500+. Program, którego ocena jest zabroniona.

Przemknęła mi w mediach ocena  programu 500+ pod kontem poprawy dzietności. Od czasu do czasu i ja zerkam w dane demograficzne. Niestety, na chwilę obecną można powiedzieć, że w kontekście dzietności program okazał się porażką. A w najlepszym wypadku miał neutralny wpływ na naszą skłonność do powoływania na świat dzieci.

Nie zamierzam w tym wpisie dokonywać poważniejszej oceny programu 500+. Pod kontem dzietności, przeprowadzałem taką analizę jakiś czas temu. LINK. Tym razem pozwolę sobie na garść krytycznych refleksji, bo trudno mi zrozumieć, dlaczego nad programem 500+ zapanowała atmosfera zakazu krytyki. Zapanował jakiś komentatorski paraliż. Nie mam najmniejszej ochoty mu się podporządkowywać.

Czym miał i ma być program 500+? Jaki był jego cel? Tego to już chyba nikt nie potrafi teraz powiedzieć. A już na pewno nie jego pomysłodawcy, czyli politycy PiS. Oni sami wraz z upływem czasu różnie rozkładali akcenty.

Dzietność. To początkowo jeden z czołowych argumentów. Niestety, dzietność poprawiła się przez bardzo krótki okres, a i tak nie była większa niż w latach naszego poprzedniego boomu gospodarczego sprzed ponad 10 lat, kiedy o 500+ nikomu się nie śniło. Demografowie zwracali uwagę, że nie tak prosto trwale poprawić dzietność. Naukowcy i eksperci z innych dziedzin przypominali, że szasną na poprawę dzietności jest głownie rozwinięcie szeregu usług i  instrumentów wsparcia dających bezpieczeństwo, wsparcie i opiekę rodzinie powołującej na świat dziecko. Politycy prawicowi postanowili jednak banalnie rozdać pieniądze. Gdy już po ok dwóch latach od startu programu wiadomym było, że 500+ nie jest programem demograficznym, politycy prawicowi szybko porzucili ten argument.

Walka z biedą. Tu program odnotował największy sukces. Pytanie jednak, czy w ramach walki z ubóstwem warto rozdawać pieniądze wszystkim, którzy mają dzieci? Z tego punktu widzenia program należało oprzeć na kryterium dochodowym. Patrząc na zjawisko biedy i jej rozkład w społeczeństwie, to program 500+ uczynił tu wiele dobrego raczej przy okazji, bo co do zasady podstawowym kryterium jest liczba dzieci, a nie poziom dochodów. Szybko też okazało się, że bieda nadal istnieje w tych gospodarstwach domowych, które dzieci nie mają w ogóle lub są one już dorosłe.

Podział dochodu, bogactwa. W biegiem czasu na popularności zyskał argument, że 500+ to forma podziału wypracowanego w czasach rządów PiS dochodu narodowego. To argument dyskusyjny. Jak w przypadku walki z ubóstwem, podział dochodu jest nierówny. Część Polaków nie dostała nic, bo nie są beneficjentami programu. Biorąc zaś pod uwagę źródła finansowania programu, to argument o podziale dochodu staje się zgrabnym politycznym oszustwem.

500+ jako odpowiednik Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). BDP to głównie konik lewicy. No i tu też klops, bo 500+ nie jest powszechne. Po drugie sama w sobie teoria BDP jest niepoważna, ale jej sympatycy nie przyjmują tego do wiadomości. Sympatycy BDP podkreślają, że 500+ udowadnia, że państwo jest w stanie unieść programy typu BDP. To nonsens, bo 500+ jest poważnym obciążeniem dla finansów państwa, na co niejednokrotnie zwracałem uwagę w moich wpisach. Zwraca na to uwagę część ekonomistów, ale oni są teraz niemodni. Niestety.

500+ jako forma nakręcania wzrostu gospodarczego poprzez popyt. 500+ w popycie generowanym przez gospodarstwa domowe w rachunku PKB stanowi marginalną jego część. Ponadto tempo PKB zaczęło zwalniać już w ubiegłym roku, mimo dosypywania pieniędzy w postaci rozszerzania 500+ oraz dodatkowych emerytur. Miłośnicy zabaw danymi makroekonomicznymi bez wysiłku zauważą, że wpływ 500+ na popyt i na wzrost gospodarczy jest mocno przesadzony. Ponadto nie nakręca się popytu w chwili wzrostu gospodarki bo to nie ma sensu. Pojawiają się napięcia cenowe (wzrost inflacji!) i destabilizuje się podaż poprzez nakręcany popyt.

Kolejna element tarczy antykryzysowej. To jedna z najnowszych teorii, modna w kołach rządowych. Po prostu, biorąc pod uwagę upór rządu w utrzymaniu 500+, jakąś teorią trzeba do programu dopasować. Część ekonomistów oczekiwała, że w czasie gdy szukamy pieniędzy na ratowanie się przed skutkami kryzysu, 500+ zostanie ograniczony, by zmniejszyć deficyt finansów publicznych oraz by odblokowane środki przekazać na wsparcie utraconych wynagrodzeń, wsparcia dla tych co stracą pracę itd. Niestety, politycy koalicji rządowej są uparci. 500+ jest i będzie, bo tak obiecano. A, że spowoduje to podkręcenie deficytu finansów publicznych i zadłużenia, to polityków już nie interesuje.

 Zarzut lewicy o wspieranie prywatyzacji usług wskutek wprowadzenia 500+ i wycofywanie się państwa z naszego życia. Coś w tym jest i widać to od kilku miesięcy m.in. w składnikach inflacji. Rząd zamiast dofinansować usługi zdrowotne, edukacyjne, komunikacyjne itd. rozdał ludziom pieniądze. Efekt? To czego nam brakuje w życiu codziennym, nabywamy na zasadach rynkowych. Skoro, przykładowo, rozczarowani jesteśmy wynikami dziecka w nauce, to kupujemy usługi w postaci tzw. ‘korków’. Itd.

Na co przeznaczamy 500+. Sondaże (tzn. ich wyniki) dot. wydatków 500+ wzbudzają nieco kontrowersji. Nie brnąc w szczegóły oprę się na temacie, który na forach internetowych wywołał nieco zamieszania. Otóż konieczność zdalnej edukacji ujawniła, że niemała część dzieciaków nie ma dostępu do komputera. To wywołało na forach (politycy bali się tknąć temat) pytania o to, na co poszły pieniądze z 500+? Moim zdaniem, to bardzo dobre pytanie. Jeszcze w okresie wakacyjnym premier M.Morawiecki chwalił się, że 500+ pozwolił wielu rodzinom na spędzenie wakacji nad morzem. W niektórych przypadkach po raz pierwszy. Owszem, argument chwytający za serce i stępiający ostrze krytyki. Niemniej pytanie o to jak beneficjenci 500+ wydają pieniądze, skoro zabrakło na taniego laptopa dla dziecka, jest moim zdaniem jak najbardziej zasadne. Nie widzę powodów i przeciwskazań, by nie poddać badaniom wydatkowanie środków z 500+, bo wygląda na to (potwierdzają to częściowo badania), że środki z 500+ niekoniecznie są wydawane rozsądnie. To kieruje nas w stronę pytania o sens i cel programów takich jak 500+.

Program 500+ budzi potężnie spory i sprzeczne opinie. Ja tradycyjnie proponuję każdemu dokładnie zapoznać się z finansami publicznymi, stroną wpływów, wydatków i ich strukturą. Zapewniam, że to błyskawicznie sprowadza człowieka na ziemię.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Inflacja za kwiecień. Ratuje nas spadek cen paliw.

Mimo niedawnej deklaracji, GUS powrócił do podawania tzw. szybkiego szacunku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Mamy więc wstępne dane o inflacji za kwiecień i podobnie jak wyniki za marzec, wywołany sporo kontrowersji i niedowierzania. Przy czym problem z zaakceptowaniem wstępnych wyników inflacji ma nie tyle grono ekonomistów, co część opinii publicznej. Dlaczego?

Powinniśmy oddzielić emocje od faktów. Przegląd opinii na różnych forach po publikacji danych GUS wskazuje, że część Polaków uważa wynik za zaniżony. Musimy jednak pamiętać, że koszyk inflacyjny obejmuje szeroki zakres naszej aktywności ekonomicznej, jaką przejawiamy nabywając w każdym kolejnym miesiącu szereg dóbr i usług. Nie kupujemy tylko drożejących początkowo maseczek i środków dezynfekujących. Ponadto, te dwie ostatnie pozycje, co by o ich nie mówić, stanowią skromniutką część naszych zakupów. Boli nas i niepokoi wzrost cen niektórych artykułów żywnościowych. Ale ich znaczny wzrost jest odnotowany. To, że inflacja w kwietnie w ujęciu rok do roku, wzrosła w obecnych okolicznościach jedynie o 3,4%, mówi nam jedynie o ogromnej zmianach jakie zachodzą w koszyku inflacyjnym. Jedne z dóbr i usług niepokojącą rosną, inne zaś spadają, co powoduje znoszenie się skutków. Niestety przy okazji prezentacji wyników wstępnych nie podaje się detali, a jedynie główne pozycje.

Na pewno nadal rośną ceny żywności. Utrzymuje się roczny wzrost na poziomie 7% (dokładnie 7,3%). Tak silny wzrost cen żywności (w przedziale 6%-8% r/r) trwa od lata 2019 r. Biorąc pod uwagę zapowiedzi o suszy, wygląda na to, że żywność da nam jeszcze popalić w tym roku.

Z informacji jakie opublikował GUS wynika, że jednym z głównych czynników studzących inflację są ceny paliw do środków transportu indywidualnego. Ceny paliw (głównie za sprawą cen ropy) miesiąc do miesiąca spadły o niemal 13%! Dysponuje szczegółowymi danymi dot. inflacji od 2003 r., i maksymalny miesięczny spadek cen paliw wyniósł raptem 9% (grudzień 2008 r.). Mamy więc nowy rekord miesięcznego spadku. W ujęciu rocznym spadek o 18,8%  nie jest tak spektakularny, tzn. jest porównywalny ze styczniem 2009 i lutym 2015 r..

Oceniając wynik inflacji musimy pamiętać o tym, że wielu z nas ograniczyło zakupy niektórych dóbr i usług, co powstrzymało wzrost lub obniżyło ich ceny. Na szczegóły przyjdzie nam poczekać do połowy maja, kiedy to poznamy pełny raport o inflacji za kwiecień.

To wielkie cenowe i popytowe zamieszanie rodzi pytania i obawy o najbliższą przyszłość inflacji. Wiele zależy od tego jak szybko wydobędziemy się z ekonomicznego marazmu i wrócimy do pracy. Niestety wtedy też, skoro cały rozwinięty świat będzie powracał do życia, w górę pójdą ceny paliw. Cóż, ten rok może nie być rokiem niskiej inflacji. Na szczęście w II połowie tego roku zadziała tzw. efekt bazy w przypadku cen żywności, nie powinno być aż tak źle i ostatecznie inflacja na koniec roku powinna być niższa od poziomu jaki zobaczyliśmy w kwietniu.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Susza a inflacja i optymizm NBP oraz rządu.

Jak wielu ludzi, wiedzę o otaczającym nas świecie zbieram na dwa sposoby. Pierwszy, to własne, codzienne doświadczenia i obserwacje. A drugi sposób, to zapoznawanie się z danymi i tym co piszą inni ludzie. I właśnie problemy z grożącą nam wyjątkową suszą dotarły do mnie tą drugą drogą. Jeszcze nie wiemy jak sobie radzić z wirusem, a tu nagle zapowiadana jest kolejne nieszczęście. Dla ekonomisty jest to trochę temat nieuchwytny i mało zrozumiały. Ekonomista od razu próbuje uchwycić to liczbami i szuka przełożenia na gospodarkę. Jak znajdzie liczby i przełoży, to ok. Jak nie, to nie wie co z tym zrobić i czasami bagatelizuje.

GUS dostarcza w miesięczniku Biuletyn Statystyczny  dane określane jako meteorologiczne. Oczywiście meteorologia to nie to samo co hydrologia, ale pewne przełożenie jest. Np. GUS podaje w Biuletynie : zachmurzenie, usłonecznienie, opady i temperaturę. To miesięczne dane zbierane z kilku miejsc rozsianych po całej Polsce. Śledzę te dane od lat, by szukać przełożenia m.in. na wskaźnik inflacji czy zapotrzebowanie na energię elektryczną. Prostych przełożeń niestety nie ma, ale o tym za chwilę.

To co łączy meteorologię z hydrologią, to m.in. opady. I tutaj faktycznie już na poziomie danych z GUS widać, że szykuje nam się drugi z rzędu słaby rok. Na załączonej ilustracji przedstawiam opady w mm. Po drodze pozwoliłem sobie na kilka różnych uśrednień i ‘wygładzeń’ danych miesięcznych, by pomóc czytelnikowi w odbiorze wykresu. Wykres zawiera więc (niebieska linia) średnie miesięczne opady w Polsce (średnia w podawanych przez GUS miast). Na to nałożyłem ruchomą średnią roczną (linia bordowa). Zaletą tych szeregu uśrednień itd. jest proste zaprezentowanie problemu. A nasz problem to: mniejsza liczba opadów i duże prawdopodobieństwo, że będzie to drugi z rzędu słaby rok. Być może porównanie do lat poprzednich nie sugeruje, by sytuacja była dramatyczna, ale same opady to jedno, a sytuacja hydrologiczna to drugie. Hydrolodzy od lat zwracają uwagę, że zasobność Polski w wodę budzi obawy, a w najbliższych dziesięcioleciach dotknie nas m.in. pustynnienie niektórych obszarów krajów i coraz częściej pojawiające się przerwy w dostępie do bieżącej wody. Sytuację pogarsza fakt, że słabsze opady pokrywają się w okresem wyjątkowo ciepłych lat.

Słabe opady, wyjątkowo wysoka temperatura nie sprzyjają poprawnej wegetacji roślin. To zaś odbija się niekorzystnie na plonach. Słabe plony zaś, na ogół oznaczają wyższe ceny żywności dla obywateli. I tutaj sprawa nie jest już taka prosta. Otóż trudno dostrzec proste przełożenia między słabymi opadami i suszą a cenami żywności, która są składnikiem inflacji. Zależności jest, bo musi być, ale jest trudna do uchwycenia i nieregularna. Wiele zależy od tego czy okres gorszych plonów przypada na czasy lepszej lub gorszej koniunktury gospodarczej. Czy alternatywne produkty rolne również odnotowały słabsze wyniki produkcji (tzn. zbiorów). Czy jest możliwość zaspokojenia popytu importem itd. Z moich obserwacji wynika, że susze odbijają się niekorzystnie na cenach żywności nawet w okresie dwuletnim. I zapewne już wzrosty cen z przełomu 2019/20 są tego częściowo efektem.

Podsumowując, może się okazać, że zgodnie z zapowiedziami hydrologów, czeka nas trudny rok. Trudno powiedzieć jak się to odbije na cenach żywności i jej przetworów, ponieważ ewentualne próby podniesienia cen żywności spotkają się ze słabszym popytem z powody kryzysy wywołanego wirusem. Jak na razie akceptujemy wzrost cen z konieczności i – patrząc na lata poprzednie – można powiedzieć, że rola koszyka żywności w podwyższaniu wyniku inflacji powinna powoli słabnąć. Być może to zjawisko, z powodu suszy, będzie następowało wolniej.

Zmierzam do tego, że optymizm przedstawicieli rządu jak i NBP, odnośnie inflacji, może być nietrafiony. Zarówno rząd jak i NBP zdaję się lekceważyć inflację, opierając się na tym, że słabnący popyt oraz spadek cen surowców energetycznych, przyczynią się do słabnięcia napięć inflacyjnych. Krótko mówiąc, inflacja sama się wygasi i wróci do bezpiecznego przedziału (cel inflacyjny). Nazwałbym to jednak obstawianiem pewnego scenariusza niż odpowiednim wyważeniem ryzyk i niewiadomych. M.in. dotyczy to cen żywności. Oczywiście efekt bazy będzie powodował z biegiem czasu spadek rocznej dynamiki cen żywności, ale może się to odbyć grubo wolniejszym niż się rządowi i NBP wydaje. M.in. wskutek suszy, o której informują hydrolodzy.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Zakusy na oszczędności Polaków. Wątpliwości wokół wypowiedzi prezesa PFR.

Wokół wypowiedzi prezesa Państwowego Funduszu Rozwoju (PFR) dla Telewizji Trwam (TT) zrobiło się spore zamieszanie. Chyba nieco przesadziły tym razem media, które zaczęły straszyć przez Święta, że rząd (za pośrednictwem PFR) planuje skok na oszczędności obywateli. Po krótce, w kilku zdaniach, trzeba wyjaśnić o co te całe zamieszanie. Niestety, szef PFR niezupełnie jest tu bez winy.

Kilka dni temu Paweł Borys, szef PFR, wypowiadał się w TT. Pojawił się temat finansowania drugiej wersji Tarczy. Rozmowa mogła zrobić wrażenie tzw. ustawki, bo prowadzący audycję okazał się zorientowany w temacie deponowanych przez Polaków w bankach oszczędności i zgrabnie wystawił temat szefowi PFR. Chodziło o to, że tą część Tarczy za którą odpowiada PFR można by sfinansować pieniędzmi obywateli poprzez emisję obligacji. Prezes PFR temat oczywiście podjął i potwierdził, że bierze się pod uwagę zaproponowanie obywatelom atrakcyjnej formy oszczędności w formie obligacji.

W uzupełnieniu trzeba dodać, że w materiałach promocyjnych tak rząd jak i PFR niezbyt chętnie wspominają o finansowaniu Tarczy. Niewprawny ekonomicznie czytelnik, może odnieść wrażenie, że P.Borys wespół z M.Morawieckim dysponują niekończącym się źródłem pieniędzy. A tak niestety nie jest.

P.Borys pieniądze na Tarcze, m.in. w części za którą on odpowiada, musi dopiero zebrać. Z programu w TT można odnieść wrażenie, że urzędnicy rządowi i sympatyzujące z rządem media starają się ostrożnie uświadamiać o tym społeczeństwu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że nikt nie mówił o zabraniu obywatelom pieniędzy, a jedynie o zaproponowaniu atrakcyjnych form oszczędzania w postaci obligacji.  Jeżeli byłyby to atrakcyjnie oprocentowane obligacje z oczywistą gwarancją skarbu państwa, to czemu nie. Niestety żadne szczegóły nie padły.

Powtórzmy więc: nikt Polakom pieniędzy nie zabiera, ale i nikt nie podaje szczegółów całej operacji w jakiej nasze oszczędności mogą odgrywać kluczową rolę.

Ale pytań  i wątpliwości jest ogromne mnóstwo. Bo nie tylko sama operacja, jej zasady oraz skala (mowa o Tarczy), budzą wątpliwości. P.Borys ma niestety mocno nadwątloną reputację i wiarygodność.

Pytanie i wątpliwości. O jakich obligacjach mówimy? Jak będzie wyglądała gwarancja wykupu ? Jak będzie skonstruowany wehikuł finansowy, który zrekompensuje bankom ubytek depozytów? Chodzi m.in. o rolę NBP i osadzenie całej operacji w kontekście finansów publicznych. Skoro znaczna część środków pomocowych sfinansowana obligacjami może być umorzona, to jak sfinansowany będzie wykup obligacji? Pytania można mnożyć i uszczegóławiać.

Szef PFR, jak wyżej wspomniałem, roztrwonił swoją wiarygodność, co potęguje obawy. P.Borys jak może wspiera fanfaronadę rządu m.in. w obszarze Tarczy. Pieniędzy jeszcze nie zebrał, programu nie uruchomił, ale już ogłasza z mediach, że w relacji do PKB to jeden z największych programów wśród krajów dotkniętych wirusem. Szef PFR brał udział w medialnej manipulacji dotyczącej uzasadnieniem zmiany OFE na IKE. Itd. Trudno się więc dziwić, że wyrażone zainteresowanie naszymi oszczędnościami wzbudziło poruszenia i obawy wśród komentatorów i ekonomistów.

Konstrukcja i skala drugiej części Tarczy wskazują, że rząd będzie znowu kombinował w finansach publicznych. W tym wehikule planowany jest udział NBP, co też wzbudza spore kontrowersje. Trzeba będzie szukać kompromisu między oczywistymi potrzebami (skutki kryzysu), a skłonnością rządu do finansowego rozmachu i manipulacji finansami publicznymi.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

NBP ustanowił finansowy pas transmisyjny dla rządu. Finansowanie długu publicznego.

NBP wdrożył swój pakiet antykryzysowych instrumentów. W zestawie działań i instrumentów jest, co by tu nie mówić, finansowanie długu publicznego. Formalnie zabrania tego konstytucja. Jednak brzmienie zapisu w konstytucji (Art. 220.2.) jest nieco nieprecyzyjne. Zdania wśród komentatorów są podzielone. Formalnie konstytucja jednoznacznie zakazuje zaciągania zobowiązań (dług publiczny) w banku centralnym. Mówiąc prościej i na czytelnym przykładzie: NBP nie może od państwa bezpośrednio kupować obligacji itp. Zakaz ma na celu m.in. uniemożliwienie (czy raczej utrudnienie) poszczególnym rządom prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej, szczególnie w obszarze finansów publicznych i angażowaniu do tego NBP.

Pytanie jednak jak interpretujemy konstytucyjny zapis. Dosłownie, czy też wyciągamy logiczny, jak się zdaje wniosek, że NBP nie finansuje długu, czyli również nie skupuje go od banków.  A może autorzy konstytucji świadomie pozostawili pewną interpretacyjną furtkę na sytuacje wyjątkowe?  Spór o skupowanie długu nie dotyczy tylko zapisu w konstytucji. Wśród niemałej części makroekonomistów jest dość silne przekonanie (świadomość), że incydentalnie państwo doświadcza tak silnych i niebezpiecznych kryzysów, że pożądane są niekonwencjonalne kroki banku centralnego. Osobiście jestem w stanie się z tym zgodzić. Zawsze jednak ludzie będą się spierać, co jest sytuacja kryzysową, a co nie. Dla porządku podam, że obecne wątpliwości i oczekiwania co do działań NBP nie pojawiają się po raz pierwszy w Polsce. Ponadto papiery skarbowe mogą (i już niejednokrotnie były) wykorzystywane  w operacjach otwartego rynku.

Skąd więc wątpliwości dotyczące obecnych działań NBP?

Na chwilę obecną jesteśmy, wg doniesień mediów, już po trzech operacjach skupu na łączną kwotę 19 mld zł. Widać więc, że NBP gruszek w popiele nie zasypuje. Nowością jest, że MF podało iż BGK dostał możliwość zakupu obligacji skarbu państwa poza przetargami. Z sekwencji działań i zakupionych przez BGK (a od BGK przez NBP) papierów wynika, że MF stworzyło sobie swego rodzaju pas transmisyjny do finansowania długu. NBP formalnie nie kupuje obligacji bezpośrednio od emitenta, ale skupuje je od banków i budowana jest ścieżka skupu bezpośrednio za pośrednictwem BGK, co sugeruje obejście zakazu skupu na zasadach przetargu. Do tej palety działań, NBP ubiega się o uczestnictwo w operowania na rynku BondSpot (m.in. platforma handlu papierami skarbowymi). Trzeba przyznać, że NBP błyskawicznie przyszedł w sukurs rządowi. Szybkość działania i skala wydają się być większe od obecnie potrzebnych i budzą niepokojące pytania, czy aby NBP nie zachowuje się jak agenda podległa premierowi i MF.

Obawy o rolę jaką postanowił przyjąć NBP nie są bezzasadne.  Nie chodzi już nawet o to, że obecny szef NBP przed laty należał do ścisłego grona polityków zgromadzonych wokół braci Kaczyńskich i ich inicjatyw politycznych. A.Glapiński unikał krytyki polityki socjalnej obecnej koalicji rządzącej, zdając sobie zapewne sprawę, że konstrukcja rozsypie się jak domek z kart przy spowolnieniu gospodarczym lub jakimkolwiek kryzysie. Mało tego. Szef NBP pozwalał sobie na pochwały i zachwyty na polityką koalicji prawicowej. Chwały A.Glapińskiemu nie przydaje lekceważenie inflacji. Wątpliwości i konsternację budzi niedawna opinia, że aktywne działania NBP na rynku długu mają przyczynić się do podtrzymania jego relatywnie niskiego kosztu, by pomóc rządowi w walce z kryzysem. Tak więc NBP będzie próbował (skuteczność jest wielce wątpliwa) utrzymać niski koszt długu, by rząd mógł realizować wypłatę 13-tej emerytury i rozbuchanego programu 500+ ? Przecież to nonsens. Niestety nie usłyszeliśmy by apelował do rządu o ograniczenie rozrzutnej politycy socjalnej na rzecz ratowania gospodarki i miejsc pracy.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że opinia publiczna będzie miała pełny podgląd na działania NBP, a prezes NBP i RPP będą prowadzić odpowiedzialną politykę.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Do walki z ekonomicznymi skutkami wirusa mogliśmy startować z lepszej pozycji.

Wirus COVID-19 (dalej: wirus) odciśnie na nas swoje, nie tylko medyczne, piętno. Skutki odczuje gospodarka. W takich przypadkach, oprócz prognoz dotyczących gospodarki, ważne jest też to, jak jesteśmy przygotowani na skutki wirusa. Jaki jest nasz punkt startowy? To ważne pytanie, bo m.in. od tego zależy skala amortyzowania szoków w gospodarce za pomocą nadwyżki/deficytu finansów publicznych. I niestety, z przykrością trzeba powiedzieć, że nasz punkt startowy mógł i powinien był być lepszy. Wirus i jego skutki są dla nas niespodzianką. Zgoda. Ale wirus pojawił się dokładnie w momencie spowolnienia gospodarczego, a to że po okresie prosperity w gospodarce przychodzi okres gorszy, zaskoczeniem już nie jest. Szereg ekonomistów w Polsce zwracało uwagę przez ostatnie lata, że rozdawnictwo socjalne i kupowanie wyborczych głosów, odbywa się kosztem finansów publicznych. Stało się. Nie dość, że tempo wzrostu PKB zaczęło słabnąć, to jeszcze przyplątał nam się wirus z jego ekonomicznymi konsekwencjami.

Odpowiedzialne kraje UE potrafiły wygospodarować w ostatnich latach nadwyżkę w finansach publicznych. Wg danych za 2018 r. na 31 krajów (głównie kraje UE), których dane można podejrzeć w bazach danych Eurostatu, 17 miało nadwyżkę. Pozostałe odnotowały wynik ujemny. W tym Polska z -0,2%. Generalnie można przyjąć, że Polska w 2018 r. była gdzieś pośrodku. Jak było w przypadku krajów z nadwyżką? Przy określaniu średniej, nie brałem pod uwagę Luksemburga i Norwegii, które zawyżałyby ją. Średnia wyszła na poziomie nadwyżki 1% w relacji do PKB. Możemy dla uproszczenia przyjąć, że 2019 nie wprowadzi w generalnej ocenie poważniejszych zmian, ani co do średniej, ani co do pozycji Polski. Wg danych ministerstwa finansów za trzy kwartały 2019 r. roczny kroczący wynik wynosi praktycznie 0% PKB, czyli nie mamy nadwyżki w finansach publicznych, ani deficytu. Trudno to uznać za sukces i odpowiedzialną politykę gospodarczą.

Patrząc na wynik 17 państw, które miały plus i naszą lekkomyślną politykę rozdawnictwa socjalnego, osiągnięcie nadwyżki 1% w Polsce w zasadzie było pestką dla rządzących. A jednak zlekceważyli temat, co zemści się teraz podwójnie.

1% do wartości PKB za 2019 r., to niemal 23 mld zł. Koszt 500+ i tzw. 13-tej emerytury, to kwota rzędu 40 mld zł. Jak widać, nie było żadnego problemu z wypracowaniem nadwyżki rzędu 23 mld zł.  Niestety ważniejsza była polityka i kupowanie wyborczych głosów.

Polityka amortyzowania szoków ekonomicznych poprzez akceptację wzrostu deficytu finansów publicznych nie jest błędem i ma uzasadnienie, o ile nie prowadzi do ‘dużych’ kilku procent deficytu, a politycy mają świadomość i wolę wydobycia finansów publicznych z deficytu. Bo deficyt, co warto stale przypominać, oznacza wzrostu długu publicznego.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 6 komentarzy

Inflacja wg A.Dudy.

Muszę ze zdziwieniem spostrzec, że prezydent A.Duda (PAD) jest zaskakująco nieporadny, gdy na spotkaniach z obywatelami pada pytanie o doskwierający wzrost cen. Mówiąc bardziej ekonomicznie, ludziom zaczyna doskwierać wzrost inflacji, więc okazują zaniepokojenie. Tłumaczenie PADa na ogół są bardzo podobne i można by je sprowadzić do zdania, które brzmiało mniej więcej tak: że to skutek skomplikowanych mechanizmów ekonomicznych. Nowością jest uzupełnianie odpowiedzi o informację, że ceny rosną, ale tylko przejściowo. Dość zabawnie już brzmi wplatanie wątku z konsekwencjami coronawirusa.

Z polityczne punktu widzenia PAD może mówić o dużym pechu, bo jako że jego osoba jest łączona z rządzącą koalicją prawicową, to odpowiedzialność za gospodarkę spada również na niego. Polityczni rywale w wyścigu do fotela prezydenckiego nie mają tego obciążenia. Dodatkowo, trzeba przyznać, że szereg aktów prawnych pośrednio lub bezpośrednio przekładających się na inflację, przechodziło przez biurko PADa. W tym, dodatkowo podnoszona na ostatnią chwilę, akcyza na napoje alkoholowe i papierosy.

Wydawałoby się, że sztab wyborczy i urzędnicy kancelarii, powinni byli prezydenta do wytłumaczenia rosnącej inflacji przygotować. Można założyć, że w istotnej części wzrost inflacji jest procesem mocno niezależnym od działań rządu. Zmiany cen paliw czy żywności, w dużym stopniu są uzależnione od czynników niezależnych i mają charakter międzynarodowy. Być może jednak, PAD jest świadomy, że próba dłuższego skupienia się na wyjaśnianiu meandrów inflacji mogłaby być politycznie niebezpieczna dla niego. Dlaczego?

Rząd i PAD przyjęli program rekompensaty wzrostu ceny energii elektrycznej. Wyborcy mogą więc zapytać, dlaczego podobnymi programami nie chronimy obywateli przez niekorzystnymi zmianami cen paliw czy żywności. Wtedy mogłoby nieopatrznie wyjść na jak, że rząd nie zmienia większości progów związanych z pomocą społeczną.

Polityka społeczna rządu polegająca na pompowaniu pieniędzy do gospodarstw domowych (500+, 300+, 13-tka emerytalna itd.), z nasileniem w 2019, musiała zaowocować skokiem cen. Zupełnie niepotrzebnie, już tylko z powodów politycznych, wspomniane świadczenia są poza zasięgiem komorników,  oraz na ogół nie są brane pod uwagę przy określaniu korzystaniu z zasiłków. Część tych pieniędzy mogła iść na spłatę zadłużenia lokali komunalnych zamiast na konsumpcję itd. Tymczasem decydenci zachowywali się tak jakby na siłę chcieli uszczęśliwić obywateli konsumpcją.

Cała zresztą polityka rządu odnosząca się do finansów publicznych robi wrażenie średnioterminowego skupiania się na  kreowaniu popytu i udowadniania obywatelom, że żyją w czasach makroekonomicznego przełomu.

Zmiana w obszarze kosztów odbioru i przetwarzania odpadów, ponadprzeciętne podniesienie płacy minimalnej czy wspomniana akcyza na alkohol i papierosy również robią swoje. Wszystkie te zmiany skupiły się w relatywnie krótkim okresie i wszystkie te zmiany akceptował PAD.

Wiele wątpliwości budzi działanie RPP, z szefem NBP na czele. Prezes NBP w ostatnich latach nie starał się nawet specjalnie ukrywać pozytywnego stosunku do polityki ekonomicznej obecnej koalicji. Za większy grzech A.Glapińskiego (i większości członków RPP) uważam jednak lekceważące odnoszenie się do ryzyka wzrostu inflacji.

Zapewne też PAD powinien odważnie poinformować obywateli na politycznych spotkaniach, że koniec okresu wysokiego wzrostu gospodarczego po prostu zawsze wiąże się z ryzykiem wzrostu cen. Oczywiście do tego doszły świadome decyzje rządu, z których część wymieniłem powyżej.

Jak widać więc mechanizmy wywołujące wzrost inflacji wcale nie muszą być takie skomplikowane. Warto ludziom odważnie powiedzieć, że spadek bezrobocia, dynamiczny wzrost wynagrodzeń i świadczeń, miewają i przykre konsekwencje w postaci inflacji. Nie na co tej wiedzy ukrywać przez obywatelami.a

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

PKB jest tym czym jest i niczym innym być nie może.

Jest jakaś moda na krytykowanie PKB za to czym nie jest i być nie może. Głównie w kręgach lewicowych. Wśród zarzutów jest i taki, że wzrost PKB nie oznacza, że wszystkim jest lepiej. Lepiej w rozumieniu wynagrodzenia, jakości życia itp. Zarzut ma być reakcją na to, jakoby ekonomiści broniący wolnego rynku, twierdzili że PKB można traktować jako rzetelny miernik szczęścia obywateli. I tu jest podstawowy problem, bo jak długo interesuję się makroekonomią i sporami w tym obszarze, to nie trafiłem na twierdzenie sympatyka kapitalizmy czy (żeby brzmiało bardziej krwawo) liberalizmu, by PKB był precyzyjnym miernikiem szczęścia w danym kraju i jego rozkładu w społeczeństwa. Problem jest więc po stronie krytyków, którzy krytykują własne imaginacje.

Przypomnijmy więc, Produkt Krajowy Brutto to – w uproszczeniu – suma wytworzonych dóbr i usług. Jeżeli akcja dzieje się w kraju, w którym jest demokracja i wolny rynek, to wraz z realnym wzrostem PKB, poprawia się jakość i poziom życia co najmniej dominującej części obywateli. Można to zaobserwować analizując np. okres najnowszej historii Polski (po ’89 r.) lub przejściowe okresy dynamicznego wzrostu PKB, czyli np. lata 2015/16-2019 r. , jeżeli komuś nie chce się studiować długiego ciągu liczb.

PKB to tylko liczba. Dla ekonomistów PKB to wartość liczona już w bilionach złotych. Większość obywateli natomiast, kojarzy PKB jako tempo wzrostu rok do roku. Bywa, że w celu mierzenia poprawy poziomu życia, nominalne PKB dzieli się przez liczbą obywateli i porównuje z okresami wcześniejszymi. Oczywiście jest to uproszczenie i żaden ekonomista nie powie, że wzrost PKB per capita  (jeżeli oczywiście nastąpił) oznacza, że dokładnie o taką wartość poprawił się poziom życia i jego jakość każdego obywatela.

Dlaczego więc ekonomiści kojarzą wzrost PKB z poprawą życia? Ponieważ przy wzroście PKB poprawia się poziom zatrudnienia, rośnie siła nabywcza wynagrodzeń, państwo ma więcej pieniędzy na redystrybucję, czyli na zapewnienie podstawowych usług publicznych i działalność socjalną. Mniej czy bardziej i w zróżnicowanej formie, ze wzrostu PKB korzystają niemal wszyscy obywatele lub przynajmniej dostają taką szansę (np. każdy sam decyduje w jakim stopniu wykorzysta dostęp do edukacji).

Krytykom miary PKB per capita, proponuję nałożyć – szczególnie w okresach dynamicznego wzrostu – na zmiany PKB zmiany wynagrodzeń (bynajmniej nie tylko średniego), zatrudnienia, dostępu do dóbr publicznych, rynkowych, wyposażenia gospodarstw domowych, wyjazdów zagranicznych itd. Zależności jest ewidentna i – czy się to komuś podoba czy nie – występuje. Stąd wzięło się uproszczone utożsamianie PKB z jakością i poziomem życia, ale przy świadomości że taka miara jest potężnym uproszczeniem. Dla naukowców badających jakość życia w ujęciu materialnym, duchowym/psychicznym, zdrowotnym, poczucia bezpieczeństwa, dostępu do edukacji, kultury itd. jest to wskaźnik bezużyteczny. I nie jest to żadne odkrycie. Po prostu PKB podzielone przez liczbę obywateli, jest tylko PKB podzielonym przez liczbę obywateli. I tyle.

Na ogół to samo grono krytyków wskazuje, że należy opracować rzetelny syntetyczny wskaźnik jakości życia. I od razu możemy sobie powiedzieć, że jeżeli taki wskaźnik powstanie, to i tak nie będzie przez wszystkich akceptowany i na pewno będzie powszechnie krytykowany. Bo jak w jednej liczbie zawrzeć informację o edukacji, dostępie do sądów, kultury, poziomie zdrowia. Można dodać, jak ktoś chce, liczbę wizyt w kinie do długość oczekiwania w kolejce do kardiologa i podzielić to przez przeciętną długość życia. Tylko co to da i czy taka wartość pozwoli nam porównywać obecny poziom życia z tym sprzed 15 lat i czy pozwoli nam porównać jakość i poziom życia Polaków z Portugalczykami lub Duńczykami?

Wbrew zarzutom pod adresem ekonomistów ‘głównego nurtu’, nikt nie wmawia, że wskaźnik PKB per capita odpowiada jakości życia m.in. Polaków. Szereg instytucji, w tym GUS, dostarcza mnóstwo danych odnoszących się do rozkładu bogactwa i do jakości życia. Nie są one objęte żadną tajemnicą i często są podawane i komentowane w mediach. Mnie nurtuje inne pytanie: czy zamiast kreowania sztucznego problemu, zwolennicy szukania idealnego wskaźnika nie powinni po prostu czegoś zaproponować.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Bail-in. Pierwszy taki w Polsce.

Kilka dni temu Podkarpacki Bank Spółdzielczy (PBS) został poddany przymusowej restrukturyzacji ze względu na zagrożenie upadłością. W zależności od przyjętej metody i roku rankingu, PBS to największy lub drugi w kolejności bank spółdzielczy w Polsce. Mniejsza o kwoty strat, wartości naruszonych wskaźników bezpieczeństwa i techniczno-finansowe terminy związane z restrukturyzacją PBS. Chciałem zwrócić uwagę na typ zastosowanej operacji ratunkowej i niezrozumienie w opinii publicznej jakie towarzyszy tej operacji.

W dużym uproszczeniu, Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG) zastosował po raz pierwszy w Polsce operację ratunkową popularnie zwaną bail-in. Po kryzysie sprzed ponad dziesięciu lat, w Europie na różne sposoby ratowano banki komercyjne by zapobiec pogłębieniu się kryzysu i rozlaniu na inne sektory gospodarki. Opinia publiczna w niemal każdym kraju, w którym podejmowano próby ratowania banków, krytycznie podchodziła do tego typu inicjatyw. Cóż, bankierzy z różnych (niekoniecznie uzasadnionych) powodów, nie są specjalnie lubiani. Ludziom niestety trudno wytłumaczyć, że katastrofa w sektorze bankowym niemal nigdy nie kończy się na nim samym. Warto też nadmienić, że państwa wspierają na różne sposoby szereg innych sektorów i grup zawodowych czy społecznych, również niekoniecznie słusznie. To jednak nie wzbudza takiego oburzenia jak wsparcie sektora bankowego.

Akcje ratunkowe sprzed lat wymusiły postawienie pytania, czy aby zasady ratowania banków nie są zbyt łagodne dla m.in. największych deponentów. Doskonałym przykładem był kryzys sektora bankowego Malty sprzed kilku lat. Okazało się, że banki przeżywające kłopoty służą m.in. jako miejsce na przechowywanie ogromnych sum przez rosyjskich oligarchów. Efekt był taki, że banki przeładowane kasę, traciły na różnych inwestycjach i lokatach, a rzesze obywateli Malty lub UE musiały się zrzucać na ratowanie m.in. maltańskich banków. Kłopoty Malty i innych krajów skłoniły władze UE, by wprowadzić regulacje zmierzające do obciążenia odpowiedzialnością nie tylko akcjonariuszy, ale i największych deponentów. Duzi deponenci, w odróżnieniu od drobnych ciułaczy, mają wiedzę i możliwość pozyskania informacji o kondycji danego banku i sytuacji gospodarczej kraju siedziby banku. Wobec tego powinni ponosić przynajmniej ograniczoną odpowiedzialności za swoje decyzje. I krótkie określenie bail-in, zawiera w sobie taką m.in. ideę.

W chwili wprowadzenia bail-in do polskiego prawodawstwa spekulacjom i podejrzeniom nie było końca wśród obywateli. Nie wiedzieć czemu, na forach sądzono, że to cichaczem wprowadzana zmiana na korzyść bankierów. Nic z tych rzeczy i wręcz przeciwnie. Chodzi o to, by obciążać w mniejszym stopniu obywateli (czy raczej innych instytucji finansowych i ewentualnie finansów państwa) kosztem ratowania deponentów upadającego banku. Skromni deponenci (do wartości 100 tys. eur) mają środki gwarantowane, a pozostali (duzi!) częściowo zostają obciążeni kosztami restrukturyzacji. To chyba słuszna idea, prawda?

W ramach bail-in, BFG przejął niemal cały PBS i przejściowo utworzył nowy bank pod patronatem (świadomie unikam finansowej nomenklatury) BFG. Docelowo, najdalej po dwóch latach, nowy bank powinien znaleźć nabywcę-instytucję, która przejmie dawny PBS i dokończy uzdrawianie jego finansów. Operacje przejęcia (ta, nietypowa bo przy pośrednictwie BFG) i ratowania upadających banków są tańsze niż odpuszczenie do upadłości i wypłaty środków gwarantowanych z BFG itd.

Pech i przewrotne zrządzenie losu spowodowały, że pierwszym ‘pacjentem’ w ramach bail-in jest nie bank komercyjny, a bank spółdzielczy gdzie jednymi z największych depozytariuszy były m.in. jednostki samorządowe. Te, wg doniesień medialnych, straciły ponad 40% zdeponowanych środków. To tylko powiększyło skalę niezrozumienia wśród obywateli. Niestety, to już konsekwencja siły teorii spiskowych jakie są wyznawane wśród obywateli.

A dlaczego zapewne niezbyt bogate gminy mają płacić za błędy lokalnych bankierów? To odpowiem kontr-pytaniem: a dlaczego nie? Dlaczego mieliby płacić inni obywatele lub instytucje? Nie widzę powodów, dla których idea częściowego obciążania finansową odpowiedzialnością miałaby  dotyczyć tylko podmioty sektora niepublicznego. Dlaczego mielibyśmy zdejmować z jednostek samorządowych odpowiedzialność za podejmowane decyzje? Być może to właśnie przychylne patrzenie samorządowców na lokalne spółdzielcze banki uśpiło ich czujność w czasie gdy lokalnie bankierzy naruszali zasady zarządzania ryzykiem? A może samorządowcy połaszczyli się na niskie koszty obsługi bankowej? Tylko czy, jeżeli taki był powód, zastanawiali się dlaczego lokalny bank kusi ich wyższymi odsetkami i/lub niższymi prowizjami?

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Porównywanie cen w sklepach sieci Lidl w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Konsumencki populizm.

Od czasu do czasu w mediach przelatuje temat różnicy cen, a raczej jej rzekomego braku, między Polską a innym krajem Europy Zachodniej, w którym dana sieciówka ma swoje sklepy. Tym razem oberwało się Lidlowi. Jeden z naszych rodaków zrobił zakupy w sklepie sieci Lidl w Wielkiej Brytanii i w Polsce. Wg Pana Damiana, który dokonał porównania, ceny praktycznie są niemal identyczne. Wyszło wręcz, że grupa wyselekcjonowanych towarów okazała się marginalnie tańsza niż w Polsce. (więcej wiadomości o akcji Pana Damiana w załączonym na końcu linku).

Tego typu akcje odbijają się szerokim echem w mediach społecznościowych. Oczywiście w opiniach pod tego typu rewelacjami, rodacy wyrażają oburzenie, poczucie bycie wyzyskiwanymi i inne traumatyczne emocje. Pozwalam sobie na nutkę kpin, bo eksperyment Pana Damiana, jest po prostu populistyczny i z rzetelną analizą ma niewiele wspólnego.

Od czasu do czasu wczytuję się w tego typu rewelacje i większość z nich jest w pewnym stopniu spreparowana. Autorzy rewelacji odpowiednio dobierają ‘próbkę badawczą’ lub sprytnie formułują przekaz by zyskać aplauz czytelników. Nic tak nie nakręca popularności jak wzbudzenie negatywnych emocji u rodaków. ‘Rewelacje’ Pana Damiana nie odbiegają daleko od tego schematu.

Celem Pana Damiana było wskazanie, że sieć Lidl podejmuje niemoralne praktyki rynkowe w sklepach zlokalizowanych w Polsce. Grzechem ma być sprzedaż wyrobów spożywczych za te same ceny w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Ni mniej ni więcej, Polacy są wyzyskiwani przez Lidla. Czy na pewno i, ewentualnie, co z tego? Dlaczego miałoby to mnie razić i niepokoić?

Pan Damian wybrał zestaw produktów spożywczych (patrz: załączony link), raczej mało reprezentatywnych nawet jak na tą grupę towarów. Podejrzewam, że spaghetti dla niemowląt jest tak samo popularne w Polsce jak mleko kokosowe J . No ale obydwa te produktu mają tą zaletę, że nadają się pod kreowaną tezę.

Niestety oprócz ogólnej nazwy i gramatury, nie znamy składu i producenta. Nie możemy ocenić wpływu podatków (głównie VAT), a to dość istotny czynnik, bo poszczególne kraje istotnie różnią się opodatkowaniem żywności. Warto pamiętać, że podatek VAT w Polsce ma wyjątkowo duże znaczenie dla budżetu i pod względem struktury wpływów podatkowych istotnie się od Wielkiej Brytanii różnimy. Eksperyment Pana Damiana polegał na porównaniu siedemnastu wyselekcjonowanych produktów. Nic nie wiemy o cenach setek pozostałych w Lidlu w Polsce i Wielkiej Brytanii. Nie zobaczyliśmy na przykład porównania całej oferty makaronów lub czekolad. A szkoda, bo w moim lokalnym Lidlu jest ich dość przyzwoity wybór. Itd. itd.

A co jeżeli Lidl praktykuje wyzysk Polaków (klientów)? Nic, bo każdy podmiot ma prawo (poza określonymi ustawowo produktami i usługami) do własnej polityki cenowej i  nie widzę w tym żadnej sensacji. Resztę załatwia konkurencja, a ta w handlu spożywczym jest ogromna. Jeżeli więc rzekome rewelacje dot. polityki cenowej Lidla kogoś zabolały, to proponuję zrezygnować z zakupów w sklepach tej sieci i wybrać inną.

https://www.polishexpress.co.uk/zakupy-w-polskim-lidlu-kontra-zakupy-w-brytyjskim-lidu-gdzie-jest-drozej

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz