To nie PKB od kilku kwartałów podbija inflację.

Mamy problem z inflacją, więc obecna ekipa rządowa zareagowała w charakterystyczny dla siebie sposób. Dorobiono teorię do inflacji i politycy PiS oraz najwyżsi urzędnicy państwowi przedstawiają w mediach jednolity przekaz, czyli teorię tłumaczącą inflację. Teoria brzmi: wysoka inflacja jest charakterystyczna dla okresów wysokiego wzrostu gospodarczego. W ten sposób przemyca się przy okazji informację, że przykrości powodowane przez inflację przyćmiewają zalety płynące z tytułu wzrostu gospodarczego.

Niestety, taki przekaz jest na tyle poważną manipulacją, że śmiało możemy mówić praktycznie o kłamstwie. Będę się starał za każdym razem piętnować tego typu przekazy, bo nie powinniśmy pozwalać na oszukiwanie opinii publicznej. Tego jest za dużo i staje się nieznośne.

Sposób na weryfikację powyższej teorii z inflacją jest prosty. Kwartalną dynamikę PKB r/r nakładamy na roczną inflację. I ? I szyta grubymi nićmi manipulacja polityków PiS pada w jednej chwili.

Generalnie w słowach o relatywnie wysokiej inflacji w okresach wzrostu gospodarczego jest sporo racji, tylko że to nie jest zasadą i przede wszystkim nie ma to niemal żadnego związku z problemami z inflacją, z jakimi borykamy się od drugiej połowy 2019 r.

Przede wszystkim od końca 2019 dynamika PKB zaczęła słabnąć, a w 2020 zaliczyliśmy spadek PKB. Teraz doświadczamy odbicia, które w znacznym stopniu jest efektem bazy, czyli odniesienia do okresu spadku PKB.

Wpływ czynników zewnętrznych na naszą inflację, to tylko część prawdy. W większości dawnych ‘demoludów’ inflacja nie osiągnęła takiego poziomu jak u nas. Wyjątkiem są Węgry. Głównym powodem relatywnie wysokiej inflacji w Polsce są  decyzje rządu (w tym niektóre populistyczne), których efekty zaczęły się na siebie nakładać. Do tego NBP zaczął się zachowywać w polityce pieniężnej jak kolejne ministerstwo rządu. Zamiast zwracać uwagę rządowi w komunikatach RPP i przekazach medialnych na niebezpieczną politykę gospodarczą, NBP i część członków RPP od dawna chwaliłi rząd i lekceważyli zagrożenie inflacją. Co ciekawe, głos przedstawicieli resortów finansowych i NBP/RPP brzmiał podobnie: pompowanie pieniędzy w gospodarkę i nakręcanie PKB (czy raczej uniknięcie nadmiernego spadku) jest ważniejsze niż inflacja. Inflacja – wg medialnych przekazów – jest mniejszym złem i pozwala korzystać z tzw. podatku inflacyjnego. Oczywiście te postulaty wypowiadane były i są w bardziej zaowalowany sposób.

Inflacja mogła być o 1 do 2 pkt.proc. mniejsza. Niestety nie jest i jest to efekt jej lekceważenie, populistycznych decyzji z niedawnej przeszłości i – niestety – świadomego tolerowania inflacji jako sposobu na podkręcenie budżetowych wpływów. Teoria o inflacji jako konsekwencji wysokiego tempa PKB nie ma tu nic do rzeczy, bo takiego tempa nie odnotowujemy. W najlepszym przypadku będzie to nowy czynnik, który utrudni zbijanie inflacji, która z natury rzeczy najsilniej uderza w gospodarstwa domowe i najniższych dochodach.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Lewicowa niespójność w sprawie PKB.

Ostatnimi czasy w kręgach lewicowych popularne są dwa podejścia dotyczące realnego wzrostu PKB. Nie dość, że każde z osobna opiera się na dość kulawych założeniach i diagnozach to, na dodatek, wzajemnie się wykluczają. Na lewicy nikomu to nie przeszkadza. Obydwa podejścia bywają głoszone/popularyzowane czasami przez te same środowiska czy osoby z lewicowego kręgu.

Teoria nr 1. Zerowy wzrost PKB.

Wg zwolenników teorii na wzrost (realny) PKB naciskają kapitaliści, by podkręcać sprzedaż swoich wyrobów i usług. Dzięki temu kapitaliści się bogacą, opierając się na kreowaniu konsumpcji na rzeczy często rzekomo niepotrzebne i łatwo się psujące. Przekaz lewicowych teoretyków jest tak formułowany, jakby za konsumpcję nakręcającą PKB winni byli kapitaliści. Dodatkowo, rozkręcona konsumpcją gospodarka, zużywa surowce i przyczynia się do niszczenia środowiska. Remedium na to ma być zerowy wzrost gospodarczy. Mówiąc dokładniej: poprawa jakości życia bez niszczenia planety, sztucznego nakręcania marż kapitalistów, politykę redystrybucji można prowadzić przy zerowym wzroście itd.

Niestety, to mrzonki.

Przede wszystkim wzrost PKB i zysk kapitalisty nie jest wprost proporcjonalnie powiązany z niszczeniem/zużyciem zasobów. Możemy zrezygnować z samochodów na paliwa ropopochodne i przejść na podróżowanie konno lub rowerem. Ale kapitaliści nadal będą istnieć i tzw. zerowy wzrost PKB nie przeszkadza osiągać marż, które w ocenie innych ludzi są wysokie. Jeżeli zabronimy kupować nowym rowerów, to kapitaliści (i podmioty na wolnym rynku) będą osiągać marżę na usługach rowerowych (naprawa, konserwacja itd.). Zerowy wzrost PKB w rzeczywistości bardziej uderzy w społeczeństwo niż w kapitalistów.

Za niszczenie planety i jej zaśmiecanie tak samo, a w zasadzie nawet bardziej, odpowiadają zwykli szarzy konsumenci. To zwykli ludzie kupują samochody i czajniki elektryczne. I bynajmniej nie dlatego, że zmusza nas do tego kapitalista. Konto kapitalisty będzie równe zero i niczego nie sprzeda jeżeli nie znajdzie to zainteresowania u konsumentów. A ci kupują ile tylko potrafią i nie mają – niestety – ochoty dochodzić czy dobra, które nabywają niszczą planetę czy nie (pozyskanie surowców, a potem zakończenie żywota na wysypiskach lub w spalarniach śmieci).

Przejście na zerowy wzrost większym problemem będzie dla realizacji programów socjalnych. Przykładem jest nasze 500+. Program oparty jest na realnym wzroście PKB, czyli w końcowym rozrachunku na coraz większych wpływach budżetowych. Mimo coraz większych wpływów i tak nie potrafiliśmy zabezpieczyć trwałych wpływów dla pokrycia wydatków na 500+. A co dopiero przy zerowym wzroście.

