300 mld zł długu.

W politycznej debacie, jakiej jesteśmy obecnie świadkami, od czasu do czasu słyszymy zarzut pod adresem premiera lub ministra finansów: „a ten rząd zadłużył Polskę na kolejne 300 mld zł”. Zarzut ma wskazywać, że inny rząd by to tego nie puścił. Niestety kiedy słucham polityków z partii opozycyjnych, ciągle nie potrafię się dowiedzieć, jakie kroki by przedsięwzięli by zapobiec rosnącemu zadłużeniu. Bynajmniej nie zamierzam bronić obecnego rządu, ale trzeba tu powiedzieć: „to nie do końca tak” oraz wymaga to szeregu wyjaśnień. Inaczej, operowanie 300 mld złotych, jest tylko zręczną manipulacją.

Jak wiele zjawisk w ekonomii, tak i nasze zadłużenie to efekt szeregu przyczyn oraz częściowo zjawisk obiektywnych. Warto w kilku słowach je wymienić. Nasz deficyt finansów publicznych i wynikające z niego zadłużenie to nie tyle temat do niskiego lotu krytyki, co temat na dobrą ekonomiczną dyskusję skąd bierze się deficyt, jak z nim walczyć, jak reagować na niespodziewanie i gwałtownie pojawiający się kryzys. Nasz obecny deficyt i zadłużenie to sprawa z dłuższą historią, która wybiega poza „panowanie” obecnego rządu.

Na miejscu polityków z PiS czy obecnie z PJN nie czułbym się tak komfortowo, bo za obecne problemy częściowo winni są politycy poprzednich koalicji rządzących. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że sytuację podobną do obecnej mieliśmy prawie dekadę temu. Zapaść na rynkach finansowych, kiepskie tempo PKB oraz społeczne i polityczne kłopoty z dopasowaniem się do nowej sytuacji. Efekt? Narastające niedopasowanie wpływów z wydatkami państwowymi spowodowało że deficyt finansów publicznych szacowano w 2003 na ponad 6%. W kolejnych kilku latach z trudem dopasowano tempo wydatków budżetowych do możliwości państwa. Tamte lata wskazują, że mamy ewidentny problem z redukcją wydatków do finansowych możliwości. Sama stabilizacja wydatków budżetowych w relacji do PKB na poziomie niewiele przekraczającym wartość 21% PKB jest w pewnym sensie sukcesem. Dochody były niestety niższe, więc deficyt musiano sfinansować długiem. W latach 1999-2001 dług tzw. General Government (sektor instytucji rządowych i samorządowych) był w przedziale 37%-40, ale w 2003 było to już 47%. Niestety tak jak obecnie do podwyższenia wartości długu przyczynił się częściowo, słabnący złoty.

Jeszcze przed wejściem do UE gospodarka zaczęła przyspieszać, by osiągnąć dobre tempo (5,2% wzrost PKB) w 2004 i nieco słabsze (3,6%) w 2005. To jednak wystarczyło by deficyt finansów publicznych i budżetu centralnego sprowadzić na koniec 2005 do poziomów odpowiednio 4,1% i 2,8% przy zadłużeniu GG 47,1%.

Rządy PiS przypadły na najlepszy okres po 1989 r. W latach 2006 i 2007 gospodarka pędziła w tempie ponad 6% rocznie. Dzięki temu dynamika przychodów budżetowych realnie przekraczała 10% w ujęciu yoy. Było bajkowo. Na koniec 2007 r. deficyt finansów publicznych wynosił zaledwie 1,9%, a budżetowy 1,4%. Dług GG spadł do 45%. Tyle, że to nie ówczesny rząd poradził sobie z deficytami, a zrobiła to za niego koniunktura gospodarcza i coraz mocniejszy złoty (wycena zadłużenia w walutach). Stąd nieco się zżymam przed telewizorem, kiedy J.Kaczyński czy inny polityk PiS z satysfakcją oświadcza że za ich czasów problemy z deficytem i rosnącym niebezpiecznie zadłużeniem nie występowały. Generalnie „tak”, ale nie było to wynikiem działań polityków. Wydawałoby się, że korzystna sytuacja budżetu i wysoki wzrost gospodarczy powinny zachęcić do przygotowania finansów publicznych na gorsze czasy. Mowa m.in. o redukcji wydatków i zmniejszeniu udziału wydatków tzw. sztywnych, czyli takich które będą dokonane bez względu na sytuację gospodarczą. Ich wzrost zapewniony jest przez określenie udziałem w PKB (np. obronność) czy np. przez ustawowo zapewniony realny wzrost. Zamiast tego, wydatki budżetowe też przyspieszyły do niemal 10%, tylko że działo się to okresie II poł. 2007 do I poł. 2010 r. przy równoczesnej redukcji wpływów (ograniczenie kosztów pracy, ulgi na dzieci, redukcja stawek PIT). Mieszanka wybuchowa przed nadchodzącym kryzysem.

Kryzys jaki nas zaskoczył na przełomie 2008/2009 i powolne wychodzenie z niego, miał poważne konsekwencje dla sytuacji w finansach publicznych i dla zadłużenia. Rząd stanął przed nie lada problemem. Jaką przyjąć strategię finansową w obliczu kryzysu by nie doprowadzić do załamania popytu w Polsce i wstrzymania m.in. inwestycji infrastrukturalnych i finansowanych z funduszy unijnych (współfinansowanie). Udział wydatków sztywnych w budżecie (prawie ¾), przejściowy spadek wpływów budżetowych oraz konieczność finansowania dziury w FUS (mowa też o składce do OFE) powodowały, że finanse publiczne zareagowały dynamicznie narastającym deficytem i – co za tym idzie – rosnącym zadłużeniem. Ocena obecnego rządu w warunkach kryzysowych nie jest łatwa. Błyskawiczna redukcja wydatków budżetowych już o wartości kilka-, kilkanaście mld zł jest trudna ze względów społecznych i politycznych (uzyskanie wsparcia). Do tego, proces negocjacji czy wypracowanie zmian ustawowych musi trwać. Zarzut jaki mógłbym postawić ekipie D.Tuska to być może nieco zbyt wolna reakcja na skutki kryzysu oraz użycie takiego instrumentarium, by zminimalizować bezpośrednie konsekwencje dla poszczególnych grup społecznych. Trzeba też pamiętać, że politycy PO wsparli nadmierną hojność poprzedniego rządu, czyli ulgi w PIT czy redukcję kosztów pracy. Te ostatnie mało dostrzegalne dla pracodawców, a dla finansów publicznych stanowiące poważną wyrwę w przychodach. Oczywiście ten zarzuty mogą być oceniane przez Polaków zupełnie inaczej, tzn. odwrotnie. Z drugiej jednak strony trudno obecnemu rządowi odmówić odwagi. Zmniejszenie płatności do OFE czy podniesienie VAT, nie było łatwą decyzją. Odniosłem też wrażenie, że D.Tusk unikał redukcji w tych sferach które wpakowały by go w długotrwałe negocjacje czy spory z partiami opozycyjnymi.

Formalnie rację mają ci politycy którzy twierdzą, że za czasów rządów PO i PSL zadłużenie wzrosło o niemal 300 zł. Z tym, że z tej kwoty trzeba odjąć 30 mld przyrostu zadłużenia sektora samorządowego, ponieważ ci sami politycy którzy mówią o 300 mld, bronią zadłużania się samorządów. Ponadto należy pamiętać, że w ciągu kilku lat przed 2008 r. rocznie zadłużenie GG rosło średnio o 40 mld zł. W przeciętnych więc warunkach w ciągi czteroletniej kadencji Polska zadłuża się o niemal o 160 mld zł. Po dwóch latach rządów PiS, dług przyrósł o ok. 70 mld zł. gdyby nie świetna koniunktura i wzmacniający się złoty, wynik byłby gorszy. Przy gwałtownie pojawiającym się kryzysie oraz przy wcześniejszych zaniedbaniach, nie da się w rok, dwa czy trzy dokonać redukcji wydatków czy zorganizować nowe wpływy na kwotę ok. 100 mld zł, bo na tyle średnio szacowany jest deficyt finansów publicznych w 2009 i 2010 r. Naturalnym działaniem jest więc amortyzacja konsekwencji kryzysu poprzez zwiększenie długu, który w omawianych latach rósł o niemal 90 mld zł rocznie. Niestety ta „amortyzacja” wywiodła nasz dług pod prawie 55% PKB, czyli pod granicę wyznaczoną ustawą o finansach publicznych. Przekroczenie tej granicy powoduje konieczność redukcji wydatków. Na pocieszenie podam, że daleko nam do jeszcze niedawno średniej ważonej w krajach UE, czyli ok. 80% do PKB.

Tak naprawdę za wzrost zadłużenia odpowiadają politycy rządzący w ciągu ostatnich kilku lat, w tym i z rządu PiS. Nie co jednak ukrywać, że w żadnym rozwiniętym kraju nie redukuje się wydatków budżetowych proporcjonalnie do spadku wpływów.  Raz, bo to niemożliwe, a dwa – bo świadomie częściowo amortyzuje się gwałtowny spadek wpływów, wzrostem długu. M.in. dlatego, by dodatkowo nie redukować popytu i utrzymać na stałym poziomie finansowanie sektorów wrażliwych społecznie lub ekonomicznie. Można sobie teoretycznie wyobrazić, że nasz roczny deficyt finansów mógłby być mniejszy o … powiedzmy 30%. Ale to czysta teoria. Musielibyśmy mieć koalicję rządową z odpowiedzialną opozycją lub koalicje z większością niezbędną do obalenia weta prezydenta i do tego kompletnie niewrażliwą społecznie i odporną na naciski wszelkich lobby. Zaryzykuje więc teorię, że czy ti PiS czy operujący kwotą 300 mld zł poseł Poncyliusz akceptowaliby zadłużenie jeśli nie na 300 mld zł, to śmiało na mocno ponad 250-270 mld zł.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.