Demografia. Dzietność.

Demografia nie jest może tematem, którym zajmuję się codziennie czy co miesiąc, ale kilka razy w roku staram się przysiąść do danych i spojrzeć co się nami, Polakami, dzieje.  Zdarzało mi się dokładnie wejść w bardziej szczegółowy tematy, m.in. analizowałem dzietność w rozbiciu na wiek kobiet itd. w kontekście 500+.

Tym razem zerknąłem na dzietność w układzie rocznym i w przeliczeniu na liczbę obywateli (a dokładniej, w przeliczeniu na 1 tys. osób).  Wskaźnik zapewne nie należy do najdokładniejszych, ale obok wad ma swoje zalety, dlatego w analizach demograficznych często można go znaleźć. Wskaźnik nie odnosi się bezpośrednio do liczby kobiet w wieku prokreacyjnym, ich dzietności, liczby rodzin lub związków, struktury płci i wieku obywateli itd.  Dzietność w przeliczeniu na 1 tys. osób po prostu mówi nam ile dzieci rodzi się w danym społeczeństwie. Mówi nam o warunkach jakie tworzy państwo, społeczeństwo i najbliżsi, by zachęcić kobiety wraz z życiowymi partnerami do powoływania dzieci. Zresztą pisząc wyraz ‘zachęcić’ powinienem ugryźć w język lub – dokładniej – ugryźć klawiaturę komputera. Żyjemy w czasach, kiedy liczba dzieci przestaje być miernikiem satysfakcji z życia i zachęty oraz polityka państwa mają nieco ograniczony wpływ na decyzje prokreacyjne wielu rodzin.

Patrzę na naszą demografię wręcz odruchowo z perspektywy 500+ i wpływu programu na dzietność, co było według pomysłodawców jednym z głównych celów programu. Czytelnicy wpisów na mojej stronie wiedzą, że jestem krytykiem 500+, m.in. z powodu oceny realizacji celów w relacji do przeznaczanej na 500+ rocznie kwoty. Nie ma wątpliwości, że skłonność do powoływania na świat dzieci jest powiązana z sytuacją ekonomiczną rodziców lub przynajmniej matki. Trzeba jednak przypomnieć, że wiele osób zwracało uwagę, że baby boomu z powodu 500+ nie będzie. I jak na razie to krytycy mają rację. Zapewne należałoby z oceną poczekać jeszcze kilka lat, ale już obecnie widać, że hojność programu nie przekłada się na liczbę dzieci. Zresztą i politycy PiS od przynajmniej roku o dzietności wolą się nie wypowiadać.

Co ciekawe mimo, iż 500+ działa już od dwóch lat, dzietność (w ujęciu wskaźnika jaki prezentuję),  wprawdzie się poprawiła, ale w stopniu mniejszym niż dziesięć lat wcześniej. Wygląda więc na to, że dzietność nie jest prostą funkcją finansowych zachęt wypłacanych do ręki. Najwyraźniej więc większym bodźcem jest pewność pracy, korzystne perspektywy zawodowe (wynagrodzenie) oraz cały wachlarz form wsparcia jak żłobki, przedszkola itd.

Przed kilkunastu laty daje się zauważyć nieco opóźnioną reakcję na zmianę koniunktury gospodarczej. Swego rodzaju bezwładność decyzyjną. W ostatnich kilku latach decyzje o powołaniu na świat dzieci nie były już tak opóźnione. Być może dlatego, że pierwsza dekada nowego wieku charakteryzowała się znaczną amplitudą wahań. Krótko przed wejściem do UE, otarliśmy się niemal o stagnację gospodarczą, by potem przeżyć bodaj najlepszy gospodarczo okres po ’89-tym. Ostatnie kilka lat, to stabilizacja tempa PKB na dość dobrym poziomie i bardzo korzystne ostatnie ponad dwa lata. Trudno uwierzyć, że skok dzietności w 2017 był rezultatem 500+. Jeżeli tak, to dość skromnym, biorąc pod uwagę skalę wsparcia. Powstaje też pytanie, dlaczego w 2018 r. efektu 500+ już praktycznie nie zobaczyliśmy i możemy być niemal pewni, że pogorszenie wsk  dzietności będzie widoczne również w 2019 r.

Gdyby ktoś patrzący na załączony wykres nie wiedział o istnieniu programu 500+, mógłby dojść do wniosku, że przejściowa poprawa dzietności była rezultatem poprawy sytuacji gospodarczej. Sądzę, że pomysłodawcy 500+ i sympatycy programu powinni to wziąć pod uwagę. Nie deprecjonuję całkowicie programu. Dołączam do tych, którzy twierdzą, że lepsze efekty można było osiągnąć dużo mniejszą kwotę i niekoniecznie bezpośrednimi wypłatami.

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Bykowe? Poważnie?

Ledwo co J.Kaczyński straszył nas katastrem, który rzekomo planuje nałożyć na nas opozycja, a media podały, że to nie opozycja, a rząd rozmyśla nad nowymi daninami na pokrycie socjalnego rozdawnictwa. Okazało się, że dyskutowany był również pomysł przywrócenia tzw. bykowego, czyli opodatkowania osób samotnych. Minister Elżbieta Witek tłumaczyła w imieniu rządu, że dokonywano jedynie przeglądu podatkowych koncepcji m.in. w kontekście migracji i rynku pracy. Wg pani minister rząd nie zamierza prowadzić prac nad opodatkowaniem osób samotnych. W innej zaś części wypowiedzi mówi o przesłaniu zebranego materiału do dyskusji międzyresortowych i społecznych.

Nie jest zaskoczeniem, że politycy PiS szukają dodatkowych wpływów budżetowych, ponieważ są w pełni świadomi skutków dla budżetu takich pomysłów jak 500+, 300+ (na szkolną wyprawkę) czy emerytalnych trzynastek. Skąd jednak pomysł z bykowym??

Bykowe to dość archaiczny pomysł z pogranicza polityki demograficznej i fiskalnej. Jaki miałby być związek między bykowym a polityką imigracyjną i polityką rynką pracy, pozostaje w sferze dociekań.

Przede wszystkim rozwinięty świat korzysta już z szerokiej palety bodźców finansowych (w tym podatkowych) dla prowadzenia polityki demograficznej. W Polsce są ulgi podatkowe, 500+, wspólne opodatkowanie małżonków itd. Bykowe, czyli podwyższone obciążenie podatkiem dochodowym, nic tu już nie wnosi. Z drugiej strony, tnąc podatkowe obciążenia dla osób do 26 roku życia, rząd wykonuje ruch wręcz przeciwny. Oczywiście rząd mógłby się tu bronić argumentem, że bykowe bywa wycelowane w osoby samotne, ale starsze wiekiem.

Bykowe budzi wątpliwości w szeregu innych aspektach. Co z ludźmi wybierającymi życie samotne lub tymi którzy po prostu, mimo podejmowanych starań, nie potrafią znaleźć partnera/ki. Jak potraktować związki partnerskie? Dlaczego karać kogoś kto świadomie chce żyć samotnie? Lista pytań jest grubo dłuższa.

Dokonując przeglądu uzasadnień dla bykowego, znalazłem i takie gdzie zwracano uwagę, że osoby samotne w przypadku choroby i w wieku starszym, wobec braku wsparcia i troski rodziny, stają się bardziej kosztowne w opiece. Jednak gdyby iść tym tropem, to pojawia się pytanie czy bykowe to dodatkowe obciążenie podatkowe czy składka na NFZ, FUS czy inny dedykowany fundusz opieki? Na co by przeznaczono zebrane w ten sposób pieniądze?

A ja sądzę, że rząd szuka czegokolwiek co zwiększy wpływy do budżetu. Specyfiką PiS jest podrzucanie nowych danin lub ich uzasadnień w taki sposób, by pod żadnym pozorem nie kojarzyły się z podatkami zbieranymi bezpośrednio od obywateli w celach fiskalnych. Mamy podatek bankowy, w przypadku którego było wiadomo, że nie jest ‘bankowy’ tylko będzie przerzucony w większości na klientów banków czyli suwerena. Mamy daninę solidarnościową, która jest niczym innym jak trzecim progiem podatkowym. Zamiana OFE w IKE nie jest podatkiem pobranym z wyprzedzeniem, a opłatą przekształceniową. Itd. Nadanie nowej (ewentualnie) daninie znaczenia tzw. bykowego miałoby sugerować, że nie o pieniądze tu chodzi, a o politykę demograficzną i rynku pracy, a objęci nią podatnicy sami są sobie winni.  

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Kaczyński nie chce katastru.

Za naszym życiem politycznym doprawdy trudno nadążyć. Bach, a tu w mediach prezes Kaczyński mówi o katastrze. Szok podwójny. Skąd nagle kataster, no i co ma do tego J.Kaczyński?

Po krótce: heca ma podtekst polityczny, ale grubo ciekawsza jest strona ekonomiczna katastru, również w odniesieniu do sytuacji obecnej. Jeden z think tanków współpracujących z Fundacją Batorego, przy okazji debaty o ewentualnej modyfikacji funkcjonowania jednostek samorządowych, zaproponował, by samorządy mogły pozyskiwać wpływu z katastru. Celem miałoby być m.in. finansowanie polityki socjalnej państwa w jego samorządowym wydaniu. Podejrzewam, że o propozycji nikt by nie usłyszał, gdyby nie J.Kaczyński. Nawet środowiska, które z zainteresowaniem komentowały propozycja reform samorządowych, nie przyłożyły do propozycji z katastrem większej uwagi. Szef PiS postanowił nadać propozycji kontekst polityczny i wystąpił w roli obrońcy przed katastrem, który rzekomo chcą wprowadzić środowiska niesprzyjające obecnemu rządowi.

Oczywiście J.Kaczyński nie ma czego bronić, bo żadna z opozycyjnych sił politycznych na pewno nie zaproponuje nowego podatku w obecnych okolicznościach politycznych. A już na pewnie nie katastru. Warto zwrócić uwagę, że pomysłodawcy sugerowali przeznaczenie wpływów z katastru m.in. na politykę socjalną. Wydawałoby się więc, że J.Kaczyński tej inicjatywie powinien sprzyjać. No, ale wyszło jak wyszło. Polityka górą.

Zostawmy na chwilę politykę na boku.

Kataster wcale nie jest taki zły. W Polsce poważniejsza dyskusja o wprowadzeniu tego podatku była ok. dwadzieścia lat temu. Jednak temat zniknął równie szybko jak się pojawił. Politycy przyjęli, że podatek byłby bardzo źle przyjęty przez społeczeństwo. Sądzę, że politycy zbyt łatwo porzucili temat. Szkoda.

W wielu krajach UE kataster jest elementem systemu podatkowego. Odruchowo kojarzymy podatek z mieszkaniem lub domem, ale dotyczy on też m.in. ziemi. Stawki są zróżnicowane regionalnie i niejednokrotnie obłożone szeregiem uwarunkowań, ulg itd. Bywa, że stosowana jest progresja. Najczęściej stawki zawierają się w niewiele od powyżej 0%  do 3%. Stawka podstawowa najczęściej zawiera się w przedziale  od 0,5% do 2%. W Polsce można by przyjąć stawkę podstawową (np. dla mieszkań) w przedziale 0,2% do 0,5% z systemem ulg dla gospodarstw najsłabszych finansowo. Podatek byłby liczony od wartości mieszkania i dzielony na dwanaście rat. Z biegiem lat, moglibyśmy przejść na progresję w przypadku droższych nieruchomości.

Podatek katastralny byłby dobrym uzupełnieniem polskiego systemu podatkowego z kilki powodów. W porównaniu z krajami UE, Polska relatywnie mocno oparta jest na podatkach pośrednich. Słabiej zaś na dochodowych, od kapitału i wartości majątku itp. Biorąc pod uwagę, że polskie społeczeństwo jest zainteresowane znaczną redystrybucją, to trzeba znaleźć wpływy na jej pokrycie.

Opieranie systemu podatkowego na opodatkowaniu dochodów i konsumpcji wydaje się nieco już archaiczne. Polacy gromadzą coraz większy majątek, który zdobywają przez inwestycje, dziedziczenie itd. Wydaje się więc rozsądne uzupełnienie systemu podatkowego o opodatkowanie majątku. M.in. dlatego, że podatki dochodowe dają możliwość ukrywania części dochodów przed tzw. fiskusem.

Wydaje się, że J.Kaczyński zbyt pochopnie odrzucił ideę podatku katastralnego. Tym bardziej, że rozrzutność socjalna rządu i skrócenie wieku emerytalnego zmuszą przyszłe rządy do ograniczenia wydatków socjalnych lub szukania dodatkowych źródeł wpływów.

Niespodziewane podrzucenie w debacie publicznej katastru jest też przez część (raczej niewielką) komentatorów tłumaczone pozornie dość zaskakującą teorią. Być może J.Kaczyński wykorzystał moment by podrzucić temat w debacie publicznej, by oswoić z nim opinię publiczną.  Z biegiem czasu zaś do niego powróci i stwierdzi, że skoro środowiska nieprzychylne PiS sugerują wprowadzenie podatku katastralnego, to PiS obłoży nim społeczeństwo, ale skupi się na podatnikach bardziej majętnych.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Publiczne wydatki na służbę zdrowia. Społeczne przyzwolenie.

Wczoraj strajkowali pracownicy służby zdrowia, domagając się m.in. wzrostu nakładów publicznych na służbę zdrowia. Przypomnijmy. W Polsce od lat relacja nakładów publicznych na służbę zdrowia, należy do grupy najniższych w UE. Jest to ok. 4,7% (w relacji do PKB), podczas gdy średnia unijna to 7,0%. Politycy są tego świadomi. W pewnym sensie świadomi są też Polacy. Niestety obywatele podchodzą do sprawy w sposób mocno nieodpowiedzialny. Chcemy być szybciej i skuteczniej leczeni, ale nie przyjmujemy do wiadomości, że ktoś mógłby nas bardziej z tego powodu dodatkowo obciążyć (np. większa składka na NFZ). Od lata mówi się też o starzeniu społeczeństwa, które będzie wymagało coraz większej opieki, w tym zdrowotnej. Niestety, to też nie działa na ludzi.

Nie unikniemy zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Czy to będzie poprzez składkę czy budżet, to bez znaczenia. Tematem trzeciorzędnym jest: likwidować NFZ czy nie, bo nie tu jest problem. Niektóre partie obiecują likwidację NFZ i przejecie środków pod zarząd ministerstwa zdrowia. Tylko, że ta operacja dodatkowych środków nie przysporzy.

Spójrzmy co zrobił rząd PiS. Rząd nie miał w ogóle ochoty podnosić wydatków na służbę zdrowia. Zmusili go dopiero lekarze rezydenci w 2018 r. Rząd zgodził się na stopniowe podniesienie nakładów na publiczną służbę zdrowia. Z ok. 4,7% (w relacji do PKB) w 2018 r. , do min, 5,8% w 2023 r. Potem następowały drobne korekty. Tylko, że nie do końca wiadomo co będzie źródłem środków. Oczywiście wzrost finansowania może pochodzić z podatków. Warto zwrócić uwagę, że problem wzrostu nakładów został przeniesiony w większości na przyszły rząd. Jakikolwiek on będzie.

To co szokuje, to ogrom środków na 500+ i jednorazowy dodatek dla emerytów w porównaniu z rozciągniętym w czasie wzrostem nakładów na służbę zdrowia. Rząd z jednej strony pokazał, że to nie służba zdrowia jest priorytetem, a z drugiej –  że Polacy wolą dostać pieniądze do ręki niż poprawę w służbie zdrowia. Obydwa stwierdzenie są przykre, ale to drugie bardziej.

Na sobotniej manifestacji miał się naleźć transparent z przekazem skierowanym do rządzących aktualnie polityków: „Pacjenci umierają w kolejkach, lekarze umierają na dyżurach. Możecie to zmienić, ale nie chcecie”. To drugie zdanie jest okrutnie prawdziwe. Trzeba jednak też przyznać, że rząd dostał na to przyzwolenie społeczne.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rząd chce śmiało podnieść wynagrodzenie minimalne na 2020 r.

Nadchodzi czas ustalenia wynagrodzenia minimalnego (WM) na 2020 r. i rząd robi śmiały ruch, proponując 2020 zł. To o 200 zł więcej niż w roku bieżącym i o 105 zł więcej od minimalnego wzrostu wymaganego algorytmem określonym w ustawie o WM. Algorytm opiera się na inflacji i 2/3 realnego wzrostu PKB. Do tego dochodzi korekta inflacji z wcześniejszego okresu itd. Jako punkt wyjścia, to rzetelny wskaźnik. Oczywiście WM wzbudza spory ekonomistów, polityków i – co zrozumiałe – zainteresowanie opinii publicznej. Niemniej, co trzeba dodać, WM nie jest tematem z pierwszych stron gazet. Temat WM pojawia się na krótko jedynie w okresie jego ustalania.

Na tle dotychczasowych doświadczeń i pozycji zajmowanych w procesie negocjacji (pracodawcy, związkowcy, rząd), minister Rafalska zaproponowała dość śmiały ruch. Intencji mogę się tylko domyślać. W gruncie rzeczy rząd PiS kontynuował praktykę wypracowaną za czasów PO-PSL, czyli powoli ale systematycznie poprawiał relację WM do wynagrodzenia średniego w gospodarce. Dlaczego na koniec kadencji parlamentu (i obecnej kadencji rządu PiS) , zdecydowano się na śmielszy ruch? Tym bardziej, że gospodarka ma nieco spowolnić? Obawiam się, że czynnik polityczny (jesienne wybory) nie jest tu bez znaczenia.

W gruncie rzeczy WM nie jest głównym tematem sporów politycznych, ponieważ od lat panuje konsensus, że relacja WM do średniego wynagrodzenia w gospodarce będzie podnoszona. Mam nadzieję, że po przekroczeniu wartości 50% w Polsce powinniśmy szerzej podyskutować o docelowej relacji i roli administracyjnie ustalanego WM, m.in. w kontekście całokształtu wsparcia osób o słabszej pozycji na rynku pracy (świadczenia pomocy społecznej, ulgi podatkowe itd.). Trzeba pamiętać, że zbyt wysokie WM może powodować spadek zatrudnienia osób wchodzących na rynek pracy i o najniższych kwalifikacjach zawodowych. Nonsensem więc jest sugerowanie, co się czasami zdarza, że WM ma zapewnić samodzielność w rozumieniu zapewnienia środków na żywność, odzież itd. itd. plus wynajem mieszkania. Rząd PiS nie dokonał niczego szczególnego w tym obszarze. Zmiana po stronie ulg podatkowych (PIT) była niewielka i wymuszona przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Trybunał Konstytucyjny. Znacznym ruchem po stronie wsparcia obywateli jest świadczenie 500+, ale otrzymują je tylko rodziny z dziećmi i nie ma powiązania z aktywnością zawodową. Przeciwnie. Analizy wykazały wycofanie się z rynku pracy kilkudziesięciu tysięcy kobiet.

Przedstawicielom rządu zapewne warto by zadać pytanie dlaczego w ustalaniu WM na lata 2016-2019 nie mieli tyle śmiałości skoro rzekomo tak byli pewni wzrostu PKB?? I dlaczego taką śmiałość wykazują dopiero na koniec kadencji parlamentu? Pozostaje się jedynie wymownie uśmiechnąć.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wyniki budżetu po I kw’19. Powoli będziemy kończyć zabawę w rozdawnictwo.

Wprawdzie staram się nie poświęcać zbyt wiele czasu na oglądanie tzw. TV ‘publicznej’, ale zapewne wiele się nie pomylę twierdząc, że temat budżetu państwa powoli znika z ekranu. Bo? Bo dane się powoli psują.

Wpływy budżetowe narastająco po I kw 2019 r. są tylko 2,1% wyższe od ubiegłorocznych. Biorąc pod uwagę, że w I kw PKB wzrósł r/r o ponad 4%, to wynik nie szokuje. Gdy zaś weźmiemy pod uwagę inflację, to wygląda na to, że wpływy budżetowe przestały rosnąć. Podatki pośrednie (tzn. wpływy z tych podatków), uważane za najbardziej reprezentatywne dla koniunktury, były o 1,2% niższe r/r. Wpływy z VAT po I kw są praktycznie takie same jak roku ubiegłym.

Nałożenie rocznych kroczących wpływów z VAT na roczne PKB daje nam sporo do myślenia odnośnie skuteczności walki z szarą strefą, którą tak bardzo PiS się chwali. Wpływy z VAT w relacji do PKB sięgały w latach 2017-2018 od 7% do 8,5%. Tymczasem w szczycie koniunktury i budżetowych wpływów w latach 2007-2008 VAT do PKB mieścił się w przedziale 8%-8,4%. Nie zamierzam kwestionować sukcesów rządu PiS w zakresie walki z szarą strefą, ale proponowałbym poczekać z wystawianiem ostatecznych ocen. Politycy PiS i członkowie rządu przesadnie nakręcali ten temat w mediach.

Wpływy z akcyzy (19% wpływów budżetowych w 2018 r. ) były niższe nominalnie o 3,5% r/r. Z akcyzą za czasów PiS jest dość ciekawa sprawa. PiS nie powstrzymał spadku udziału akcyzy w relacji do PKB. Był też problem z realizacją planowanych wpływów. Być może politycy PiS bali się zbyt ostrego podnoszenia stawek akcyzy, by nie drażnić opinii publicznej. Tylko, że zdając się za bardzo na wpływy VAT, strona wpływów budżetowych wystawiana jest na większą zmienność.

Wciąż dynamicznie wpływają podatki dochodowe. CIT + PIT wykazywane w budżecie wzrosły łącznie o niemal 8% r/r. Ale i tutaj widać od dawna zmianę trendów. Jeszcze do jesieni 2018 r., łączne wpływy z podatków dochodowych rosły o kilkanaście procent r/r.

Tymczasem wydatki budżetu po I kw wzrosły r/r o 11%. W efekcie, dwa miesiące pod rząd (luty i marzec) mamy deficyt budżetowy. W samym tylko marcu deficyt wyniósł 45 mld zł.

Dane dotyczące wykonania budżetu po I kw 2019 sprowadzają nas powoli na ziemię i przypominają, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Prywatne uprzedzenia prezesa NBP do euro.

Prezes NBP, Adam Glapiński, dał wyraz na środowej konferencji swoim prywatnym uprzedzeniom do przyjęcia waluty euro.  Moim zdaniem euro warto przyjąć z wielu powodów, czemu dawałem wielokrotnie wyraz na blogu i nie tylko. Nigdy też nie ukrywałem, że życie gospodarcze bez euro oczywiście istnieje.

Prezesowi NBP najwyraźniej nie chce się już nawet silić na obiektywność w sprawie euro. W środowym komunikacie padło wiele treści wątpliwych, wymagających komentarza, czy też po prostu manipulacji.  Nie zabrakło i straszaka, rodem ze świata bardziej polityki czy bulwarowej prasy niż ekonomii. To co mnie niepokoi, to ożywienie prezesa NBP w sprawie euro w konwencji narodowego zagrożenia, dokładnie w czasie gdy trwa kampania do parlamentu europejskiego. Obawiam się, że w Adamie Glapińskim wciąż jest poczucie więzi z kręgiem politycznym, z którego się wywodzi, dzisiaj znanym jako PiS. Politycy PiS i przedstawiciele rządu, bez powodu zaczęli ostatnio straszyć Polaków walutą euro, chętnie posługując się przy tym manipulacjami, czy po prostu kłamstwami.

Nie będę się upierał, że prezes NBP ma być obiektywny. Zapewne każdy ma prawo do własnych uprzedzeń i każdy z nas nie potrafi się w pełni wyzwolić od własnych emocji i ułomności. Prezes NBP powinien jednak chociaż trochę poudawać.

Zarówno rząd jak i NBP powinny przywrócić funkcjonowanie komórek analitycznych, badających całe spektrum problematyki strefy euro i funkcjonowanie w niej lub poza. Jednym z głównych tematów prac tych komórek, powinna być m.in. analiza funkcjonowania w strefie euro Polski. Wyobrażam to sobie tak, że co roku również m.in. komórka badawcza NBP prezentowałaby najnowsze opracowania dotyczące strefy euro oraz wady i zalety funkcjonowania w niej Polski. Decyzję przyjąć euro czy nie i kiedy, podejmowaliby politycy. Nie ma co ukrywać, że wymienione komórki analityczne musiałyby działać w warunkach znacznej niezależności. Dość szybko opinia publiczna zauważyłaby, że prezes NBP i m.in. politycy PiS i związani z tą partią, pozwalają sobie na szereg manipulacji o euro serwowanych opinii publicznej.

Prezes NBP zadeklarował, że do przyjęcia euro nie dopuści w czasie swojej kadencji. No więc prezes NBP nie ma tu nic do powiedzenia, bo nie on decyduje o przyjęciu euro. Poza tym, w najbliższych latach z powodów politycznych (w tym znacznego zróżnicowania opinii publicznej w tym temacie), euro przyjmować i tak nie będziemy. Po co więc ta demonstracyjna ‘obrona Częstochowy’? Równie dobrze A.Glapiński może deklarować, że obroni Polskę przed atakiem Marsjan.

Nie ma sensu argument prezesa NBP o tym, że wyższy wzrost gospodarczy zapewnia własna waluta. Analiza makroekonomiczna np. krajów UE nie potwierdza jednoznacznie takiej tezy. Bo po prostu problemem nie jest euro, a odpowiedzialna polityka gospodarcza danego kraju. W takich badaniach łatwo też o manipulacje, porównując m.in. kraje o różnym stopniu rozwoju lub, że tak powiem, kulturze gospodarczej. Warto o tym pamiętać, bo przeciwnicy euro, chętnie do manipulacji sięgają.

Prezes NBP twierdzi, że mamy wyjątkowy wzrost gospodarczy i zdaje się sugerować, że to m.in. zasługa własnej waluty. Nic z tego. Ktoś kto zna najnowszą historię gospodarczą naszą i UE, zauważa, że w obecnym wzroście nie ma nic nadzwyczajnego. Ot, po prostu kolejnych okres koniunktury jak wiele wcześniejszych.

Sympatia prezesa do krajowej waluty wynika również z tego, że ma (waluta krajowa) rzekomo dawać większą elastyczność w polityce finansowej i gospodarczej. Niekoniecznie i wątpliwe by długoterminowo. Sympatia do własnej waluty wynika ze świadomości, że można sobie wtedy pozwolić na dość nonszalancką i populistyczną politykę gospodarczą, w tym i w obszarze finansów publicznych. W pewnym stopniu mamy z tym do czynienia obecnie. W takich warunkach, własna waluta amortyzuje nieodpowiedzialność polityków.

Już zupełnie niepotrzebny był na konferencji prezesa NBP, straszak w postaci mechanizmu ERM2. Jak twierdzi A.Glapiński : narasta bardzo silna i bezwzględna presja na wejście do strefy ERM2, co jest możliwe bez zmiany konstytucji. To już nieznośna manipulacje i straszenie. W kontekście przyjęcia euro, ERM2 to swego rodzaju przedsionek walutowy przed przyjęciem euro. W uproszczeniu, przez dwa lata przed przyjęciem euro, waluta krajowa musi wykazać się względną stabilizacją przy żądanym korytarzu wahań (+/- 15%). Jednym z głównych celów tego zabiegu jest ustalenie kursu finalnej wymiany i zapewnienie, że kurs odpowiada kursowi rynkowemu. ERM2 wzbudza spory, m.in. z powodu ataków spekulacyjnych na waluty lub że ERM2 przypada na okres gospodarczy niemiarodajny do wyceny waluty. Są więc pomysły by z mechanizm modyfikować lub wręcz z niego rezygnować. Wbrew pozorom, ERM2 w swojej prostocie ma wiele zalet.

Nisko oceniam wystąpienie prezesa Glapińskiego. I nie tylko pod względem merytorycznym.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Zasiłek dla bezrobotnych poza obszarem polityki społecznej wg PiS.

Polityka socjalna państwa przejawia się w wielu aspektach życia społecznego. Jednym z jej punktów jest zasiłek dla bezrobotnych, udzielany po utracie pracy. Temat wydaje się chwilowo mało istotny, bo na tle państw UE mamy jedną z najniższych stóp bezrobocia. Skoro jednak tak wiele się ostatnio mówi o przełomie w politycy socjalnej państwa, to proponuje przyjrzeć się tematowi.

Wpierw nieco historii i porównań.

Na tle wszystkich państw UE (do analizy wziąłem dane z lat 2001-2017, Eurostat), Polska nie należy i nie należała do najhojniejszych pod względem wydatków na zasiłki dla bezrobotnych i politykę z bezrobociem związaną. Zupełnie inaczej porównanie wygląda na tle państw z obszaru tzw. demoludów. Chodzi o państwa zależne przed laty politycznie i gospodarczo od ZSRR. I sądzę, że takie porównanie jest rzetelniejsze, bo mieliśmy podobny punkt startowy. Z tej perspektywy Polska należała do państw, które na pozycję unemployment (grupowanie wydatków finansów publicznych wg metod. COFOG) wydawała najwięcej (w relacji do PKB).  W latach 2001-2009 było to 0,9%-1,0% PKB. W kolejnych latach wydatki na unemployment systematycznie zbliżały się do średniej dla analizowanych krajów. Relatywnie wysokie nakłady na zasiłki itd. w pierwszych latach analizowanego okresu wynikały po części z wysokiego bezrobocia. Po 2009 r. musieliśmy powstrzymywać wzrost wydatków publicznych ze względu na konieczność obniżania deficytu finansów publicznych po kryzysie gospodarczym. Od 2014 r. bezrobocie w Polsce zaczęło spadać, więc wartość nakładów na zasiłki dla bezrobotnych i politykę wsparcia spadała aż do 0,4% PKB (2017 r.)

Aż 85% bezrobotnych nie ma prawa do zasiłku i w analizowanym okresie wartość ta była niemal bez zmian. Z punktu widzenia osoby tracącej pracę sytuacja staje się, z chwilą utraty pracy, dramatyczna. Z pełnego wynagrodzenia, przechodzi się na kilkusetzłotowy zasiłek, który odbierany jest po kilku miesiącach (okres podstawowy to 6 m-cy). Oczywiście po drodze pobierane jest wynagrodzenie w okresie wypowiedzenia. Gdy podzielić wartość wypłacanych zasiłków przez liczbą bezrobotnych pobierających zasiłek, to wychodzi wartość niemal 740 zł zasiłku miesięcznie. To wartość marginalnie większa od podstawowego zasiłku otrzymywanego w pierwszych trzech miesiącach (730 zł). (Po trzech miesiącach zasiłek jest obniżany o ok. 150 zł).

Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju luką socjalną. Osoba tracąca pracę, po kilku miesiącach (okres zależny od kilku czynników) może pozostać bez środków do życia i staje się beneficjentem pomocy społecznej.

PiS w swojej polityce społecznej nie ujął zasiłku dla bezrobotnych, skupiając się na 500 plus. To jeden z wielu mankamentów polityki PiS. Ta sfera została przez PiS zlekceważona, czego nie można powiedzieć o środkach zgromadzonych na kontach Funduszu Pracy. Przypomnę, że z Funduszu Pracy opłacane są zasiłki dla bezrobotnych.

Niemal co piąty bezrobotny, to osoba powyżej 55 roku życia. Są to więc dorośli, którzy niemal na pewno nie są beneficjentami 500 plus ze względu na wiek dzieci (powyżej 18 lat). W podobnej sytuacji są bardzo młodzi bezrobotni lub osoby nieco starsze bez potomstwa. Biorąc więc pod uwagę hojność PiS w ramach 500 plus, brak zmian skierowanych dla osób z kręgu bezrobotnych jest zaskakująca. Można było się więc zastanowić nad zwiększeniem zasiłku lub wydłużeniem czasu jego otrzymywania (pomysłów jest mnóstwo). PiS tymczasem pozostawił ten obszar bez zmian, chętnie za to angażując nadwyżki Funduszu Pracy na coraz to nowe pomysły (w tym dopłaty do PPK czy dofinansowanie tzw. trzynastych emerytur).

To jeden z kolejnych wpisów próbujących przedstawić politykę społeczną PiS w szerszym kontekście. Polityka społeczna PiS, nie dość że przekracza nasze możliwości finansowe, to jeszcze w dużym stopniu ma charakter populistyczny. Biorąc pod uwagę skalę środków przeznaczonych na 500 plus, tzw. trzynastą emeryturę i zakup materiałów szkolnych, pominięcie sfery zasiłków dla bezrobotnych powinno budzić zainteresowanie. Wypłata zasiłków dla bezrobotnych to raptem 1,3 mld zł w 2018 r. (dane z Biuletynu GUS). To kwota niezwykle skromna na tle wydatków na 500 plus.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wzrost wynagrodzeń. Komu go zawdzięczamy.

Trafiłem na notatkę rządu, a raczej jednego z ministerstw,  o wzroście wynagrodzeń w Polsce. Notatka dostępna jest na stronie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Notatka pełna jest niedopowiedzeń i informacji wymagających dokładniejszego wytłumaczenia. Reaguje dlatego, bo bardzo nie lubię manipulacji informacją gospodarczą, a w czasach obecnego rządu jest to nagminne.

Tekst brzmi następująco:

„W ostatnich latach – dynamiczny wzrost wynagrodzeń i płacy minimalnej.

Przeciętne wynagrodzenie brutto wzrosło w Polsce w minionych 4 latach o niemal 700 zł, a w samym tylko 2018 r. o 300 zł – do poziomu 4585 zł. Rosło ono sukcesywnie przez kolejne lata, jednak realny wzrost, o 5,3% w zeszłym roku, był zdecydowanie najwyższy w dekadzie. W sektorze przedsiębiorstw realny wzrost płac był jeszcze wyższy i wyniósł 5,4% (r/r), osiągając kwotę 4852,29 zł. Pensje w naszym kraju rosną znacznie szybciej niż ceny, dzięki czemu zwiększa się siła nabywcza obywateli. Polacy szybciej się bogacą, kumulują oszczędności i kapitał, a pieniądze te pracują dla polskiej gospodarki.

W ostatnich latach dynamicznie rosła też płaca minimalna brutto. Wynosi w tym roku 2250 zł, czyli o 500 zł więcej niż w roku 2015. Oznacza to wzrost płacy minimalnej w tym okresie o 28%, czyli znacznie więcej niż w poprzednich latach. Wraz ze świadczeniami dodatkowymi trwale poprawia to sytuację polskich rodzin.

Mimo znacznego wzrostu płacy minimalnej udział osób pobierających najniższe wynagrodzenie, w ogólnej liczbie zatrudnionych na umowę o pracę, wyniósł 13% i utrzymuje się na tym samym poziomie od 2012 r. W porównaniu z krajami UE, Polska z płacą minimalną na poziomie 523 euro plasuje się w czołówce krajów naszego regionu. Niższą płacę minimalną ma 6 państw (Łotwa, Rumunia, Węgry, Chorwacja, Czechy, Słowacja).”

Wynagrodzenie w gospodarce faktycznie rosło dosyć dynamicznie w ostatnich latach. Na ogół poszczególne rządy, łącznie z rządami obecnej koalicji, ma niewielki wpływ na tempo wzrostu wynagrodzeń w gospodarce. Tu dominujące znaczenie ma koniunktura gospodarcza. To że obecny rząd trafił w koniunkturę gospodarczą, to kwestia głównie szczęścia, a nie działań rządu.

Z tempem wzrostu wynagrodzeń (skorygowanym o inflację) powyżej 5% mieliśmy do czynienia już wcześniej. Takie wzrosty nasza gospodarka odnotowuje w czasach koniunktury gospodarczej. Nie doświadczyliśmy więc niczego nadzwyczajnego w ostatnich czterech latach. Do tego mocny wzrost wynagrodzeń był już widoczny w latach 2014 i 2015, czyli przed wyborami.

Co oczywiste, realny wzrost wynagrodzeń automatycznie oznacza wzrost siły nabywczej, stąd podkreślanie tego w notatce ministerstwa jest trochę dziecinne.

Wynagrodzenia w przeważającej części napędza sektor prywatny i – niejednokrotnie – skomercjalizowany sektor państwowy. W sektorach usług publicznych państwo do najhojniejszych nie należy, czego doświadczyli m.in. nauczyciele. Tak więc ministerstwo chwali się trochę nie swoimi sukcesami.

Komentarza wymaga również płaca minimalna, przy czym warto zwrócić uwagę, że tutaj autorzy komunikatu byli już bardzo ostrożni. Nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też, na zasadzie wyjątku, ministerstwo odniosło się aż do 2012 r. Zresztą zręczne odniesienia do dat i okresów porównawczych, to świadome działanie autorów tekstu, liczących na to, że odbiorca treści nie jest osobą znającą dane makroekonomiczne.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat byliśmy świadkami radykalnej zmiany w zakresie roli płacy minimalnej. W latach 2008-2015 płaca minimalna wzrosła z 38,2% wynagrodzenia średniego w gospodarce, do niemal 45% w 2015 r. W 2019 r. lub 2020 r. mamy szansę trwale przekroczyć 48%. , ale i tak będzie to jedynie kontynuacja wcześniejszych trendów.

Nie chcę odbierać zasług rządom PiS. Niemniej w sferze wynagrodzeń nie byliśmy świadkami niczego więcej niż to co poznaliśmy już wcześniej. Procesy kształtujące wynagrodzenia w gospodarce ogółem w znacznym stopniu są poza zasięgiem polityków, nie wiem więc po ministerstwo wyprodukowało taką populistyczną informację. Rząd ma wpływ na wynagrodzenia w usługach publicznych, ale tutaj przełomu nie było, mimo iż rząd miał możliwości.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Świadomość ekonomiczna lewicy. Deficyt finansów publicznych.

Rozmawiać można o wszystkim i wymieniać się argumentami. W ekonomii również. Zasadą jednak powinno być, że znamy elementarne i niepodważalne fakty i nie ukrywamy ich przed opinią publiczną. Od kryzysu finansowego z końca poprzedniego boomu gospodarczego, a szczególnie od wygranej PiS w Polsce, wśród komentatorów lewicowych, narasta krytyka dawnego porządku gospodarczego. Jak to na lewicy, przedstawiciele tego nurtu w ekonomii, coraz chętniej mówią m.in.  o polityce gospodarczej opartej na deficycie finansów publicznych. ..Że podobno tego do tej pory nie było i …że podobno mainstream (czyli niedobrzy liberałowie) usilnie przez niemal trzydzieści lat z deficytem finansów publicznych walczyli, dusząc przy tym gospodarkę i zaniedbując aktywniejszą politykę społeczną.

Zostawię na inną okazję dyskusją o wadach i zaletach funkcjonowania z deficytem finansów publicznych i o przyczynach jego powstawania. Tymczasem po prostu przyjrzyjmy się faktom. Poniżej podaję dane o finansach publicznych od 1995 r. Brak danych za pierwsze kilka lat niczego tu nie zmienia. Dane podane w tekście pochodzą z GUS lub Eurostatu.

Tzw. III RP od samego początku funkcjonuje w stanie chronicznej przewagi wydatków publicznych nad dochodami, czyli deficytu finansów publicznych. Zmieniał się tylko jego rozmiar. Od najmniejszego w 2018 r. (deficyt 0,4% PKB), po największy, czyli  7,9% PKB w 2010 r. Średni deficyt z analizowanych 23 lat, to ok. 4% PKB. To wartość dość duża. Mówimy o kwotach idących w dziesiątki mld zł rocznie. W UE w tym okresie średni deficyt, to blisko 3% PKB, a w przypadku Niemiec: 1,8% PKB.

Zaznaczmy przy tym, że funkcjonowanie w warunkach deficytu finansów publicznych nie jest nieszczęściem ani tragedią. Szczególnie w państwach rozwijających się,  funkcjonowanie w warunkach deficytu jest nieuniknione i w pewnym stopniu wręcz pożądane. Powodem przewagi wydatków nad wpływami jest amortyzowanie kosztów społecznych przemian (wsparcie gospodarstw domowych) i – przykładowo – wydatki infrastrukturalne, finansowane z kasy publicznej. Problemem więc jest nie tyle deficyt, co jego rozmiar i umiejętność jego zmniejszania.

W Polsce mamy skłonność do tolerowania zbyt dużego deficytu. Drugim zarzutem jest łatwość narastania deficytu w okresach kulejącej koniunktury lub kryzysów. Mam na myśli m.in. początek ubiegłej dekady i lata 2009-2010. Jesteśmy nieco bezradni w okresach zwiększania się deficytu, a jego zmniejszanie w nazbyt dużym stopniu opieramy na wzroście koniunktury.

 Średni deficyt dla kraju takiego jak Polska nie powinien przekroczyć 3% PKB w rozumieniu średniej z ostatnich 23 lat. Od dwóch lat, biorąc pod uwagę poziom koniunktury, powinniśmy mieć nadwyżkę w finansach (Niemcy mają od 2014 r.).

Jak więc widać, wbrew opiniom lewicowych komentatorów, deficyt finansów publicznych jest stałych zjawiskiem w naszej gospodarce. Na dodatek, średni poziom deficytu jest dość znaczny. Porównanie Polski na tle wszystkich krajów UE (średnia dla 23 lat oraz średnia dla 10 ostatnich lat), wskazuję, że należymy go grona krajów o nazbyt ‘odważnej’ polityce deficytu finansów, co nie jest powodem do dumy. Co najmniej dwa razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat osiągaliśmy niebezpiecznie duży deficyt, co mogło się skończyć poważnymi problemami.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Otagowano | Dodaj komentarz