Złota trąba

Gwałtowne burze sprzed ponad tygodnia przypomniały nam, że przed rynkiem ubezpieczeniowym jest jeszcze długa droga rozwoju. Przy czym mam na myśli nie tyle ofertę, co przede wszystkim wciąż niską skłonność do ubezpieczania się Polaków. Jednym z czynników najsilniej przyczyniających się do rozwoju rynku ubezpieczeniowego są czynniki administracyjne. Mam na myśli konieczność ubezpieczenia wynikającą z uregulowań prawnych. Samodzielność osób fizycznych, czy gospodarstw domowych, jest tu trochę ograniczona. Wynika to z samego faktu czym ubezpieczenie jest. Dla osoby fizycznej na ogół jest trudno uchwytne i niezrozumiałe. Nie chodzi tu już tylko o samą treść umowy, ale pojmowanie idei ubezpieczenia oraz przyjęcia do wiadomości, że nasze życie nieodłącznie związane jest z ryzykiem wystąpienia sytuacji które mogę się odbić nawet katastrofalnie na naszym życiu.

Oczywiście człowiek powinien mieć możliwość dokonywania wyboru, czyli decyzji czy wystawia się na ryzyko i w jakim stopniu. W przypadku uprawnień emerytalnych państwo przypiera nas do muru i zmusza do opłacania składki emerytalnej, zdrowotnej itd. W tym akurat wypadku nasza swoboda ogranicza się do faktu iż –  w bardzo dużym uproszczeniu – państwo organizuje system emerytalny tak by każdy z nas miał zabezpieczoną finansowo jesień życia w stopniu pozwalającym przeżyć. Niemniej jednak stale jesteśmy ostrzegani że nasze emerytalne życie nie będzie łatwe i wobec tego zachęcani jesteśmy do większych oszczędności. Przymus opłacania składek emerytalnych wynika z faktu iż większość ludzi nie ma ochoty oszczędzać na emeryturę, albo przedkładają bieżącą konsumpcję nad oszczędności. Po prostu nie uświadamiamy sobie pewnych ryzyk, albo w ogóle  nie mamy na to ochoty. Zasada „jakoś to będzie” w życiu człowieka jest niestety bardzo popularna.

W ubezpieczaniu własnego majątku mamy większa swobodę i jak wydać po ostatnich burzach, jesteśmy trochę nieodpowiedzialni. Z badań przeprowadzonych ponad roku temu wynika, że dom czy mieszkanie ubezpiecza zaledwie 44% z nas. Biorąc pod uwagę poziom i rozkład wynagrodzeń w Polsce, śmiało można powiedzieć że część z nieubezpieczonych nie korzysta z ubezpieczenia bo nie ma na to ochoty. Poziom i zakres ubezpieczenia pozostałych też pozostawia sporo do życzenia.

Wszystko byłoby dobrze gdyby ci którzy nie ubezpieczyli się w dostatecznym stopniu nie oczekiwali pomocy po burzach i wichurach jakich doświadczyliśmy w połowie miesiąca. Skala ubezpieczenia była rozmaita w poszczególnych regionach nawiedzonych przez burze. Według informacji prasowych w Radomsku tylko 10% ludzi było ubezpieczonych. To wartość skrajna, bo wg szacunków MSWiA ubezpieczonych było 30%-40% poszkodowanych. I tak kiepsko.

Mam świadomość, że nie sposób ubezpieczyć się od wszystkiego i przykładowo na wartość odtworzeniową domu, ale podawane w mediach liczby i wypowiedzi poszkodowanych wskazują, że mieliśmy do czynienia ze sporą nieodpowiedzialnością wśród poszkodowanych. Niestety po raz kolejny ludzie, media i politycy nie wykorzystali ostatnich zmian pogody do uświadomienia ludziom że powinni się ubezpieczać oraz że część z nich właśnie ponosi konsekwencje własnych decyzji, czyli oszczędzaniu na ubezpieczeniu. Mało kto z polityków czy dziennikarzy miał odwagę zapytać o ubezpieczenie czy chociaż minimalne rezerwy finansowe na zakup podstawowych rzeczy. Właściciele całkiem przyzwoitych posesji z rozbrajającą szczerością odpowiadali że na stosowne ubezpieczenie ich nie stać i że oczekują natychmiastowej pomocy na elementarne wydatki. Lokalne władze i politycy tradycyjnie odegrali role narzucone im przez poszkodowanych i dziennikarzy, czyli nerwowo zapewniali że wszyscy wszystko dostaną w żądanej ilości. Żadnych pytań o ubezpieczenie, żadnych pytań o jakość budowanych domów. Niestety wszyscy pamiętają chyba casus Włodzimierza Cimoszewicza sprzed ponad dziesięciu lat, który za zwrócenie uwagi poszkodowanym w powodzi z 1997 na kwestie ubezpieczeń zapłacił medialną krytyką.

Doszło wręcz do rywalizacji na współczucie i hojność. Prezydent z nieukrywana dumą wskazywał na pomoc jaką udzielił rząd PiSu za szkody wyrządzone przez trąby powietrzne w ubiegłym roku. Pochwalił się wręcz, że obdarowani nazwali pomoc „złotą trąbą” co miało wskazywać, że niektórzy wręcz na tej pomocy zarobili. Moim zdaniem to jednak świadectwo rozrzutności państwa a nie odpowiedzialności za państwo i – przepraszam za wyrażeniem – wychowywanie obywateli. Od polityków zawsze będę oczekiwał, że będę mieli odwagę prosto w oczy przypominać obywatelom o odpowiedzialności za swoje decyzje.

Ponadto jest to okazja do przypomnienia obywatelom jednej z elementarnych zasad wolnego rynku: masz wolność decyzji (w tym przypadku o ubezpieczeniu lub nie, czy też o kwocie) ale jest to połączone z ponoszeniem konsekwencji własnych decyzji.

Po raz kolejny widać, ze i tak nie unikniemy dyskusji o wymuszeniu na obywatelach przynajmniej minimalnego poziomu ubezpieczenia. Polska na tle średniej dla UE ma ponad dwukrotnie mniejszy udział składek ubezpieczeniowych w PKB, co wskazuje na dystans do nadrobienia. Ubezpieczenia majątkowe od kilku lat utrzymują względnie stabilny poziom do PKB. Analiza poszczególnych segmentów rynku ubezpieczeniowego za ubiegły rok wskazuje, że składki na ubezpieczenia od żywiołów wrosły zaledwie o 3%, co na tle pozostałych segmentów rynku ubezpieczeniowego jest jednym z najgorszych wyników. Biorąc pod uwagę wzrost budownictwa i poprawę sytuacji finansowej Polaków (również tych żyjących z rolnictwa), widać że wydatki na ubezpieczenia majątkowe zupełnie sobie lekceważymy. Niestety nie obędzie się bez przymusu stosownego ubezpieczenia (skala i zakres). Ciekawy jestem czy tym razem politycy porządnie odrobią lekcję daną przez naturę. Rezultatu niestety nie jestem pewny.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.