Dochód gwarantowany w przekazie medialnym.

Temat dochodu gwarantowanego powoli coraz częściej pojawia się w medialnych przekazach.  Kryzys z 2008 r. i obecny wywołany pandemią, zachęcają ludzi do szukania ekonomicznych alternatyw dla gospodarki wolnorynkowej lub sposobów na czynienie jej społecznie bardziej przyjazną. Jednym z lekarstw na ekonomiczne bolączki współczesnego świata ma być dochód gwarantowany (DG), czasami zwany bezwarunkowym dochodem gwarantowanym, dochodem podstawowym itp. Idea DG w  świecie funkcjonuje od dawna, ale w Polsce zdaje się częściej pojawiać w mediach dopiero od kilku lat.

Nie jest moim celem w tym wpisie pełna analiza DG od strony idei czy założeń, ani doświadczeń jakie poczyniono w tym zakresie na świecie. Intryguje mnie przekaz stosowany do prezentacji DG, który niestety sporo mówi o tym pomyśle. Pchnęła mnie do spisania kilku refleksji lektura kolejnego doniesienia o DG zamieszczona w bankier.pl. Tym razem pomysł DG ma być testowany w Kanadzie. Tytuł artykułu jest tu bez znaczenia, bo zawiera on większość mankamentów medialnych informacji o DG. W mediach, obok lepszej lub gorszej jakości artykułów, można też trafić na bezpośredni przekaz zwolenników i sympatyków GD (np. audycje radiowe).  

To co uderza w przekazie medialnym dotyczącym DG to skupianie się na ideologii. Dla mnie, w odbiorze, jest to trochę męczące i trąci manipulacją odbiorców treści. Zwolennicy DG podkreślają, iż jego głównym celem jest odejście od stanu nierównowagi pracodawca – pracobiorca. DG ma być przyznany każdemu niezależnie od tego czy ma pracę czy nie. Dzięki temu, obywatel ma środki na przeżycie na bezpiecznym poziomie bez upokarzającego ubiegania się o pracę. Tymczasem z góry wiemy, że gospodarka/państwo, żeby funkcjonować musi zapełnić miejsca pracy w policji, bankach, zakładach pogrzebowych, opiece społecznej, na taśmach produkcyjnych itd. Wśród wymienionych miejsc są i te, które musi zapełnić poprzez – przykro mi i przepraszam – przymus ekonomiczny, ponieważ nie cieszą się zainteresowaniem. Średnio trafia do mnie argument, że DG wymusi wyższe wynagrodzenia na prywatnych przedsiębiorcach. Podobny efekt można uzyskać wynagrodzeniem minimalnym. Ponadto, państwo w niektórych obszarach też kiepsko płaci, więc rywalizowałby tu samo ze sobą. Nie ukrywajmy też, że to właśnie społeczeństwo w dużym stopniu przyczynia się do określenia poziomu wynagrodzeń w gospodarce (własne mikroekonomiczne decyzje, wybory polityczne, przekonania gospodarcze itd.).

Nie trafia do mnie argument, że DG pozwoli na poświęcenie się temu co lubimy. W jednej z audycji radiowych, puszczano rozmowę z mieszkańcem jednego z państw skandynawskich, który twierdził, że dzięki DG częściowo poświęci się pracy dziennikarskiej, bo nie może znaleźć godziwie płatnej pracy w tym fachu. No i że on to lubi i tyle. Sądzę, że skoro nie może znaleźć w tym fachu zatrudnienia, to chyba musi się z tym pogodzić i szukać pracy (kwalifikacji), która zapewnią mu byt. Pisanie zaś tekstów może potraktować jako hobby.

Często zwolennicy DG argumentują, że przeciwnikami DG i krytykami pomysłów z tęgo kręgu są zwolennicy gospodarki wolnorynkowej zamknięci w swoich schematach i ludzie charakteryzujący się małą otwartością na zmiany i nowe idee. Ja w takim razie mógłbym odwrócić zarzut i stwierdzić, że sympatycy DG charakteryzują się lekceważeniem ekonomicznych realiów i fantazjowaniem opartym na przemilczeniach i manipulacjach. Osobiście jestem sobie w stanie wyobrazić, że ludzie za dziesiątki lub setki lat będą żyli w szałasach i odrzucą dorobek medycy, oddając się w ręce wyroków matki natury. A może będziemy żyć w komunach, odrzucając zbytek i bogactwo. Formalnie tego nie wykluczam, ale jakoś nie widzę by do tego zmierzało.

Jednym z najsłabszych elementów teoretyków DG jest finansowanie. No niemal konia z rzędem temu, kto w przekazach medialnych znajdzie w miarę dokładne określenie zasad i – przede wszystkim – źródeł finansowanie DG dla wszystkich obywateli. To kluczowy problem, który ….jest na ogół zbywany milczeniem lub ogólnikami. Tak jakby sympatycy DG zdawali sobie sprawę z tego, że pomysł jest nierealny.

Trzeba z dużą dozą ostrożności i krytycyzmu podchodzić do realizowanych pomysłów, czy raczej testowania DG. Sympatycy DG ogłaszają co jakiś czas realizację projektów w takiej czy innej części świata, ale gdy projekt się zakończy i nie ma kontynuacji (a tak jest za każdym razem w państwach rozwiniętych), zapada milczenie. Ale bywa i tak, że zwolennicy DG twierdzą, że projekt zakończył się sukcesem, ale pozbawienie wizji decydenci go zamknęli, zakończyli zamiast poprawić błędy i testować po raz kolejny. Trochę przypomina to opinie sprzed lat w stylu: socjalizm był dobry, tylko ludzie go nie rozumieli.

Polecam samodzielnie analizować kwoty DG przyznawane w poszczególnych projektach i przeprowadzać analizę danych. Szybko się okazuje, że w dominującej części projektów przyznawane kwoty są zbliżone do progów pomocy społecznej itp. I w rzeczywistości szumnie ogłaszane eksperymenty z DG są tak naprawdę testowaniem systemu pomocy społecznej (zapewnieniem minimum niezbędnego do przetrwania) bez armii urzędników i decydentów. Tylko, że w takim przypadku testuje coś zupełnie innego i wobec tego nazywajmy rzeczy po imieniu.

W przekazie sympatyków DG jest mnóstwo niedopowiedzeń, ideologii i więcej niż szczypta manipulacji. Rozumiem, że wolny rynek z jego alokacją zasobów i presją na człowieka, by dostosowywał się do zmian nas uwiera i nie chcemy się z tym pogodzić. Wątpię jednak, by DG był tu ratunkiem.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

PKB z III kw. Dane pozornie dobre.

Dane PKB za III kw kwartał zdają się napawać optymizmem. Faktycznie, generalnie możemy określić je jako dobre.  Przy czym ocena oparta jest głównie na porównaniu z tym czego się obawialiśmy niż z tym co jest i co nas prawdopodobnie czeka. Po trzech kwartałach gospodarka odnotowała realny spadek o ponad 2,5%  w porównaniu z 2019. W samym zaś tylko III kw  spadek wyniósł  1,5%.

Pomógł nam odłożony popyt krajowy i zagraniczny. Ta informacja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo była sygnalizowane danymi o sprzedaży detalicznej. Warto jednak zauważyć, że analiza rocznej struktury zmian PKB pokazuje słabnięcie popytu gospodarstw domowych. Podobną sugestię daje też m.in. trend zmian w realnym wzroście wynagrodzeń.

Rzadko omawiane zmiany w pozycji „przyrost rzeczowych środków obrotowych”  doskonale pokazują poziom nastrojów w gospodarce. Przedsiębiorstwa obok inwestycji – o czym dalej – wstrzymują nakłady na środki obrotowe potrzebne w produkcji. Tak gwałtowna reakcja jak teraz obserwowana było (co nie dziwne) w okresach kryzysowych i obaw o stan gospodarki w najbliższym okresie.

Drugi kwartał z rzędu mocno, bo o 9% r/r, kurczą się inwestycje. W II kw spadek wynosił niemal tyle samo, 10,7% r/r. Jak na sytuacje kryzysowe, w porównaniu z podobnymi sytuacjami z lata ubiegłych, nie jest to jeszcze spowolnienie, które mogłoby szokować. Nie zmienia to oczywiście faktu, że spadek w wspomnianej skali niepokoi i nie nastraja optymistycznie.

Czy przechodzimy kryzys łagodnie czy ostro? To kwestia przyjętej perspektywy. Jeszcze kilka miesięcy temu baliśmy się, że będzie gorzej. Pamiętajmy jednak, że przechodzimy praktycznie drugi lockdown i nie był on ujmowany w części prognoz. Pomogły ogromne kwoty wpompowanych w gospodarkę pieniędzy. Należy pamiętać, że programy pomocowe finansowe długiem, to nic innego jak przenoszenie popytu z przyszłych okresów na chwilę obecną. Oczywiście nie jest to pomysł zły. Przeciwnie. Sądzę jednak, że nieco przesadziliśmy.

Gospodarka w 2020 r. doświadczy ok. 3% spadku w porównaniu z 2019 r, co dla społeczeństwa i gospodarki jest i będzie pewnym wstrząsem. Prognozowane odbicie w roku przyszłym ma być w zasadzie wyrównaniem ‘dołka’ z roku bieżącego. Jednak i ten – prognozowany – rezultat uznałbym za korzystny, pod warunkiem, że się zrealizuje.

W ostatnich miesiącach część komentarzy do publikowanych danych makroekonomicznych mogła wywołać wrażenie, że kryzys tylko się o nas otarł. Przestrzegałbym przed  uleganiem takiemu wrażeniu. Nawet komentatorzy mediów dalekich od sympatii do obecnej koalicji rządzącej, zdają się ulegać optymistycznym przekazom premiera Morawieckiego. Należy pamiętać, że podstawowa comiesięczna porcja statystyk nie obejmuje małych firm, w tym handlowych i usługowych, a to one najgorzej doświadczają skutków kryzysu. Niekorzystne trendy i tak są widoczne w danych statystycznych. Jakoś tam mało mówi się ostatnio m.in. o bezrobociu, tymczasem oficjalne bezrobocie wzrosło o ok.20% w porównaniu z rokiem ubiegłym, czyli o blisko 180 tys. ludzi.

Kryzys, spadek i odbicie gospodarcze, raczej nie przyjmie litery V. Będzie to U i to takie mocno spłaszczone i rozciągnięte.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Partia Razem chce ustalić maksymalne marże.

Jakby to dziwnie nie brzmiało, czasami warto stanąć w obronie zasad wolnorynkowej konkurencji. W obronie przed kim? Otóż partia Razem przygotowała projekt ustawy wprowadzającej maksymalne marże dla pośredników w dostawie żywności. Wg Razem, duże zagraniczne (głównie) firmy obsługujące portale do składania zamówień opanowały rynek i narzucają polskim restauratorom ogromne – wg polityków Razem –  marże za składanie zamówień i/oraz dostawę posiłków do klienta. Ponieważ propozycja ustawy nie spotkała się z zainteresowaniem m.in. PO i PiS, to pod adresem tych partii posypały się złośliwości m.in. z ust A.Zandberga. Nie brakowało słów jak ‘wyzysk’, ‘międzynarodowe korporacje’, czy ‘serwilizm wobec ambasady USA’. Zapewne po to by podnieść temperaturę sporu. Byłoby lepiej, gdyby politycy partii Razem zaprezentowali merytoryczne argumenty.

Nikt nigdy nie twierdził, że wolny rynek załatwia wszystkie społeczne i gospodarcze problemy. Jako społeczeństwo wstępnie ustaliliśmy w jakich sektorach wolnego rynku nie będzie lub będzie on ograniczony. Takimi sektorami są m.in. energetyka, usługi zdrowotne i edukacja. W pozostałych sektorach warto utrzymywać zasady wolnego rynku, ponieważ jakoś tak się składa, że potrafi czynić cuda.  

Czy rynek zamówień i dostaw posiłków wymaga ustalenia maksymalnej marży, czyli interwencji państwa? Z przekazu polityków partii Razem tego się nie dowiemy. Próbowałem trafić na uzasadnienie, ale się nie udało. Na stronie partii Razem uzasadnienia nie znalazłem. W końcu zrezygnowałem z poszukiwań, bo nie będę tracił czasu. Skoro partii Razem nie zależy na łatwym udostępnieniu uzasadnienia, to nie ma co tracić czasu na jego poszukiwanie. Jako więc uzasadnienie pomysłu, pozostaje nam tylko emocjonalny przekaz partii Razem.

W internecie można znaleźć sporo ciekawych zestawień o rynku restauracyjnym, zamówień i dostaw. Raczej nie rysuje się z tego obraz grupy podmiotów, które stworzyły monopol i ciemiężą drobnych polskich restauratorów. Po drugie jak miałyby ciemiężyć? Trudno komuś nakazać korzystanie z takiego czy innego pośrednika. Moja rodzina na przykład większość zamówień realizuje bezpośrednio kontaktując się z restauracją. Opieramy się na własnych doświadczeniach z lokalnymi restauracjami, korzystamy z reklam i możliwości zamawiania on-line. Część firm ma w pakiecie dostawę, część odbiór u siebie. Jak słusznie też zauważył ktoś na jednym z forów pod artkułem o inicjatywie Razem, warto przemyśleć pomysł rozwinięcia usługi dowozu, skoro personel nie ma się czym zająć w dobie pandemii. Skoro pośrednicy pobierają zbyt dużą marżę, to warto stworzyć lokalny lub regionalny portal i zaoferować dostawę. Itd. Swoją drogą warto byłoby poznać , które firmy reprezentuje partia Razem. Poznać ich profil działalności itd. Może się okazać, że problem leży gdzie indziej.

Jeżeli jest potrzeba, można zbadać czy zachowane są warunki regulacji antymonopolowych. Nie trafiłem na wypowiedzi polityków Razem, w których analizowaliby problem od tej strony.

I na koniec drażliwy temat marży. Warto przypomnieć, że to właśnie marża przyczynia się do alokacji kapitału i zachęca do inicjatywy. Wiem, że tego typu uwagi stają się passe, ale na co dzień widzę, że wszyscy chętnie korzystają z dorobku prostego mechanizmu jakim jest wolna konkurencja. Warto więc pamiętać jaki mechanizm stoi za tym, że na ogół mamy ogromny wybór w produktach i usługach. Jeżeli więc, tak świetnie można zarobić na pośrednictwie, to dlaczego nikt z restauratorów się do tego nie garnie? Pomoc ze strony Razem nie musi się też skupiać na ograniczeniu marży, co jest banalnie lewicowe. A może firmy, które Razem reprezentuje, wymagają innej pomocy niż tylko ograniczanie konkurencji za pomocą marży.

Swoją drogą ciekaw jestem, czy jak już ograniczymy konkurencję, to Razem dopilnuje by cena za dostarczenie posiłku przez polskiego drobnego restauratora, również nie przekraczała progów przyzwoitości.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Minister Ziobro żartobliwie straszy przywróceniem ceł.

Pewne rzeczy i wypowiedzi powinno nazywać się po imieniu. Wypowiedź ministra Z.Ziobry, jest po prostu głupia i nieodpowiedzialna. Chodzi m.in. o słowa:  “Straty dla takich krajów jak Holandia czy Francja mogą wynikać w sytuacji, kiedy polski rynek byłby zamknięty dla tych państw i gdybyśmy wprowadzili cła. Rocznie bogate kraje UE wyprowadzają z Polski większe pieniądze niż te z dopłat”. (z wypowiedzi dla 300polityka.pl., za gazeta.pl). Manipulacyjne wypowiedzi polityków prawicowych odnoszące się do naszych relacji ekonomicznych z UE są zresztą wieloletnią tradycją, która ostatnio przybiera na sile.

No więc przypomnijmy kilka kwestii. Przywrócenia ceł w handlu wewnątrzunijnym oznacza wyjście z UE. Możemy się spierać, kto pierwszy będzie palił opony pod siedzibą ministra sprawiedliwości. Obstawiam, że rolnicy. Dla nich wejście do UE było darem niebios. Mamy nadwyżkę w wymianie handlowej tej grupy towarów. Rolnicy francuscy i niemieccy tylko czekają na realizację tego pomysłu.

Blisko 80% naszej wymiany handlowej realizujemy z krajami UE. Rolnicy i wiele innych sektorów gospodarki wypracowują nadwyżkę, która w ostatnich latach z nadmiarem pokrywa ujemne saldo wymiany w produktach chemicznych i surowcach. W tym ostatnim przypadku chodzi o import surowców jak ropa czy gaz. Chciałbym poznać wizję ministra Ziobry jak wyglądałby nasz bilans handlowy po wprowadzeniu w życie jego pomysłu.

O tym jak UE i zachodni kapitał rzekomo – przepraszam za wyrażenie – doi Polskę, na prawicy rozpowiadane są mity. Temat przepływu kapitału można próbować wyjaśnić za pomocą słupków danych lub na logikę. Spróbuję drugiej metody. Jeżeli minister Ziobro nie zamknął jak dotąd w więzieniu zachodnich kapitalistów, tzn. że nic na nich nie ma. Skoro można było próbować zatrzymać Polańskiego podczas jego wizyty w Polsce, to i można było podjąć próbą zatrzymania wizytujących swoje zakłady zagranicznych kapitalistów lub ich polskich reprezentantów. Skoro nic takiego się nie dzieje to znaczy, ze ci kapitaliści nie naruszają prawa lub, że minister Ziobro jest niekompetentny. Ponadto, skoro pobierają dywidendę, to pewnie musieli wcześniej zainwestować, prawda? Tzw. kapitał, jak każdy z nas, ma prawo czerpać korzyści na zasadach określonych polskim prawem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby politycy prawicowi przedstawili jakieś zestawienia dotyczące rzekomego wykorzystywania Polski przez zachodni kapitał. Ciekawie byłoby poznać poczynania naszego kapitału za granicą. W Polsce dostępne są statystki przepływu kapitału, ale politycy prawicowi ich nie eksponują lub wyciągają tylko fragmenty czyniąc je obiektem sprawnych manipulacji.

Jeżeli kapitaliści zachodni zachowują się niemoralnie, no to ktoś im na to pozwala i nic z tym nie robi również po 2015 roku. Może M.Morawiecki, gdy przy okazji kolejnej niemieckiej inwestycji w Polsce, w przemowie dziękczynnej skierowanej do przedstawicieli jednego z niemieckich koncernów motoryzacyjnych, omal się nie rozpłynął z wdzięczności.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Polityka podatkowa PiS.

Skoro tak chętnie niektóre środowiska mówią o radykalnej zmianie polityki gospodarczej w Polsce po 2015 r., to warto spojrzeć gdzie i w jakim stopniu zmiana ta dokonała się w sferze podatkowej. Eurostat właśnie udostępnił raport o wpływach podatkowych, skupiając się na ich pomiarze w relacji do PKB. Dla tych co chcą samodzielnie popracować z danymi, tradycyjnie polecam skorzystanie z olbrzymiej hurtowni danych udostępnianych przez Eurostat.

Na wstępnie spojrzenie na udział wpływów podatkowych i składek w UE. W UE relacja wpływów podatkowych i składek do PKB w ciągu ostatnich 20 lat wahała się między 39% a 41,5%. Wartości z przedziału 40%-41,5% osiągane są na ogół w okresach silniejszych wzrostów gospodarczych. Warto zaznaczyć, że w ramach UE występuje ogromne zróżnicowanie w skali opodatkowania i w roli podatków. W tym ostatnim przypadku chodzi o udział w strukturze.  

W Polsce, w latach 2012-2015 udział podatków i składek w relacji do PKB był rzędu 33,2% (33,4% w 2015 r.), by do 2018 r. wzrosnąć do 36% i taką wartość utrzymać w 2019 r. Można więc powiedzieć, że PiS podniósł wypływy o ok. 2,5 p.p., w czasach gdy w UE wpływy były stabilne w relacji do PKB (ok. 41%). I tu mała uwaga. Udział wpływów z podatków i składek relatywnie łatwo rośnie w okresach wysokiej koniunktury w Polsce. Ponad dziesięć lat temu wynosił on u nas ok. 35% w relacji do PKB. Możemy więc politykom PiS ewentualnie przypisać 1 p.p. (resztę zrobiła koniunktura), co daje kwotę 20-25 mld dodatkowych wpływów rocznie. Oczywiście warto pamiętać, że tego typu zabawy na wysoko agregowanych kwotach i przyrównaniach do PKB są obciążone pewnym błędem.

Nikt nie kwestionuje pewnej skuteczności PiS w walce z szarą strefą. Porównanie z poprzednim boomem gospodarczym wskazuje jednak, że luki podatkowe najlepiej się zmniejsza właśnie w tych okresach. Jedna z instytucji szacujących lukę już zwróciła uwagę, że w tym roku luka się zwiększy. Trudno żeby było inaczej w okresie gorszej koniunktury. Szacunki skuteczności, którą ewentualnie możny by przypisać PiS z tytułu zmniejszenia luki VAT, zawierają się na ogół między 10 mld – 15 mld zł.  

Cokolwiek byśmy nie sądzili o skuteczności PiS w walce z luką VAT to przypominam, że już tylko program 500 plus i 13-ta emerytura kosztowały budżet w 2019 ok. 50 mld zł. Tak więc PiS nie zapewnił trwałego i stabilnego finansowania dla swojego programu. I właśnie problem z finansowaniem programów socjalnych PiS powinien być szerzej omawiany, a nie tylko przez wąskie grono ekonomistów i pasjonatów grzebania w danych. Pozostała część wspomnianych programów socjalnych pochodzi z ograniczania tempa wzrostu szeregu innych pozycji w finansach państwa oraz ładowana jest w deficyt, czyli finansowana długiem.

Jak wyżej wykazałem, wątpliwe jest by PiS przyczynił się do radykalnego wzrostu trwałych wpływów podatkowych. Porównania z krajami o rozbudowanej polityce socjalnej państwa i jego udziale w gospodarce wskazują, że musi iść za tym poważne podniesienie podatków i składek. Sami tylko Niemcy, do których lubimy się przyrównywać, mają wpływ podatkowe sięgające 41,7% PKB. To prawie o 6 p.p. więcej od nas.

Inną ciekawostką jest polityka podatkowa PiS. Mimo krytyki IIIRP, PiS raczej niewiele zrobił by coś zmienić. Oczywiście warto odnotować takie posunięcia jak podatek bankowy, opłata recyclingowa, danina solidarnościowa, podatek handlowy, podatek cukrowy itd. Niektóre z nich na trwale weszły do naszej palety podatków, inne zaczną działać lub dopiero co weszły w życie. Te, z wymienionych, które już w pełni działają, dają rocznie blisko 10 mld zł, z czego niemal połowa przypada na podatek bankowy. Za, zgodne z przekazem medialnym, uderzenie w ‘bogatych’ (czy raczej ‘bogate’ sektory) uznać można podatek bankowy i  handlowy. Z natury rzeczy jednak, podmioty gospodarcze przynajmniej część podatku przenoszą na klientów. Na tle lat minionych i boomu gospodarczego sprzed 10 lat, PiS o 0,5 p.p. w relacji do PKB dociążył przedsiębiorstwa. Możemy przyjąć, że to wartość niewielka.

Dokonana została jedna istotna zmiana, którą można uznać za bezpośrednie uderzenie w ‘bogate’ osoby. Chodzi o tzw. opłatę solidarnościową, wpływy z której przeznaczone są na Solidarnościowy Fundusz Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. W pewnym sensie, można opłatę nazwać trzecim progiem PIT. Opłata pojawiła się nieco przypadkowo w toku politycznego sporu o poprawę wsparcia dla niepełnosprawnych. Politycy PiS kategorycznie opłaty nie chcieli nazwać podatkiem, chcąc utrzymać wizerunek partii, która zmieniła polityczkę społeczną bez nakładania podatków. Zmiana w PIT nastąpiła i z drugiego końca rozkładu wynagrodzeń. Podniesiono kwotę wolną od podatku i ulżono osobom do 26 roku życia. Zmiana kwoty wolnej też w pewnym stopniu była dziełem przypadku. PiS formalnie obiecywał podniesienie kwoty wolnych w wyborach w 2015, po czym jakby zapomniał o tym. Dopiero wyrok TK (w reakcji na skargę złożoną przez RPO) zmusił do przynajmniej śladowego działania.

Polski system podatkowy nie przeszedł pod kilkuletnimi rządami PiS istotnej zmiany w rozumieniu wysokości i struktury wpływów. Wzrost wpływów podatkowych po czterech latach rządów o 1 p.p. trudno uznać za sukces (porównanie w poprzednim boomem gospodarczym). W podatkach i opłatach oprócz podatku dochodowego, poziom wpływów w zasadzie pozostał bez mian. Nadal poziom wpływów z podatku dochodowego od przedsiębiorstw jest nieco niższy niż w UE. Mocno odstajemy od średniej w UE (a szczególnie od krajów z rozbudowaną polityką społeczną) pod względem udziału podatku dochodowego od osób fizycznych (itp.) w strukturze wpływów podatkowych. W UE średnio to ponad 9,5% w relacji do PKB. W Polsce podatek dochodowy płacony przez gospodarstwa domowe stanowi 5,3% PKB. PiS kategorycznie nie chciał dotykać tej sfery, czyli nie chciał podnosić stawki podatku czy liczby progów by nie narazić się potencjalnym wyborcom.

Polityka podatkowa PiS robi wrażenie dość przypadkowej. PiS skupił się na łataniu dziur w ustawodawstwie i dociąganiu mniejszych lub większych kwot z różnych źródeł i na różne cele. Oczywiście taka polityka, w sumie, też jest jakąś polityką. By uniknąć wzrostu PIT czy innych podatków, PiS korzystał z urodzaju wpłat jak np. za koncesje z obszaru telekomunikacji czy wpłat z zysku NBP. PiS wciąż ma w rezerwie kilkanaście mld zł w tytułu przekształcenia OFE. Opłata za OFE w zasadzie jest opodatkowaniem osób fizycznych, chociaż sprytnie ukryta pod postacią opłaty.

Na zakończenie chyba największa ciekawostka dotycząca polityki podatkowej PiS. Tak naprawdę nakładane podatki, opłaty czy prowizje pośrednio (np. podatek bankowy, opłata recyclingowa) są najbardziej dotkliwe dla przeważającej większości przeciętnych obywateli niezależnie od ich dochodów. Można więc powiedzieć, że w dużym stopniu Polacy sami sobie opłacają 500 plus. Nie dokonał się tu transfer od ‘bogatych’ do ‘biednych’, a jeśli już to w niewielkim stopniu. Tam gdzie PiS starał się zmniejszyć tempo wydatków (np. edukacja), by pozyskać środki na programy socjalne, też robił to kosztem obywateli. Cześć programu opłacana długiem będzie spłacana w niedalekiej przyszłości, bez rozróżnienia na ‘bogatych’ czy ‘biednych’ obywateli.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Moda na zadłużanie.

Sporo się teraz mówi o konieczności zwiększenia zadłużenia. W dyskusjach najczęściej operuje się długiem w relacji  do PKB. Część ekonomistów i niektórzy przedstawiciele rządu sugerują, że bariera 60% zapisana w polskiej konstytucji to przeżytek i niepotrzebne ograniczenie, szczególnie w obecnych czasach.

Problemem naszym i wielu społeczeństw należących do UE jest lekko lewicowe odchylenie i populizm. Lewicowość sama w sobie nie jest zła, dopóki nie zagraża sytuacji makroekonomicznej. My też od kilku lat zaczęliśmy śmielej twierdzić, że mamy prawo domagać się lepszego poziomu życia i powiększania socjalnych zdobyczy bez oglądania się na kryzysy. Lekiem na kryzysy ma być wzrost zadłużenia, który podobno nie jest problemem, pomaga (też podobno) w rozwoju gospodarki i że jakoś się go tam przyszłości zawsze te zadłużenie spłaca lub neutralizuje wynikające z niego zagrożenia. Doprawdy? Spójrzmy więc na poziom zadłużenia w relacji do PKB w UE w ciągu ostatnich prawie dwudziestu lat (2000-2019).

W okresie 2000-19 zadłużenie łącznie w UE wzrosło z 60,6% do 79,3% PKB. Niemal o 19 pp. Można się więc posunąć do uproszczenia, że ostatnio co dekadę zadłużenie rośnie niemal o 10 pp. Owszem, były w tym okresie dwa kryzysy, ale i wiele lat tłustych. Po drugie, kraje odpowiedzialne powinny się przygotowywać na raptowne pogorszenie koniunktury.

W analizowanym okresie na 28 państw, których dane podaje w swoich raportach Eurostat, raptem tylko 7, w omawianym okresie, zmniejszyło zadłużenie do PKB, a w przypadku 3 zwiększyło się ono w niewielkim stopniu.  Polska w tym okresie wyglądała dość przyzwoicie, ze wzrostem ‘jedynie’ o 9,5 pp do poziomu 46%. Niestety aż 17 krajów (w tym kilka sporych rozmiarów) zaliczyło wzrosty od 1,5 do ponad 7 razy większe (w ujęciu pp) od Polski. Widać więc, że większość krajów UE wzrost zadłużenia traktuje jako jedno w ważniejszych lekarstw na problemy. Wygląda na to, że taki sposób radzenia sobie z problemy zaimponował wielu polskim ekonomistom i koalicji rządowej, która za pośrednictwem kilku wyższych urzędników próbuje stworzyć grunt pod złamanie konstytucyjnych 60%. W rzeczywistości już obecnie zliczając obecne zadłużenia wg general government , niedawno przebiliśmy 60% PKB. Wystarczył więc kryzys i hojna ręka rządu by w kilka m-cy skoczyć o sporo ponad 10 pp. Jest niewielkim pocieszeniem, że inne kraje doświadczyły podobnego skoku zadłużenia.

Wygląda na to, że próbujemy podążać drogą wielu innych krajów, czyli ratować się przed problemami gospodarczymi i gniewem opinii publicznej (ewentualne zaciśnięcie pasa) potężnym wzrostem zadłużenia. Zniesienie konstytucyjnego limitu (który już jest obchodzony) dałoby rządowi szerokie pole do ścigania się z liderami Europy w tej niechlubnej konkurencji. Warto pamiętać, że większość krajów UE (i nie tylko) ma poważny problem z uniezależnieniem się od narkotyku jakim jest wzrost zadłużenia. Skąd pewność, ze Polska dołączy do grona tych krajów, które potrafiły uzdrowić finanse po kryzysach. Ja takiej pewności nie mam.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

W finansowaniu służby zdrowia bez zmian.

GUS opublikował właśnie Narodowy Rachunek Zdrowia za 2018 r. Warto więc przy tej okazji przypomnieć zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Jak widać z roku za który jest NRZ, otrzymujemy informację z ogromnym opóźnieniem. Szybciej otrzymujemy informację o wpływach i wydatkach NFZ w ramach informacji kwartalnej o sytuacji finansów publicznych. Ale i tu szału nie ma, bo znamy dane za I kw ’20 r. i w najbliższych tygodniach powinniśmy poznać dane za II kw. Resztę w zasadzie można sobie lepiej lub gorzej prognozować.

Przypomnę zasady finansowania usług zdrowotnych w Polsce. Usługi w dominującej części są finansowane ze środków publicznych, czyli tak naprawdę z naszych. Oczywiście wolno nam kupować usługi za własne pieniądze lub korzystać z pakietów firmowych. Dominującą część w finansowaniu publicznym stanowi nasza składka zdrowotna. Składka zaś jest pochodną naszych wynagrodzeń. W ten sposób docieramy, do kolejnej cechy naszego systemu. Skala nakładów na służbę zdrowia w dużym stopniu powiązana jest z sytuacją na rynku pracy, czyli inaczej mówiąc, ze stanem naszej gospodarki. Wydatki publiczne, jak wspomniałem, uzupełniane są wydatkami z budżetu państwa i wydatkami jednostek samorządowych.

Dostęp do usług zdrowotnych nie jest jednolity, niemniej należy podkreślić, że dominuje system, który możemy uznać jako sprawiedliwy społecznie . Środki z naszej składki i wydatków budżetu są równo rozdzielane na potrzebujących. Rozumiem przez to finansowanie dostępu do usług niezależnie od wynagrodzenia, statusu społecznego itd. Wymienione środki stanowią ok 67% wydatków ogółem na usługi zdrowotne.

Nieco sporów może wywołać finansowanie usług przez jednostki samorządowe (raptem ok. 4% w ogółem). Nie ma co ukrywać, że skala samorządowych wydatków uzależniona jest od zamożności gminy/samorządu. W skali jednostki samorządowej nikt nie różnicuje beneficjentów, ale w skali kraju może budzić to już wątpliwości, bo cóż winny jest obywatel, że mieszka w biedniejszej gminie, której na programy zdrowotne nie stać.

Oczywiście zróżnicowanie dostępu do usług służby zdrowia jest m.in. wynikiem wydatków prywatnych. Nie wszystkich stać na szersze korzystanie z prywatnej służby zdrowia i nie wszyscy pracują w bogatych korporacjach finansujących pakiety zdrowotne. Można to różnie oceniać, ale nie wyobrażam sobie, by w Polsce zabroniono samodzielnego nabywania usług za środki prywatne.

To co wiemy na pewno to to, że system finansowania służby zdrowia i skala finansowania w relacji do PKB od kilku lat nie ulegają zmianie. Względnie stabilna jest też struktura. Sądzę, że może w kolejnych 2-3 latach mamy szansę zobaczyć jakieś zmiany. Rząd ugiął się pod naporem protestu lekarzy i powinien zwiększać powoli, zgodnie z deklaracją, skalę nakładów w części publicznej. Bo nie ma co ukrywać, ze w relacji do PKB, Polska jest w ogonie na tle krajów UE. Nakłady publiczne od lat są rzędu 4,5% PKB, co daje od 1 do 2 pkt. proc. poniżej średniej w UE.

Mimo iż formalnie zdrowie i dostęp do służby zdrowia jest wg sondaży priorytetem Polaków, to ster rządów pozostawiliśmy koalicji, która w zasadzie nie wprowadziła zmian w zasadach finansowania, a przede wszystkim nie chciała finansowania – w relacji do PKB – zwiększać (mimo deklaracji z 2015 r.). Powinniśmy zwiększyć składkę zdrowotną lub zwiększyć nakłady z budżetu. Jeżeli tego nie zrobimy nadal będziemy się ograniczać do dopasowywania struktury wydatków do potrzeb i nadal stać będziemy w kolejkach. Niestety politycy prawicowi woleli rozdać pieniądza w ramach 500+ i dodatkowych emerytur, zamiast dokonać radykalnych zmian w finansowaniu służby zdrowia. Uczciwie trzeba przyznać, że taką hierarchię wydatków i potrzeb Polacy w wyborach zaakceptowali.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Proponuję nie rezygnować tak szybko z limitów zadłużenia.

Poziom zadłużenia w ujęciu general government, jak osiągnęliśmy na koniec czerwca, powinien być wiaderkiem zimnej wody na głowy rozgrzane pomysłami zniesienia konstytucyjnego limitu zadłużenia. Sugestie dotyczące zniesienia limitu, jako krępującej nasz rozwój bariery, pojawiają się z dwóch stron. Z jednej strony ekonomiści i komentatorzy pozujący na anty-liberalnych i otwartych na nowe wyzwania. Z drugiej, najwyżsi urzędnicy państwowi, którzy delikatnie wrzucają w przestrzeń medialną informację o wzroście zadłużenia, unikając podawania liczb. To ostatnie biorą już głównie na siebie niezależne media. Celem polityków rządzących jest oswojenie opinii publicznej z faktem ogromnego wzrostu zadłużenia w ciągu dwóch najbliższych lat. Wg wiceministra finansów Piotra Patkowskiego, konstytucyjny limit zadłużenia – 60% PKB – jest już zbędnym przeżytkiem. Wg niego Polska jest wiarygodnym krajem i 60%-wa bariera jest zbędna.

Zanim ewentualnie usuniemy limit z konstytucji, zastanówmy się czy warto i czy tego na pewno chcemy.

Bariera 60% odnosi się do zadłużenia definiowanego w ustawie o finansach publicznych, co już pozwala na pewne manipulacje, z których rząd skrzętnie skorzystał. By uniknąć przekroczenia progu, znaczna część zadłużenia jest przeniesiona na Fundusz Przeciwdziałania Covid-19 (prowadzony przez BGK) i tarczę finansową Polskiego Funduszu Rozwoju. Każda z tych instytucji ma prawo emisji 100 mld zł, z czego obecnie zrealizowały po ponad 60 mld zł każda. Takie rozłożenie możliwości zadłużania, ma też pozwolić rządowi na nieprzekroczenie 55% zadłużenia do PKB, co skutkowałoby koniecznością praktycznie bilansowania wpływów i wydatków budżetowych w kolejnym roku. Politycznie byłaby to katastrofa.

Zrobiliśmy z poziomu ratunkowego wsparcia gospodarki formę międzynarodowej konkurencji. Bez głębszej refleksji przepompowujemy ponad dwie setki miliardów złotych i to jeszcze nie jest koniec. Pompowanie kasy bez opamiętania powoduje, że wyzbywamy się rezerwy na ewentualne dalsze/inne ekonomiczne tąpnięcie.

Lekkomyślna polityka w finansach publicznych (kupowanie elektoratu różnymi datkami socjalnymi) doprowadziły do tego, że na koniec boomu gospodarczego, na koniec 2019 r., deficyt finansów publicznych wyniósł 0,7% PKB. Kraje odpowiedzialne w UE bez większych problemów wypracowały nadwyżki. Powinniśmy byli wypracować nadwyżkę między 1,0% a 1,5% PKB, czyli o ok. 2 pkt.proc. lepszy wynik od uzyskanego. To ponad 40 mld zł. I o tyle mniej musielibyśmy emitować teraz długu.

Gdyby nie wspomniane wyżej dwa czynniki, to rząd być może i miałby nawet szanse zmieścić się w limicie konstytucyjnym, bez konieczności wyprowadzania emisji długu w takiej skali do BGK i PFR, czyli swego rodzaju księgowej manipulacji.

W obecnej dyskusji mało kto ma ochotę oddawać życie za konstytucyjny zapis o 60%. Ekonomiści wszelkich odcieni są świadomi powagi sytuacji jaka powstała w wyniku covid-owego kryzysu i tego, że pandemiczny kryzys być może zmusi nas do modyfikacji zapisu. Są też jednak świadomi, przynajmniej część z nich, naszych doświadczeń i niebezpiecznej determinacji części polityków w kupowaniu głosów wyborczych. To ostatnie doświadczenie jest nowością.

Zaledwie w ciągu dwóch ostatnich dekad, doświadczamy już trzeciego kryzysu skutkującego poważnym wzrostem deficytu finansów publicznych. Co gorsza, z każdym kolejnym kryzysem, deficyt w relacji do PKB jest większy (lata 2001-2003, 2009-2010 i obecnie), a zadłużenie błyskawicznie wzrasta o kilka pkt.proc. w relacji do PKB. Lata mijają i obecny kryzys pokazuje, że u części polityków rośnie lekkomyślne podejście do finansów publicznych.

Razi szantaż polityczny jaki zaczyna stosować obecny rząd i prezydent. Od dawna wiadomym było, że gospodarka będzie spowalniać i tak też się działo od II poł. 2019 r. Niestety mimo tego i mimo covido-wego kryzysu, politycy prawicowi podtrzymywali w wyborach finansowe obietnice i roztaczali obraz kraju niepodatnego na jakiekolwiek ekonomiczne zawirowania. Teraz, zamiast wycofać się z części rozdawanych prezentów, koalicja prawicowa potężny wzrost zadłużenia będzie tłumaczyć niemożliwą do przewidzenia sytuacją. A benefity socjalne, będą uzasadniane polityką rozkręcenia gospodarki popytem.

Warto też spojrzeć na doświadczenia innych krajów UE. Rozpiętość zadłużenia jest ogromna. Mamy Niemców z większym (w relacji do PKB) zadłużeniem niż nasze, ale i szereg krajów (w tym z naszego regionu) z niższym zadłużeniem. Nie ma tu prostej zasady, że wyższy dług daje większe szczęście. Przeczą temu doświadczenia m.in. Włoch i Hiszpanii. Dodatkowo analiza skutków kryzysu sprzed ponad dziesięciu lat wskazuje, że część krajów należących do UE wierzyła, że żaden poważny kryzys już się nie zdarzy i jakoś bez większego wysiłku i protestów swoich obywateli da się sprowadzić deficyt finansów publicznych do bezpiecznych rozmiarów. Minęło dziesięć lat, zaliczyliśmy w Europie boom gospodarczy, a mimo to część krajów nadal lekceważyła zasady zdrowych finansów publicznych.

Może więc pozostańmy przy konstytucyjnych 60% i zapisach ustawy o finansach publicznych. Obydwa te akty prawne stanowią łącznie w pewnym sensie jakieś, mniejszy czy lepszy, zabezpieczenie przed  bezmyślnym długoterminowym zadłużaniem. Zniesienie ograniczeń spowoduje, że politycy prawicowi i obecny prezydent dalej będą kupować za publiczne pieniądze elektorat i demonstrować niebezpiecznie nonszalancki stosunek do finansów publicznych.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Socjalne rozdawnictwo ważniejsze od zatrudnienia. Zapowiadane zwolnienia w budżetówce.

W ostatnich tygodniach przedstawiciele rządu systematycznie oswajają opinię publiczną z informacją o nadchodzących zwolnieniach w sektorze usług publicznych. Sytuacja w finansach publicznych nie jest najweselsza, przechodzimy gospodarczy kryzys, więc trzeba szukać oszczędności. Opinia publiczna może być nieco zaskoczona, bo rząd zdawał się walczyć o każde miejsce pracy. Do tego od końca 2015 r. wmawia nam się, że mamy do czynienia z radykalną zmianą w podejście do gospodarki. To miała być (i podobno jest) wręcz inna filozofia. Państwo miało być aktywnym uczestnikiem w procesach gospodarczych, na rynku pracy itd. A tu bach.

Najwyżsi urzędnicy nie ukrywają, że mogą zwalniać, bo pozwalają na to zapisy wprowadzone w życie w ramach tarcz anty-covidowych. Kiedy uchwalano te zapisy i przed wyborami, temat redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym nie istniał.

W całej sprawie zaskakuje kilka rzeczy, a jedna szokuje.

Co szokuje? Urzędnicy, politycy prawicowi oraz prezydent nie ukrywają, że priorytetem jest utrzymanie społecznych benefitów dla suwerena. Utrzymana będzie 500+, 300+, 13-ta emerytura. Wprowadzona w życie ma być tzw. 14-ta emerytura, zgodnie z polityczną obietnicą. Już tylko z wydatków na 13-tą emeryturę można utrzymać ponad 100-tysięczną armię urzędników przez rok. Jak widać rząd i politycy prawicowej koalicji rządzącej mają inne priorytety.

Porównanie liczby osób zatrudnionych w sektorze publicznym w grupie obejmującej administrację publiczna, obronę narodową i obowiązkowe zabezpieczenia społeczne w zatrudnieniu ogółem i na tle 35 krajów objętych raportami Eurostatu (głównie kraje UE), nie wskazuje byśmy w Polsce mieli do czynienia z przerostem zatrudnienia. W 2019 r., udział tej grupy w zatrudnieniu ogółem w Polsce to 6,4%, czyli nieco poniżej mediany (6,5%) i średniej w UE (6,7%).

Ilu urzędników chce zwolnić rząd? Trudno powiedzieć. W mediach przelatują wręcz fantazyjne wartości od 10% do 20% zatrudnionych, bez określenia, której grupy urzędników miałoby to dotyczyć. To nonsens. Urzędnicy rządowi unikają potwierdzania skali redukcji, ale i jej nie zaprzeczają. Robi to wrażenie przygotowania gruntu pod niższe redukcje, być dać poczucie związkowcom, ze utargowali mniejsze zwolnienia. Grupa, która ja przytoczyłem wyżej, obejmuje nieco ponad 1 mln osób.

Strzał w urzędników ma i tą zaletę (przepraszam, za takie określenie), że wątpliwe by ktoś się za nimi ujął. PiS dość sprytnie przenosi koszty swojej wizji gospodarki społecznej na grupy zawodowe, które nie cieszą się społeczną sympatią. Opinia publiczna nie ujmie się za urzędnikami.

Propozycja redukcji liczby urzędników jeść świetnym przykładem priorytetów polityków PiS w ich spojrzeniu na – ja wyżej wspomniałem – gospodarkę społeczną. Powinniśmy starać się ludzi utrzymać za wszelką ceną na rynku pracy i starać się przyzwoicie ich opłacać, a nie rozdawać wszelakiego typu społeczne benefity w postaci 500+ czy dodatkowych emerytur. Politycy PiS uważają inaczej.

Moralne wątpliwości budzi pomysł na wysyłanie pracowników budżetówki na emerytury, jeżeli mają do nich prawo. To ma być jeden ze sposobów na obniżanie społecznych skutków redukcji zatrudnienia. To nie przyczynia się do popularyzowania zatrudniania osób starszych.

Czy dojdzie do znacznych redukcji w budżetówce? Wątpię, by osiągnęła ona skalę sugerowaną przez media. Prawdopodobnie mamy do czynienia z przygotowaniem gruntu pod skromną redukcję w budżetówce i/lub wymuszenie akceptacji zamrożenia płac w zamian za powstrzymanie się od zwolnień. Tego typu, i tej skali, medialne igraszki są nie na miejscu. Po drugie, kiepsko to wygląda, gdy rząd chce zamrozić wynagrodzenia i zwalniać, gdy równocześnie rozdaje miliardy złotych na prawo i lewo.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Podatek cukrowy. Chcemy się niezdrowo odżywiać, to płaćmy za leczenie.

Rząd koalicji prawicowej, chcąc nie chcąc, będzie co jakiś czas przemycał w ustawach kolejne podatki. Rozpasany program socjalny obecnej ekipy rządzącej i skutki kryzysu zmuszają rząd do szukania pieniędzy. Wejście w życie tzw. podatku  cukrowego było w zasadzie zapowiadane od kilku lat. W obecnych okolicznościach gospodarczych rząd nie ma już z czym zwlekać. Oczywiście rząd i prezydent wyczekali, aż będą za nami wybory prezydenckie i ustawa wprowadzająca podatek cukrowy została zaakceptowana przez prezydenta. Ma wejść w życie z nowym rokiem.

Dyskusja czy opłata cukrowa naliczana od zawartości cukru w napojach jest podatkiem czy nie, jest co najmniej zabawna i zbędna. Rząd upiera się, że to nie podatek i że nie dotyczy osób fizycznych. To ma niby potwierdzać, że rząd konsekwentnie nie podnosi obciążeń podatkowych obywatelom. Owszem, biorąc pod uwagę definicję podatku, opłata cukrowa podatkiem nie jest. Biorąc jednak pod uwagę, że przede wszystkim uderzy w konsumentów, to będzie dla nich obciążeniem i zapewni wzrost  wpływów do finansów publicznych. Brak zero-jedynkowego przełożenia na zwrotną usługę świadczoną przez państwo obywatelowi, czyni opłatę cukrową świadczeniem zbliżonym do podatku.

Po drugie, należy pamiętać, że w wyniku strajku lekarzy rezydentów, rząd zobowiązał się do podnoszenia nakładów na służbę zdrowia w relacji do PKB. Podatek cukrowy będzie jednym z wielu źródeł dodatkowych nakładów. Mówiąc dosadniej, można by powiedzieć obywatelom: chcecie wzrostu nakładów na służbę zdrowia, to sobie za to zapłacicie. Nie mam wątpliwości, że za jakiś czas wzrost nakładów na służę zdrowia będzie medialnie sprzedany jako efekt gospodarowania rządów prawicowych.

Bez specjalnej przewrotności można też powiedzieć, że wpływy z podatku cukrowego do NFZ  (ma tam trafić 95% wpływów z podatku cukrowego) w kwocie bliskiej 3 mld zł, pozwolą rządowi na przeznaczenie/odblokowanie analogicznych pieniędzy na inne (być może polityczne) cele. Podsumowując, opłata cukrowa formalnie to nie podatek, ale ma wiele jego cech i podobieństw.

Pomijając już gorszący upór urzędników rządowych, stojących na stanowisku, że opłata cukrowa to nie podatek, z jego ideą czy raczej przeznaczeniem trudno się nie zgodzić.

Analiza wpływu anAalogicznych obciążeń w innych krajach nie wskazuje jednoznacznie, by tego typu obciążenia dopisywane do rachunku za słodkie napoje miały się istotnie przyczyniać do redukcji spożycia przesłodzonych napojów i zmiany nawyków żywieniowych. Doświadczenia poszczególnych krajów są raczej mieszane. Mało kto chyba jednak wierzy, że bogacące się społeczeństwo z powodu niewielkiego wzrostu ceny słodkiego napoju, nagle istotnie zredukuje jego spożycie tyko z powodu ceny. Okrutnie przyznajmy, że podatek cukrowy ma po prostu zapewnić wpływy na leczenie ludzi, którzy lekceważą zasady zdrowej diety. Jestem zwolennikiem zasady, by – tam gdzie jest możliwe i moralnie uzasadnione – indywidualizować źródła finansowania publicznej służby zdrowia, czyli by leczeniem poszczególnych chorób obciążać ludzi, którzy świadomie i demonstracyjnie lekceważą swoje zdrowie.

Podatek cukrowy nie jest pomysłem idealnym. Być może byłoby lepiej skoordynować jego wprowadzenie z akcją edukacyjną. Takie się głosy krytyków. Przyznajmy jednak szczerze, że media od lat bombardują nas informacjami o zasadach zdrowego żywienia i efekt jest raczej mizerny. Skoro więc lekceważąco podchodzimy do spożywania cukru, to przynajmniej starajmy się pokryć koszty naszego leczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz