Nasza inflacja kochana. Mała i podejrzana.

W ostatnich dniach temat inflacji w Polsce omawiany jest w dwóch kontekstach:

  • Tradycyjnym: co dalej z inflacją i stopą referencyjną NBP
  • Quasi kryminalnym: Polska rzekomo zaniża wskaźnik inflacji (jak sugeruje jeden z zagranicznych analityków na łamach Financial Timesa

Przy okazji każdego kolejnego spotkania Rady Polityki Pieniężnej pada pytanie o to co dalej z inflacją i stopami procentowymi. W tym roku analitycy nieco częściej przyznają iż są w stanie sobie wyobrazić obniżenie stopy referencyjnej. Nie zmienia to faktu iż konsensus rynkowy to stabilizacja stopy referencyjnej i w dłuższym terminie prawdopodobne jej podniesienie.

Deflacje mamy już niemal dwa lata. Mało kto się spodziewał, że będzie to trwało tak długo. Pułapka deflacyjna na szczęście Polsce nie grozi. W 2014 inflację poniżej zera ściągnął znaczny spadek cen żywności. W 2015 nałożył się na to spadki cen surowców ze słynną ropą naftowa na czele. W roku poprzednim znaczenie żywności jako czynnika ciągnącego inflację w dół zaczęło słabnąć a rosła rola spadku cen surowców. Na globalne zmiany cen żywności i surowców przemysłowych i energetycznych Polska wpływu nie ma. W naszej najnowszej – wolnorynkowej – historii gospodarczej tak silny splot dwóch wymienionych czynników to ewenement. Do tego skala spadków, szczególnie w przypadków surowców energetycznych, była bezprecedensowa. W tym roku, żywność działa już antydeflacyjnie, a deflacyjna presja surowców w 2016 słabnie.

Prognozy inflacji na koniec 2016 r. zawierają się – z grubsza – w przedziale od minus 0,5 do 1,0%. Jeszcze na początku roku można się było spotkać z prognozami na poziomie 1,5% . Najnowsza prognoza NBP (cykliczna projekcja inflacji) podaje inflację średnia na 2016 na poziomie minus 0,4% i na koniec tego roku nieco powyżej 0% (ok. 0,5%). Na koniec 2017 inflacja wg NBP miałaby sięgnąć 1,5% i niemal 2% w 2018 r. Jak widać NBP nie widzi więc poważniejszych zagrożeń dla realizacji celu inflacyjnego w średnim terminie. Według mnie prognoza NBP ma odcień nieco optymistyczny. Moim zdaniem musimy się liczyć z silniejszym wzrostem cen żywności w 2017 lub 2018 r. projekcja cen surowców energetycznych jest dość łagodna, ale do zaakceptowania przy założeniu braku poważniejszego przyspieszenia gospodarczego na świecie. Oczywiście nie się co spierać o przyszłość. Projekcje NBP na ogół dość trafnie oddają stan umysłów i wiedzę na chwilę ich tworzenia. Ponadto w prognozach średnio i długoterminowych nie chodzi o to by się uporczywie ich trzymać, ale by je weryfikować wraz z napływem nowych informacji. Pozwolę już sobie pominąć rozważania o PKB, popycie i zatrudnieniu.

Dla RPP napływające informacje i projekcje oznaczają brak zmian stopy referencyjnej. Dyskusje o ewentualnym obniżeniu mają raczej walor akademickich rozważań. Jeżeli wykluczyć dalsze spadki cen żywności i surowców energetycznych, jedynie spadek koniunktury gospodarczej mógłby popchnąć RPP do obniżki stopy referencyjnej. Tu zresztą scenariusze zaczynają się komplikować. No bo co wtedy gdy dynamika PKB będzie słabnąć a działania obecnego rządu powodować wzrost stóp rynkowych i osłabienie złotego?

Podsumowując, poziom 1,5% dla stopy referencyjnej jest na tą chwilę optymalny. Nowością z jaką RPP ma do czynienia, to ryzyko w obszarze finansów publicznych jakie wytwarza obecny rząd. Ale to już jest ryzyko w perspektywie średnio i długoterminowej.

***

Niedawno jeden z zachodnich ekonomistów na łamach Financial Times podważył poprawność wyliczeń CPI w Polsce i generalnie wskaźników cenowych. W związku z tym – wg niego – PKB mogło być zawyżane o 0,2 pkt proc. w ciągu ostatnich kilku lat. Inaczej mówiąc: nasza Zielona Wyspa była nieco mniej zielona. Swoje wnioski analityk oparł na analizie innych parametrów makroekonomicznych dla Polski, rozbieżności pomiędzy CPI a HICP,  porównaniach wskaźników cenowych krajów sąsiednich oraz analizie niektórych składników polskiego koszyka inflacji. Wątpliwości analityka są poważne, ale na szczęście dość niewielkiego kalibru w rozumieniu analizy makroekonomicznej. Pomijam już to, że wyliczenia PKB (jak i sama metodologia) zawsze wzbudzają wątpliwości w każdej części świata.

Zróżnicowanie między CPI a HICP w przypadku Polski nie jest nowością. Tak jest od chwili wejścia do UE (raz na plus, raz na minus) i prezentacji polskich danych makroekonomicznych wg zasad sprawozdawczości Eurostatu. Średnie odchylenie jest bliskie zeru. Po drugie jak rozumiem, analityk Capital Economics nie zna dobrze realiów ekonomicznych Polski. Swój niepokój oparł na danych porównawczych, co do doboru których i wyciąganych z nich wniosków można mieć sporo wątpliwości. Jest jednak faktem, ze nasza deflacja okazuje się dość odporna na nazbyt osłabionego złotego od wielu miesięcy. Podobnie z brakiem reakcji na dość przyzwoity wzrost PKB oraz wzrost wynagrodzeń.

Nie zamierzam wątpliwości ekonomisty z Capital Economics deprecjonować. Myślałem jednak, że są poważniejszego kalibru. Ale skoro są wątpliwości, to nasz GUS powinien się do nich ustosunkować. Tym bardziej, że od kilku miesięcy zagraniczni analitycy z powodów politycznych i ekonomicznych, zaczynają się baczniej Polsce przyglądać.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.