Wynagrodzenie w finansach. Uzależnienie wielkości bonusa od efektów.

Temat jaki chciałbym podjąć jest być może „nie w porę”, bo na naszych oczach dzieją się zawirowania giełdowe, ale z drugiej strony czyż dyskusja o wynagrodzeniach ludzi zawodowo związanych z rynkiem finansowym i bankowością inwestycyjną musi czekać na jakąś specjalną okazję. Można by wręcz powiedzieć, że i tak jest już za późno. Potwierdzają to również polskie doświadczenia.

W piątek dziennik Rzeczpospolita przypomniał, że nasze ministerstwo finansów rozesłało do zaopiniowania dokument dotyczący zasady ustalania wynagrodzeń w bankach i domach maklerskich. Co ciekawe, przesłane do zaopiniowane regulacje nie obejmują ubezpieczycieli czy TFI.  Inicjatywa jest pochodną dyrektywy unijnej CRD III i ma być odpowiedzią na nadużycia i lekceważenie ryzyk przez firmy sektora finansowego w 2008. Oczywiście nasze biura maklerskie, co nie było trudne do przewidzenia, skrytykowały pomysł jako m.in. ingerencję w zasady prowadzenia biznesu, a jedną z nich miałoby być ograniczenie swobody w polityce wynagrodzeń.

Nie wnikam w to czy dyrektywa unijna i jej polska adaptacja poprawnie obejmują problem i instytucje rynku finansowego. Jednak pomysły dot. struktury wynagrodzenia (ile wynagrodzenia stałego, a ile premii za sprzedaż itd.) czy odsunięcie w czasie płatności niektórych elementów wynagrodzenia nie są wbrew pozorom złe. To kwestia szczegółowych ustaleń.

Trzeba przyznać, że ideę ograniczenia swobody konstruowania wynagrodzeń, finansiści sprowokowali sami. Ogromne straty jakie ponieśli inwestorzy na załamaniach rynkowych w 2007, jesienią 2008 czy być może wkrótce poniosą (potencjalna niewypłacalność Grecji i skutki dla niektórych instytucji finansowych) oraz szokujące przeceny niektórych firm finansowych (II połowa 2008) postawiły szereg pytań i wątpliwości dotyczących m.in. wynagrodzeń finansistów. Chodzi tu o zaskakującą nieraz nieadekwatność wynagrodzeń do faktycznej odpowiedzialności, brak związku z ewentualnymi stratami dla instytucji lub klientów itd.

W mediach nadal utrzymuje się przekonanie, że zaglądanie finansistom do portfela jest nieeleganckie. Skoro jednak zaglądamy rolnikom, nauczycielom, górnikom, policjantom i przedstawicielom innych branż w kieszenie, to nie rozumiem dlaczego finansistom nie wolno. Zresztą w dokumencie ministerstwa finansów nie chodzi o ograniczenie wynagrodzeń, a o wymuszenie rzetelności w działaniu instytucji finansowych.

By być dobrze zrozumianym gdzie jest problem, posłużę się polskim przykładem. Chyba najlepszym przykładem jest działalność funduszy inwestycyjnych w 2007 r. Hossa giełdowa spowodowała ogromne zainteresowanie lokowaniem w fundusze. W okresie kiedy wiadomo było iż rynek jest solidnie przewartościowany (ostatnie miesiące przed wakacyjnym załamaniem) napływ netto do funduszy sięgał średnio miesięcznie 4 mld zł. Pieniądze lokowano głównie w fundusze lokujące w akcje. Od końca 2006 do III kw2007 liczba klientów TFI wzrosła z 2,3 do 3,2 mln osób. Liczba nowych klientów i napływające pieniądze rosły wraz ze skalą przewartościowania rynku. Już w tamtym czasie było wiadomo, że szczególnie ci którzy inwestowali w II i III kw długo poczekają na odrobienie strat. Oczywiście można powiedzieć: wolny rynek, a więc wolność decyzji. Tylko że mieliśmy do czynienia z nieświadomym klientem, który nie spotkał się ( a jeśli już to rzadko) z ostrzeżeniem o skali ryzyka. Warto spojrzeć na wynagrodzenie zarządzających. TFI nie ponosiły ryzyka, bo inkasowały prowizje przy zakupie jednostek (lub odkupie) i za zarządzanie od wartości środków. Stąd jak przysłowiowe grzyby po deszczu powstawały nowe fundusze, z budowlanymi (sektorowe) na czele. Tłumaczenie jednego z zarządzających: otwieraliśmy nowe fundusze by zaspokoić popyt, jest mało eleganckie. Plany wykonywano z nadwyżką, a TFI nie ponosiły żadnego ryzyka ponieważ ich wynagrodzenie pobierane od klienta nie było powiązane z wynikiem inwestycji.

I teraz spójrzmy z innej perspektywy. Załóżmy że wynagrodzenie zarządzającego (instytucji/doradcy) zależy od wyników uzyskanych przez klientów (albo stopy zwrotu z funduszu) w średniej perspektywie, a bonus finansowy (za pozyskanych klientów i prowizje od nich) za dobry rok jest rozkładany na – przykładowo – trzy lata. Przy założeniu że nie dostaje się bonusa za dany okres, gdy klienci tracą np. 20 czy 30 procent wpłaconych pieniędzy, TFI tak chętnie nie otwierałyby nowych funduszy w I poł. 2007, a przede wszystkim ostrzegałyby przed ryzykiem, co mogło powstrzymać znaczną część z kilkuset tysięcy niedoświadczonych inwestorów jacy zainwestowali pieniądze tuż przed załamaniem w 2007 r.. Po krachu w 2007 próbowano nieśmiało rozpocząć dyskusję o jakości zarządzania i moralności w świecie finansów (m.in. gazeta Parkiet), ale albo nikt nie miał ochoty dyskutować, albo zrzucano na klientów którzy walili drzwiami i oknami. Szkoda, bo jednym z efektów była utrata zaufania wśród potencjalnych klientów do rynku finansowego. Niestety zamiast odpowiedzialnego perspektywicznego myślenia, przeważała metodologia jak największego zysku w bieżącym (wtedy) roku, nawet jeśli kosztem rozczarowania klientów w przyszłych okresach.

Działalność TFI z okresu 2006 i 2007 to tylko jeden z wielu przykładów. Trzymając się naszego podwórka, równie dobrze można podać przykład nieszczęsnych opcji proponowanych klientom w 2008 r. czy kredytów walutowych udzielanych (II i III kw 2008) w okresie silnego przewartościowania złotego. Przykłady można by mnożyć.

Można i powinno się dyskutować nad zestawem instrumentarium dyscyplinującego jakie powinno być użyte i kręgiem instytucji jakie powinny być nimi objęte. Z całą pewnością jest to administracyjna ingerencja w działalność podmiotów gospodarczych. Ale kiedy podmioty te i zarządzający nimi robią błędy mające potężne i negatywne skutki dla innych uczestników gospodarki wolnorynkowej, a  potem apelują o wsparcie rządy swoich krajów pieniędzmi podatników, to trudno się dziwić.

PS. Analizowałem niedawno wskaźniki gospodarcze Grecji. Już od kilku lat żadna poważna instytucja finansowa nie powinna była kupować papierów dłużnych tego kraju albo przynajmniej radykalnie zakupy te ograniczyć. Czy odpowiedzialni za te zakupy w tychże instytucjach managerowie brali premie?

 

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.