Teoria 2. Dług można śmiało zwiększać, bo spłacimy go ze wzrostu PKB.

Dyskusje o programach socjalnych i mijający (mam nadzieję) pandemiczny kryzys, stawiają pytania o to czy jest jakiś limit zadłużenia państwa. Moim zdaniem jest, tzn. powinien być przyjęty, na co wskazują doświadczenia kilku państw UE. Że już o Grecji nie wspomnę. Na lewicy szeroko wyśmiewany jest limit 60% przyjęty w naszej Konstytucji, chociaż ja akurat potrafiłbym go wybronić. Zarzuca się, że limit jest wyznaczony przypadkowo lub pod presją liberałów w latach 90-tych i że jest nieadekwatny do stojących przed nami wyzwań. Tak więc na programy socjalne i środki ratujące gospodarkę przed kryzysem można (i wręcz należy) wydawać dowolne środki, tzn. zadłużać się. Jakiś próg niby jest, ale nikt lub mało kto z lewicowych komentatorów chce go wskazać. Operuje się przykładami państw w UE, które bez problemów obsługują zadłużenie dajmy na to na poziomie 70%-80% do PKB, ale z drugiej strony pomija te, które na podobny poziomie wpadły w pętlę zadłużenia i ich sytuacja różowo nie wygląda. Zapomina się, czy raczej świadomie przemilcza, że część krajów obsługujących zadłużenie na poziomie 70%-80% bez większych problemów, charakteryzuje się prężną gospodarką i potrafi w okresach kryzysowych odpowiednio kształtować dochody i wydatku by uniknąć kryzysu. W naszym przypadku tak nie jest. Od początku 2020 r. zadłużenie sektora finansów publicznych wzrosło o ok. 330 mld zł i mało kto (a już na pewno nie na lewicy) pyta czy taki wzrost zadłużenia był konieczny. Ale wróćmy do meritum…

Skoro można i należy się do woli zadłużać, to pojawia się na lewicy pytanie skąd brać środki na obsługę i ewentualne obniżenie długu do bezpieczniejszych poziomów po czasach kryzysu. I tu na lewicy też jest prosta odpowiedź: ze wzrostu PKB. W jednym ze świeższych artykułów znanego lewicującego publicysty (Piotr Wójcik, „Poglądy ekonomiczne Tuska, czyli noc żywych liberalnych trupów” ), jako wsparcie padł przykład z opracowania Polskiego Instytutu Ekonomicznego: „Po dwóch dekadach ze wzrostem 4 proc. rocznie, w czasie których 2-procentowe odsetki w całości spłacane byłyby nowym długiem, relatywna wartość takiego zadłużenia spadłaby do 6,8 proc. PKB.”.

Jak widać więc realny wzrost PKB jest potrzebny i wcale nie kapitalistom. To politycy i ekonomiści o skłonnościach lewicowych potrzebują go do generowania gotówki na obsługę zadłużenia i obsługę programów socjalnych. Swoją drogą wiara w 4% PKB przez dwie dekady trąci sporą dawką optymizmu.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Spory o przyczyny inflacji.

Inflacja w Polsce otarła się o 5% r/r. Zaczęły się spory o to co jest jej powodem, kto jest winien jej wzrostowi i czy tak wysoka inflacja jest niezbędnym ubocznym skutkiem walki z covid’owym spowolnieniem gospodarczym. Na celowniku znalazła się Rada Polityki Pieniężnej. Uwaga w naturalny sposób kieruje się w stronę RPP, ponieważ to na tej grupie ludzi spoczywa odpowiedzialność za  trzymanie inflacji w ryzach. Wraz ze wzrostem inflacji kilkanaście miesięcy temu i utrzymywaniem się na relatywnie wysokim poziomie, ekonomiści i komentatorzy coraz częściej zwracali uwagę na pasywną postawę RPP oraz działania de facto pośrednio podwyższające inflację. W ostatnim czasie jakby częściej członkowie RPP czują potrzebę zaprezentowania swojej oceny makroekonomicznej rzeczywistości i zdają się uświadamiać, że przeważenie uwagi z inflacji na PKB i odbudowę gospodarki poszło nieco za daleko. Większość członków RPP stara się tkwić w uporze, że dotychczasowa polityka jest właściwa. I nawet jeśli teraz uważają ją za nieco błędną, to nie chcą się do tego przyznać. W przytaczanych przez media wypowiedziach pada szereg tłumaczeń przyczyn obecnej inflacji i polityki RPP, z którymi trudno się zgodzić. Większość członków RPP, na czele z prezesem NBP, usilnie sugeruje, że inflacja ma cechy podażowe, jest pochodną zmian cen administracyjnych (czynnik lokalny) lub światowych (czynnik zewnętrzny, np. ceny surowców do produkcji paliw) itp. Niestety w przypadku prezesa NBP nie obyło się bez politycznych akcentów, czyli podsuwania mediom wniosków wprost jak z przekazu obecnej koalicji rządzącej, czyli ceny zagospodarowania odpadów, polityka unijna dot. energetyki i górnictwa itd.

Niestety nie do końcu i niezupełnie tak to wygląda jak prezes NBP i część członków RPP próbują nam sprzedać. Warto przypomnieć, że cel inflacyjny w Polsce to 2,5% +/- 1 pp. W takim razie od kilkunastu miesięcy inflacja jest na ogół tuż pod linią wyznaczającą górny przedział wahań (3,5%) lub incydentalnie ją przekracza. Sugerowanie, że jak inflacja ma cechy podażowe, to RPP nie powinna podejmować żadnych działań jest niestosowne. Oczywiście powstrzymywanie presji inflacyjnej przy przewadze czynników podażowych i administracyjnych jest bardzo trudne i czasami mało skuteczne. Nie oznacza to jednak, że nie należy nic robić poza przeczekaniem. Analiza czynników inflacji wskazuje, że mamy do czynienia z dość szeroką presją inflacyjną niemal wszystkich głównych grup wchodzących w skład inflacyjnego koszyka, co w znacznym stopniu podważa tezę podkreślającą presję podażową. Jak już kilkakrotnie pisałem, na wzrost inflacji miało i ma wpływ szereg decyzji obecnego rządu, które weszły w życie w ostatnich kilku kwartałach. Swoje kilka groszy dołożył NBP nadmiernie angażując się w politykę rządu zmierzającą do ratowania gospodarki i przyspieszenia odbicia PKB. Nie chciałbym tu jednak wyliczać szczegółów, bo moim celem jest zwrócenie uwagi na coś innego. Opierając się na wypowiedziach przedstawicieli RPP (w tym A.Glapińskiego) nie dostrzeżemy, że z naszą inflacją coś jest nie tak. No, może nie tyle z inflacją, co może z polityką rządu i NBP/RPP.

Nałożenie wyników inflacji (wg metodologii Eurostatu; HICP) Polski na kraje Europy Zachodniej (głównie kraje UE) wskazuje, że nasza inflacja jest jednak dość nietypowa i ma silny związek z lokalną polityką. Niemal od początku 2020 r. odnotowujemy najwyższą inflację w UE lub jesteśmy w ścisłej czołówce. Oczywiście nie ma co porównywać się z Hiszpanią czy Austrią. Niestety porównania z krajami naszego regionu (kraje kiedyś zależne od ZSRR) wskazują, że nasza inflacja jest wyjątkowo wysoka, co przenosi uwagę na czynniki krajowe. Pozostałe kraje regionu również podlegają polityce energetycznej czy ‘śmieciowej’ wypracowanej w UE, a jednak tak wysokiej inflacji nie odnotowują. Zwracam na to uwagę, bo to przykre gdy członkowie RPP próbują dezinformować tłumacząc opinii publicznej powody tak wysokiej inflacji.

Oczywiście inflacja na obecnym poziomie nie jest jeszcze tragedią i przeważająca część ekonomistów ma świadomość, że utrzymanie inflacji w paśmie celu inflacyjnego schodzi na dalszy plan. Niemniej inflacja utrzymująca się w paśmie 3%-5% jest dokuczliwa dla gospodarstw domowych i przy przedłużaniu się, zaczyna wpływać na decyzji uczestników życia gospodarczego. Tak więc, jeżeli większość państw naszego regionu nie doświadcza tak wysokiej inflacji, to może i my nie musieliśmy.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Jesteśmy nieodpowiedzialni. Twórcy PPK zresztą też.

Według najnowszych szacunków z PPK skorzystało zaledwie 24% uprawnionych (za Gazeta Wyborcza 2021.05.07, „Klęska PPK. PiS chce zmienić konstytucję”). Pozostali podjęli decyzję o wypisaniu się z programu. Z grupy obejmującej urzędników państwowych, którzy objęci są PPK od początku tego roku, zrezygnowało aż 80%. To ogromna porażka programu. Proporcje miały być niemal dokładnie odwrotne, jeżeli chodzi o ogólne zainteresowanie.

Muszę przyznać, że nie oczekiwałem aż takiej porażki. Program jest ciekawym uzupełnieniem gromadzenia środków na okres po zakończeniu aktywności zawodowej. To jeden z niewielu pomysłów PiS i koalicji prawicowej, który oceniam pozytywnie. Przypuszczałem, że większość Polaków będzie zainteresowana uczestnictwem w programie lub po prostu nie zauważy, że wchodzi on w życie automatycznie ich obejmując. Nie doceniłem czujności obywateli, chociaż czujności tej nadaję pejoratywne znaczenie. Chronicznie nie lubimy być obciążania jakimikolwiek daninami. Niestety nasza wiedza o systemie emerytalnym, zagrożeniach (niskie emerytury) oraz o instrumentach wspierających nas w oszczędzaniu na jesień życia jest bardzo niska. Próbujemy brak wiedzy zastąpić irracjonalną podejrzliwością, co da wielu z nas przykre efekty po przejściu na emeryturę.

Często jako powód porażki podaje się OFE i przymusowe przeniesienie części obligacyjnej (większej) do ZUS. Polacy na tym nie stracili i nikt im nie ukradł pieniędzy, wbrew dość powszechnemu przekonaniu. Bo te pieniądze nie były ich w rozumieniu prawa swobodnego dysponowania. Utrzymane zostało dziedziczenie, a część przeniesiona do ZUS opatrzona została wyjątkowo korzystnymi zasadami waloryzacji. Mało kto jest tego świadomy.

Politycy PiS sprytnie manipulując opinią publiczną, zamieniają OFE na IKE. Ta operacja już zupełnie niszczy zaufanie obywateli do państwa i instrumentów wspierających oszczędzania na emeryturę. To efekt też niskiej wiedzy w społeczeństwie o OFE, chwytliwych społecznie idiotycznych legend o rzekomym zabieraniu pieniędzy (wspomniane przeniesienie do ZUS część obligacyjnej OFE) i – z przykrością to piszę – skutecznej dezinformacji prowadzonej przez koalicję rządzącą. W zasadzie PPK padły ofiarą zmian przy OFE i operacji ostatecznego likwidowania OFE, którego (chodzi o OFE) jedynym celem jest ratowanie finansów państwa. PiS tak sprytnie finalizuje funkcjonowanie OFE, że finanse publiczne zyskują, bez względu na podjętą przez nas decyzję. Jest to w pewnym sensie strzał w stopę. Podważanie OFE i zaprojektowany sprytnie ich finał (przekształcenie) podważyło zaufanie obywateli do PPK. I trudno się dziwić.

Jak głoszą plotki, w PiS pojawił się (zresztą wcale nie od dzisiaj) pomysł wprowadzenia do konstytucji zapisu o nienaruszalności środków zgromadzonych w PPK i ich prywatnym charakterze. Ta dość dziwna gwarancja ma zachęcić Polaków do korzystania z PPK. Pytanie w takim razie, dlaczego nie zapisujemy w konstytucji gwarancji, że nasze oszczędności w bankach pozostaną naszymi lub dlaczego by nie wprowadzić do konstytucji zapisu potwierdzającego prawa własności naszych prywatnych samochodów, kurtek zimowym czy mebli. Itd. Pomysłodawcy wierzą, że to podniesie zaufanie do PPK. Nie wierzę. W końcu każdy obywatel ma prawo się obawiać, że i zapisy konstytucji ktoś w przyszłości może zmienić lub – pani Przyłębska lub ktoś podobny –  je podważy  na polityczne zlecenie.

PiS ma rzekomo zapewnić sobie wsparcie dla wniesienia zapisu do konstytucji przewrotnym szantażem PO/KO. Otóż w razie braku poparcia dla konstytucyjnej gwarancji PPK, PiS miałby straszyć Polaków jakoby PO/KO jest przeciwna zagwarantowaniu nienaruszalności w konstytucji, ponieważ zamierza – jak w przypadku OFE – przy pierwszej nadarzającej się okazji przejąć zgromadzone na PPK środki. Bzdura, ale chwytliwa społecznie.

Nie wykluczam, że PPK będzie kolejnym instrumentem, który pójdzie w zapomnienie jak IKE czy IKZE. Będzie znany garstce zainteresowanych. Wydaje się, że politykom PiS nie jest na rękę wyciąganie na pierwsze strony porażki PPK, stąd pomysły z zapisem konstytucyjnym traktuję z lekkim dystansem. To mogłoby wzniecić niepotrzebną dyskusję o systemie emerytalnym i OFE. Temat wydaje się natomiast łakomym kąskiem dla opozycji. Dlaczego opozycja nie podniosła tematu PPK do rangi czołowych, nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Przedstawiciel RPP giełdę naszą widzi wielką.

Temat rozszerzenia interwencji NBP o GPW nie jest nowy. Incydentalnie pojawia się w przestrzeni medialnej za sprawą tego czy innego ekonomisty w kontekście obecności i interwencji naszego banku centralnego na rynku papierów udziałowych lub rozszerzenia palety aktywów tzw. rezerw dewizowych o akcje, fundusze itp. Ostatnio najczęściej wspomina chyba o tym Eryk Łon, członek RPP. Warto przyjrzeć się kilku pomysłom na jakie zwrócił uwagę bankier.pl („Łon: NBP mógłby kupować akcje z GPW i prognozować wartość indeksu WIG”, 2021-04-16). Odruchowo mam nieco dystansu do postulatów E.Łona, ponieważ dawał się już poznać jako pomysłodawca dość, rzekłbym, zaskakujących postulatów.

Nie ma co ukrywać, że warunki makroekonomiczne w jakich pełnią swoją funkcję banki centralne ulegają z dekady na dekadę istotnym zmianom i stare instrumenty, jak ustalanie poziomu rezerw i stop procentowych czy interwencje na rynku walutowym tracą na skuteczności. Skoro część kapitałów na funkcjonowanie przedsiębiorstw pozyskiwana jest na giełdzie oraz niemała część gospodarstw domowych szuka tam wyższej stopy zwrotu dla swoich oszczędności, to naturalnym jest, że tam też musi być skierowana uwaga banków centralnych. Trzeba też dodać, że banki centralne od przynajmniej kilkunastu lat eksperymentują z działaniem na rynkach papierów dłużnych. Nie jest to więc żadna nowość i pionierem w tej dziedzinie nie będziemy.

„Narodowy Bank Polski może wspierać rozwój polskiego rynku akcji niejako na dwa sposoby. Sposób pierwszy to utrzymywanie niskiego poziomu stóp procentowych. Zwiększa to skłonność uczestników życia gospodarczego do podejmowania ryzyka. W rezultacie rośnie zainteresowanie inwestowaniem na rynku akcji, zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym. Sposób drugi to bezpośredni skup akcji lub na przykład jednostek funduszy inwestycyjnych lokujących powierzony kapitał na krajowym rynku akcji.”

Utrzymywanie niskich stóp procentowanych ma inny cel. Atrakcyjność akcji ma wynikać z działań notowanych na giełdzie podmiotów gospodarczych i realizowanych przez nie inwestycji. Podnoszenie atrakcyjności inwestycji na rynku akcji poprzez skupowanie akcji czy jednostek funduszy inwestycyjnych mija się z celem. Wymagałoby też ogromnych nakładów. Pytanie: czy zachęcalibyśmy drobnych krajowych inwestorów do działania czy zagraniczny krótko- i średnioterminowy kapitał?

Zachęcenie do lokowania bezpośrednio lub pośrednio na giełdzie wymagałoby wieloletniego utrzymywania atrakcyjności giełdy w rozumieniu stopy zwrotu, czyli częstej obecności NBP na rynku.

Już po poprzednim kryzysie rynkowym sprzed kilkunastu lat zauważono, że nadmierne i niepotrzebne przeciąganie okresu niskich stóp powoduje przesadne zainteresowanie inwestowaniem w akcje i inne aktywa. Obecnie również się przypomina, że nadmierna i mało selektywna polityka pompowania pieniędzy w gospodarkę przyczynia się do wynaturzeń rynkowych, w tym przesadnego zainteresowania inwestowaniem na giełdzie. Moim zdaniem udział NBP na GPW jest do rozważenia, ale w pierwszych latach głównie do ewentualnego ratunku rynku przed paniką, która może się przenieść poza giełdę.

Postulat wejścia przez NBP na GPW rodzi ryzyko nieformalnego wspomagania polityki rządu oraz sprzeczności celów i postulatów. Moim zdaniem już obecnie NBP działa na granicy przyzwoitości. Wątpliwe są interwencje walutowe z grudnia i skup papierów dłużnych przez NBP by – oprócz finansowania tarcz – ratować politykę społeczną w postaci 500+ i dodatkowych świadczeń dla emerytów.

Powstaje pytanie czy pojawienie się NBP na GPW nie rodziłoby ryzyka wspomagania niecnych praktyk rządu. Jak NBP radziłby sobie w przypadkach gdy działania rządu powodowały spadki notowań całych sektorów (np. bankowy czy energetyczny)? W okresie minionego boomu gospodarczego, polskie indeksy były dalekie od potencjalnych maksimów. M.in. przez politykę rządu. Co w takiej sytuacji robiłby NBP? Niedawno media ujawniły pomysł rządu na mobilizowanie kapitału krajowego i zagranicznego i kierowanie go na giełdę. Obawiam się, że pomysł wynika ze świadomości potrzeb kapitałowych przy jednoczesnym wyczerpywaniu się możliwości zadłużania przez państwo i jego instytucje. Wątpię by NBP powinien ryzykować swoje zasoby na wspieranie wątpliwej polityki makroekonomicznej rządu.

„…warto moim zdaniem chcąc docenić rolę rynku akcji rozważyć wprowadzenie obok projekcji inflacji oraz projekcji PKB ……. także projekcji Warszawskiego Indeksu Giełdowego. Mogłoby stać się to ogromnym wkładem Polski w myśl nad sztuką prowadzenia polityki pieniężnej XXI wieku – stwierdził.

– Warto tworzyć podstawy do dalszego rozwoju polskiego rynku akcji. Chciałbym, aby polski rynek akcji był coraz bardziej potężny. Chciałbym, aby Warszawski Indeks Giełdowy stał się jednym z najbardziej znanych indeksów giełdowych na świecie, aby ta popularność wynikała z pojawienia się wieloletniej hossy, która będzie trwała nie kilka, nie nawet kilkanaście, a po prostu co najmniej kilkadziesiąt lat.”

Nie widzę żadnego sensu na chwilę obecną prezentowania projekcji WIG. Podawanie projekcji mogłoby sugerować, że taki a nie inny poziom jest punktem odniesienia dla działań NBP lub celem polityki NBP. Nietrafianie z prognozami mogłoby tez sugerować, że prognozy NBP są nieprofesjonalne lub stało się coś co niepokoi NBP. Obserwowanie i odnoszenie się do indeksów giełdowych ma sens w dużych gospodarkach, gdzie giełda jest odzwierciedleniem gospodarki lub nastroje na niej mają silne przeniesienie na inne rynki, a niekorzystne zmiany mogłyby destabilizować gospodarkę. Przy całym szacunku dla GPW, nie odgrywa ona raczej takiej roli w Polsce.

To czego najbardziej nie lubię i uważam za szkodliwe we wszelkich dyskusjach, to wplatanie akcentów patriotycznych. Rozmiar każdej giełdy determinowany jest przede wszystkim rozmiarem gospodarki i jej atrakcyjnością. Snucie więc wizji w stylu: giełdę naszą widzę wielką, nie ma żadnego uzasadnienia. Mało poważne też brzmi wiara we wkład w myśl makroekonomiczną XXI wieku. Rozmiar polskiej gospodarki, doświadczenia z gospodarką wolnorynkową oraz rynkiem finansowym i giełdowym są dość ograniczone. Wątpię by nasz giełda miałaby być wdzięcznym materiałem do przełomowych prac w makroekonomii. Oczywiście nikt nie przeszkadza polskim ekonomistom analizowania problemu w oparciu o dostępny materiał analityczny z różnych krajów.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 9 komentarzy

Spór o pieniądze Lewandowskiego.

O Robercie Lewandowskim głośno w ostatnich z dniach z kilku powodów. Odebrał od prezydenta Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski i się zaczęło. Było wątki polityczne, środowiskowe (reakcja innych sportowców, a może głównie Marcina Gortata), no i ……ekonomiczny. Tutaj skupię się na wątku ostatnim. Lewicowa działaczka, feministka, Maja Staśko, na facebooku ostro podokuczała R.Lewandowskiemu. Seria wpisów odnosząca się do wynagrodzenia piłkarza i jego drogiego zegarka, wywołała na tyle szeroki oddźwięk, że M.Staśko poszła za ciosem i wczoraj poświęciła Lewandowskiemu kilka kolejnych wpisów. Można odnieść wrażenie, że prowokacja to jej żywioł, ale argumentacja i merytoryczny opis już nie. Mało merytoryki i morze populizmu.

Warto poświęcić chwilę czasu na wymienienie i odniesienie się do zarzutów i ocen, bo są dość charakterystyczne dla lewicowego środowiska. No ale i dlatego, że – i tutaj z M.Staśko możemy się zgodzić – nie ma tematów tabu, czyli rozmawiamy o wszystkim co nas lub naszych bliźnich boli. W tym i o tym, czy słusznie to i moralnie zarabiać niebotycznie dużo, kiedy wokół tyle potrzeb i biedy.

O ile M.Staśko wystawiła poważne pytania, oceny i zarzuty, to ewidentnie nie poradziła sobie z tematem od strony merytorycznej. To ciekawe też, że ludzie pozujący na śmiałych i bezkompromisowych, nie zauważają jak wielu ograniczeniom ulegają w powodu braku wiedzy, pobudek ideowych czy wyczuwaniu tematów tabu własnego środowiska.

Poniżej kilka cytatów z ostatnich kilku wpisów i krótkie odniesienie się do nich. Cytaty pochodzą wpisów na facebooku z 25 marca.

„Jak to się stało, że kopanie piłki dla rozrywki jest wyceniane jako kilkaset razy bardziej wartościowe niż ratowanie ludziom życia? „

Można udawać, że się nie wie, a można prześledzić krok po kroku i wyjaśnić. M.Staśko wybrała formę populistycznego niedokończenia myśli. A stało się bardzo prosto, bo to nie żadna tajemnica. W globalizującym się świecie i  przy ogromnej popularności piłki nożnej, piłkarze czołowych klubów zarabiają bajeczne pieniądze. Z gry, reklam itd. R.Lewandowski podlega znanym zasadom opodatkowania, potwierdzonym przez społeczeństwo w demokratycznych wyborach. Oczywiście są zwolennicy ostrej progresji, no ale by ją wprowadzić muszą w wyborach dać swojej ulubionej partii odpowiednio duży mandat.  W Polsce poglądy zbliżone do głoszonych przez M.Staśko prezentuje partia Razem. Niestety ugrupowanie to cieszy się tak małym poparciem, że nie jest w stanie samodzielnie dostać się do parlamentu. Na szczęście jej liderzy poszli w końcu po rozum do głowy i weszli do koalicji lewicowej, dzięki czemu znaleźli się w sejmie. Mimo to nadal w dość skromnej reprezentacji.  Z wyrokami demokracji należy się pogodzić. I zapewne lepiej by było gdyby M.Staśko przeniosła akcent na merytoryczną dyskusję zamiast populistycznych niedomówień  i zasłaniania merytorycznych braków kiepskimi kpinami.

Można się śmiać i nazywać czyjś sposób zarabiania na życie kopaniem piłki dla rozrywki. Wątpię by to była tylko rozrywka, bo wymaga sporo poświęcenia i wysiłku. Były już państwa i systemy, które próbowały określać jaki zawód jest śmieszny i niepożądany społecznie, a jaki pożądany. Skończyły lub kończą tragicznie. Wypadałoby z tego w końcu wyciągnąć naukę.

Jeżeli w opinii M.Staśko R.Lewandowski zarabia za dużo, to fajnie byłoby poznać pomysł na ograniczenie, który ma szanse realizacji w sejmie. Z zabawą w zarabianie za dużo jest takie ryzyko, że dla jednych R.Lewandowski za dużo zarabia, a dla innych M.Staśko i chętnych do ekonomicznej regulacji jej życie zapewne nie zabraknie. Jak wyżej wspomniałem były i są systemy z ambicją regulacji wynagrodzeń ‘za dużych’, ale okazuje się, że ideolodzy szybko uważają, iż ich te ograniczenia nie dotyczą.

Jest ciekawostką, że przedmiotem krytyki i rozliczeń zarabiania ‘za dużo’ nie są lewicowi europosłowie. To niesamowite jak osoby silnie ideologicznie zaangażowane odruchowo omijają środowiskowych krezusów. Im wolno zarabiać więcej i ich się nie rozlicza.

„…wyceniane jako kilkaset razy bardziej wartościowe niż ratowanie ludziom życia? „

Mechanizm wyceniania piłkarza (ale i piosenkarza czy artysty) jest kompletnie inny. Warto zauważyć, co populistycznie M.Staśko pominęła, że zawody ‘ratowania ludziom życia’ są pochodną innych czynników. R.Lewandowski pieniędzy im nie odbiera. Wycena pracy np. lekarzy i ratowników medycznych jest pochodną decyzji polityków i wybierających ich ludzi. Owszem mamy niskie nakłady na służbę zdrowia, ale to m.in. dlatego, że części Polaków podoba się 500+ i tzw. dudowe. Ostatnie sondaże wskazują, że większość społeczeństwa nie akceptuje podniesienia stawki zdrowotnej. Proponuję więc skierować ostrze krytyki we właściwą stronę. Niestety M.Staśko stanie przed lewicowym problemem odniesienie się do rozdawnictwa uprawianego przez polityków prawicowych. Stąd milczenie feministycznej aktywistki.

„Żaden człowiek nie ,,wypracowuje” kilku milionów miesięcznie. To nie są pieniądze za pracę, bo żaden piłkarz nie pracuje kilkaset razy ciężej niż pielęgniarka – to jest fizycznie i czasowo niemożliwe. To nie jest sprawiedliwe.”

Oj, oj, oj. To już pachnie socjalistycznym populizmem. Byłbym ostrożny z pojęciem praca. Przede wszystkim dlatego, ze zawód piłkarza do łatwych nie należy. Karierę robi tak naprawdę garstka piłkarzy. Cała reszta kończy przygodę z piłką krótko po tym jak zacznie lub w prowincjonalnych klubach naszych czy zagranicznych.

Jeżeli R.Lewandowski generuje wpływy na swoje konto to znaczy, że zarabia. To już ideologiczny problem M.Staśko, że tego nie akceptuje. To jednak nic nie mówi o Lewandowskim, a o lukach w teorii wyznawanej przez M.Staśko.

Ocenianie pracy przez fizyczny wysiłek już w Polsce ćwiczyliśmy. Teraz gonimy tych, którzy nie tracili czasu na takie teorie. Po drugie, jak wyżej wspomniałem, Lewandowski funduszy na wynagrodzenia dla pielęgniarek nie odbiera. Jeżeli kopanie piłki za miliony euro rocznie jest takie proste, to proponuje by w ramach zabawy działacze lewicowi porobili międzynarodowe piłkarskie kariery i wsparli ludzi potrzebujących. Dlaczego tego robią, skoro to takie banalne i można łączyć zabawę z kasą?

„Robert Lewandowski odebrał nagrodę od prezydenta w zegarku o wartości mieszkania. 2021, pandemia, ludzie tracą prace, nie mają na czynsze, kobiety mieszkają ze swoimi oprawcami, czekając latami na mieszkania socjalne. Zegarek. O. Wartości. Mieszkania.”

 Nie sprawdzałem ile kosztuje zegarek. Przyjmijmy, że tyle ile sugeruje M.Staśko. Obawiam się, że gdyby Lewandowski go sprzedał, to będzie tylko na jedno mieszkanie. Czy wobec tego mogę liczyć na to by M.Staśko też – skoro to takie łatwe –  znalazła zawód łączący prostotę i banalność z mnóstwem kasy i pomogła potrzebującym? Czy też prościej jest wskazywać palcem kogoś kto ma oddać kasę. Jeśli nie futbol, to proponuję karierę filmową, artystyczną czy cokolwiek.

Byłby ostrożny z oceną innych ludzi, ich wynagrodzeń i określania zasłużył/nie zasłużył lub co gorsza zabrał innym. M.in. dlatego, że powstaje mieszanina zazdrości, populizmu i wykrzywionej ideologii, która uzasadnia zabieranie innym, ale nie sobie. Sugerowałbym skupić się na rozwiązaniach i dawanie własnego przykładu niż wskazywanie publiczne palcem i tekstem: ty zarabiasz za dużo, oddaj !

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Zmiana w koszyku inflacyjnym. Więcej płacimy za użytkowanie mieszkania i energię.

Co roku o tej porze GUS publikuje strukturę koszyka inflacyjnego na bieżący rok. Sięgnąłem po dane z ostatnich dwudziestu lat i wychodzi na to, że jesteśmy świadkami największych zmian w strukturze koszyka w analizowanym okresie. Dla laika zmiana struktury koszyka inflacyjnego jest bez znaczenia. Przynajmniej z punktu widzenia przyjętych wag do wyliczania inflacji. Oczywiście stary jak świat jest spór o to, czy koszyk inflacyjny poprawnie odzwierciedla strukturę dóbr i usług nabywanych przez gospodarstwa domowe.  Jest to wartość średnia i tyle. Przypomnę jeszcze tylko, że struktura koszyka przyjęta na ten rok jest pochodną procesów ekonomicznych z roku ubiegłego.

Zmiany w koszyku inflacyjnym są pochodną szeregu procesów jakich doświadczaliśmy i sami kreowaliśmy w ubiegłym roku. W uproszczeniu możemy zmiany podzielić na dwie grupyPierwsza jest wynikiem zakazów lub (transport) zmian cen surowców. O niemal 1 p.p. spadł w koszyku udział wydatków  rekreację i kulturę. Z jednej strony utrudniono nam dostęp do nich w ramach walki z pandemią, z drugiej – z upływem roku dostęp do kultury i rekreacji zaczął być coraz droższy. W przypadku transportu odnotowano spadem o 1 p.p. Nałożyło się na to kilka czynników. Niskie ceny ropy i ograniczenie przemieszczania się, w tym praca zdalna. Drugą co do wielkości zmianą w koszyku są hotele i restauracje. Udział w koszyku tej grupy usług spadł z 6,1% na 4,6%, czyli o 1,5 p.p.

Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że za rok zobaczymy zmianę w przeciwnym kierunku w tych grupach dóbr i usług. Wierzę, że w II kw tego roku zaczniemy znosić społeczne obostrzenia i życie będzie wracało do normy. W przypadku ceny paliw do pojazdów samochodowych nie muszę w zasadzie nic dodawać, bo od przełomu roku doświadczamy ich wzrostu.

No i druga grupa zmian. To zmiany w tych grupach, które – ekonomicznie – bolą nas najbardziej i z pandemią nie mają nic lub niewiele wspólnego. To już głównie efekt polityki społeczno-gospodarczej rządu i częściowo trendów na rynkach rolnych. Mam na myśli następujące grupy: żywność i napoje bezalkoholowe; napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe; użytkowanie mieszkania i nośniki energii. Wzrost cen w tych grupach spowodował oczywiście konieczność poniesienia większych wydatków, co zaowocowało wzrostem udziału w koszyku inflacyjnym. Udział tych grup po 2020 r. jest następujący (wg powyższej kolejności): 27,8% (wzrost o 2,5 p.p.); 6,9% (wzrost o 0,7 p.p.) i 19,1% (wzrost o 0,7 p.p.). O ile bez alkoholu i papierosów być może da się żyć, to dwie pozostałe pozycje są nie do ominięcia. Razem to niemal 47% naszych wydatków.

Na zmiany cen żywności wielkiego wpływu nie mamy. Teoretycznie było one do przewidzenia, biorąc pod uwagę ‘zachowanie się’ cen w minionych dekadach. Po dwóch, trzech latach względnej stagnacji (okres 2014 – początek 2017), ceny żywności zaczęły rosnąć, ostro przybierając na sile w 2019 i I poł. 2020 r.

Na wzrost cen korzystania z mieszkania, główny wpływ miał wzrost cen większości głównych składników (takie zgranie trendów nie często się zdarza), w tym…..energii elektrycznej. Ta ostatnia wzrosła (wg danych GUS na koniec roku 2020 r.) o 11,7%. To konsekwencja absurdalnej polityki obecnej koalicji rządzącej. Wpierw wstrzymywano ceny w powodów politycznych (a raczej populistycznych), by odpuścić w 2020 r. Czyli mniej więcej tyle ile rzekomo oszczędziliśmy w latach 2016-2019, odpokutowaliśmy w 2020 r. Wzrost cen w grupie : użytkowanie mieszkania i nośniki energii wyniósł 7,5% (grudzień 2020 r, rok do roku). Tak duże wzrostu są ogromną rzadkością.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wyniki PKB za 2020 r. Z większego dołka wyciągnął nas eksport.

Rok 2020 za nami. GUS podał dane dotyczące PKB. W biegłym roku PKB realnie spadło 2,7% w porównaniu z 2019 r.  Biorąc pod uwagę prognozy i wyniki innych państw, taki rezultat należy określić jako dobry. Porównywanie poszczególnych wielkości z 2019 r. nie ma większego sensu, ponieważ od marca’19 funkcjonowaliśmy w innej rzeczywistości społecznej i makroekonomicznej. Niemniej warto zwrócić uwagę na kilka wielkości i procesów, bo zdają się one nie istnieć w debacie publicznej.

Niestety dalszemu spadkowi uległy nakłady inwestycyjne. Udział rocznych nakładów w PKB zszedł n a koniec 2020 r. do poziomu 17,1%. Takie lub o 1 p.p. gorsze wskaźniki odnotowywaliśmy tylko w połowie lat 90-tych. Wynik mógł być nieco lepszy, ale inwestycje – wbrew medialnym twierdzeniom – nie były priorytetem rządu. A szkoda, bo jest mocno dyskusyjne, czy zalewania słabnącej gospodarki przelewami z tarcz ratunkowych nie wykroczyło aby poza optymalne proporcje. Tzn. czy aby udział inwestycji w wydatkach państwa nie powinien być nieco większy, kosztem bezpośrednich przelewów na rachunki. Uwaga ta dotyczy przelewów z tarcz, jak i upieraniu się w rozdawnictwie pieniędzy w ramach sztandarowych programów społecznych, czyli 500+ oraz emerytalnej 13-tki i 14-tki.

Jednym z kół ratunkowych naszego PKB było korzystne saldo obrotów zagranicznych. To taki trochę cichy i pomijany bohater ubiegłego roku. Już ponad dwadzieścia lat trwa dobra passa naszego eksportu. Od końca lat 90-tych i następującej po nich dekady , kiedy to osiągaliśmy rekordowy deficyt, mozolnie rok po roku wzmacnialiśmy naszą pozycję i skuteczność z wymianie handlowej. Po kilkunastu latach zaczęliśmy wypracowywać coraz większą nadwyżkę. Rząd i NBP byli świadomi atutu i zaczęli dodatkowo używać dopalacza w postaci polityki osłabiania złotego. Sukcesu polskiego eksportu i polityki kursowej rząd stara się nie nagłaśniać. Polityka kursowa budzi mieszane opinie. Osłabianie złotego nie wydaje się konieczne dla utrzymania korzystnego salda wymiany handlowej, a   już na pewno nie wpływa korzystnie na inflację. Głupio też przyznać, że popyt mieszkańców UE (w tym Niemców) ratuje nasze PKB.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Liczby, od których odwracamy głowę.

Ten wpis jest nieco nietypowy. Pozaekonomiczny. Jak wielu rodaków i ja staram się ogarnąć informacje dotyczące paraliżującego nasze życie społeczne i ekonomiczne wirusa. Chętnie też sięgam do liczb, jeżeli to możliwe. Jedną z rozchwytywanych w ostatnich miesiącach informacji jest liczba zgonów podawana przez GUS. Warto liczbę zgonów prezentować po wielekroć, bo najwyraźniej nie do wszystkich w Polsce dociera z czym mamy do czynienia. Nie będę się odnosił do żadnej z teorii spiskowych czy powątpiewających w skalę zagrożenia. Same liczby robią na tyle mocne wrażenie, że – mam nadzieję –  podkopują fundamenty niejednej z teorii.

Na wstępie kilka uwag metodologicznych. GUS publikuje dane w ujęciu tygodniowym. Część mediów i komentatorów ma dostęp do danych dziennych lub miesięcznych. Przy pewnych upraszczających założeniach można bez ryzyka poważniejszego błędu przejść na dane miesięczne, bo najczęściej takimi się wszyscy posługujemy w dyskusji o wirusie. Różnice w wynikach miesięcznych są minimalne i nieistotne, biorąc pod uwagę wyciągane wnioski. Dla zminimalizowanie tych różnic, pozwolę sobie na operowanie zaokrągleniami, które czytelnikowi przy okazji ułatwią przyswojenie liczb.

I na wstępie od razu liczba najważniejsza: w ubiegłym roku zmarło ok 70 tys. osób więcej niż średnio w latach 2016-2019. To oznacza wzrost liczby zgonów o 18%. Średnio w latach 2016-2019 umierało w Polsce 404 tys. osób rocznie, w 2020 r. ponad 475 tys. . Inaczej mówiąc, dodatkowo w 2020 r. zmarło tyle osób ile umiera w Polsce przez dwa miesiące!

Dominująca część przypadków nadmiarowych zgonów (tzn. powyżej średniej) przypada na ostatnie trzy miesiące roku. O  ile więc ‘specjaliści’ od lekceważenia powagi zagrożenia mogli dodatkowe zgony do połowy wakacji lekceważyć, to od października już na pewno nie.

Według danych osób i instytucji, które dokładniej analizowały przyczyny zgonów w październiku i listopadzie można przyjąć, że ok.  40% zgonów nadmiarowych (powyżej średniej w analizowanym okresie) można przypisać bezpośrednio covid’owi, a pozostałą część (60%) dezorganizacji służby zdrowia i blokadzie spowodowanej koniecznością przyjmowania i leczenia pacjentów covidowych w placówkach służby zdrowia kosztem pozostałych. Do tego doszły jeszcze lęki obywateli, którzy z obawy o zarażenie wirusem, odkładali kontakt z lekarzem.

Nawet jeśli ktoś z niedowiarków ucieka w teorię o manipulowaniu statystykami przyczyn zgonów (słynne teorie o wpisywaniu covid, bo takie zalecenia ministra zdrowia), to i tak ma problem, bo z czegoś te nadmiarowe zgody wynikają. Raczej nie z powodu międzynarodowego spisku.

Mamy więc do czynienia z poważnym społecznym problemem. Tymczasem społeczeństwo w znacznej części próbuje ignorować skalę społecznego zagrożenia. Nie chcę bronić rządu i jego sposobu na walkę pandemią. Rząd popełnił wiele błędów. Od lekceważenia skali zagrożenia od połowy roku, po częściowo spóźnione i zaskakujące kroki o charakterze lockdown’u  w ostatnich miesiącach roku. Winni są również obywatele i przedsiębiorcy. Obywatele do dzisiaj lekceważą i podważają skalę zagrożenia. Niemała część przedsiębiorców zaś demonstracyjnie lekceważyła zalecenia dotyczące obostrzeń itp.

Ogromny wzrost zgonów i ograniczenie dostępu do podstawowych jeszcze do niedawna usług medycznych, przypomina nam  (po raz kolejny !) o zbyt niskich nakładach na służbę zdrowia. Przypomnę, że w porównaniu z średnią w UE mamy ok. 2 p.p. PKB mniejsze nakłady na publiczną służbę zdrowia. Większa liczba personelu, infrastruktury medycznej i sprzętu, mogłaby ograniczyć skalę nadmiarowych zgonów. O ile? Eurostat podał niedawno informację o skali nadmiarowych zgonów od początku 2020 do października. O ile na wiosnę to my byliśmy jednym z krajów o najniższym, czy wręcz marginalnym, wzroście zgonów powyżej średniej z lat w wcześniejszych w danym miesiącu, to jesienią było dokładnie odwrotnie. Można zaryzykować twierdzenie, że przyrost mógł być śmiało o 1/3 mniejszy. Śmierć 70 tys. obywateli a 47 tys. , to jednak jest różnica.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Nadal uciekamy od poważnej rozmowy o emeryturach.

W ostatnich dniach prezeska ZUS udzieliła wywiadu Super Expressowi. Gertruda Uścińska przemyciła po raz nie wiem już który kilka istotnych treści. Piszę ‘przemyciła’, ponieważ są to oceny, ostrzeżenia i zalecenia sprzeczne z działaniami podjętymi w ostatnich latach przez rządzącą koalicję prawicową.  Samych działań rządu prezeska ZUS nie krytykuje i stara się nie szukać związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy działaniami rządu, stanem obecnym i sugestiami wplatanymi przez nią w  wywiadach.

Największym problemem jest stan wiedzy Polaków. A dokładniej, niesamowity upór by trwać w błogiej niewiedzy. By nie wiedzieć czym jest  składka emerytalna, na jakich zasadach działa system emerytalny i skąd biorą się (lub mają się brać) pieniądze na wypłacanie nam emerytur. Część polityków skrzętnie to wykorzystuje. Tak też uczynili kilka lat temu politycy prawicowi.

Warto, by obywatele uświadomili sobie kilka istotnych faktów, przy objaśnianiu który pozwolę sobie na pewne uproszczenia. M.in. dlatego, że wyjaśnienia wymagałaby operowania wariantami (mężczyzna, kobieta, staż pracy itd.), co utrudniłoby odbiór tekstu.

Odprowadzamy składkę emerytalną. Składka jest obligatoryjna, ponieważ gdybyśmy pozostawili decyzje obywatelom, to mało kto składkę by odprowadzał lub w grubo mniejszej wysokości. Wbrew pozorom, przymusowa składka wcale nie jest taka duża. Oczywiście ocena zależy od przyjętego punktu odniesienia. Składka stanowi blisko 1/5 naszego wynagrodzenia. Niby dużo. Z drugiej strony, po 35-40 latach pracy i przejściu na emeryturę, będziemy jeszcze żyć średnio kilkanaście lat. Prosta kalkulacja wskazuje, że zbierając ułamek z naszego wynagrodzenia przez lata aktywności zawodowej, nie sposób i tak uzbierać fortuny na ostatnie dekady życia. Być może powinno się tego nauczać na matematyce, by ludzie zrozumieli.

Zaletą systemu emerytalnego jest to, że ma on formułę ubezpieczenia społecznego. Wyliczony emerytura opiera się na przeciętnej długości życia. Jeżeli ktoś dożyje setki, to może mówić o wygranej na loterii, ponieważ ZUS nie odbierze mu emerytury nawet po przekroczeniu średniej życia dla całego społeczeństwa.

Argument, jaki często słychać, że sam uzbierałbym sobie więcej, jest nietrafiony. Proponuje spojrzeć na stopę waloryzacji (publikuje m.in. ZUS). A już szczególnie na, zawyżoną przez polityków koalicji PO-PSL, stopę waloryzacji środków pochodzących z części ‘obligacyjnej’ OFE (chodzi o zmianę z 2014 r.). Lokaty bankowe i obligacje skarbowe nie dają takiej stopy zwrotu. Można, jeśli ktoś ma szczęście, taką lub większą stopę zwrotu uzyskać na rynku kapitałowym, ale to raczej rzadkość, no i tego typu inwestycje obarczone są ryzykiem (w tym ryzykiem odnotowania straty).

System kapitałowy czy emerytura wg algorytmu sprzed reformy emerytalnej? Jednym z nietrafionych argumentów jest porównywanie obecnego systemu wyliczania emerytury (tzw. kapitałowy) z zasadą obowiązującą przed reformą emerytalną. Teoretycznie moglibyśmy z tamtej zasady wyliczenia emerytury nie rezygnować. Problemem jest jednak nie kapitałowy sposób naliczania emerytury, a demografia. Gdybyśmy tamten system wyliczania emerytury utrzymali to zapewniam, że ulegałby on modyfikacji. Stopa zastąpienia (czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia) nie jest pochodną algorytmu wyliczającego, a wydłużających się lat życia. Po drugie, metoda kapitałowa jest po prostu uczciwsza i nie przeszkadza państwu prowadzić polityki socjalnej w obszarze emerytur m.in. w postaci uzupełniania emerytur minimalnych do ustalonego poziomu.

Kolejnym mitem jest potencjalny upadek ZUS (czy raczej systemu emerytalnego). Zapewniam, że jeżeli ZUS upadnie (cokolwiek to znaczy), to dookoła też będą już ekonomiczne zgliszcza. Proponuję prześledzić kryzysy ekonomiczne w poszczególnych państwach.

Pracowałem tyle lat, więc porządna emerytura mi się należy. Można to często usłyszeć. Emerytura jest pochodną składek przez nas wpłaconych w okresie aktywności zawodowej. Jeżeli każdy chciałby więcej niż wpłacił to by oznaczało, że wzajemnie się dotujemy. To już obecnie ma miejsce. Co roku FUS odnotowuje deficyt na kilkadziesiąt mld złotych, który wszyscy solidarnie pokrywamy z budżetu.

Tyle w telegraficznym skrócie.

Wydłużenie wieku przejścia na emeryturę do 65/67 nie wzięło się z sufitu. Polacy się jednak obrazili i wybrali ludzi, którzy im wiek emerytalny obniżyli. Proszę bardzo. Jednak nieprzypadkowo rządząca koalicja zaproponowała PPK, które większość objętych programem niestety odrzuca. Nie chcemy dłużej pracować, nie chcemy więcej odkładać na starość, to co w końcu chcemy?

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz