Zasiłek dla bezrobotnych poza obszarem polityki społecznej wg PiS.

Polityka socjalna państwa przejawia się w wielu aspektach życia społecznego. Jednym z jej punktów jest zasiłek dla bezrobotnych, udzielany po utracie pracy. Temat wydaje się chwilowo mało istotny, bo na tle państw UE mamy jedną z najniższych stóp bezrobocia. Skoro jednak tak wiele się ostatnio mówi o przełomie w politycy socjalnej państwa, to proponuje przyjrzeć się tematowi.

Wpierw nieco historii i porównań.

Na tle wszystkich państw UE (do analizy wziąłem dane z lat 2001-2017, Eurostat), Polska nie należy i nie należała do najhojniejszych pod względem wydatków na zasiłki dla bezrobotnych i politykę z bezrobociem związaną. Zupełnie inaczej porównanie wygląda na tle państw z obszaru tzw. demoludów. Chodzi o państwa zależne przed laty politycznie i gospodarczo od ZSRR. I sądzę, że takie porównanie jest rzetelniejsze, bo mieliśmy podobny punkt startowy. Z tej perspektywy Polska należała do państw, które na pozycję unemployment (grupowanie wydatków finansów publicznych wg metod. COFOG) wydawała najwięcej (w relacji do PKB).  W latach 2001-2009 było to 0,9%-1,0% PKB. W kolejnych latach wydatki na unemployment systematycznie zbliżały się do średniej dla analizowanych krajów. Relatywnie wysokie nakłady na zasiłki itd. w pierwszych latach analizowanego okresu wynikały po części z wysokiego bezrobocia. Po 2009 r. musieliśmy powstrzymywać wzrost wydatków publicznych ze względu na konieczność obniżania deficytu finansów publicznych po kryzysie gospodarczym. Od 2014 r. bezrobocie w Polsce zaczęło spadać, więc wartość nakładów na zasiłki dla bezrobotnych i politykę wsparcia spadała aż do 0,4% PKB (2017 r.)

Aż 85% bezrobotnych nie ma prawa do zasiłku i w analizowanym okresie wartość ta była niemal bez zmian. Z punktu widzenia osoby tracącej pracę sytuacja staje się, z chwilą utraty pracy, dramatyczna. Z pełnego wynagrodzenia, przechodzi się na kilkusetzłotowy zasiłek, który odbierany jest po kilku miesiącach (okres podstawowy to 6 m-cy). Oczywiście po drodze pobierane jest wynagrodzenie w okresie wypowiedzenia. Gdy podzielić wartość wypłacanych zasiłków przez liczbą bezrobotnych pobierających zasiłek, to wychodzi wartość niemal 740 zł zasiłku miesięcznie. To wartość marginalnie większa od podstawowego zasiłku otrzymywanego w pierwszych trzech miesiącach (730 zł). (Po trzech miesiącach zasiłek jest obniżany o ok. 150 zł).

Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju luką socjalną. Osoba tracąca pracę, po kilku miesiącach (okres zależny od kilku czynników) może pozostać bez środków do życia i staje się beneficjentem pomocy społecznej.

PiS w swojej polityce społecznej nie ujął zasiłku dla bezrobotnych, skupiając się na 500 plus. To jeden z wielu mankamentów polityki PiS. Ta sfera została przez PiS zlekceważona, czego nie można powiedzieć o środkach zgromadzonych na kontach Funduszu Pracy. Przypomnę, że z Funduszu Pracy opłacane są zasiłki dla bezrobotnych.

Niemal co piąty bezrobotny, to osoba powyżej 55 roku życia. Są to więc dorośli, którzy niemal na pewno nie są beneficjentami 500 plus ze względu na wiek dzieci (powyżej 18 lat). W podobnej sytuacji są bardzo młodzi bezrobotni lub osoby nieco starsze bez potomstwa. Biorąc więc pod uwagę hojność PiS w ramach 500 plus, brak zmian skierowanych dla osób z kręgu bezrobotnych jest zaskakująca. Można było się więc zastanowić nad zwiększeniem zasiłku lub wydłużeniem czasu jego otrzymywania (pomysłów jest mnóstwo). PiS tymczasem pozostawił ten obszar bez zmian, chętnie za to angażując nadwyżki Funduszu Pracy na coraz to nowe pomysły (w tym dopłaty do PPK czy dofinansowanie tzw. trzynastych emerytur).

To jeden z kolejnych wpisów próbujących przedstawić politykę społeczną PiS w szerszym kontekście. Polityka społeczna PiS, nie dość że przekracza nasze możliwości finansowe, to jeszcze w dużym stopniu ma charakter populistyczny. Biorąc pod uwagę skalę środków przeznaczonych na 500 plus, tzw. trzynastą emeryturę i zakup materiałów szkolnych, pominięcie sfery zasiłków dla bezrobotnych powinno budzić zainteresowanie. Wypłata zasiłków dla bezrobotnych to raptem 1,3 mld zł w 2018 r. (dane z Biuletynu GUS). To kwota niezwykle skromna na tle wydatków na 500 plus.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wzrost wynagrodzeń. Komu go zawdzięczamy.

Trafiłem na notatkę rządu, a raczej jednego z ministerstw,  o wzroście wynagrodzeń w Polsce. Notatka dostępna jest na stronie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Notatka pełna jest niedopowiedzeń i informacji wymagających dokładniejszego wytłumaczenia. Reaguje dlatego, bo bardzo nie lubię manipulacji informacją gospodarczą, a w czasach obecnego rządu jest to nagminne.

Tekst brzmi następująco:

„W ostatnich latach – dynamiczny wzrost wynagrodzeń i płacy minimalnej.

Przeciętne wynagrodzenie brutto wzrosło w Polsce w minionych 4 latach o niemal 700 zł, a w samym tylko 2018 r. o 300 zł – do poziomu 4585 zł. Rosło ono sukcesywnie przez kolejne lata, jednak realny wzrost, o 5,3% w zeszłym roku, był zdecydowanie najwyższy w dekadzie. W sektorze przedsiębiorstw realny wzrost płac był jeszcze wyższy i wyniósł 5,4% (r/r), osiągając kwotę 4852,29 zł. Pensje w naszym kraju rosną znacznie szybciej niż ceny, dzięki czemu zwiększa się siła nabywcza obywateli. Polacy szybciej się bogacą, kumulują oszczędności i kapitał, a pieniądze te pracują dla polskiej gospodarki.

W ostatnich latach dynamicznie rosła też płaca minimalna brutto. Wynosi w tym roku 2250 zł, czyli o 500 zł więcej niż w roku 2015. Oznacza to wzrost płacy minimalnej w tym okresie o 28%, czyli znacznie więcej niż w poprzednich latach. Wraz ze świadczeniami dodatkowymi trwale poprawia to sytuację polskich rodzin.

Mimo znacznego wzrostu płacy minimalnej udział osób pobierających najniższe wynagrodzenie, w ogólnej liczbie zatrudnionych na umowę o pracę, wyniósł 13% i utrzymuje się na tym samym poziomie od 2012 r. W porównaniu z krajami UE, Polska z płacą minimalną na poziomie 523 euro plasuje się w czołówce krajów naszego regionu. Niższą płacę minimalną ma 6 państw (Łotwa, Rumunia, Węgry, Chorwacja, Czechy, Słowacja).”

Wynagrodzenie w gospodarce faktycznie rosło dosyć dynamicznie w ostatnich latach. Na ogół poszczególne rządy, łącznie z rządami obecnej koalicji, ma niewielki wpływ na tempo wzrostu wynagrodzeń w gospodarce. Tu dominujące znaczenie ma koniunktura gospodarcza. To że obecny rząd trafił w koniunkturę gospodarczą, to kwestia głównie szczęścia, a nie działań rządu.

Z tempem wzrostu wynagrodzeń (skorygowanym o inflację) powyżej 5% mieliśmy do czynienia już wcześniej. Takie wzrosty nasza gospodarka odnotowuje w czasach koniunktury gospodarczej. Nie doświadczyliśmy więc niczego nadzwyczajnego w ostatnich czterech latach. Do tego mocny wzrost wynagrodzeń był już widoczny w latach 2014 i 2015, czyli przed wyborami.

Co oczywiste, realny wzrost wynagrodzeń automatycznie oznacza wzrost siły nabywczej, stąd podkreślanie tego w notatce ministerstwa jest trochę dziecinne.

Wynagrodzenia w przeważającej części napędza sektor prywatny i – niejednokrotnie – skomercjalizowany sektor państwowy. W sektorach usług publicznych państwo do najhojniejszych nie należy, czego doświadczyli m.in. nauczyciele. Tak więc ministerstwo chwali się trochę nie swoimi sukcesami.

Komentarza wymaga również płaca minimalna, przy czym warto zwrócić uwagę, że tutaj autorzy komunikatu byli już bardzo ostrożni. Nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też, na zasadzie wyjątku, ministerstwo odniosło się aż do 2012 r. Zresztą zręczne odniesienia do dat i okresów porównawczych, to świadome działanie autorów tekstu, liczących na to, że odbiorca treści nie jest osobą znającą dane makroekonomiczne.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat byliśmy świadkami radykalnej zmiany w zakresie roli płacy minimalnej. W latach 2008-2015 płaca minimalna wzrosła z 38,2% wynagrodzenia średniego w gospodarce, do niemal 45% w 2015 r. W 2019 r. lub 2020 r. mamy szansę trwale przekroczyć 48%. , ale i tak będzie to jedynie kontynuacja wcześniejszych trendów.

Nie chcę odbierać zasług rządom PiS. Niemniej w sferze wynagrodzeń nie byliśmy świadkami niczego więcej niż to co poznaliśmy już wcześniej. Procesy kształtujące wynagrodzenia w gospodarce ogółem w znacznym stopniu są poza zasięgiem polityków, nie wiem więc po ministerstwo wyprodukowało taką populistyczną informację. Rząd ma wpływ na wynagrodzenia w usługach publicznych, ale tutaj przełomu nie było, mimo iż rząd miał możliwości.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Świadomość ekonomiczna lewicy. Deficyt finansów publicznych.

Rozmawiać można o wszystkim i wymieniać się argumentami. W ekonomii również. Zasadą jednak powinno być, że znamy elementarne i niepodważalne fakty i nie ukrywamy ich przed opinią publiczną. Od kryzysu finansowego z końca poprzedniego boomu gospodarczego, a szczególnie od wygranej PiS w Polsce, wśród komentatorów lewicowych, narasta krytyka dawnego porządku gospodarczego. Jak to na lewicy, przedstawiciele tego nurtu w ekonomii, coraz chętniej mówią m.in.  o polityce gospodarczej opartej na deficycie finansów publicznych. ..Że podobno tego do tej pory nie było i …że podobno mainstream (czyli niedobrzy liberałowie) usilnie przez niemal trzydzieści lat z deficytem finansów publicznych walczyli, dusząc przy tym gospodarkę i zaniedbując aktywniejszą politykę społeczną.

Zostawię na inną okazję dyskusją o wadach i zaletach funkcjonowania z deficytem finansów publicznych i o przyczynach jego powstawania. Tymczasem po prostu przyjrzyjmy się faktom. Poniżej podaję dane o finansach publicznych od 1995 r. Brak danych za pierwsze kilka lat niczego tu nie zmienia. Dane podane w tekście pochodzą z GUS lub Eurostatu.

Tzw. III RP od samego początku funkcjonuje w stanie chronicznej przewagi wydatków publicznych nad dochodami, czyli deficytu finansów publicznych. Zmieniał się tylko jego rozmiar. Od najmniejszego w 2018 r. (deficyt 0,4% PKB), po największy, czyli  7,9% PKB w 2010 r. Średni deficyt z analizowanych 23 lat, to ok. 4% PKB. To wartość dość duża. Mówimy o kwotach idących w dziesiątki mld zł rocznie. W UE w tym okresie średni deficyt, to blisko 3% PKB, a w przypadku Niemiec: 1,8% PKB.

Zaznaczmy przy tym, że funkcjonowanie w warunkach deficytu finansów publicznych nie jest nieszczęściem ani tragedią. Szczególnie w państwach rozwijających się,  funkcjonowanie w warunkach deficytu jest nieuniknione i w pewnym stopniu wręcz pożądane. Powodem przewagi wydatków nad wpływami jest amortyzowanie kosztów społecznych przemian (wsparcie gospodarstw domowych) i – przykładowo – wydatki infrastrukturalne, finansowane z kasy publicznej. Problemem więc jest nie tyle deficyt, co jego rozmiar i umiejętność jego zmniejszania.

W Polsce mamy skłonność do tolerowania zbyt dużego deficytu. Drugim zarzutem jest łatwość narastania deficytu w okresach kulejącej koniunktury lub kryzysów. Mam na myśli m.in. początek ubiegłej dekady i lata 2009-2010. Jesteśmy nieco bezradni w okresach zwiększania się deficytu, a jego zmniejszanie w nazbyt dużym stopniu opieramy na wzroście koniunktury.

 Średni deficyt dla kraju takiego jak Polska nie powinien przekroczyć 3% PKB w rozumieniu średniej z ostatnich 23 lat. Od dwóch lat, biorąc pod uwagę poziom koniunktury, powinniśmy mieć nadwyżkę w finansach (Niemcy mają od 2014 r.).

Jak więc widać, wbrew opiniom lewicowych komentatorów, deficyt finansów publicznych jest stałych zjawiskiem w naszej gospodarce. Na dodatek, średni poziom deficytu jest dość znaczny. Porównanie Polski na tle wszystkich krajów UE (średnia dla 23 lat oraz średnia dla 10 ostatnich lat), wskazuję, że należymy go grona krajów o nazbyt ‘odważnej’ polityce deficytu finansów, co nie jest powodem do dumy. Co najmniej dwa razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat osiągaliśmy niebezpiecznie duży deficyt, co mogło się skończyć poważnymi problemami.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Otagowano | Dodaj komentarz

Trzynasta emerytura czyli finansowe czary-mary.

Kilka dni temu media podały źródła finansowania emerytalnej trzynastki. Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS), środki na sfinansowanie dodatkowych emerytur mają pochodzić z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), Funduszu Pracy (FP), Funduszu Emerytur Pomostowych (FEP) oraz z innych pomniejszych źródeł  z obszaru finansów publicznych. Na emerytalną trzynastkę można spojrzeć z wielu perspektyw. Ja chciałbym zwrócić uwagę na podejście rządu do idei funduszy celowych, z uwzględnieniem funduszy trwale deficytowych.

Podane przez MRPiPS źródła finansowania tzw. trzynastej emerytury potwierdzają, że nie ma żadnych nowych źródeł finansowania, tylko po prostu pieniądze zostaną podebrane z kilku źródeł, w tym z mniejszych niż planowano dotacji. Po raz kolejny naruszona zostaje idea funduszy celowych . Rząd PIS nie jest tu bynajmniej prekursorem. Ze względu na silne obecnie podziały polityczne i ekonomiczne, rządy koalicji prawicowej niemal automatycznie porównywane są do działań rządów PO-PSL. Z funduszy celowych również chętnie podbierał pieniądze na inne cele rząd PO-PSL. Tylko, że rząd PO-PSL dokonywał tego w radykalnie innej, gorszej, sytuacji finansów publicznych. Tymczasem obecna koalicja, nakręca spiralę populizmu, nie przejmując się specjalnie tym co będzie dalej.

FUS jako taki nie ma żadnych nadwyżek. System emerytalny funkcjonuje w warunkach stałego deficytu i deficyt ten nominalnie z biegiem lat będzie się zwiększał. Sukcesem będzie, jeżeli w ciągu kilku najbliższych lat zatrzymamy jego wzrost w ujęciu relacji do PKB. Przedstawiciele rządu tymczasem uznali, że mniejsze od planowanych dotacje są formą oszczędności, więc można teoretycznie zaoszczędzone środki wydać na tzw. trzynastki.  To jakiś absurd, ale się dzieje i politycy uzyskali demokratyczny mandat by takie rzeczy robić. Różnica między rocznymi wydatkami FUS a wpływam ze składek, po przejściowym spadku głównie z powodu koniunktury gospodarczej, znowu zaczyna rosnąć (sumy roczne, kroczące) w drugiej połowie 2018 r.

FEP ma służyć finansowaniu emerytur dla osób wykonujących zawody  o szczególnych charakterze lub wykonywane w szczególnych warunkach. Chodzi o osoby wykonujące wylistowane kilkadziesiąt zawodów, które z racji szkodliwości itd. będą musiały (będą miały prawo) m.in. szybciej przejść na emeryturę lub zgromadzone składki będą rekompensowały utratę zdrowia. Na chwilę obecną FEP ma niewielką nadwyżkę, ale wg prognoz ZUS w najbliższych latach FEP będzie miał deficyt wymagający dotacji. Ten pomysł wywołał oburzenie związków zawodowych, czemu trudno się dziwić. Jeżeli wg rządu, pomiędzy w FEP jest za dużo, to warto rozważyć: zmniejszenie składki, zwiększenie wypłacanych świadczeń, wydłużenie listy zawodów lub kilka innych pomysłów.

FP to już niemal ‘kultowy’ przedmiot sporu. Politycy traktują FP jak żelazną rezerwę na finansowanie politycznych pomysłów i oczekiwań płacowych wymuszonych przez taką czy inną grupę zawodową. W latach 2010-2015 FP miał na przemian relatywnie małe nadwyżki i deficyty. Poprawa sytuacji gospodarczej zaowocowała zwiększonym napływem składek i spadkiem wypłat na zasiłki dla bezrobotnych, świadczenia przedemerytalne, aktywizację zawodową itd. Efekt? Ponad 5 mld zł nadwyżki w ujęciu rocznym (cztery kwartały) na koniec III kw 2018 r. Przy rocznych wpływach (głównie ze składek na FP) w wysokości niemal 14 mld zł i podanej nadwyżce, pojawia się pytanie o cel i sens funkcjonowania FP w obecnej postaci i dostępie do niego polityków.

Działania obecnego rządu dobitnie okazują, że w dużym stopniu słuszna idea funduszy celowych jest nazbyt łatwo naruszana przez polityków. Tym razem cel jest już tylko i wyłącznie populistyczny. Mniejsza dotacja do FUS powinna być wykorzystana głównie do zmniejszenie deficytu finansów publicznych, by mieć dobrą pozycję startową na zbliżający się okres słabszej koniunktury. M.in. po to by chronić emerytów przed cięciem wydatków na świadczenia, usługi itd., z których korzystają ludzie w wieku emerytalnym.

Wykorzystywanie FP rodzi serię trudnych pytań i refleksji. Najwyraźniej obecny rząd woli dawać trzynastą emeryturę niż zwiększyć czas otrzymywania i wielkość zasiłku dla bezrobotnych. Polska charakteryzuje się relatywnie słabym wsparciem dla bezrobotnych. A być może składka na FP jest po prostu za duża? W takim razie zmniejszmy ją lub częściowo zamieńmy na składkę NFZ. Rozwiązań i pomysłów jest wiele.

Traktowanie niezrealizowanych dotacji w przypadku funduszy celowych charakteryzujących się trwałym deficytem (np. FUS) jako extra pieniędzy, które można natychmiast wydać,  jest zwykłą nieodpowiedzialnością.  Jeżeli FP miałby utrzymać obecną formułę, to warto się zastanowić nad utrudnieniem politykom doraźnego podbierania pieniędzy zebranych z przejściowych nadwyżek.

Nie chciałbym być odebrany jako osoba pozbawiona zrozumienia dla trudnej sytuacji emerytów i rencistów. Jak najbardziej możemy podyskutować nad zwiększeniem ich partycypacji w podziale dochodu w okresach prosperity.  Możemy zmodyfikować obecny algorytm waloryzujący emerytury lub rozważyć ideę tzw. trzynastej emerytury. Ten ostatni pomysł musiałby być w miarę precyzyjnie określony ustawowo, by utrudnić kolejnym rządom  populistyczne i przedwyborcze rozdawanie pieniędzy w oparciu o doraźne polityczne decyzje. Inna rzecz, że emerytom i rencistom można pomagać na wiele innych sposobów nieć bezpośrednie wypłaty pieniędzy. Ale to już temat na inną dyskusję.

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | 1 komentarz

Co ma wspólnego 500+ z sumieniem.

W ostatnich wywiadach w premierem powróciło pytanie o sens przekazywania środków w ramach 500+ rodzinom zamożniejszym. W wywiadzie przeprowadzonym przez Dorotę Gawryluk z Polsatu premier śmiało odpowiedział : Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu. Podobnie, w pierwszych miesiącach funkcjonowania programu, wypowiadała się premier Szydło.

W rzeczywistości nie chodzi tu  o sumienie, a o jeden z wielu błędów popełnionych przy wprowadzaniu 500+. Program 500+ powinien mieć kryterium dochodowe. Patrząc na rozkład dochodów w Polsce, śmiało można powiedzieć, że blisko jedna trzecia beneficjentów nie powinna dostać pieniędzy z 500+. Nas po prostu na takie bezmyślne rozdawnictwo nie stać.

Co ciekawe wśród polityków PiS funkcjonują dwa uzasadnienia braku kryterium dochodowego. Pierwsze, że to rzekomo kosztowne rozwiązanie (biurokracja). Drugie, że PiS świadomie zastosował brak zróżnicowania materialnego w przyznawaniu 500+, by nie różnicować dzieci. Żadne z tych uzasadnień nie da się obronić. Analizę dochodów i sytuacji materialnej stosujemy w szeregu różnych programów, w tym i w pomocy społecznej. Argument z równym startem jest nieprawdziwy, bo dzieci z rodzin zamożniejszych i tak ten start mają łatwiejszy.

Problemem dla PiS jest poważna strata wizerunkowa jaka wiązałaby się z przyznaniem się do błędu i wprowadzeniem kryterium dochodowego. Wcześniej czy później, któryś z kolejnych rządów, będzie musiał ten temat podjąć. Ktoś będzie musiał te monstrualne rozdawnictwo ukrócić.

Byłbym ostrożny w nadużywaniu pojęcia „sumienie” w ekonomii. Z kilku powodów. Gdyby zamożniejsze rodziny zrezygnowały z pobierania 500+, politycy PiS natychmiast użyliby zaoszczędzone środki na inne populistyczne cele. Nie widzę powody by to politykom PiS ułatwiać.

Mam świadomość, że w polskim społeczeństwie pojęcie jak na przykład ‘zamożny’, ‘dobrze zarabiający’, ‘bogaty’ jest dość subiektywnie postrzegane. Jak wskazują badania, znaczna część rodzin dobrze zarabiających wcale za takie się nie uważa. Wobec tego to właśnie decydenci (politycy!) muszą wskazać granicę powyżej której wsparcie nie powinno być udzielane.

Nie chcę twierdzić, że w relacjach ekonomicznych nie ma miejsca na mówienie o sumieniu. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że to nie najlepszy teren do tego. Rolą państwa jest trafne i dokładne określenie kto i ile płaci. To właśnie państwo powinno kierować się sumieniem w ustalania relacji finansowych obywatela z państwem. Obecnie państwo, wg aktualnej koncepcji sumienia, rozdaje nonszalancko pieniądze w ramach 500+ zamiast na przykład na służbę zdrowia, niepełnosprawnych itd. Podyskutujmy więc raczej o sumieniu premiera, bo to tu jest problem.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Tempo PKB zwalnia, inwestycje przyspieszają.

Informacje o PKB nie wywołały nadmiernego zainteresowania. Być może dlatego, że dane publikowane w cyklu miesięcznym i dane zagraniczne wskazują od pewnego czasu, że przed nami okres wolniejszego wzrostu PKB.

Jedną z ciekawostek danych o PKB są nakłady brutto na środki trwałe, które w uproszczeniu nazywamy inwestycjami. Od 2015 r. udział inwestycji w PKB spadał, osiągając poziom najniższy w ciągu ostatnich kilkunastu dziesięciu lat. W 2015 r. udział inwestycji w PKB wyniósł ok. 20%. Półtora roku później było to już raptem 17,6%. Dla makroekonomistów to pewna zagadka. Szukanie tłumaczenia w ryzykownej polityce rządu w obszarze finansów publicznych i związanych z tym obawach przedsiębiorców oraz przejściowe ograniczenie inwestycji w sektorze publicznym, to tylko część odpowiedzi. Aktywność sektora prywatnego była widoczna już od pewnego czasu, niemniej problematyka inwestycji w minionych trzech latach jest ciekawym tematem do głębszych analiz. To samo dotyczy zresztą i polskiej giełdy.

Utrzymywanie stopy inwestycji przez dłuższy czas poniżej 20% PKB to powód do zmartwień. Średnia dla krajów UE w latach 2016-2018, to 20%. Dla przykładu, średnia dla Niemiec to też ok 20%, ale już Czesi mieli wynik na poziomie 25%.

Nie było jednak wątpliwości, że inwestycje odbić się muszą. Były ku temu sygnały już wcześniej. Mam nadzieję, że IV kw 2018 r. jest momentem przełomowym, który potwierdza że przełamujemy złą passę w tym obszarze. Nakłady inwestycyjne w całym 2018 r. wzrosły r/r o 7,4%. To satysfakcjonujący wynik. Pozwala wierzyć, że w okres wolniejszego wzrostu gospodarczego jaki nas czeka, nie powinien być nazbyt bolesny. Na szczegółową analizę inwestycji musimy jeszcze poczekać, aż GUS poda wyniki finansowe przedsiębiorstw za 2018 r.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Skąd są pieniądze na 500+. Ankieta.

Jeden z portali internetowych przypomniał nam wczoraj ankietę dotyczącą źródeł finansowania 500+. Wyniki ankiety publikuje strona www.ciekaweliczby.pl , a ankietę przeprowadził ogólnopolski panel badawczy Ariadna (www.panelariadna.pl). Linki na wskazane strony i wyniki badań podałem pod tekstem.

Wiem, że kilka rzeczy może budzić wątpliwości. Metodologia, wiarygodność instytucji itd. Wydaje mi się, że wyniki badań możemy potraktować względnie poważnie, ponieważ instytucje (strony), które wymieniłem, są już na rynku znane.

No, ale w końcu przejdźmy do rzeczy….

Badania pochodzą wprawdzie sprzed ponad roku (październik 2017 r.), ale moim zdaniem są wiarygodne i mogą być użyte do opisu stanu umysłów w chwili obecnej, gdy PiS w minioną sobotę podniósł poprzeczkę i znowu naobiecywał, m.in. zwiększenie liczby beneficjentów programu 500+.  Obecny koszt programu 23-24 mld zł, został zwiększony w ostatnią sobotę do 40 mld zł w skali rocznej. Oczywiście, czy PiS zrealizuje sobotnią obietnicę to inna rzecz.

Można przyjąć, że wiedza Polaków o finansowej stronie funkcjonowania państwa nie uległa zmianie, tzn. poprawie od października 2017 r.. Z kilku powodów. Jest to obszar wiedzy mało atrakcyjny i nie cieszący się zainteresowaniem obywateli (a szkoda). Politycy rządzącej koalicji prawicowej nadal utrzymują ludzi w przekonaniu, że pieniądze na 500+ były od dawna i że pozyskano dodatkowe środki dzięki skuteczniejszemu pobieraniu podatków. Politycy opozycyjnie, w obawie o reakcję elektoratu, już dawno zrezygnowali z krytykowania PiS za nonszalancję w finansach publicznych.

Pytanie o naszą wiedzę jest o tyle zasadne, że politycy koalicji prawicowej po prostu dają wyborczą łapówkę, ogłaszając podniesienie wydatków na 500+ i inne prezenty. Skoro więc politycy rządzącej koalicji wykazują daleko posuniętą lekkomyślność i populizm, to może powstrzymają ich wyborcy? I tu można mieć poważne wątpliwości.

38%  ankietowanych było przekonanych, że program 500+ finansowany jest z ich podatków. To źródło finansowania uzyskało najwięcej wskazań, co nie zmienia faktu, że pozostałe aż 62% wskazywało inne źródła finansowania lub podawało odpowiedź „nie wiem”. Tymczasem rząd nie ma pieniędzy innych niż pieniądze podatników. Nawet finansowanie długiem w ostateczności spłacane jest przez obywateli. Takie wskazanie ankietowanych niestety nie napawa optymizmem jeśli chodzi o naszą ekonomiczną świadomość.

Aż 23% ankietowanych wskazało, że źródłem finansowania 500+ są podatki płacone przez innych obywateli. Najwyraźniej jest w nas silna wiara, że w Polsce mamy do czynienia z autentyczną redystrybucją od tych co pieniądza mają do tych co potrzebują. Nic bardziej mylnego. W Polsce skala podatkowa nie jest specjalnie zróżnicowana, a PiS po 2015 r. tego nie zmieniał. Wpływy z daniny solidarnościowej, obciążającej tzw. bogatych, skierowany mają być na wsparcie niepełnosprawnych. Biorąc pod uwagę obecny koszt 500+ i potencjalny, to te 23% Polaków wykazuje się pewną naiwnością i wiarą w argumenty polityków.

Na szczęście tylko 12% ankietowanych wierzy, że 500+ sfinansowano pieniędzmi rządowymi (w elektoracie PiS aż 25%). Nie ma czegoś takiego jak pieniądze rządowe, rozumiane jako jakaś rezerwowa pula rozdawana z łaski polityków. Rząd i instytucje zaliczane do finansów publicznych mają tylko środki zebrane od nas, obywateli, w ramach obowiązkowych danin, które praktycznie natychmiast (tzn. w tym samym roku) wydają. Wiara w tzw. pieniądze rządowe prawdopodobnie wynika z tego, że politycy PiS mówiąc o 500+, starają się przekonać opinię publiczną, że 500+ to efekt ich dobrej woli i nie łączą tego ze stroną wpływów budżetowych.

Aż 21% nie wie co jest głównym źródłem pieniędzy na wypłaty 500+. Tu już tylko można rozłożyć ręce.

Wyniki badań nie są zbyt budujące. Świadomość ekonomiczna obywateli jest stosunkowo słaba. Winni są politycy oraz media. Jak sądzę, warto w ramach WOS czy podobnego przedmiotu, rozszerzyć wiedzę o źródłach finansowania sektora publicznego. Inna rzecz, że niemała część obywateli świadomie woli tkwić w świecie komfortu i przerzucać na polityków odpowiedzialność za finanse państwa. Jeżeli stanie się coś złego, to zawsze będzie można odpowiedzialność zrzucić na polityka. Za wybór lekkomyślnych i populistycznych polityków odpowiadamy niestety my, obywatele.

link

http://ciekaweliczby.pl/500-plus-a-wiedza-ekonomiczna-polakow-sondaz/?fbclid=IwAR2S38ACNdbn0-8tG-olBarl1TJS7eBPTUd5SmUCSgNTSs8aq9ubSqN5EO8

Badania, link (dostęp przez portal dorzeczy.pl) :

https://dorzeczy.pl/_f//elements/2017-10/Postrzeganie-finansowania-programu-Rodzina-500-plus.pdf

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Modern Monetary Theory. Nowa droga czy radosna ekonomia?

Złość na pewne ograniczenia w rozdawaniu pieniędzy wśród sympatyków teorii lewicowych powoduje poszukiwanie alternatywnych pomysłów. Modern Monetary Theory  (MMT), w wersji polskiej: Nowoczesna Teoria Pieniądza, jest przedstawiana jako alternatywa m.in. dla systemu bankowego wg obecnych rozwiązań. A przypomnę, że (w potężnym uproszczeniu), mamy teraz niezależny bank centralny i skomercjalizowany sektor bankowy. MMT ma swoją dość długą historię i nie ogranicza się tylko do działania sektora bankowego i emisji pieniądza. Moje ograniczenie do tego zakresu wynika głównie z trafienia na stronach Krytyki Politycznej (link pod tekstem) na wpis popularyzujący MMT. „MMT, CZYLI WOJNA O PIENIĄDZE”, Maciej Wróblewski.  Ponadto MMT zaczyna być wymieniania jako alternatywa dla sektora bankowego takiego jaki znamy z gospodarki wolnorynkowej, przez lewicowych komentatorów w Polsce.

W środowiskach lewicowych nie tylko banki i będąca poza zasięgiem rządu emisja pieniądza wzbudzają rozdrażnienie. Wysoce lekkomyślnie podchodzi się też do deficytu finansów publicznych i  długu publicznego. Nowością dla mnie jest głos jednego z czołowych lewicowych publicystów, który próbował lekceważyć bardzo wysoką inflację. Zapewne dlatego, że najczęściej wysoka inflacja jest efektem lewicowych eksperymentów, a lewicowy dorobek makroekonomiczny nie jest zbyt obfity w pomysły na walkę z wysoką inflację. Tu już do akcji muszą wejść liberałowie.

Zanim zacznie się poszukiwać nowej formuły na bankowość i emisję pieniądza, warto sobie zadać pytanie, czy obecna faktycznie jest wadliwa, nawet z perspektywy krytyka. I tu doznaje rozczarowania, bo autor artykułu, o którym wyżej wspominam, w bardzo nierzetelny sposób opisuje działanie sektora bankowego i zasady emisji pieniądza. Artykuł, jak i w niemałych stopniu MMT, pełen jest opisów rzeczywistości opartych na teoriach spiskowych.

Wg autora, Bank Centralny w marginalnym stopniu kontroluje emisje pieniądza. Za tą ostatnią odpowiada sektor bankowy (wiadomo, skomercjalizowany), który rzekomo z emisją pieniądza robi co chce, co powoduje że emisja jest poza kontrolą. Jest to nieprawdopodobna bzdura i to na takim poziomie, że nie wiem od czego miałbym zacząć polemikę. W pewnym sensie jestem tu na przegranej pozycji, bo obalenie twierdzeń autora wymagałoby przynajmniej kilku stron trudnego merytorycznie tekstu i mnóstwa danych. Dane są dostępne na stronach NBP i polecam ich przestudiowanie. Jeżeli ktoś nawet w zarysie zna ilościową teorię pieniądza, zasady działania sektora bankowego i banku centralnego, to szybko zauważa, że autor tekstu zdrowo sobie pofolgował. Moim zdaniem, od autorów tego typu teorii powinniśmy się bezwzględnie domagać dowodów.

Wg sympatyków MMT, emisja pieniądza i odpowiedzialność za nią miałaby być przejęta przez rząd. Dlaczego? Bo w obecnym układzie rządy są rzekomo petentami na rynku kapitałowym, nie mają wpływu na emisję pieniądza i nie mogą decydować o polityce inwestycyjnej banków. W tym ostatnim przypadku chodzi o to ile i komu (jakiej branży) udzielamy kredytów.

Słabością MMT, w przekazie Macieja Wróblewskiego, jest wiara w to, że politycy podejmują tylko trafne decyzje i że wiedzą co jest potrzebne gospodarce oraz w którą branżę należy inwestować, a w którą nie.

W rzeczywistości dostęp do finansowania deficytu finansów publicznych nie jest problemem o ile rząd prowadzi racjonalną politykę. Wtedy, hojną ręką, pieniądze pożycza nawet kapitał zagraniczny. Problemy z finansowaniem mają głównie te kraje, w których politycy za aprobatą społeczeństwa, zaczynają naruszać zasady bezpieczeństwa finansowego kraju. A już tak na marginesie, nigdy nie rozumiałem jak (z ideologicznego punktu widzenia) to możliwe, że ludzie z antypatią do zagranicznego kapitału chcą finansować swoje lewicowe wizje tymże kapitałem.

Nie wiem skąd przekonanie, że politycy wiedzą w co i ile inwestować, co kredytować. Możemy za wadę kapitalizmu uważać, że posiadacze kapitału sami decydują w co dają pieniądze. Owszem, kierują się stopą zwrotu, ale jak wskazują doświadczenia wielu krajów, społeczeństwa z gospodarką wolnorynkową żyją lepiej niż te z gospodarką silnie regulowaną. Zresztą autor tekstu ma tu problem z argumentacją, powołując się na czasy powojenne. O ile zaraz po wojnie silny udział państwa w gospodarce jest uzasadniony, to później już niekoniecznie.

Państwo jest słabym inwestorem. Autor nieopatrznie przywołał przykład sektora stoczniowego. Politycy po 89-tym usilnie próbowali odtworzyć silny sektor stoczniowy i niestety skończyło się to porażką. Przyczyną było kierowanie się czynnikami politycznymi,  a nie ekonomicznymi. Podobnie z lotniskami regionalnymi. Kilka z nich to nietrafione inwestycje. Słynne lotnisko w Radomiu powstało tylko dlatego, że żaden z politycznych decydentów nie ryzykował własnych pieniędzy. Publicznych pieniędzy się nie szanuje.

Rozbawiła mnie teoria o zbieraniu ewentualnej nadwyżki pieniędzy wyemitowanych przez rząd. Miałyby w tym pomóc podatki. Spójrzmy więc jak to wygląda obecnie. Za sprawą PiS naród stał się lewicowy. Polakom spodobało się rozdawanie pieniędzy w postaci 500+ itd. Wszyscy uwierzyli, że możemy mieć państwo socjalne bez podnoszenia podatków. Nie jest niestety tak, że 500+ jest obojętne dla finansów publicznych i nie jest tak, że podatki nie są podnoszone. PiS wprowadził podatek bankowy, nie obniżył lub nie zniósł (wbrew obietnicom) podatków jak VAT i tzw. podatku od kopalin. Mało kto zauważa, że duża część progów w przypadku świadczeń lub podatków (w tym PIT) nie została zmieniona w ostatnich trzech latach. Politycy PiS są świadomi, że otwarte mówienie o podnoszeniu podatków grozi polityczną klęską. Nawet lewicujący Robert Biedroń w niedawnej inauguracji nie odważył się wspomnieć o podwyżkach podatków, za to chętnie mówił o wydatkach. Jak w takim razie rząd, wg MMT, będzie ściągał nadwyżki pieniądza podatkami? Jaki polityk się odważy?

Zanim lewicujący komentatorzy zaczną zmieniać zasady funkcjonowania sektora bankowego i państwa, proponuje przyjrzeć się obecnym. Przede wszystkim rozwiązania makroekonomiczne w ramach gospodarki wolnorynkowej są niebywale zróżnicowane w poszczególnych krajach. Sektor bankowy jest pod silną kontrolą dedykowanych organów nadzorczych i banków centralnych. Stąd opowieści, jak to bankowcy robią co chcą, można sobie między bajki włożyć.

Wbrew sugestiom artykułu z którym polemizuję, państwo jest aktywne w wielu obszarach gospodarki. Ustala podatki, płacę minimalną, inwestuje w infrastrukturę, reguluje zasady funkcjonowania sektorów gospodarki i udział w nich jako współwłaściciel, udziela gwarancji. Itd. itd.

Nie widzę potrzeby by państwo, przejmując niektóre funkcje sektora bankowego i banku centralnego, miało inwestować/kredytować wybrane sektory gospodarki. Będzie to pewnie temat sporów do końca świata, ale mamy aż nadto nawet własnych przykładów by zauważyć, że państwo niekoniecznie jest lepsze od rynku. Nie twierdzę, że jestem przeciwnikiem państwa w ogóle w gospodarce jako właściciela i inwestora. Są sektory strategiczne i mogą być przypadki gdy inwestor prywatny nie będzie chciał ryzykować swojego kapitału. Jednak co do zasady, inwestor państwowy słabo się sprawdza. Gdyby jednak państwo miało decydować o tym, które sektory finansować i rozwijać, a które nie, to na jakich zasadach? Kto i jaką poniesie odpowiedzialność za nietrafione inwestycje?

W komentowanym artykule o MMT jest też mowa o sektorze bankowym należącym do państwa lub spółdzielczym. Jak ktoś chce, to możemy poeksperymentować z bankiem, który finansuje to co politycy mu wskażą. Pytanie tylko jak ryzyko takiej działalności ocenią organy nadzorcze (np. KNF). Czy taki bank będzie mógł dowolnie kształtować strukturę portfela i nie będzie podlegał zaleceniom ostrożnościowym? Czy taki bank będzie przepompowywał oszczędności Polaków w nierentowne sektory? Kto w ostateczności za to zapłaci. Autor tekstu mile wypowiada się o bankach spółdzielczych. Ale nasze doświadczenia nie wskazują by miały one odegrać większą rolę. Doświadczenia ze SKOK-ami są złe. Ingerencja polityków w SKOK-i skończyła się tragicznie. Kosztami błędów zostały obciążone banki komercyjne, a nie politycy.

 

Link do artykułu

http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/mmt-wojna-o-pieniadze/

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wiosna. Gospodarczy program Roberta Biedronia.

Na scenie politycznej pojawiło się nowe ugrupowanie. Wiosna, Roberta Biedronia. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały kwestie ekonomiczne. I od razu mogę powiedzieć, że jak na nowe ugrupowanie, to program ekonomiczny jest raczej oszczędny. Skupia się, co normalne, na obietnicach. Informacji z obszaru ekonomii jest na tyle mało, że zaczerpnąłem informacje z kilku innych źródeł, w tym z wywiadu jakiego Gazecie Wyborczej udzieli szef zespołu programowego pracującego dla R.Biedronia.

W obszarze społecznym, również R.Biedroniowi zabrakło odwagi, by zrewidować program 500+. W tym przypadku R.Biedroń, tak jak cała opozycja, deklaruje wręcz rozszerzenie programu.

Rozszerzymy program Rodzina 500+. Zniesiemy ograniczenia dotyczące matek i ojców samodzielnie wychowujących dzieci. Przyznamy pieniądze także na pierwsze dziecko według zasady „złotówka za złotówkę” – przekroczenie progu dochodowego nie będzie skutkować utratą świadczenia, a jedynie obniżeniem go.

Moim zdaniem to duży błąd. Nie będę wnikał w szczegóły, bo na swoim blogu kilkukrotnie odnosiłem się do programu 500+. Program 500+ w jeszcze większym rozmiarze, będzie nie lada wyzwaniem dla finansów publicznych w kolejnych latach.

Robert Biedroń ma kilka pomysłów na system emerytalny. Najważniejszy, jak się wydaje, to podniesienie minimalnej emerytury do 1,6 tys. zł. Idea podniesienia minimalnej emerytury nie jest zła. Problemem jest raczej kwestia kosztów i określenie komu się ona należy. Moim zdaniem przy takiej emeryturze mamy prawo oczekiwać pewnego stażu pracy. Swoją drogą, zamiast wpychać dobrze zarabiającym rodzicom 500+, można by było przeznaczyć część tych pieniędzy właśnie na minimalne emerytury. Tym bardziej, że program 500+ w ogóle nie obejmuje ludzi w wieku emerytalnym, gdzie nadal występuje istotny odsetek biedy.

Wiosna Biedronia dodatkowo chce znieść ZUS i KRUS. To raczej postulat o charakterze populistycznym. Wystarczająco odważnym krokiem byłoby połączenie w jeden organizm (lub przyłączenie do ZUS) wszystkich instytucji emerytalnych. Politycy od lat zapowiadają włączenie do ZUS KRUS-u i biur emerytalnych służb mundurowych. Niestety kończy się na zapowiedziach.

Szef zespołu doradców R.Biedronia zadeklarował, że nie jest planowane podniesienia wieku emerytalnego. Podobnie jak 500+, tego tematu nikt nie chce tknąć. Może i dlatego, że w pewnym sensie PiS częściowo załatwił problem przy społecznej akceptacji. Obniżenie wieku emerytalnego ma być dla części obywateli rekompensowane dodatkowym ‘oskładkowaniem’ na PPK, które ruszają w tym roku. Ponadto politycy PiS  rozbrajająco twierdzą, że każdy ma prawo pracować dłużej. Przypominam, że politycy PiS nigdy nie obiecywali, że obniżenie wieku nie wpłynie negatywnie na wielkość kapitału emerytalnego. Do tematu wieku emerytalnego będziemy musieli kiedyś wrócić. Wspomnainy szef doradców R.Biedronia jako tłumaczenie podał, że ewentualnym podniesieniem wieku emerytalnego należałoby załatwić kwestie zdrowia, edukacji itd. Mówiąc brutalnie, brzmi to jak szukanie jakiegokolwiek uzasadnienia by tylko nie ruszać tematu w ogóle. R.Biedroń nie podał niestety stopy zastąpienia jaka będzie pod jego rządami. Przedstawione rozwiązania emerytalne nie wskazują, by stopa miałaby być inna od planowanej obecnie.

W ciągu kilku lat mamy podnieść nakłady na służbę zdrowia do 7,2% PKB. Rozumiem, że chodzi o tzw. nakłady publiczne. Skąd pieniądze, żeby podnieść  nakłady o 2,5 pkt.proc.? Odpowiedzi na to pytanie nie znalazłem. Czy dodatkowe środki mają pochodzić z podniesienia składki zdrowotnej czy z naszych podatków? Nie wiem. Być może program obejmuje już wzrost nakładów do którego zobowiązał się obecny rząd. W takim przypadku będzie to zwiększenie finansowane z naszych podatków.

R.Biedroń przemilczał kwestię podniesienia progresji podatkowej w PIT. Szef jego doradców przyznał, że ta sprawa nie będzie podnoszona, bo – rzekomo – Polacy nie akceptują podniesienia podatków, gdy nie wiedzą na co przeznaczane są pieniądze z nich zebrane. To jeden z niewielu punktów, gdzie Wiośnie bliżej do PO, Nowoczesnej czy Kukiz’15 niż partii lewicowych. Tłumaczenie szefa doradców uznałbym raczej jako ‘dyżurne’, by nie zniechęcać elektoratu. PiS utwierdził Polaków w przekonaniu, że kraj socjalu można zbudować bez podnoszenia podatków. Mało kto (również nie Biedroń) ma odwagę wytracić społeczeństwo z tego błędnego myślenia.

Podobnie jak PiS, R.Biedroń deklaruje obniżkę VAT z 23% na 22%. Przy czym PiS, po zdobyciu władzy, zdanie zmienił. Uzasadnieniem obniżki, oprócz – jak rozumiem – realizacji niespełnionej przez D.Tuska obietnicy powrotu do 22%, jest też twierdzenie, że Polska ma relatywnie duży udział podatków pośrednich w przychodach podatkowych ogółem. Co jest prawdą. Tylko co z tego, skoro w obszarze podatków dochodowych R.Biedroń rewolucji robić nie chce?

Dość śmiało R.Biedroń podszedł do wynagrodzenia minimalnego. Chociaż…., to kwestia lekko dyskusyjna.  Deklaruje osiągnięcie 60% wynagrodzenia średniego w ciągu 10 lat. Z punktu widzenia tempa dochodzenia do 60%, oznacza to w gruncie rzeczy kontynuowanie tempa podnoszenia min. wynagrodzenia (w relacji do średniego wynagrodzenia) z jakim mamy do czynienia od blisko 10 lat. Poziom 60% budzi już spory wśród ekonomistów. Obecnie zbliżamy się do pułapu 50% i warto w najbliższych latach pomyśleć o systematycznych rzetelnych badaniach nad zależnością wynagrodzenia minimalnego i zatrudnienia osób o najniższych kwalifikacjach zawodowych.

Nie będę już komentował obietnic podnoszenia wynagrodzeń nauczycieli, bo to raczej populizm niż realne propozycje.

Jako ciekawostkę odnotowuje modne znowu hasło: deglomeracja. Chodzi, w uproszczeniu, o przeniesienie niektórych instytucji publicznych z Warszawy do innych miast. Osobiście jestem za i w tym obszarze R.Biedroń ma we mnie wsparcie.

Tradycyjnie, najmniej dowiadujemy się o źródłach finansowania programu. Ten temat został potraktowany po macoszemu, co pewnie sympatykom R.Biedronia zupełnie nie przeszkadza. Trudno traktować deklaracje, typu: oszczędności z tytułu cyfryzacji, ograniczenie wsparcia dla Kościoła, wzrost wpływów z VAT itd. za poważne podejście do tematu.

Podsumowując. Program gospodarczy R.Biedronia jest dość ogólny. Twórcy, zapewne świadomie, nie rozdrabniali się na wiele kwestii, podporządkowując przekaz polityce informacyjnej (w tym PR-owi). Położono nacisk na elementy społeczne, w rozumieniu radykalnego wzrostu nakładów itd. Lewicowość R.Biedronia widoczna jest tylko po stronie obietnic, deklarowanych wydatków i obiecanych usług publicznych (transport, służba zdrowia itd.). Po stronie zróżnicowania obciążeń (w tym większa progresja w PIT)  lub ich zwiększenia, zaskakuje brak propozycji, co bardziej upodabnia Wiosnę do PO i Nowoczesnej niż do ugrupowań lewicowych.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

W najbliższej przyszłości czeka nas trudna debata o 500+.

Debata o 500+ będzie trudna z wielu powodów. Przedstawiciele obecnego rządu i prawicowi politycy manipulują danymi, o czym za chwilę. Rząd nie chce zaprezentować kosztów programu w kontekście finansów publicznych, nadchodzącej słabszej koniunktury i spychaniu innych niezbędnych wydatków. Do tego politycy prawicowi stale straszą opinię publiczną, że opozycja chce im odebrać 500+.  Opozycja boi się  wspominać o 500+, bo to powoduje ryzyko utraty popularności. Lewica zafascynowana jest rozdawnictwem. W społeczeństwie  zaś, stały zasiłek w postaci 500+, zyskał sporą popularność.

Wbrew pozorom, politycy PiS i rządowi urzędnicy są świadomi błędów jakimi obarczony jest 500+. Przytaczam podaną przez Bankier.pl informacje z wypowiedzią wysokiego urzędnika Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (Stanisław Szwed).

Szwed powiedział, że w ciągu niespełna trzech lat działalności programu “Rodzina 500+” polskie rodziny otrzymały ponad 60 mld zł. “Te wskaźniki, które mówią o praktycznie zlikwidowaniu ubóstwa wśród dzieci, czy podniesieniu wskaźnika dzietności z 1,26 do 1,47 – to są te owoce realizacji programu >>Rodzina 500+<<” – podkreślił.

Już w tak krótkiej informacji (wypowiedzi) jest kilka manipulacji danymi lub niedomówień.

Zacznijmy od wskaźnika dzietności. W latach 2007-2009 wskaźnik był na minimalnie niższym poziomie: 1,4. Mieliśmy wtedy do czynienia ze znacznym wzrostem gospodarczym. Nie było jednak wtedy 500+, ani skromniejszych programów wsparcia rodziny, które wprowadził rząd PO-PSL. Tak więc wpływ 500+ na dzietność jest mocno przereklamowany. Żeby nie powiedzieć gorzej. Dlatego S.Szwed dopuścił się manipulacji i przyrównał wskaźnik dzietności 1,47 do wartości 1,26 sprzed pięciu czy sześciu lat. Po prostu wiceminister wyszukał sobie najniższy wskaźnik i wzrost przypisał programowi 500+. To zwykłe oszustwo. Polecam analizę danych demograficznych z tego okresu. Wskaźnik poprawiał się powoli wcześniej, zanim zaczął działać 500+. Jeżeli 500+ z kwotą łączną, jak podaje wiceminister, 60 mld zł dał tylko poprawę wskaźnika z 1,4 (lata 2007-2009) do 1,47, to możemy mówić raczej o porażce i źle wydawanych monstrualnych pieniądzach.

Nikt nie przeczy, że mamy demograficzny problem i że jest pozytywna zależność między wsparciem finansowym (bezpieczeństwem ekonomicznym), a dzietnością. Niestety, 500+ potwierdził, że nie można mylić populizmu z polityką demograficzną.

Sukcesem rządu jest radyklane obniżenie ubóstwa wśród dzieci. Słowo ‘dzieci’ działa jak szantaż na krytyków 500+, więc mało kto ma ochotę zwracać uwagę na mankamenty programu. Wiceminister zwrócił uwagę na ubóstwo tylko wśród dzieci. Niestety mnóstwo pieniędzy z 500+ trafia do rodzin, których ubóstwo nie dotyka. Po co to robimy? Dlaczego nie wprowadzimy kryterium dochodowego? Te pytania czekają na odpowiedź. Minister nie wspomniał o innym ubóstwie. Analizy i badania GUS nie pozostawiają wątpliwości. Ubóstwo nadal jest tam, gdzie program 500+ nie dociera. Jednoosobowe gospodarstwa domowe, gospodarstwa domowe związków, które dzieci odchowały (w tym ludzie w wieku emerytalnym) lub dzieci przekroczyły 18 lat.

Przepompowujemy co roku kwotę 23-24 mld zł, z efektami jakie uzyskalibyśmy wydając ledwie połowę lub mniej. Utrzymanie 500+ będzie wymagał trzymania (i to ostrego!) w ryzach innych wydatków publicznych, w tym o charakterze socjalnym (zresztą, to już się dzieje). Proszę zauważyć, że już od kilku miesięcy niemal nie ma dnia by politycy prawicowi lub przedstawiciele rządu nie mówili o dyscyplinie finansowej.

Link do artykułu z Bankier.pl.

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Szwed-Dzieki-swiadczeniu-500-do-rodzin-trafilo-juz-60-mld-zl-4197899.html?fbclid=IwAR2ysIjihKWBZ80pY5TktjNVkRsR92lOazCb6JPFz0bZiXD_fo5R79xIHkQ

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz