Ceny w latach 2003-2014. Bardzo wzrosły?

Informacja GUS o zbiorach płodów rolniczych potwierdza, że inflacja w tym roku będzie niska. Przynajmniej w części ‘żywnościowej’ koszyka. Większość płodów rolnych notuje (lub ma zanotować) dobre lub nawet bardzo dobre zbiory. Jest jeszcze mała niepewność dotycząca pogody w najbliższych miesiącach. Jak to zwykle bywa, jednych to cieszy, a innych nie. Pierwsi to ludzie tacy jak ja, czyli kupujący płody rolne i ich przetwory. Drudzy to rolnicy.

Z ciekawością spojrzałem na zmiany cen, nie tylko rolniczych, przyjmując za punkt startowy koniec lata 2003 (sierpień). Na tym tle dość dobrze widać zmienność cen dla danych produktów oraz kiedy miały one swoje największe dołki lub górki. Oparłem się przy tej na obserwacji na danych dotyczących grup produktów branych pod uwagę w koszyku inflacyjnym GUS za lata 2003-2014.

Przypomnę tylko, że GUS bada 1,4 tys. produktów i usług reprezentatywnych dla struktury wydatków Polaków. Ceny bada się w na styku popytu i podaży, czyli tam gdzie gospodarstwa domowe je nabywają.

Od sierpnia 2003 do połowy tego roku, ceny w rozumieniu koszyka inflacyjnego, wzrosły o 35%. Coś co kosztowało 100, teraz kosztuje 135 zł. Duży wzrost? Moim zdaniem nie, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że mówimy o niemal 11 latach jakie upłynęły do chwili obecnej. Średnia inflacja z analizowanego okresu dla wskazań grudniowych daje zaledwie 2,7%. To minimalnie więcej niż środek celu inflacyjnego przyjętego przez RPP.

Żywność w ciągu minionych jedenastu lat stanowiła ¼ naszych wydatków. Od 2003 roku, żywność zdrożała o 50%. Sporo. Trzeba jednak dodać, że obecne ceny utrzymują się już 2 lata (koszyk żywnościowy jako całość!), co oznacza że konsumenci mają swój próg akceptacji zwyżek cen. Do tego dochodzą skoki cenowe poszczególnych produktów rolnych z powodu zmienności zbiorów i ich zróżnicowaniu lokalnym i międzynarodowym. Przed kilku laty (lata 2007-08 i 2011) ceny żywności poszły zbyt wysoko osiągając swój próg akceptacji przez konsumentów.

Bohaterem mediów są ostatnio owoce. W ciągu jedenastu lat zdrożały o 50%, czyli tyle samo ile cały koszyk kupowanej przez nas żywności. Sporo. Owoce, podobnie jak warzywa, ulegają niebywałej wprost zmienności cen z roku na rok z powodu zmienności zbiorów ich samych oraz substytutów. Mimo iż producenci owoców narzekają na niskie ceny skupu, to obecna sytuacja nie należy niestety do rzadkości.

Źle nie jest w mięsie. Formalne jak koszyk, jest droższe o 45%, ale dwa główne składniki naszej mięsnej diety, wieprzowina i drób, zdrożały o trzydzieści kilka procent, czyli na poziomie inflacji ogółem w ciągu minionych 11 lat.

Pieczywo i wyroby zbożowe zdrożało o 55%, czyli stosunkowo dużo. Tutaj widać jednak wpływ zmian cen surowców. W 2007 i w 2010 r. miały miejsce dwa potężne skoki cenowe na rynku zbóż. Producenci chleba z konieczności musieli częściowo przenieść je na klienta. Potem jednak cena jest dość stabilna, ze względu na ogromną rywalizację na rynku wyrobów zbożowych oraz spadek konsumpcji pieczywa. W gruncie rzeczy od trzech lat ceny pieczywa nie uległy istotnej zmianie.

No i alkohol oraz słynny z politycznej demonstracji Jarosława Kaczyńskiego cukier (zakupy w Warszawie). Jesteśmy chyba narodem szczęśliwym, bo alkohol jest relatywnie tani i łatwo dostępny. Jego cena rośnie, ale dość powoli. Od 2003 cena koszyka alkoholowego wzrosła jedynie o 17%. A cukier? Obecna cena zwiększyła się po 11 latach o … 24%. W 2011 wskutek dysproporcji podażowo-popytowych (oraz w wyniku regulacji rynku cukrowego) cena cukru przekraczała ponad dwukrotnie cenę z 2003 r. Na szczęście pozostało nam już tylko wspomnienie po tym skoku cen.

Żywność o ile jest niezbędna do przeżycia, to jednak nie jest głównym czynnikiem wpływającym na jego jakość. Mniej więcej tyle samo wydajemy na mieszkanie. Tak jak zapowiadano w latach 90-tych, udział kosztów mieszkania będzie się bardzo powoli zwiększał w koszyku naszych wydatków. Koszt tej grupy wydatków wzrosły aż o 67% w analizowanym okresie. Główne składniki to opłaty dla właścicieli oraz koszty zużytej energii. Opłaty dla właścicieli wzrosły o 43% a za energie o aż o 70%. Bardzo drogi okazał się opał i … gaz. Wzrost odpowiednio o 85% i 203%. Na szczęście ceny gazu są względnie stałe od 2012 r. To że udało się zapobiec znacznemu skokowi kosztów energii (pomimo wzrostu cen) w naszych wydatkach wynika m.in. z szukania racjonalnych rozwiązań energetycznych. Coraz oszczędniejsze urządzenia, wymiana okien, ocieplenia budynków i szereg innych.

Na szczęście i na pocieszenie, składniki urządzenia mieszkania wzrosły dość skromnie, bo tylko o 16%. W tym meble o 14%, a elektronika domowa  … spadła (tzn. ceny) o 9%. Podobnie z odzieżą i obuwiem, które stanowią 5% naszych wydatków. Trudno uwierzyć, ale ta grupa towarów staniała o prawie 40%. Obawiam się jednak, że statystyka zatacza tutaj błędne koło i daje informację co do której powinniśmy zachować pewną ostrożność. Oczywiście dane uważam za wiarygodne, ale spadek kosztów zakupu obuwia i odzieży, to skutek skupienia się na najtańszych wyrobach. Niestety takie zakupy dominują. Można w marketach czy niektórych sieciach kupić męskie buty za 40-70 zł, ale ich jakość, wytrzymałość czy surowiec do produkcji to osobny temat.

I na zakończenie koszty transportu. To niemal 10% inflacyjnego koszyka przeciętnego Polaka. Znaczny udział i powolny wzrost tej pozycji w naszych wydatkach to zarówno konieczność jak i chęć poprawienia jakości życia dzięki posiadaniu własnego środka transportu dającego niezależność. Niestety rosną koszty prywatnego jak i publicznego transportu. Koszty eksploatacji naszych (prywatnych) środków transportu wzrosły w ciągu 11 lat o 60%, w czym paliwa miały niemały udział. Natomiast ceny transportu publicznego wzrosły o niemal 50%. Podwyżki cen tych ostatnich były rozłożone względnie równomiernie na minione lata.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.