Porzucenie dawnych ideałów? cz.2

Zaczym więc publicyści o patriotyczno-lewicowych przekonaniach gospodarczych znajdą ten fragment wypowiedzi J.K.Bieleckiego, warto go odczarować. Przejście z gospodarki socjalistycznej na wolnorynkową wcale nie musi oznaczać poziomu dochodów budżetowych pokrywających wydatki i możliwości dowolnego ograniczania wydatków budżetowych. Nie usprawiedliwiam marnotrawstwa budżetowego i braku politycznej odwagi, ale bywa że ze względów społeczno-gospodarczych przejściowo tolerowany jest większy deficyt budżetowy bądź niestandardowe jego finansowanie (np. dochody z prywatyzacji). Redukcja wydatków ma swoje granice. Moim zdaniem nie ma nic w tym zdrożnego, że finansowanie deficytu budżetowego wspomagane była środkami z prywatyzacji. Biorąc pod uwagę udział państwa  w gospodarce na początku lat 90-tych, i tak należało szukać inwestora dla większości podmiotów. Przede wszystkim dlatego że na ogół kapitał prywatny jest skuteczniejszy w działaniu, a ponadto państwo nie miało pieniędzy i wykwalifikowanych kadr by sprostać wolnorynkowym wyzwaniom. W takiej sytuacji pozyskane poprzez prywatyzację środki pozwalały przy okazji na sfinansowanie wydatków budżetowych.  

Sprzedaż spółki zagranicznemu inwestorowi jest zła?
– Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że światowy kryzys gospodarczy pokazał nowe ryzyka związane z taką formą prywatyzacji.

…..
…. Sektor bankowy powinien być bardziej zrównoważony, jeśli chodzi o udział w nim inwestorów zagranicznych i krajowych.

Przyznaje więc pan rację tym, którzy głośno krzyczeli, że oddajemy nierozumnie banki w obce ręce? Liberałowie odsądzali ich od czci i wiary.

– Nie, bo dotychczas skutki prywatyzacji banków są dla całej gospodarki pozytywne. Ale otoczenie gospodarcze wciąż się zmienia, zmieniają się reguły gry i trzeba to brać pod uwagę. Nikt nie przypuszczał, że kryzys będzie tak głęboki, że zmiany będą tak daleko idące, że grupy międzynarodowe upadną albo zostaną wyratowane przez państwo, albo też zostaną podzielone przez państwo

……

otoczenie gospodarcze wygląda inaczej niż w 2007 r. Głównie z powodu kryzysu.

To między innymi powyższe stwierdzenia zachęciły mnie do napisania tego tekstu, bo moim zdaniem to nie reguły się zmieniły, tylko liberalni ekonomiści doznali szoku. Szok polegał na tym, że sektor finansowy może się przyczynić do wywołania i/lub pogłębienia kryzysów gospodarczych. Szybko się okazało, że to nie podmioty prywatne ale państwa i ich związki (jak UE) muszą za pomocą potężnych środków finansowych (publicznych!), zwiększenia deficytów i regulacji, łagodzić skutki kryzysu. Tak więc kryzys mógł być trudnym przeżyciem, ale tylko dla ekonomistów bardzo liberalnych. Mnie też może i zaskoczyła skala, ale nie konkretne podawane przez media przypadki, tzn. zachowania instytucji finansowych. Miałem nadzieję, że ekonomiści liberalni otaczają sektor prywatny mniejszą „wiarą”. Pozytywnie należy jednak ocenić, że J.K.Bielecki dostrzegł niektóre anomalia w działaniu sektora finansowego. Większa część liberalnych ekonomistów nadal próbuje obarczać winą za kryzys władze państw lub banki centralne, albo po prostu przemilczeć problem.

Również diagnoza J.K.Bieleckiego zaskakuje. Nie sądzę aby  wielkim ratunkiem była kwestia proporcji kapitału prywatnego i państwowego w bankach. Jeżeli bank działa na zasadach komercyjnych, to większościowy udział kapitału krajowego, w tym nawet państwowego, wcale niewiele lepiej go chroni przed robieniem głupstw. J.K.Bielecki przypomina dyskusje w krajach UE nad kwestią przepływu kapitału i podległości regulacyjnej. Jest faktem, że proponowane rozwiązania by zagraniczny właściciel mógł w chwilach kryzysu wycofywać kapitał z innego kraju (np. z Polski) i by zmniejszyć rolę lokalnego nadzoru finansowego w takich sytuacjach, są dla nas niekorzystne w przypadku dużych globalnych kryzysów. Niemniej jednak szukanie ratunku w zwiększeniu krajowego kapitału w sektorze bankowym jest chyba mniej skuteczne niż dobrze regulowanych nadzór.

 

dziś wyzwania są inne. Można stworzyć listę największych spółek z udziałem skarbu państwa, które nie powinny być prywatyzowane w ten sposób. Choć nie lista jest tu najbardziej istotna. Chodzi raczej o pragmatyczne podejście do upubliczniania majątku państwowego

najważniejszą rzeczą jest profesjonalne zarządzanie i nadzór. Jeśli można te elementy zagwarantować, to nie ma powodu, by państwo pozbywało się swoich udziałów tylko dlatego, że przyjęliśmy zasadę, by sprzedawać wszystko, co się da

Ważne, by – tak jak w Norwegii – w odpowiednim departamencie w Ministerstwie Skarbu pracowali ludzie z doświadczeniem z rynku i z banków inwestycyjnych, którzy kompetentnie zajmują się nadzorem właścicielskim. Jeżeli dojdą do wniosku, że dla rozwoju tej spółki ważna jest decyzja o fuzji czy sprzedaży innemu inwestorowi, bo to gwarantuje najlepszy zwrot na kapitale, to nie mam nic przeciwko temu. Najważniejsze, aby każda taka decyzja miała poważne uzasadnienie biznesowe

 

W pewnym sensie trudno się z tym nie zgodzić, chociaż takie słowa w ustach liberalnego niegdyś polityka to nowość. Wydaje mi się, że zbyt łatwo J.K.Bielecki łączy kwestię upublicznienia z bezpieczeństwem. Daleki jestem od dogmatycznego twierdzenia, ze państwa ma być jak najmniej w przedsiębiorstwach. To nasze dotychczasowe doświadczenia nie są najlepsze. Inwestycja Orlenu w rafinerię w Możejkach i jej polityczny kontekst, wskazuje że kreacyjna rola inwestora państwowego jest co najmniej dyskusyjna lub obarczona dużym błędem. Ale nie mam nić przeciwko, by podejmować działania zmierzające do podniesienia jakości decyzji. Nie jest powiedziane, że musimy ponieść porażkę.

 

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.