. Ot, taka okrutna refleksja na zakończenie.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Trzymajmy się UE. Kurczowo.

Od kilku lat panuje w Polsce moda na krytykowanie UE. Obecna koalicja rządowa, zdaje się już w ogóle nie mieć pomysłu na naszą obecność w UE. Wobec tego warto spojrzeć  w dane opublikowane właśnie przez Eurostat za Bankiem Światowym. To pozwoli nam ‘ulokować’ się na świecie i nieco zweryfikować mit o naszej wyjątkowości i sprawczości.

Eurostat podał ranking regionów polityczno-gospodarczych lub krajów wg kilku kryteriów najczęściej przyjmowanych do określania wielkości krajów. By zanadto nie mieszać, będę się trzymał wielkości PKB mierzonej w PPS, tłumaczonej jako standard siły nabywczej. To uczciwe ujęcie.

W świecie, pod względem ekonomicznym, liczą się trzy siły. Na czoło w ostatnich latach wysunęły się Chiny minimalnie wyprzedzając USA i UE. (UE już bez Wielkiej Brytanii, którą zaprezentowano osobno). W rzeczywistości możemy mówić obecnie o niemal równowadze tych dwóch krajów i UE. Chiny z biegiem lat będą powoli powiększać dystans dzielący je od USA i UE.

Samemu więc czy z UE? Wystarczy spojrzeć na załączoną ilustrację i bezdyskusyjnie odpowiedź brzmi: przyszłość Polski tylko z UE. I jakby to kogoś nie zabolało i nie drażniło, również nie pozostawia wątpliwości, że w naszych interesie jest dalsza integracja UE na polach: ekonomicznym, politycznym, wojskowym itd.  Integracja społeczna jest tego naturalnym następstwem, ale i koniecznością. 

A gdybyśmy w UE nie byli?? To niemal na pewno, nie zmieścilibyśmy się na ilustracji jako kraj wykazany odrębnie (Polsce brakuje trochę do 1%) i bylibyśmy w grupie określanej jako Rest of the World. Wprawdzie nie jesteśmy krajem małym, ale i na pewno nie potęgą i to ostatnie nam na razie nie grozi. Ktoś może powiedzieć: no ale Brytyjczycy z UE wyszli. Cóż, każdy ma prawo do swojego focha. Po drugie sytuacja geopolityczna WB jest inna od naszej. Natomiast gospodarka WB jest od naszej ok 5,5 razy większa, mierząc PKB w eur.

Jeżeli nie jest się krajem ogromnym i potęgą, to warto przyłączyć się do grupy krajów. Mimo nienajlepszego położenia geopolitycznego, powinniśmy się cieszyć, że sąsiadowaliśmy w krajami UE i mogliśmy dołączyć do tego zacnego grona. Nadal trudno mi zrozumieć, jak ludzie mogli mieć przed laty wątpliwości dotyczące naszego wstąpienia do UE.

Świat się globalizuje i może nie mieć czasu oglądać się na mniejsze, osamotnione politycznie, kraje.

Tekst źródłowy:  The 2017 results of the International Comparison Program China, US and EU are the largest economies in the world.  84/2020 – 19 May 2020. 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Jak mieszkają Niemcy. Lepsze mieszkanie na wynajem czy na własność?

Kilka dni temu Eurostat udostępnił statystykę prezentującą gdzie żyjemy. A dokładnie w blokach czy domach jednorodzinnych itd. Warto zwrócić uwagę na Polskę. Pod względem struktury jesteśmy bliscy średniej unijnej. Ale nie o nas ma być ten wpis, ale o Niemcach i nieco odmiennych warunkach mieszkaniowych jakie sobie przez lata wypracowali. Dobre czy złe? Odruchowo chciałoby się powiedzieć: dobre, biorąc pod uwagę tradycyjny i automatyczny wręcz szacunek dla ich modelu społeczno-gospodarczego. Ale czy na pewno? Ten model wymaga akceptacji przez większość społeczeństwa i wcale nie jestem taki pewny czy wszystkim w Polsce by odpowiadał.

Zwracam uwagę na Niemcy, ponieważ ten kraj nieco odbiega od schematu jaki daje się zauważyć w EU oraz pewien zestaw mitów jakimi otoczona jest niemiecka polityka społeczna, w tym mieszkaniowa.

To co uderza we wspomnianej analizie Eurostatu, to relatywnie duży udział gospodarstw domowych w Niemczech, które mieszkają w blokach. Ale wpierw mały wstęp.

W analizie danych i opracowań Eurostatu problem stwarza terminologia i klasyfikacje. Są one, również i w przytaczanych tutaj opracowaniach, nieco niespójne z nazewnictwem i klasyfikacjami, do których przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Wynika to z konieczności sprowadzenia różnorodności krajów unijnych do wspólnego mianownika. Tam więc gdzie się da, pozwolę sobie na pewne pojęciowe ‘spolszczenia’. Analiza rynku mieszkaniowego i porównanie krajów UE, powinno oczywiście wyjść poza proste statystyki. Pogłębiona analiza wymaga zbadania urbanizacji kraju, rozdrobnienia w rolnictwie i szeregu innych warunków. Z konieczności  pozwolę sobie tutaj na pewne uproszczenia.

No i wracając do Niemców i Niemiec..

Około 55% z nich mieszka w budownictwie wielorodzinnym (bloki, kamienice itd.) , co może się wydawać pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że postrzegamy Niemców jako społeczeństwo bogate. W Polsce jest to ok. 45%. A średnia unijna, to 46% (dane za 2016 r.). Niemniej pod względem struktury zamieszkiwania: budownictwo wielorodzinne a jednorodzinne, Niemcy można określić jako kraj specyficzny (biorąc pod uwagę zamożność społeczeństwa), ale nie jedyny z krajów rozwiniętych, w których występuję przewaga zamieszkiwania w budownictwie wielorodzinnym. To co dla Niemców jest wyjątkowe, to udział zamieszkiwania w domach jednorodzinnych (detached house). Zaledwie 25%-30%. To jeden w najmniejszych wyników w UE. Specyfika Niemców uderza gdzie indziej. Własność mieszkań.

Wg danych Eurostatu za 2018 r. zaledwie 51,5% Niemców było właścicielami zajmowanych mieszkań. To absolutnie najniższa wartość w UE i jedna z najniższych w Europie. Średnia w UE, to niemal 70%. W Polsce, 84%. Nawet w krajach porównywalnych pod względem zamożności z Niemcami, udział własności jest na ogół od 10 do  15 pkt.proc. większy.

Aż 48,5% mieszkań (procent z całości wykorzystywanych zasobów mieszkaniowych) w Niemczech to wynajem. Taka wartość pozostawiona bez komentarza i głębszych analiz powoduje, że dość powszechnie przyjmuje się, iż Niemcy są państwem opiekuńczym, wpierającym obywateli i pro-społeczną polityką mieszkaniową. I tu zaczyna się problem, bo obawiam się, że nie każdemu taka opiekuńczość państwa może odpowiadać w rozumieniu modelu społeczno-ekonomicznego. Dlaczego?

Większość z tych mieszkań (85% z mieszkań wynajmowanych) jest udostępniana (wynajmowana) w oparciu o ceny rynkowe (takiego określenia używa Eurostat). Pozostała część, bardzo więc skromna, wynajmowana jest po cenach poniżej rynku lub za darmo. Nie wnikam już czy wynajmem zajmują się podmioty prywatne, państwowe, spółdzielnie czy inne twory prawne.

Gdy doda się do tego informację, że obciążenia związane z korzystaniem z mieszkania (plus media itd.), w tym czynsz, należą relatywnie do grupy największych w UE, powstaje pytanie czy model mieszkalnictwa (polityki mieszkaniowej?) praktykowany w Niemczech jest godny naśladowania?  Odpowiedź nie jest prosta i z wielu powodów nie zamierzam tego tutaj rozstrzygać.

Niemcy należą też do grupy państw o dość hojnej polityce wsparcia finansowego gospodarstw domowych. To właśnie połączenie: wysoki udział kosztów zamieszkania (czynsz+media) w wydatkach gospodarstw domowych i hojna polityka finansowego wsparcia społecznego, przeważa wśród państw/społeczeństw zamożnych. Czy państwo pomaga bo korzystanie z mieszkania jest drogie, czy też jest odwrotnie, to też temat do przemyślenia.

Zapewne do pełnego zrozumienia niemieckiego modelu polityki mieszkaniowej, warto było by poznać historię jego kształtowania, czynniki kulturowe, koszty budowania mieszkań i szereg innych czynników.

Nie oceniam czy model niemiecki jest dobry czy zły. To kwestia przyjętej perspektywy (m.in. osiąganych dochodów) i wiary w taki czy inny model kształtowania życia społeczno-ekonomicznego. My jesteśmy na innym etapie historycznym. Z jednej strony posiadanie mieszkania na własność daje nam poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej, polityka społeczna w Polsce w obszarze mieszkalnictwa wcale nie jest taka zła jak się powszechnie przypuszcza. W Polsce niemal 12% mieszkań (w relacji do całości wykorzystywanych zasobów mieszkaniowych) jest udostępnianych po cenie niższej od rynkowej lub za darmo. To o 3 pkt.proc. powyżej średniej unijnej.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

500+. Program, którego ocena jest zabroniona.

Przemknęła mi w mediach ocena  programu 500+ pod kontem poprawy dzietności. Od czasu do czasu i ja zerkam w dane demograficzne. Niestety, na chwilę obecną można powiedzieć, że w kontekście dzietności program okazał się porażką. A w najlepszym wypadku miał neutralny wpływ na naszą skłonność do powoływania na świat dzieci.

Nie zamierzam w tym wpisie dokonywać poważniejszej oceny programu 500+. Pod kontem dzietności, przeprowadzałem taką analizę jakiś czas temu. LINK. Tym razem pozwolę sobie na garść krytycznych refleksji, bo trudno mi zrozumieć, dlaczego nad programem 500+ zapanowała atmosfera zakazu krytyki. Zapanował jakiś komentatorski paraliż. Nie mam najmniejszej ochoty mu się podporządkowywać.

Czym miał i ma być program 500+? Jaki był jego cel? Tego to już chyba nikt nie potrafi teraz powiedzieć. A już na pewno nie jego pomysłodawcy, czyli politycy PiS. Oni sami wraz z upływem czasu różnie rozkładali akcenty.

Dzietność. To początkowo jeden z czołowych argumentów. Niestety, dzietność poprawiła się przez bardzo krótki okres, a i tak nie była większa niż w latach naszego poprzedniego boomu gospodarczego sprzed ponad 10 lat, kiedy o 500+ nikomu się nie śniło. Demografowie zwracali uwagę, że nie tak prosto trwale poprawić dzietność. Naukowcy i eksperci z innych dziedzin przypominali, że szasną na poprawę dzietności jest głownie rozwinięcie szeregu usług i  instrumentów wsparcia dających bezpieczeństwo, wsparcie i opiekę rodzinie powołującej na świat dziecko. Politycy prawicowi postanowili jednak banalnie rozdać pieniądze. Gdy już po ok dwóch latach od startu programu wiadomym było, że 500+ nie jest programem demograficznym, politycy prawicowi szybko porzucili ten argument.

Walka z biedą. Tu program odnotował największy sukces. Pytanie jednak, czy w ramach walki z ubóstwem warto rozdawać pieniądze wszystkim, którzy mają dzieci? Z tego punktu widzenia program należało oprzeć na kryterium dochodowym. Patrząc na zjawisko biedy i jej rozkład w społeczeństwie, to program 500+ uczynił tu wiele dobrego raczej przy okazji, bo co do zasady podstawowym kryterium jest liczba dzieci, a nie poziom dochodów. Szybko też okazało się, że bieda nadal istnieje w tych gospodarstwach domowych, które dzieci nie mają w ogóle lub są one już dorosłe.

Podział dochodu, bogactwa. W biegiem czasu na popularności zyskał argument, że 500+ to forma podziału wypracowanego w czasach rządów PiS dochodu narodowego. To argument dyskusyjny. Jak w przypadku walki z ubóstwem, podział dochodu jest nierówny. Część Polaków nie dostała nic, bo nie są beneficjentami programu. Biorąc zaś pod uwagę źródła finansowania programu, to argument o podziale dochodu staje się zgrabnym politycznym oszustwem.

500+ jako odpowiednik Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). BDP to głównie konik lewicy. No i tu też klops, bo 500+ nie jest powszechne. Po drugie sama w sobie teoria BDP jest niepoważna, ale jej sympatycy nie przyjmują tego do wiadomości. Sympatycy BDP podkreślają, że 500+ udowadnia, że państwo jest w stanie unieść programy typu BDP. To nonsens, bo 500+ jest poważnym obciążeniem dla finansów państwa, na co niejednokrotnie zwracałem uwagę w moich wpisach. Zwraca na to uwagę część ekonomistów, ale oni są teraz niemodni. Niestety.

500+ jako forma nakręcania wzrostu gospodarczego poprzez popyt. 500+ w popycie generowanym przez gospodarstwa domowe w rachunku PKB stanowi marginalną jego część. Ponadto tempo PKB zaczęło zwalniać już w ubiegłym roku, mimo dosypywania pieniędzy w postaci rozszerzania 500+ oraz dodatkowych emerytur. Miłośnicy zabaw danymi makroekonomicznymi bez wysiłku zauważą, że wpływ 500+ na popyt i na wzrost gospodarczy jest mocno przesadzony. Ponadto nie nakręca się popytu w chwili wzrostu gospodarki bo to nie ma sensu. Pojawiają się napięcia cenowe (wzrost inflacji!) i destabilizuje się podaż poprzez nakręcany popyt.

Kolejna element tarczy antykryzysowej. To jedna z najnowszych teorii, modna w kołach rządowych. Po prostu, biorąc pod uwagę upór rządu w utrzymaniu 500+, jakąś teorią trzeba do programu dopasować. Część ekonomistów oczekiwała, że w czasie gdy szukamy pieniędzy na ratowanie się przed skutkami kryzysu, 500+ zostanie ograniczony, by zmniejszyć deficyt finansów publicznych oraz by odblokowane środki przekazać na wsparcie utraconych wynagrodzeń, wsparcia dla tych co stracą pracę itd. Niestety, politycy koalicji rządowej są uparci. 500+ jest i będzie, bo tak obiecano. A, że spowoduje to podkręcenie deficytu finansów publicznych i zadłużenia, to polityków już nie interesuje.

 Zarzut lewicy o wspieranie prywatyzacji usług wskutek wprowadzenia 500+ i wycofywanie się państwa z naszego życia. Coś w tym jest i widać to od kilku miesięcy m.in. w składnikach inflacji. Rząd zamiast dofinansować usługi zdrowotne, edukacyjne, komunikacyjne itd. rozdał ludziom pieniądze. Efekt? To czego nam brakuje w życiu codziennym, nabywamy na zasadach rynkowych. Skoro, przykładowo, rozczarowani jesteśmy wynikami dziecka w nauce, to kupujemy usługi w postaci tzw. ‘korków’. Itd.

Na co przeznaczamy 500+. Sondaże (tzn. ich wyniki) dot. wydatków 500+ wzbudzają nieco kontrowersji. Nie brnąc w szczegóły oprę się na temacie, który na forach internetowych wywołał nieco zamieszania. Otóż konieczność zdalnej edukacji ujawniła, że niemała część dzieciaków nie ma dostępu do komputera. To wywołało na forach (politycy bali się tknąć temat) pytania o to, na co poszły pieniądze z 500+? Moim zdaniem, to bardzo dobre pytanie. Jeszcze w okresie wakacyjnym premier M.Morawiecki chwalił się, że 500+ pozwolił wielu rodzinom na spędzenie wakacji nad morzem. W niektórych przypadkach po raz pierwszy. Owszem, argument chwytający za serce i stępiający ostrze krytyki. Niemniej pytanie o to jak beneficjenci 500+ wydają pieniądze, skoro zabrakło na taniego laptopa dla dziecka, jest moim zdaniem jak najbardziej zasadne. Nie widzę powodów i przeciwskazań, by nie poddać badaniom wydatkowanie środków z 500+, bo wygląda na to (potwierdzają to częściowo badania), że środki z 500+ niekoniecznie są wydawane rozsądnie. To kieruje nas w stronę pytania o sens i cel programów takich jak 500+.

Program 500+ budzi potężnie spory i sprzeczne opinie. Ja tradycyjnie proponuję każdemu dokładnie zapoznać się z finansami publicznymi, stroną wpływów, wydatków i ich strukturą. Zapewniam, że to błyskawicznie sprowadza człowieka na ziemię.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Inflacja za kwiecień. Ratuje nas spadek cen paliw.

Mimo niedawnej deklaracji, GUS powrócił do podawania tzw. szybkiego szacunku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Mamy więc wstępne dane o inflacji za kwiecień i podobnie jak wyniki za marzec, wywołany sporo kontrowersji i niedowierzania. Przy czym problem z zaakceptowaniem wstępnych wyników inflacji ma nie tyle grono ekonomistów, co część opinii publicznej. Dlaczego?

Powinniśmy oddzielić emocje od faktów. Przegląd opinii na różnych forach po publikacji danych GUS wskazuje, że część Polaków uważa wynik za zaniżony. Musimy jednak pamiętać, że koszyk inflacyjny obejmuje szeroki zakres naszej aktywności ekonomicznej, jaką przejawiamy nabywając w każdym kolejnym miesiącu szereg dóbr i usług. Nie kupujemy tylko drożejących początkowo maseczek i środków dezynfekujących. Ponadto, te dwie ostatnie pozycje, co by o ich nie mówić, stanowią skromniutką część naszych zakupów. Boli nas i niepokoi wzrost cen niektórych artykułów żywnościowych. Ale ich znaczny wzrost jest odnotowany. To, że inflacja w kwietnie w ujęciu rok do roku, wzrosła w obecnych okolicznościach jedynie o 3,4%, mówi nam jedynie o ogromnej zmianach jakie zachodzą w koszyku inflacyjnym. Jedne z dóbr i usług niepokojącą rosną, inne zaś spadają, co powoduje znoszenie się skutków. Niestety przy okazji prezentacji wyników wstępnych nie podaje się detali, a jedynie główne pozycje.

Na pewno nadal rośną ceny żywności. Utrzymuje się roczny wzrost na poziomie 7% (dokładnie 7,3%). Tak silny wzrost cen żywności (w przedziale 6%-8% r/r) trwa od lata 2019 r. Biorąc pod uwagę zapowiedzi o suszy, wygląda na to, że żywność da nam jeszcze popalić w tym roku.

Z informacji jakie opublikował GUS wynika, że jednym z głównych czynników studzących inflację są ceny paliw do środków transportu indywidualnego. Ceny paliw (głównie za sprawą cen ropy) miesiąc do miesiąca spadły o niemal 13%! Dysponuje szczegółowymi danymi dot. inflacji od 2003 r., i maksymalny miesięczny spadek cen paliw wyniósł raptem 9% (grudzień 2008 r.). Mamy więc nowy rekord miesięcznego spadku. W ujęciu rocznym spadek o 18,8%  nie jest tak spektakularny, tzn. jest porównywalny ze styczniem 2009 i lutym 2015 r..

Oceniając wynik inflacji musimy pamiętać o tym, że wielu z nas ograniczyło zakupy niektórych dóbr i usług, co powstrzymało wzrost lub obniżyło ich ceny. Na szczegóły przyjdzie nam poczekać do połowy maja, kiedy to poznamy pełny raport o inflacji za kwiecień.

To wielkie cenowe i popytowe zamieszanie rodzi pytania i obawy o najbliższą przyszłość inflacji. Wiele zależy od tego jak szybko wydobędziemy się z ekonomicznego marazmu i wrócimy do pracy. Niestety wtedy też, skoro cały rozwinięty świat będzie powracał do życia, w górę pójdą ceny paliw. Cóż, ten rok może nie być rokiem niskiej inflacji. Na szczęście w II połowie tego roku zadziała tzw. efekt bazy w przypadku cen żywności, nie powinno być aż tak źle i ostatecznie inflacja na koniec roku powinna być niższa od poziomu jaki zobaczyliśmy w kwietniu.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Susza a inflacja i optymizm NBP oraz rządu.

Jak wielu ludzi, wiedzę o otaczającym nas świecie zbieram na dwa sposoby. Pierwszy, to własne, codzienne doświadczenia i obserwacje. A drugi sposób, to zapoznawanie się z danymi i tym co piszą inni ludzie. I właśnie problemy z grożącą nam wyjątkową suszą dotarły do mnie tą drugą drogą. Jeszcze nie wiemy jak sobie radzić z wirusem, a tu nagle zapowiadana jest kolejne nieszczęście. Dla ekonomisty jest to trochę temat nieuchwytny i mało zrozumiały. Ekonomista od razu próbuje uchwycić to liczbami i szuka przełożenia na gospodarkę. Jak znajdzie liczby i przełoży, to ok. Jak nie, to nie wie co z tym zrobić i czasami bagatelizuje.

GUS dostarcza w miesięczniku Biuletyn Statystyczny  dane określane jako meteorologiczne. Oczywiście meteorologia to nie to samo co hydrologia, ale pewne przełożenie jest. Np. GUS podaje w Biuletynie : zachmurzenie, usłonecznienie, opady i temperaturę. To miesięczne dane zbierane z kilku miejsc rozsianych po całej Polsce. Śledzę te dane od lat, by szukać przełożenia m.in. na wskaźnik inflacji czy zapotrzebowanie na energię elektryczną. Prostych przełożeń niestety nie ma, ale o tym za chwilę.

To co łączy meteorologię z hydrologią, to m.in. opady. I tutaj faktycznie już na poziomie danych z GUS widać, że szykuje nam się drugi z rzędu słaby rok. Na załączonej ilustracji przedstawiam opady w mm. Po drodze pozwoliłem sobie na kilka różnych uśrednień i ‘wygładzeń’ danych miesięcznych, by pomóc czytelnikowi w odbiorze wykresu. Wykres zawiera więc (niebieska linia) średnie miesięczne opady w Polsce (średnia w podawanych przez GUS miast). Na to nałożyłem ruchomą średnią roczną (linia bordowa). Zaletą tych szeregu uśrednień itd. jest proste zaprezentowanie problemu. A nasz problem to: mniejsza liczba opadów i duże prawdopodobieństwo, że będzie to drugi z rzędu słaby rok. Być może porównanie do lat poprzednich nie sugeruje, by sytuacja była dramatyczna, ale same opady to jedno, a sytuacja hydrologiczna to drugie. Hydrolodzy od lat zwracają uwagę, że zasobność Polski w wodę budzi obawy, a w najbliższych dziesięcioleciach dotknie nas m.in. pustynnienie niektórych obszarów krajów i coraz częściej pojawiające się przerwy w dostępie do bieżącej wody. Sytuację pogarsza fakt, że słabsze opady pokrywają się w okresem wyjątkowo ciepłych lat.

Słabe opady, wyjątkowo wysoka temperatura nie sprzyjają poprawnej wegetacji roślin. To zaś odbija się niekorzystnie na plonach. Słabe plony zaś, na ogół oznaczają wyższe ceny żywności dla obywateli. I tutaj sprawa nie jest już taka prosta. Otóż trudno dostrzec proste przełożenia między słabymi opadami i suszą a cenami żywności, która są składnikiem inflacji. Zależności jest, bo musi być, ale jest trudna do uchwycenia i nieregularna. Wiele zależy od tego czy okres gorszych plonów przypada na czasy lepszej lub gorszej koniunktury gospodarczej. Czy alternatywne produkty rolne również odnotowały słabsze wyniki produkcji (tzn. zbiorów). Czy jest możliwość zaspokojenia popytu importem itd. Z moich obserwacji wynika, że susze odbijają się niekorzystnie na cenach żywności nawet w okresie dwuletnim. I zapewne już wzrosty cen z przełomu 2019/20 są tego częściowo efektem.

Podsumowując, może się okazać, że zgodnie z zapowiedziami hydrologów, czeka nas trudny rok. Trudno powiedzieć jak się to odbije na cenach żywności i jej przetworów, ponieważ ewentualne próby podniesienia cen żywności spotkają się ze słabszym popytem z powody kryzysy wywołanego wirusem. Jak na razie akceptujemy wzrost cen z konieczności i – patrząc na lata poprzednie – można powiedzieć, że rola koszyka żywności w podwyższaniu wyniku inflacji powinna powoli słabnąć. Być może to zjawisko, z powodu suszy, będzie następowało wolniej.

Zmierzam do tego, że optymizm przedstawicieli rządu jak i NBP, odnośnie inflacji, może być nietrafiony. Zarówno rząd jak i NBP zdaję się lekceważyć inflację, opierając się na tym, że słabnący popyt oraz spadek cen surowców energetycznych, przyczynią się do słabnięcia napięć inflacyjnych. Krótko mówiąc, inflacja sama się wygasi i wróci do bezpiecznego przedziału (cel inflacyjny). Nazwałbym to jednak obstawianiem pewnego scenariusza niż odpowiednim wyważeniem ryzyk i niewiadomych. M.in. dotyczy to cen żywności. Oczywiście efekt bazy będzie powodował z biegiem czasu spadek rocznej dynamiki cen żywności, ale może się to odbyć grubo wolniejszym niż się rządowi i NBP wydaje. M.in. wskutek suszy, o której informują hydrolodzy.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Zakusy na oszczędności Polaków. Wątpliwości wokół wypowiedzi prezesa PFR.

Wokół wypowiedzi prezesa Państwowego Funduszu Rozwoju (PFR) dla Telewizji Trwam (TT) zrobiło się spore zamieszanie. Chyba nieco przesadziły tym razem media, które zaczęły straszyć przez Święta, że rząd (za pośrednictwem PFR) planuje skok na oszczędności obywateli. Po krótce, w kilku zdaniach, trzeba wyjaśnić o co te całe zamieszanie. Niestety, szef PFR niezupełnie jest tu bez winy.

Kilka dni temu Paweł Borys, szef PFR, wypowiadał się w TT. Pojawił się temat finansowania drugiej wersji Tarczy. Rozmowa mogła zrobić wrażenie tzw. ustawki, bo prowadzący audycję okazał się zorientowany w temacie deponowanych przez Polaków w bankach oszczędności i zgrabnie wystawił temat szefowi PFR. Chodziło o to, że tą część Tarczy za którą odpowiada PFR można by sfinansować pieniędzmi obywateli poprzez emisję obligacji. Prezes PFR temat oczywiście podjął i potwierdził, że bierze się pod uwagę zaproponowanie obywatelom atrakcyjnej formy oszczędności w formie obligacji.

W uzupełnieniu trzeba dodać, że w materiałach promocyjnych tak rząd jak i PFR niezbyt chętnie wspominają o finansowaniu Tarczy. Niewprawny ekonomicznie czytelnik, może odnieść wrażenie, że P.Borys wespół z M.Morawieckim dysponują niekończącym się źródłem pieniędzy. A tak niestety nie jest.

P.Borys pieniądze na Tarcze, m.in. w części za którą on odpowiada, musi dopiero zebrać. Z programu w TT można odnieść wrażenie, że urzędnicy rządowi i sympatyzujące z rządem media starają się ostrożnie uświadamiać o tym społeczeństwu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że nikt nie mówił o zabraniu obywatelom pieniędzy, a jedynie o zaproponowaniu atrakcyjnych form oszczędzania w postaci obligacji.  Jeżeli byłyby to atrakcyjnie oprocentowane obligacje z oczywistą gwarancją skarbu państwa, to czemu nie. Niestety żadne szczegóły nie padły.

Powtórzmy więc: nikt Polakom pieniędzy nie zabiera, ale i nikt nie podaje szczegółów całej operacji w jakiej nasze oszczędności mogą odgrywać kluczową rolę.

Ale pytań  i wątpliwości jest ogromne mnóstwo. Bo nie tylko sama operacja, jej zasady oraz skala (mowa o Tarczy), budzą wątpliwości. P.Borys ma niestety mocno nadwątloną reputację i wiarygodność.

Pytanie i wątpliwości. O jakich obligacjach mówimy? Jak będzie wyglądała gwarancja wykupu ? Jak będzie skonstruowany wehikuł finansowy, który zrekompensuje bankom ubytek depozytów? Chodzi m.in. o rolę NBP i osadzenie całej operacji w kontekście finansów publicznych. Skoro znaczna część środków pomocowych sfinansowana obligacjami może być umorzona, to jak sfinansowany będzie wykup obligacji? Pytania można mnożyć i uszczegóławiać.

Szef PFR, jak wyżej wspomniałem, roztrwonił swoją wiarygodność, co potęguje obawy. P.Borys jak może wspiera fanfaronadę rządu m.in. w obszarze Tarczy. Pieniędzy jeszcze nie zebrał, programu nie uruchomił, ale już ogłasza z mediach, że w relacji do PKB to jeden z największych programów wśród krajów dotkniętych wirusem. Szef PFR brał udział w medialnej manipulacji dotyczącej uzasadnieniem zmiany OFE na IKE. Itd. Trudno się więc dziwić, że wyrażone zainteresowanie naszymi oszczędnościami wzbudziło poruszenia i obawy wśród komentatorów i ekonomistów.

Konstrukcja i skala drugiej części Tarczy wskazują, że rząd będzie znowu kombinował w finansach publicznych. W tym wehikule planowany jest udział NBP, co też wzbudza spore kontrowersje. Trzeba będzie szukać kompromisu między oczywistymi potrzebami (skutki kryzysu), a skłonnością rządu do finansowego rozmachu i manipulacji finansami publicznymi.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

NBP ustanowił finansowy pas transmisyjny dla rządu. Finansowanie długu publicznego.

NBP wdrożył swój pakiet antykryzysowych instrumentów. W zestawie działań i instrumentów jest, co by tu nie mówić, finansowanie długu publicznego. Formalnie zabrania tego konstytucja. Jednak brzmienie zapisu w konstytucji (Art. 220.2.) jest nieco nieprecyzyjne. Zdania wśród komentatorów są podzielone. Formalnie konstytucja jednoznacznie zakazuje zaciągania zobowiązań (dług publiczny) w banku centralnym. Mówiąc prościej i na czytelnym przykładzie: NBP nie może od państwa bezpośrednio kupować obligacji itp. Zakaz ma na celu m.in. uniemożliwienie (czy raczej utrudnienie) poszczególnym rządom prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej, szczególnie w obszarze finansów publicznych i angażowaniu do tego NBP.

Pytanie jednak jak interpretujemy konstytucyjny zapis. Dosłownie, czy też wyciągamy logiczny, jak się zdaje wniosek, że NBP nie finansuje długu, czyli również nie skupuje go od banków.  A może autorzy konstytucji świadomie pozostawili pewną interpretacyjną furtkę na sytuacje wyjątkowe?  Spór o skupowanie długu nie dotyczy tylko zapisu w konstytucji. Wśród niemałej części makroekonomistów jest dość silne przekonanie (świadomość), że incydentalnie państwo doświadcza tak silnych i niebezpiecznych kryzysów, że pożądane są niekonwencjonalne kroki banku centralnego. Osobiście jestem w stanie się z tym zgodzić. Zawsze jednak ludzie będą się spierać, co jest sytuacja kryzysową, a co nie. Dla porządku podam, że obecne wątpliwości i oczekiwania co do działań NBP nie pojawiają się po raz pierwszy w Polsce. Ponadto papiery skarbowe mogą (i już niejednokrotnie były) wykorzystywane  w operacjach otwartego rynku.

Skąd więc wątpliwości dotyczące obecnych działań NBP?

Na chwilę obecną jesteśmy, wg doniesień mediów, już po trzech operacjach skupu na łączną kwotę 19 mld zł. Widać więc, że NBP gruszek w popiele nie zasypuje. Nowością jest, że MF podało iż BGK dostał możliwość zakupu obligacji skarbu państwa poza przetargami. Z sekwencji działań i zakupionych przez BGK (a od BGK przez NBP) papierów wynika, że MF stworzyło sobie swego rodzaju pas transmisyjny do finansowania długu. NBP formalnie nie kupuje obligacji bezpośrednio od emitenta, ale skupuje je od banków i budowana jest ścieżka skupu bezpośrednio za pośrednictwem BGK, co sugeruje obejście zakazu skupu na zasadach przetargu. Do tej palety działań, NBP ubiega się o uczestnictwo w operowania na rynku BondSpot (m.in. platforma handlu papierami skarbowymi). Trzeba przyznać, że NBP błyskawicznie przyszedł w sukurs rządowi. Szybkość działania i skala wydają się być większe od obecnie potrzebnych i budzą niepokojące pytania, czy aby NBP nie zachowuje się jak agenda podległa premierowi i MF.

Obawy o rolę jaką postanowił przyjąć NBP nie są bezzasadne.  Nie chodzi już nawet o to, że obecny szef NBP przed laty należał do ścisłego grona polityków zgromadzonych wokół braci Kaczyńskich i ich inicjatyw politycznych. A.Glapiński unikał krytyki polityki socjalnej obecnej koalicji rządzącej, zdając sobie zapewne sprawę, że konstrukcja rozsypie się jak domek z kart przy spowolnieniu gospodarczym lub jakimkolwiek kryzysie. Mało tego. Szef NBP pozwalał sobie na pochwały i zachwyty na polityką koalicji prawicowej. Chwały A.Glapińskiemu nie przydaje lekceważenie inflacji. Wątpliwości i konsternację budzi niedawna opinia, że aktywne działania NBP na rynku długu mają przyczynić się do podtrzymania jego relatywnie niskiego kosztu, by pomóc rządowi w walce z kryzysem. Tak więc NBP będzie próbował (skuteczność jest wielce wątpliwa) utrzymać niski koszt długu, by rząd mógł realizować wypłatę 13-tej emerytury i rozbuchanego programu 500+ ? Przecież to nonsens. Niestety nie usłyszeliśmy by apelował do rządu o ograniczenie rozrzutnej politycy socjalnej na rzecz ratowania gospodarki i miejsc pracy.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że opinia publiczna będzie miała pełny podgląd na działania NBP, a prezes NBP i RPP będą prowadzić odpowiedzialną politykę.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Do walki z ekonomicznymi skutkami wirusa mogliśmy startować z lepszej pozycji.

Wirus COVID-19 (dalej: wirus) odciśnie na nas swoje, nie tylko medyczne, piętno. Skutki odczuje gospodarka. W takich przypadkach, oprócz prognoz dotyczących gospodarki, ważne jest też to, jak jesteśmy przygotowani na skutki wirusa. Jaki jest nasz punkt startowy? To ważne pytanie, bo m.in. od tego zależy skala amortyzowania szoków w gospodarce za pomocą nadwyżki/deficytu finansów publicznych. I niestety, z przykrością trzeba powiedzieć, że nasz punkt startowy mógł i powinien był być lepszy. Wirus i jego skutki są dla nas niespodzianką. Zgoda. Ale wirus pojawił się dokładnie w momencie spowolnienia gospodarczego, a to że po okresie prosperity w gospodarce przychodzi okres gorszy, zaskoczeniem już nie jest. Szereg ekonomistów w Polsce zwracało uwagę przez ostatnie lata, że rozdawnictwo socjalne i kupowanie wyborczych głosów, odbywa się kosztem finansów publicznych. Stało się. Nie dość, że tempo wzrostu PKB zaczęło słabnąć, to jeszcze przyplątał nam się wirus z jego ekonomicznymi konsekwencjami.

Odpowiedzialne kraje UE potrafiły wygospodarować w ostatnich latach nadwyżkę w finansach publicznych. Wg danych za 2018 r. na 31 krajów (głównie kraje UE), których dane można podejrzeć w bazach danych Eurostatu, 17 miało nadwyżkę. Pozostałe odnotowały wynik ujemny. W tym Polska z -0,2%. Generalnie można przyjąć, że Polska w 2018 r. była gdzieś pośrodku. Jak było w przypadku krajów z nadwyżką? Przy określaniu średniej, nie brałem pod uwagę Luksemburga i Norwegii, które zawyżałyby ją. Średnia wyszła na poziomie nadwyżki 1% w relacji do PKB. Możemy dla uproszczenia przyjąć, że 2019 nie wprowadzi w generalnej ocenie poważniejszych zmian, ani co do średniej, ani co do pozycji Polski. Wg danych ministerstwa finansów za trzy kwartały 2019 r. roczny kroczący wynik wynosi praktycznie 0% PKB, czyli nie mamy nadwyżki w finansach publicznych, ani deficytu. Trudno to uznać za sukces i odpowiedzialną politykę gospodarczą.

Patrząc na wynik 17 państw, które miały plus i naszą lekkomyślną politykę rozdawnictwa socjalnego, osiągnięcie nadwyżki 1% w Polsce w zasadzie było pestką dla rządzących. A jednak zlekceważyli temat, co zemści się teraz podwójnie.

1% do wartości PKB za 2019 r., to niemal 23 mld zł. Koszt 500+ i tzw. 13-tej emerytury, to kwota rzędu 40 mld zł. Jak widać, nie było żadnego problemu z wypracowaniem nadwyżki rzędu 23 mld zł.  Niestety ważniejsza była polityka i kupowanie wyborczych głosów.

Polityka amortyzowania szoków ekonomicznych poprzez akceptację wzrostu deficytu finansów publicznych nie jest błędem i ma uzasadnienie, o ile nie prowadzi do ‘dużych’ kilku procent deficytu, a politycy mają świadomość i wolę wydobycia finansów publicznych z deficytu. Bo deficyt, co warto stale przypominać, oznacza wzrostu długu publicznego.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 6 komentarzy