Prezydent „uzbroił” się w ekonomistów

Właśnie poznaliśmy dwóch doradców ekonomicznych prezydenta. Są nimi Ryszard Bugaj i Adam Glapiński. Bieżący wpis poświęcę pierwszemu, gdyż Rzeczpospolita z 10 lutego opublikowała interesujący tekst Ryszarda Bugaja o przyjęciu euro, pod tytułem „Euro – na pewno nie teraz”. Na tekst warto zwrócić uwagę z kilku powodów. Tekst jest (sądzę, że można go tak traktować) inauguracją doradcy prezydenta i można w uproszczeniu przyjąć, że wyraża w dużym stopniu poglądy na euro oraz na gospodarkę samego prezydenta. Niedawny czas temu zwróciłem uwagę iż prezydentowi ewidentnie brakuje doradcy makroekonomicznego. W kontekście dyskusji o euro, spóźnienie prezydenta z wyborem takich osób, okazało się nie być zbyt poważnym błędem, ponieważ rząd nie dość ze popełnił błędy w tym temacie (zaskoczenie, praktycznie niemożliwy do wypełnienia termin i skupienie się na swego rodzaju ideologizacji tego problemu), to na dodatek w medialnym ujęciu nie udało mu się narzucić politykom i mediom, merytorycznej dyskusji o euro. Chyba trochę zaskoczeni tym tematem prezydent i lider PiSu, co wnoszę po jakości ich argumentów (tradycyjne już układy, bogaci i tracący rzekomo emeryci), wcale na tym nie stracili.

Ryszard Bugaj jest rzadkim przypadkiem ekonomisty kojarzonego z nurtem lewicowym (przepraszam za to schematyczne uproszczenie), który posiada dużą wiedze i umiejętnie argumentuje swoje opinie i poglądy. Powiedziałbym nawet, ze dla zdrowia i jakości naszych krajowych sporów ekonomicznych i wyzwań, takich ekonomistów jest za mało. Osobiście, ze względu na przekonania ekonomiczne, lokuję się bardziej na prawo, ale z argumentami Ryszarda Bugaja chętnie się zapoznaję.

Odsyłam oczywiście do pełnej lektury artykułu, niemniej sądzę, że przytoczone przeze mnie najistotniejsze fragmenty nie zniekształcą jego wydźwięku.

Polska może – w zależności od oceny celowości – przystąpić do strefy euro (pod warunkiem spełnienia kryteriów) albo już za trzy – cztery lata, albo choćby za 15 lat, zakładając, że system euro… będzie nadal istniał.

Zwracam uwagę zarówno na próbę określenia ram dat wejścia, a szczególnie na końcową myśl. R.Bugaj wprawdzie  nie wyklucza możliwości wypełnienia kryteriów, ale w dalszej części artykułu przyznaje że nie jest zwolennikiem jak na szybszego wejścia. Ostatnia myśl cytatu jest dość charakterystyczna dla eurosceptyków, którzy zdają się nie widzieć nawet konieczności przejścia krajów UE na wspólną walutę.

Konieczność szybkiego podjęcia decyzji właśnie teraz to konsekwencja piarowskiej strategii Donalda Tuska…………………i dalej………… Moja hipoteza jest taka: premier chciał, by jego pobyt w Krynicy jesienią ubiegłego roku stał się źródłem ważnego newsa i… podał termin wstąpienia do strefy euro (zresztą technicznie niewykonalny – 2011 r.). Nie tylko wcześniej nie podjął próby uzyskania politycznego konsensusu, ale nawet zaskoczył własny rząd. Trzeba to zachowanie ocenić bardzo surowo

Doradca prezydenta bez ogródek ocenia inicjatywę rządu i niestety trudno się z tym częściowo nie zgodzić. Słusznie moim zdaniem, zwraca uwaga na rozpoczęcie przygotowań bez uzyskania konsensusu. Wbrew pozorom rząd mógł go uzyskać, chociaż przynajmniej ze względu na bieżący kryzys, pierwotna data była nie do utrzymania.

Niestety nie ma przesłanek dla ściśle obiektywnego ustalenia ekonomicznych następstw wejścia do strefy. Upraszczając, można powiedzieć, że konkurują ze sobą dwie perspektywy badawcze

 Jest to chyba jedno z najcelniejszych zdań w całym artykule. Poważnym utrudnieniem w dyskusji o euro, to obiektywny problem z w miarę precyzyjnym określeniem następstw zmiany waluty w pierwszych latach. Niemniej warto uzupełnić tą myśl o to że doprawdy trudno uwierzyć by następstwa były długotrwale niekorzystne. Sama zmiana waluty i rezygnacja z ustalania stopy procentowej nie determinuje w aż tak silnym stopniu procesów  makroekonomicznych decydujących o tempie rozwoju naszego kraju.

Śledząc opinie zwolenników i przeciwników euro, nie trudno odnieść wrażenie że więcej w tym indywidualnych przekonań niż obiektywnych (uznanych przez strony sporu) metod badawczych ( o ile o obiektywności metod w ekonomii można mówić). Tej zresztą kwestii autor poświęca najwięcej miejsca w artykule. Wystarczy przeczytać kilka opracowań przygotowanych przez ekonomistów będących „za” oraz tych którzy są „przeciw”, by zauważyć że analiza tych samych szeregów danych potrafi prowadzić nieraz do zupełnie przeciwnych wniosków.

Autor w innym miejscu słusznie zwraca uwagę, że różne doświadczenia krajów strefy euro (standardowo przytaczana już Portugalia) i spore rozbieżności w ocenie wpływu euro na gospodarkę kraju takiego jak Polska, powinny być jednak zawężone by ruszyć dyskusje we właściwym kierunku.

 trudno jest pogodzić wymóg rygorystycznej stabilności makroekonomicznej z wysoką dynamiką gospodarczą powinna być starannie rozważona.

Ten argument w dyskusji o euro musiał paść i padnie wielokrotnie w rozmowach prezydenta z premierem. Ten rzeczywisty dylemat nabiera wagi szczególnie w obecnych okolicznościach. Od rządu będzie to wymagało zaprezentowania wariantowej projekcji makroekonomicznej okresie dochodzenia do euro inaczej będzie to tylko nakręcanie spirali sporu.

Ile czekać? Przynajmniej tak długo, by osiągnąć względny poziom zaawansowania rozwojowego, jaki miały w 1999 roku takie kraje, jak Hiszpania, Grecja, Portugalia …To by oznaczało – zakładając, że Polska rozwijać się będzie w tempie szybszym od krajów „starej Unii” przynajmniej o dwa procent – odłożenie decyzji na dekadę. W praktyce nie musielibyśmy obecnie nic przesądzać.

Częstym pytaniem i swego rodzaju probierzem poglądów na euro jest pytanie: kiedy? Premier chce jak najszybciej. Największa partia opozycyjna (PiS), sugeruje by czekać na zmniejszenie dystansu w poziomie rozwoju (nawet 20-30 lat), a kilku jej przedstawicieli deklarowało gotowość kompromisu, wskazując że przystąpienie do euro mogłoby nastąpić za kilkanaście lat. Ryszard Bugaj mówi o 10 latach (przynajmniej?). Rozbieżność jest więc dosyć spora.

…zwolennicy formuły socjalno-etatystycznego kapitalizmu będą namawiać do odroczenia terminu, licząc, że oddziaływanie narodowego państwa stanowić będzie skuteczne wsparcie procesów rozwojowych. Bliski jest mi ten drugi punkt widzenia, ale wiem, że rozstrzygnięcie sporu na seminarium nie jest ani możliwe, ani rozsądne. Jesteśmy tu skazani na rozstrzygnięcie polityczne – ważne, by dokonać go w trybie demokratycznym.

W tym fragmencie poznajemy poglądy R.Bugaja, które wydają się być zbieżne z poglądami prezydenta. Wydaje mi się że autor przecenia możliwości państwa w procesie rozwoju gospodarki wolnorynkowej, albo przesadnie przyjmuje iż przystąpienie do strefy euro z natury rzeczy utrudnia rozwój państwom słabszym ekonomicznie. Warto jednak docenić zarysowaną ostrożność, pokorę oraz brak ortodoksyjnego trzymania się zajmowanych pozycji w drugim z cytowanych zdań i wniosek w trzecim zdaniu. Decyzja o przyjęciu euro jest również decyzją polityczną i rząd nie powinien przed tym uciekać.

Uważam że przedstawiany artykuł powinien dać rządowi wiele do myślenia. Bez względu na to kto będzie doradcą prezydenta, poglądy reprezentowanego przez niego środowiska nie ulegną zmianie. Posunę się nawet dalej twierdząc, że warto docenić iż poglądów prezydenta możemy domniemywać zapoznając się z myślami Ryszarda Bugaja. Zapewniam że są ekonomiści (lub osoby za takich się uważające) o bardziej „narodowym” podejściu do gospodarki i podjęcie merytorycznej dyskusji z mini jest prawie niemożliwe.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.