PAD dezinformuje w sprawie emerytur.

Warto wyjaśnić kilka kwestii dotyczących wieku emerytalnego, ponieważ wraz ze zbliżaniem się terminu wyborów prezydent A.Duda (PAD) chętniej wprowadza ludzi w błąd. Temat po raz kolejny pojawił się w sobotę. Tym razem  w twitterowym pojedynku z D.Tuskiem. PAD przypomniał D.Tuskowi m.in. decyzję o podwyższeniu wieku emerytalnego.

Nie wnikam co i komu D.Tusk obiecywał odnośnie emerytur (sobotnie zarzuty PADa). Nie podlega jednak sporom fakt, że wydłużenie wieku było decyzją niepopularną społecznie, ale mającą swoje uzasadnienie. Moim zdaniem warto doceniać polityków, którzy potrafią zaryzykować polityczną karierę za podjęcie niepopularnych decyzji. PAD woli być zapamiętany jako polityk rozdający pieniądze. Szkoda, że nie swoje.

Wydłużenie lat życia spowodowało, że wydłużył się okres życia na emeryturze. Wpłacane składki, mimo waloryzacji, nie wystarczają na pokrycie wydatków na wypłacane emerytury. Ponad 20 lat temu zmieniliśmy zasady wyliczania emerytury. Zmiana było koniecznością. Przeszliśmy z systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki, czyli tzw. kapitałowy. Część ludzi w tym upatruje problem, ale zarzut jest kompletnie nietrafny. Nawet gdybyśmy pozostali przy poprzednim systemie, to relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia musiałaby ulec zmniejszeniu. Patologie systemu poprzedniego systemu dobrze widać po grupach zawodowych, które w nim pozostały (emerytury mundurowe, górnicze itd.).

Wobec wzrostu długości życia wybór był następujący: wydłużamy czas pracy, szukamy dofinansowania wypłacanych emerytur z innych źródeł lub zwiększamy składkę ZUS-owską.  Większość krajów rozwiniętych zmierza w stronę wydłużenia okresu aktywności zawodowej. Koalicja PO-PSL w zasadzie wybrała model wydłużenie okresu aktywności zawodowej plus dofinansowanie z innych źródeł (czyli z naszych podatków i innych danin). Samo przesuniecie wieku miało zapobiec jedynie narastaniu deficytu systemy emerytalnego.

PAD w wyborach w 2015 r. zachęcał (skutecznie) do głosowania na siebie m.in. obietnicą przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego, czyli 60/65 lat. I dalej ani słowa. Ludzie mogli przez to rozumieć, że wydłużenie wieku było tylko liberalnym wybiegiem D.Tuska i do tego zupełnie zbędnym. Wiek więc zmieniono na 60/65 i ….wprowadzono Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), czyli dobrowolne składki na produkt będący uzupełnieniem emerytury. PAD podpisał dokument bez problemu, bo był świadom skutków obniżenia wieku emerytalnego. Niestety nie chce się tym podpisem chwalić, bo na jaw wyszłaby wyborcza manipulacja. Politycy prawicowi też starają się o PPK zbyt dużo nie mówić, a jeżeli już, to nie łączyć tego z przywróceniem wieku emerytalnego 60/65 lat. Składki na PPK są dobrowolne, ale beneficjent musi zgłosić pracodawcy fakt rezygnacji.

W efekcie PAD zafundował obywatelom dość liberalne rozwiązanie, przerzucając decyzję o poziomie życia na emeryturze częściowo na obywatela. Przywrócenie wieku 60/65 skraca czas budowy emerytalnego kapitału, czego obywatele nie są chyba świadomi. W uzupełnieniu obywatele dostali prawo opłacania sobie PPK.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Są wybory, więc rozdajemy. Tym razem bon turystyczny.

Przed nami tuż, tuż, wybory prezydenckie, więc prezydent zaczyna rozdawać prezenty. Specjalnie na potrzeby kampanii prezydenckiej, na czas ich trwania, kreatorem przemian gospodarczych, tarcz ochronnych i inwestycji stał się prezydent. Jednym z kilku pomysłów prezydenta jest bon turystyczny 500+, który ma być przyznawany na każde dziecko. Szczegółów nie znamy, co nie zmienia faktu, że pytania zadawać można.

Przede wszystkim wakacje wkrótce się zaczną, a pomysł z bonami w powijakach, co tylko potwierdza, że mamy do czynienia z doraźną wyborczą inicjatywą. Ale to nie jedyna wątpliwość oraz powód do krytyki.

Dlaczego rodziny z dziećmi?  Najwyraźniej rodziny z dziećmi są tą grupą wyborców, w której prezydent ma szansę najwięcej ugrać. Nie ma co ukrywać, że pomysł z 500+ był strzałem w dziesiątkę, z punktu widzenia pozyskania trwałego elektoratu. Dlatego turystyczny bon jest swego rodzaju uzupełnieniem podstawowej akcji.

Czy wypoczywają tylko rodziny z dziećmi? Wg polityków PiS i prezydenta najwyraźniej tak. A co z pozostałymi? Wygląda na to, że ich potrzeby turystyczne są mniej istotne. Rodzin bez dzieci, z dziećmi odchowanymi i emerytami, do walki o sektor turystyczny angażować nie trzeba. Na to wygląda.

Dlaczego akurat sektor turystyczny ma być beneficjentem bonu a nie inny? To jedno z najciekawszych pytań. Być może to szczypta ekonomicznego patriotyzmu i efekt medialnego zgiełku wytworzonego przez przedstawicieli sektora plus połączenie przyjemności, czyli wypoczynku. PR-owy strzał, jeśli nie w 10-tą, to niemalże.

Sektor wypoczynkowy faktycznie oberwał przez pandemię, ale tylko początkowo. Przed nami wakacje i wygląda na to, że w kraju odbędą się niemal bez zakłóceń. Część obywateli z konieczności lub z obaw, spędzi letni wypoczynek w kraju, więc sektor turystyczny nie powinien przesadnie narzekać na brak zainteresowania.

Wątpliwe też jest by sektor turystyczny okazał się tym, w który pandemia uderzyła najbardziej. Szereg innych sektorów zaliczanych do przemysłu, usług lub handlu oberwie o wiele mocniej. Ja oczywiście mogę się mylić, dlatego dobrze by było poznać analizy dlaczego prezydent (bo niby on to wymyślił) wybrał taki a nie inny sektor gospodarki. Formalnie instrumenty w ramach tarcz są też przeznaczone dla przedsiębiorców z sektora turystycznego.

Skąd pieniądze? Obywatel może sobie pomyśleć: prezydent i rząd mają, wypracowali jak dobrzy gospodarze, więc rozdają. Otóż prezydent i rząd z zasady nie mają żadnych pieniędzy. Oni jedynie redystrybuują te, które w ramach podatków i innych danin przekazali obywatele. Ekonomiczne skutki pandemii powodują, że ratujemy się na potęgę wzrostem zadłużenia. Kilka mld zł rozdane w ramach bonu 500+ będzie tylko dopisane do rachunku i dług wyemitowany z tego tytułu, spłacimy sobie sami w najbliższych latach. Pytanie więc, czy to na pewno jest prezent dla obywateli.

Dopompowanie do wydatków na wypoczynek dodatkowych kilku mld złotych może się przyczynić do wzrostu cen usług turystycznych. Chciałabym poznać prezydencie lub rządowe kalkulacje w tym zakresie. Zwracam na to uwagę, bo wzrost cen kilku elementów koszyka inflacyjnego jest właśnie skutkiem polityki rządu z ostatniego okresu.

I na zakończenie pytanie: dlaczego wybrano taką a nie inną formę pomocy polskim rodzinom ? Część Polaków straciła pracę, doświadcza przejściowej obniżki wynagrodzenia lub doznała innych finansowych dolegliwości z powody pandemii. Dlaczego akurat mamy pomagać bonem turystycznym? Człowiekowi, który stracił pracę lub boi się, że ją straci, bon w niczym nie pomoże. Podejrzewam, że wiele rodzin nawet z niego nie skorzysta.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Epidemia powodem rezygnacji z zakupów odzieży i obuwia. Ucieczka do internetu.

Dane makroekonomiczne publikowane przez GUS czyta się teraz z zaciekawieniem i wypiekami na twarzy. Na koniec tygodnia GUS zaserwował nam dane dotyczące sprzedaży detalicznej za kwiecień. Ograniczę się do analizy sprzedaży detalicznej w sklepów handlujących tekstyliami, odzieżą i obuwiem. Ta grupa towarów świetnie pokazuje jak przeogromny wpływ na działanie podmiotów gospodarczych miały decyzje organów państwowych i nasze obawy o własne zdrowie.

Na wstępie dodam, że GUS urozmaicił dane o sprzedaży detaliczne, informacjami o udziale sprzedaży internetowej. Niestety, ta nowość dotyczy tylko miesięcy z 2020 r. Początkowo chciałem, na podstawie powszechnie dostępnych analiz i opracowań, uzupełnić podział za 2019, ale zrezygnowałem z powodu rozbieżności danych. Wyniki analiz sprzedaży detalicznej i jej kanałów (w tym przez internet) są nazbyt rozbieżne. 

Już dane GUS za marzec (publikowane w II połowie kwietnia) pokazały, jak mocno restrykcje związane z wirusem uderzyły w sprzedaż odzieży i obuwia. Ale to był tylko wstęp do tego co zobaczyliśmy w kwietniu. Sprzedaż detaliczne w tej grupie towarów stanowiła niewiele ponad 1/3 sprzedaży z kwietnia 2019 r.

W poszczególnych grupach towarów, sprzedaż odzieży i obuwia, wykazała największy spadek. Co ciekawe, wirus nie odbił się aż tak tragicznie na grupie meble i artykuły RTV/AGD. Wyjaśnień jest wiele i czołowym chyba wcale nie jest nasza obawa o pracę i pieniądze, czyli wstrzymywanie wydatków. Wraz z wprowadzaniem ograniczeń, skupiliśmy się na towarach niezbędnych, starając się unikać zbędnego poruszania się poza miejscem zamieszkania. Zamknięto galerie handlowe. Sprzedawcy zamknęli szereg sklepów z obawy o spadek popytu. Celem była redukcja kosztów.

Drugą ciekawostką jest przeniesienie zakupów odzieży i obuwia do internetu. Klienci, którzy bali się wyjścia do sklepu lub im uniemożliwiono zakup ‘fizyczny’, szukali ratunku w zakupach przez internet. W efekcie sprzedaż ‘fizyczna’ w kwietniu 2020 spadła 6-7 krotnie w porównaniu w kwietniem 2019 r. Możemy więc sobie wyobrazić w jak tragicznej sytuacji jest część sprzedawców detalicznych. Udział sprzedaży internetowej w sprzedaży analizowanej grupy towarów stanowił w okresie styczeń-kwiecień 2020 r. odpowiednio: 17,1%, 17,%, 35,6% i 61,3%.

Pocieszeniem jest to, że tzw. odmrożenie gospodarki w maju przywraca sprzedaż detaliczną odzieży i obuwia na szerszą skalę. Powrót do sprzedaży na poziomie marca’20, to minimum jakiego możemy oczekiwać.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Tąpnęło i to mocno. Spadek produkcji przemysłowej w kwietniu.

Produkcja przemysłowa w kwietniu była mniejsza o niemal 24% w porównaniu kwietniem 2019 r. Zaznaczam, że mówimy tylko o produkcji przemysłowej, więc nie wiemy nic o skali skurczenia się sektora usługowego.

Sytuacja wygląda jeszcze poważniej, gdy brać pod uwagę działy gospodarki należące tylko do przetwórstwa przemysłowego. Przetwórstwo przemysłowe to przemysł bez górnictwa, energetyki (prąd, gaz itd.), dostarczania wody, odprowadzania ścieków i gospodarki odpadami. Wymienione sektory, oprócz górnictwa, w niewielkim stopniu odczuły kwietniowe tąpnięcie. Były to spadki od 1% do maks. 6%. Dlaczego? Bo są to sektory dostarczające tzw. media, które zakłady przemysłowe i gospodarstwa domowe zmuszone są wykorzystywać, by funkcjonować.

Tak więc produkcja działów przetwórstwa przemysłowego, była o 27,5% mniejsza niż w kwietniu roku ubiegłego. To efekt skurczenia się popytu zagranicznego i krajowego. Na szczegóły (dokładniejsze dane GUS o exporcie) przyjdzie nam jeszcze poczekać. Trzeba przyznać, że w chwilach niepewności oraz zamknięcia w domach, zareagowaliśmy natychmiastowym wstrzymaniem zakupów. Wiele z działów produkcyjnych poniosło konsekwencje zamknięcia, lub ograniczenia z korzystania, sieci dystrybucyjnej swoich wyrobów. Nie znamy jeszcze wyników sprzedaży detalicznej za kwiecień, ale już w marcu sprzedaż detaliczna była mniejsza o niemal 10%  w porównaniu z marcem 2019 r. W tym sprzedaż odzieży, tekstyliów i obuwia o 50%. Sprzedaż mebli i sprzętu RTV/AGD  o 17%.

Niemal zamarła produkcja pojazdów i części do nich. Produkcja kwietniowa, to raptem 21% ubiegłorocznej. Produkcja artykułów żywnościowych, spadek rok do roku o 16,7%. Aż trudno uwierzyć, by odpowiadał za to brak zainteresowania klientów krajowych. Sieć dystrybucji żywności działała be zarzutu. Być może była jedyną, z konwencjonalnych (konieczność ‘fizycznych’ zakupów), która nie poddała się pandemii. Niewątpliwie część z nas ograniczyła zakupy do niezbędnych, ale żeby aż tyle? Dalej nie będę wymieniał i podaje dane z GUS w tabeli.

A czy ktoś zyskał ?? Tak, sektor który produkuje środki chroniące nas przed zakażeniem, czyli producenci wyrobów farmaceutycznych. Dział odnotował wzrost o 14% w porównaniu z kwietniem 2019 r.

Skala spadku stawia pytanie: czy było to konieczne i czy mogliśmy tego uniknąć. Na popyt zagraniczny nie mamy wpływu. Sami co nieco ograniczyliśmy sobie przerzut towarów przez granice. Czy jednak zamrożenie gospodarki i społeczeństwa (czyli popytu) musiało być aż tak duże? Nie chodzi o krytykowanie aktualnego rządu jako sztuki dla sztuki i po czasie. Po prostu trzeba stawiać odważne pytanie i szukać na nie odpowiedzi. Ja mam wątpliwości . Rząd chyba też, sądząc z tempa ‘odmrażania’ i powrotu życia społeczno-ekonomicznego do względnej normalności.

Niestety ‘zamrażanie’ życia społeczno-ekonomicznego jest zawsze kwestią szukania okrutnego kompromisu między bezpieczeństwem obywateli, a ekonomiczną stroną naszego życia. Zaczyna się trzecia dekada maja i wiemy, że jesteśmy gotowi zaakceptować śmierć ok 600 obywateli miesięcznie by tylko życie społeczne i ekonomiczne powróciły do czasów sprzed pandemii. Ot, taka okrutna refleksja na zakończenie.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Trzymajmy się UE. Kurczowo.

Od kilku lat panuje w Polsce moda na krytykowanie UE. Obecna koalicja rządowa, zdaje się już w ogóle nie mieć pomysłu na naszą obecność w UE. Wobec tego warto spojrzeć  w dane opublikowane właśnie przez Eurostat za Bankiem Światowym. To pozwoli nam ‘ulokować’ się na świecie i nieco zweryfikować mit o naszej wyjątkowości i sprawczości.

Eurostat podał ranking regionów polityczno-gospodarczych lub krajów wg kilku kryteriów najczęściej przyjmowanych do określania wielkości krajów. By zanadto nie mieszać, będę się trzymał wielkości PKB mierzonej w PPS, tłumaczonej jako standard siły nabywczej. To uczciwe ujęcie.

W świecie, pod względem ekonomicznym, liczą się trzy siły. Na czoło w ostatnich latach wysunęły się Chiny minimalnie wyprzedzając USA i UE. (UE już bez Wielkiej Brytanii, którą zaprezentowano osobno). W rzeczywistości możemy mówić obecnie o niemal równowadze tych dwóch krajów i UE. Chiny z biegiem lat będą powoli powiększać dystans dzielący je od USA i UE.

Samemu więc czy z UE? Wystarczy spojrzeć na załączoną ilustrację i bezdyskusyjnie odpowiedź brzmi: przyszłość Polski tylko z UE. I jakby to kogoś nie zabolało i nie drażniło, również nie pozostawia wątpliwości, że w naszych interesie jest dalsza integracja UE na polach: ekonomicznym, politycznym, wojskowym itd.  Integracja społeczna jest tego naturalnym następstwem, ale i koniecznością. 

A gdybyśmy w UE nie byli?? To niemal na pewno, nie zmieścilibyśmy się na ilustracji jako kraj wykazany odrębnie (Polsce brakuje trochę do 1%) i bylibyśmy w grupie określanej jako Rest of the World. Wprawdzie nie jesteśmy krajem małym, ale i na pewno nie potęgą i to ostatnie nam na razie nie grozi. Ktoś może powiedzieć: no ale Brytyjczycy z UE wyszli. Cóż, każdy ma prawo do swojego focha. Po drugie sytuacja geopolityczna WB jest inna od naszej. Natomiast gospodarka WB jest od naszej ok 5,5 razy większa, mierząc PKB w eur.

Jeżeli nie jest się krajem ogromnym i potęgą, to warto przyłączyć się do grupy krajów. Mimo nienajlepszego położenia geopolitycznego, powinniśmy się cieszyć, że sąsiadowaliśmy w krajami UE i mogliśmy dołączyć do tego zacnego grona. Nadal trudno mi zrozumieć, jak ludzie mogli mieć przed laty wątpliwości dotyczące naszego wstąpienia do UE.

Świat się globalizuje i może nie mieć czasu oglądać się na mniejsze, osamotnione politycznie, kraje.

Tekst źródłowy:  The 2017 results of the International Comparison Program China, US and EU are the largest economies in the world.  84/2020 – 19 May 2020. 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Jak mieszkają Niemcy. Lepsze mieszkanie na wynajem czy na własność?

Kilka dni temu Eurostat udostępnił statystykę prezentującą gdzie żyjemy. A dokładnie w blokach czy domach jednorodzinnych itd. Warto zwrócić uwagę na Polskę. Pod względem struktury jesteśmy bliscy średniej unijnej. Ale nie o nas ma być ten wpis, ale o Niemcach i nieco odmiennych warunkach mieszkaniowych jakie sobie przez lata wypracowali. Dobre czy złe? Odruchowo chciałoby się powiedzieć: dobre, biorąc pod uwagę tradycyjny i automatyczny wręcz szacunek dla ich modelu społeczno-gospodarczego. Ale czy na pewno? Ten model wymaga akceptacji przez większość społeczeństwa i wcale nie jestem taki pewny czy wszystkim w Polsce by odpowiadał.

Zwracam uwagę na Niemcy, ponieważ ten kraj nieco odbiega od schematu jaki daje się zauważyć w EU oraz pewien zestaw mitów jakimi otoczona jest niemiecka polityka społeczna, w tym mieszkaniowa.

To co uderza we wspomnianej analizie Eurostatu, to relatywnie duży udział gospodarstw domowych w Niemczech, które mieszkają w blokach. Ale wpierw mały wstęp.

W analizie danych i opracowań Eurostatu problem stwarza terminologia i klasyfikacje. Są one, również i w przytaczanych tutaj opracowaniach, nieco niespójne z nazewnictwem i klasyfikacjami, do których przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Wynika to z konieczności sprowadzenia różnorodności krajów unijnych do wspólnego mianownika. Tam więc gdzie się da, pozwolę sobie na pewne pojęciowe ‘spolszczenia’. Analiza rynku mieszkaniowego i porównanie krajów UE, powinno oczywiście wyjść poza proste statystyki. Pogłębiona analiza wymaga zbadania urbanizacji kraju, rozdrobnienia w rolnictwie i szeregu innych warunków. Z konieczności  pozwolę sobie tutaj na pewne uproszczenia.

No i wracając do Niemców i Niemiec..

Około 55% z nich mieszka w budownictwie wielorodzinnym (bloki, kamienice itd.) , co może się wydawać pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że postrzegamy Niemców jako społeczeństwo bogate. W Polsce jest to ok. 45%. A średnia unijna, to 46% (dane za 2016 r.). Niemniej pod względem struktury zamieszkiwania: budownictwo wielorodzinne a jednorodzinne, Niemcy można określić jako kraj specyficzny (biorąc pod uwagę zamożność społeczeństwa), ale nie jedyny z krajów rozwiniętych, w których występuję przewaga zamieszkiwania w budownictwie wielorodzinnym. To co dla Niemców jest wyjątkowe, to udział zamieszkiwania w domach jednorodzinnych (detached house). Zaledwie 25%-30%. To jeden w najmniejszych wyników w UE. Specyfika Niemców uderza gdzie indziej. Własność mieszkań.

Wg danych Eurostatu za 2018 r. zaledwie 51,5% Niemców było właścicielami zajmowanych mieszkań. To absolutnie najniższa wartość w UE i jedna z najniższych w Europie. Średnia w UE, to niemal 70%. W Polsce, 84%. Nawet w krajach porównywalnych pod względem zamożności z Niemcami, udział własności jest na ogół od 10 do  15 pkt.proc. większy.

Aż 48,5% mieszkań (procent z całości wykorzystywanych zasobów mieszkaniowych) w Niemczech to wynajem. Taka wartość pozostawiona bez komentarza i głębszych analiz powoduje, że dość powszechnie przyjmuje się, iż Niemcy są państwem opiekuńczym, wpierającym obywateli i pro-społeczną polityką mieszkaniową. I tu zaczyna się problem, bo obawiam się, że nie każdemu taka opiekuńczość państwa może odpowiadać w rozumieniu modelu społeczno-ekonomicznego. Dlaczego?

Większość z tych mieszkań (85% z mieszkań wynajmowanych) jest udostępniana (wynajmowana) w oparciu o ceny rynkowe (takiego określenia używa Eurostat). Pozostała część, bardzo więc skromna, wynajmowana jest po cenach poniżej rynku lub za darmo. Nie wnikam już czy wynajmem zajmują się podmioty prywatne, państwowe, spółdzielnie czy inne twory prawne.

Gdy doda się do tego informację, że obciążenia związane z korzystaniem z mieszkania (plus media itd.), w tym czynsz, należą relatywnie do grupy największych w UE, powstaje pytanie czy model mieszkalnictwa (polityki mieszkaniowej?) praktykowany w Niemczech jest godny naśladowania?  Odpowiedź nie jest prosta i z wielu powodów nie zamierzam tego tutaj rozstrzygać.

Niemcy należą też do grupy państw o dość hojnej polityce wsparcia finansowego gospodarstw domowych. To właśnie połączenie: wysoki udział kosztów zamieszkania (czynsz+media) w wydatkach gospodarstw domowych i hojna polityka finansowego wsparcia społecznego, przeważa wśród państw/społeczeństw zamożnych. Czy państwo pomaga bo korzystanie z mieszkania jest drogie, czy też jest odwrotnie, to też temat do przemyślenia.

Zapewne do pełnego zrozumienia niemieckiego modelu polityki mieszkaniowej, warto było by poznać historię jego kształtowania, czynniki kulturowe, koszty budowania mieszkań i szereg innych czynników.

Nie oceniam czy model niemiecki jest dobry czy zły. To kwestia przyjętej perspektywy (m.in. osiąganych dochodów) i wiary w taki czy inny model kształtowania życia społeczno-ekonomicznego. My jesteśmy na innym etapie historycznym. Z jednej strony posiadanie mieszkania na własność daje nam poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej, polityka społeczna w Polsce w obszarze mieszkalnictwa wcale nie jest taka zła jak się powszechnie przypuszcza. W Polsce niemal 12% mieszkań (w relacji do całości wykorzystywanych zasobów mieszkaniowych) jest udostępnianych po cenie niższej od rynkowej lub za darmo. To o 3 pkt.proc. powyżej średniej unijnej.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

500+. Program, którego ocena jest zabroniona.

Przemknęła mi w mediach ocena  programu 500+ pod kontem poprawy dzietności. Od czasu do czasu i ja zerkam w dane demograficzne. Niestety, na chwilę obecną można powiedzieć, że w kontekście dzietności program okazał się porażką. A w najlepszym wypadku miał neutralny wpływ na naszą skłonność do powoływania na świat dzieci.

Nie zamierzam w tym wpisie dokonywać poważniejszej oceny programu 500+. Pod kontem dzietności, przeprowadzałem taką analizę jakiś czas temu. LINK. Tym razem pozwolę sobie na garść krytycznych refleksji, bo trudno mi zrozumieć, dlaczego nad programem 500+ zapanowała atmosfera zakazu krytyki. Zapanował jakiś komentatorski paraliż. Nie mam najmniejszej ochoty mu się podporządkowywać.

Czym miał i ma być program 500+? Jaki był jego cel? Tego to już chyba nikt nie potrafi teraz powiedzieć. A już na pewno nie jego pomysłodawcy, czyli politycy PiS. Oni sami wraz z upływem czasu różnie rozkładali akcenty.

Dzietność. To początkowo jeden z czołowych argumentów. Niestety, dzietność poprawiła się przez bardzo krótki okres, a i tak nie była większa niż w latach naszego poprzedniego boomu gospodarczego sprzed ponad 10 lat, kiedy o 500+ nikomu się nie śniło. Demografowie zwracali uwagę, że nie tak prosto trwale poprawić dzietność. Naukowcy i eksperci z innych dziedzin przypominali, że szasną na poprawę dzietności jest głownie rozwinięcie szeregu usług i  instrumentów wsparcia dających bezpieczeństwo, wsparcie i opiekę rodzinie powołującej na świat dziecko. Politycy prawicowi postanowili jednak banalnie rozdać pieniądze. Gdy już po ok dwóch latach od startu programu wiadomym było, że 500+ nie jest programem demograficznym, politycy prawicowi szybko porzucili ten argument.

Walka z biedą. Tu program odnotował największy sukces. Pytanie jednak, czy w ramach walki z ubóstwem warto rozdawać pieniądze wszystkim, którzy mają dzieci? Z tego punktu widzenia program należało oprzeć na kryterium dochodowym. Patrząc na zjawisko biedy i jej rozkład w społeczeństwie, to program 500+ uczynił tu wiele dobrego raczej przy okazji, bo co do zasady podstawowym kryterium jest liczba dzieci, a nie poziom dochodów. Szybko też okazało się, że bieda nadal istnieje w tych gospodarstwach domowych, które dzieci nie mają w ogóle lub są one już dorosłe.

Podział dochodu, bogactwa. W biegiem czasu na popularności zyskał argument, że 500+ to forma podziału wypracowanego w czasach rządów PiS dochodu narodowego. To argument dyskusyjny. Jak w przypadku walki z ubóstwem, podział dochodu jest nierówny. Część Polaków nie dostała nic, bo nie są beneficjentami programu. Biorąc zaś pod uwagę źródła finansowania programu, to argument o podziale dochodu staje się zgrabnym politycznym oszustwem.

500+ jako odpowiednik Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). BDP to głównie konik lewicy. No i tu też klops, bo 500+ nie jest powszechne. Po drugie sama w sobie teoria BDP jest niepoważna, ale jej sympatycy nie przyjmują tego do wiadomości. Sympatycy BDP podkreślają, że 500+ udowadnia, że państwo jest w stanie unieść programy typu BDP. To nonsens, bo 500+ jest poważnym obciążeniem dla finansów państwa, na co niejednokrotnie zwracałem uwagę w moich wpisach. Zwraca na to uwagę część ekonomistów, ale oni są teraz niemodni. Niestety.

500+ jako forma nakręcania wzrostu gospodarczego poprzez popyt. 500+ w popycie generowanym przez gospodarstwa domowe w rachunku PKB stanowi marginalną jego część. Ponadto tempo PKB zaczęło zwalniać już w ubiegłym roku, mimo dosypywania pieniędzy w postaci rozszerzania 500+ oraz dodatkowych emerytur. Miłośnicy zabaw danymi makroekonomicznymi bez wysiłku zauważą, że wpływ 500+ na popyt i na wzrost gospodarczy jest mocno przesadzony. Ponadto nie nakręca się popytu w chwili wzrostu gospodarki bo to nie ma sensu. Pojawiają się napięcia cenowe (wzrost inflacji!) i destabilizuje się podaż poprzez nakręcany popyt.

Kolejna element tarczy antykryzysowej. To jedna z najnowszych teorii, modna w kołach rządowych. Po prostu, biorąc pod uwagę upór rządu w utrzymaniu 500+, jakąś teorią trzeba do programu dopasować. Część ekonomistów oczekiwała, że w czasie gdy szukamy pieniędzy na ratowanie się przed skutkami kryzysu, 500+ zostanie ograniczony, by zmniejszyć deficyt finansów publicznych oraz by odblokowane środki przekazać na wsparcie utraconych wynagrodzeń, wsparcia dla tych co stracą pracę itd. Niestety, politycy koalicji rządowej są uparci. 500+ jest i będzie, bo tak obiecano. A, że spowoduje to podkręcenie deficytu finansów publicznych i zadłużenia, to polityków już nie interesuje.

 Zarzut lewicy o wspieranie prywatyzacji usług wskutek wprowadzenia 500+ i wycofywanie się państwa z naszego życia. Coś w tym jest i widać to od kilku miesięcy m.in. w składnikach inflacji. Rząd zamiast dofinansować usługi zdrowotne, edukacyjne, komunikacyjne itd. rozdał ludziom pieniądze. Efekt? To czego nam brakuje w życiu codziennym, nabywamy na zasadach rynkowych. Skoro, przykładowo, rozczarowani jesteśmy wynikami dziecka w nauce, to kupujemy usługi w postaci tzw. ‘korków’. Itd.

Na co przeznaczamy 500+. Sondaże (tzn. ich wyniki) dot. wydatków 500+ wzbudzają nieco kontrowersji. Nie brnąc w szczegóły oprę się na temacie, który na forach internetowych wywołał nieco zamieszania. Otóż konieczność zdalnej edukacji ujawniła, że niemała część dzieciaków nie ma dostępu do komputera. To wywołało na forach (politycy bali się tknąć temat) pytania o to, na co poszły pieniądze z 500+? Moim zdaniem, to bardzo dobre pytanie. Jeszcze w okresie wakacyjnym premier M.Morawiecki chwalił się, że 500+ pozwolił wielu rodzinom na spędzenie wakacji nad morzem. W niektórych przypadkach po raz pierwszy. Owszem, argument chwytający za serce i stępiający ostrze krytyki. Niemniej pytanie o to jak beneficjenci 500+ wydają pieniądze, skoro zabrakło na taniego laptopa dla dziecka, jest moim zdaniem jak najbardziej zasadne. Nie widzę powodów i przeciwskazań, by nie poddać badaniom wydatkowanie środków z 500+, bo wygląda na to (potwierdzają to częściowo badania), że środki z 500+ niekoniecznie są wydawane rozsądnie. To kieruje nas w stronę pytania o sens i cel programów takich jak 500+.

Program 500+ budzi potężnie spory i sprzeczne opinie. Ja tradycyjnie proponuję każdemu dokładnie zapoznać się z finansami publicznymi, stroną wpływów, wydatków i ich strukturą. Zapewniam, że to błyskawicznie sprowadza człowieka na ziemię.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 14 komentarzy

Inflacja za kwiecień. Ratuje nas spadek cen paliw.

Mimo niedawnej deklaracji, GUS powrócił do podawania tzw. szybkiego szacunku wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Mamy więc wstępne dane o inflacji za kwiecień i podobnie jak wyniki za marzec, wywołany sporo kontrowersji i niedowierzania. Przy czym problem z zaakceptowaniem wstępnych wyników inflacji ma nie tyle grono ekonomistów, co część opinii publicznej. Dlaczego?

Powinniśmy oddzielić emocje od faktów. Przegląd opinii na różnych forach po publikacji danych GUS wskazuje, że część Polaków uważa wynik za zaniżony. Musimy jednak pamiętać, że koszyk inflacyjny obejmuje szeroki zakres naszej aktywności ekonomicznej, jaką przejawiamy nabywając w każdym kolejnym miesiącu szereg dóbr i usług. Nie kupujemy tylko drożejących początkowo maseczek i środków dezynfekujących. Ponadto, te dwie ostatnie pozycje, co by o ich nie mówić, stanowią skromniutką część naszych zakupów. Boli nas i niepokoi wzrost cen niektórych artykułów żywnościowych. Ale ich znaczny wzrost jest odnotowany. To, że inflacja w kwietnie w ujęciu rok do roku, wzrosła w obecnych okolicznościach jedynie o 3,4%, mówi nam jedynie o ogromnej zmianach jakie zachodzą w koszyku inflacyjnym. Jedne z dóbr i usług niepokojącą rosną, inne zaś spadają, co powoduje znoszenie się skutków. Niestety przy okazji prezentacji wyników wstępnych nie podaje się detali, a jedynie główne pozycje.

Na pewno nadal rośną ceny żywności. Utrzymuje się roczny wzrost na poziomie 7% (dokładnie 7,3%). Tak silny wzrost cen żywności (w przedziale 6%-8% r/r) trwa od lata 2019 r. Biorąc pod uwagę zapowiedzi o suszy, wygląda na to, że żywność da nam jeszcze popalić w tym roku.

Z informacji jakie opublikował GUS wynika, że jednym z głównych czynników studzących inflację są ceny paliw do środków transportu indywidualnego. Ceny paliw (głównie za sprawą cen ropy) miesiąc do miesiąca spadły o niemal 13%! Dysponuje szczegółowymi danymi dot. inflacji od 2003 r., i maksymalny miesięczny spadek cen paliw wyniósł raptem 9% (grudzień 2008 r.). Mamy więc nowy rekord miesięcznego spadku. W ujęciu rocznym spadek o 18,8%  nie jest tak spektakularny, tzn. jest porównywalny ze styczniem 2009 i lutym 2015 r..

Oceniając wynik inflacji musimy pamiętać o tym, że wielu z nas ograniczyło zakupy niektórych dóbr i usług, co powstrzymało wzrost lub obniżyło ich ceny. Na szczegóły przyjdzie nam poczekać do połowy maja, kiedy to poznamy pełny raport o inflacji za kwiecień.

To wielkie cenowe i popytowe zamieszanie rodzi pytania i obawy o najbliższą przyszłość inflacji. Wiele zależy od tego jak szybko wydobędziemy się z ekonomicznego marazmu i wrócimy do pracy. Niestety wtedy też, skoro cały rozwinięty świat będzie powracał do życia, w górę pójdą ceny paliw. Cóż, ten rok może nie być rokiem niskiej inflacji. Na szczęście w II połowie tego roku zadziała tzw. efekt bazy w przypadku cen żywności, nie powinno być aż tak źle i ostatecznie inflacja na koniec roku powinna być niższa od poziomu jaki zobaczyliśmy w kwietniu.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Susza a inflacja i optymizm NBP oraz rządu.

Jak wielu ludzi, wiedzę o otaczającym nas świecie zbieram na dwa sposoby. Pierwszy, to własne, codzienne doświadczenia i obserwacje. A drugi sposób, to zapoznawanie się z danymi i tym co piszą inni ludzie. I właśnie problemy z grożącą nam wyjątkową suszą dotarły do mnie tą drugą drogą. Jeszcze nie wiemy jak sobie radzić z wirusem, a tu nagle zapowiadana jest kolejne nieszczęście. Dla ekonomisty jest to trochę temat nieuchwytny i mało zrozumiały. Ekonomista od razu próbuje uchwycić to liczbami i szuka przełożenia na gospodarkę. Jak znajdzie liczby i przełoży, to ok. Jak nie, to nie wie co z tym zrobić i czasami bagatelizuje.

GUS dostarcza w miesięczniku Biuletyn Statystyczny  dane określane jako meteorologiczne. Oczywiście meteorologia to nie to samo co hydrologia, ale pewne przełożenie jest. Np. GUS podaje w Biuletynie : zachmurzenie, usłonecznienie, opady i temperaturę. To miesięczne dane zbierane z kilku miejsc rozsianych po całej Polsce. Śledzę te dane od lat, by szukać przełożenia m.in. na wskaźnik inflacji czy zapotrzebowanie na energię elektryczną. Prostych przełożeń niestety nie ma, ale o tym za chwilę.

To co łączy meteorologię z hydrologią, to m.in. opady. I tutaj faktycznie już na poziomie danych z GUS widać, że szykuje nam się drugi z rzędu słaby rok. Na załączonej ilustracji przedstawiam opady w mm. Po drodze pozwoliłem sobie na kilka różnych uśrednień i ‘wygładzeń’ danych miesięcznych, by pomóc czytelnikowi w odbiorze wykresu. Wykres zawiera więc (niebieska linia) średnie miesięczne opady w Polsce (średnia w podawanych przez GUS miast). Na to nałożyłem ruchomą średnią roczną (linia bordowa). Zaletą tych szeregu uśrednień itd. jest proste zaprezentowanie problemu. A nasz problem to: mniejsza liczba opadów i duże prawdopodobieństwo, że będzie to drugi z rzędu słaby rok. Być może porównanie do lat poprzednich nie sugeruje, by sytuacja była dramatyczna, ale same opady to jedno, a sytuacja hydrologiczna to drugie. Hydrolodzy od lat zwracają uwagę, że zasobność Polski w wodę budzi obawy, a w najbliższych dziesięcioleciach dotknie nas m.in. pustynnienie niektórych obszarów krajów i coraz częściej pojawiające się przerwy w dostępie do bieżącej wody. Sytuację pogarsza fakt, że słabsze opady pokrywają się w okresem wyjątkowo ciepłych lat.

Słabe opady, wyjątkowo wysoka temperatura nie sprzyjają poprawnej wegetacji roślin. To zaś odbija się niekorzystnie na plonach. Słabe plony zaś, na ogół oznaczają wyższe ceny żywności dla obywateli. I tutaj sprawa nie jest już taka prosta. Otóż trudno dostrzec proste przełożenia między słabymi opadami i suszą a cenami żywności, która są składnikiem inflacji. Zależności jest, bo musi być, ale jest trudna do uchwycenia i nieregularna. Wiele zależy od tego czy okres gorszych plonów przypada na czasy lepszej lub gorszej koniunktury gospodarczej. Czy alternatywne produkty rolne również odnotowały słabsze wyniki produkcji (tzn. zbiorów). Czy jest możliwość zaspokojenia popytu importem itd. Z moich obserwacji wynika, że susze odbijają się niekorzystnie na cenach żywności nawet w okresie dwuletnim. I zapewne już wzrosty cen z przełomu 2019/20 są tego częściowo efektem.

Podsumowując, może się okazać, że zgodnie z zapowiedziami hydrologów, czeka nas trudny rok. Trudno powiedzieć jak się to odbije na cenach żywności i jej przetworów, ponieważ ewentualne próby podniesienia cen żywności spotkają się ze słabszym popytem z powody kryzysy wywołanego wirusem. Jak na razie akceptujemy wzrost cen z konieczności i – patrząc na lata poprzednie – można powiedzieć, że rola koszyka żywności w podwyższaniu wyniku inflacji powinna powoli słabnąć. Być może to zjawisko, z powodu suszy, będzie następowało wolniej.

Zmierzam do tego, że optymizm przedstawicieli rządu jak i NBP, odnośnie inflacji, może być nietrafiony. Zarówno rząd jak i NBP zdaję się lekceważyć inflację, opierając się na tym, że słabnący popyt oraz spadek cen surowców energetycznych, przyczynią się do słabnięcia napięć inflacyjnych. Krótko mówiąc, inflacja sama się wygasi i wróci do bezpiecznego przedziału (cel inflacyjny). Nazwałbym to jednak obstawianiem pewnego scenariusza niż odpowiednim wyważeniem ryzyk i niewiadomych. M.in. dotyczy to cen żywności. Oczywiście efekt bazy będzie powodował z biegiem czasu spadek rocznej dynamiki cen żywności, ale może się to odbyć grubo wolniejszym niż się rządowi i NBP wydaje. M.in. wskutek suszy, o której informują hydrolodzy.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Zakusy na oszczędności Polaków. Wątpliwości wokół wypowiedzi prezesa PFR.

Wokół wypowiedzi prezesa Państwowego Funduszu Rozwoju (PFR) dla Telewizji Trwam (TT) zrobiło się spore zamieszanie. Chyba nieco przesadziły tym razem media, które zaczęły straszyć przez Święta, że rząd (za pośrednictwem PFR) planuje skok na oszczędności obywateli. Po krótce, w kilku zdaniach, trzeba wyjaśnić o co te całe zamieszanie. Niestety, szef PFR niezupełnie jest tu bez winy.

Kilka dni temu Paweł Borys, szef PFR, wypowiadał się w TT. Pojawił się temat finansowania drugiej wersji Tarczy. Rozmowa mogła zrobić wrażenie tzw. ustawki, bo prowadzący audycję okazał się zorientowany w temacie deponowanych przez Polaków w bankach oszczędności i zgrabnie wystawił temat szefowi PFR. Chodziło o to, że tą część Tarczy za którą odpowiada PFR można by sfinansować pieniędzmi obywateli poprzez emisję obligacji. Prezes PFR temat oczywiście podjął i potwierdził, że bierze się pod uwagę zaproponowanie obywatelom atrakcyjnej formy oszczędności w formie obligacji.

W uzupełnieniu trzeba dodać, że w materiałach promocyjnych tak rząd jak i PFR niezbyt chętnie wspominają o finansowaniu Tarczy. Niewprawny ekonomicznie czytelnik, może odnieść wrażenie, że P.Borys wespół z M.Morawieckim dysponują niekończącym się źródłem pieniędzy. A tak niestety nie jest.

P.Borys pieniądze na Tarcze, m.in. w części za którą on odpowiada, musi dopiero zebrać. Z programu w TT można odnieść wrażenie, że urzędnicy rządowi i sympatyzujące z rządem media starają się ostrożnie uświadamiać o tym społeczeństwu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że nikt nie mówił o zabraniu obywatelom pieniędzy, a jedynie o zaproponowaniu atrakcyjnych form oszczędzania w postaci obligacji.  Jeżeli byłyby to atrakcyjnie oprocentowane obligacje z oczywistą gwarancją skarbu państwa, to czemu nie. Niestety żadne szczegóły nie padły.

Powtórzmy więc: nikt Polakom pieniędzy nie zabiera, ale i nikt nie podaje szczegółów całej operacji w jakiej nasze oszczędności mogą odgrywać kluczową rolę.

Ale pytań  i wątpliwości jest ogromne mnóstwo. Bo nie tylko sama operacja, jej zasady oraz skala (mowa o Tarczy), budzą wątpliwości. P.Borys ma niestety mocno nadwątloną reputację i wiarygodność.

Pytanie i wątpliwości. O jakich obligacjach mówimy? Jak będzie wyglądała gwarancja wykupu ? Jak będzie skonstruowany wehikuł finansowy, który zrekompensuje bankom ubytek depozytów? Chodzi m.in. o rolę NBP i osadzenie całej operacji w kontekście finansów publicznych. Skoro znaczna część środków pomocowych sfinansowana obligacjami może być umorzona, to jak sfinansowany będzie wykup obligacji? Pytania można mnożyć i uszczegóławiać.

Szef PFR, jak wyżej wspomniałem, roztrwonił swoją wiarygodność, co potęguje obawy. P.Borys jak może wspiera fanfaronadę rządu m.in. w obszarze Tarczy. Pieniędzy jeszcze nie zebrał, programu nie uruchomił, ale już ogłasza z mediach, że w relacji do PKB to jeden z największych programów wśród krajów dotkniętych wirusem. Szef PFR brał udział w medialnej manipulacji dotyczącej uzasadnieniem zmiany OFE na IKE. Itd. Trudno się więc dziwić, że wyrażone zainteresowanie naszymi oszczędnościami wzbudziło poruszenia i obawy wśród komentatorów i ekonomistów.

Konstrukcja i skala drugiej części Tarczy wskazują, że rząd będzie znowu kombinował w finansach publicznych. W tym wehikule planowany jest udział NBP, co też wzbudza spore kontrowersje. Trzeba będzie szukać kompromisu między oczywistymi potrzebami (skutki kryzysu), a skłonnością rządu do finansowego rozmachu i manipulacji finansami publicznymi.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz