Finansowanie służby zdrowia

Temat służby zdrowia wzbudza od lat chyba tyle samo emocji co polityka. Różnica polega głównie na tym z polityką obcujemy za pośrednictwem mediów (TV, gazety, radio, internet) i przy okazji wyborów, a ze służbą zdrowia bywa że i kilka razy w roku. Skala niezadowolenia z poziomu służby zdrowia jest ogromna. Rodzi to ogromne frustracje ale i ogromne oczekiwania Polaków. Ja jak każdy Polak też chciałem mieć najmądrzejsze zdanie na temat służby zdrowia i wymyśleć receptę na jej uzdrowienie, bądź – mówiąc inaczej – doprowadzenie do stanu oczekiwanego przez Polaków. Zrobiłem to zaznaczenie, ponieważ moim zdaniem pomiędzy świadomością Polaków na temat służby zdrowia a oczekiwaniami jest potworna przepaść. Ale wracając do najmądrzejszego zdania…., wpierw przed laty starałem się wsłuchiwać w medialne dyskusje i czytać prasowe polemiki. Ale skutek był żenującą kiepski. W większości były to i są dyskusje prowadzone na wyjątkowo abstrakcyjnym poziomie. Znalezienie w polskiej codziennej prasie polityczno-społecznej, a więc tej która robi wrażenie wyjątkowo zatroskanej stanem polskiego lecznictwa, dobrego merytorycznie materiału graniczy z cudem. Pamiętam na przykład artykuł z Gazety Wyborczej, gdzie autor (przepraszam, nie pamiętam nazwiska, ale na pewno z branży) prezentował problem decydowania o tym jakie środki finansowe kierować na leczenie pod względem kryterium wieku i typu schorzenia oraz stopnia jego uciążliwości dla pacjenta. Brutalna ekonomia, wynikająca z faktu iż gromadzone przez każde społeczeństwo środki na leczenie, nigdy nie wystarczają na leczenie zgodne z marzeniami społeczeństwa. By pojąc problemy krajowej służby zdrowia, trzeba sięgnąć do periodyków branżowych lub różnych opracowań dostępnych w Internecie, na stronach ministerstwa zdrowia czy czasami prasy ekonomiczno-prawnej i mozolnie składać obraz polskiej służby zdrowia z tych kawałków. Łatwo nie jest, ale przy odpowiednim uporze można stworzyć sobie całkiem przyzwoity obraz problemów naszej służby zdrowia. Oczywiście jak na laika, czyli osobę która patrzy na służbę zdrowia przez pryzmat przeczytanych tekstów i analizowanych tabel, no i czasami bywa przez nią leczony lub leczone są jego dzieci.

Dostrzegam dwa podstawowe grzechy polskiej dyskusji o problemach służby zdrowia: utrzymywanie obywateli w przekonaniu, że mają prawo domagać się niemal wszystkiego przy dotychczas płaconych składkach i funkcjonujące w medialnych zgiełku dwie recepty na poprawę jakości i sprawności leczenia – „reforma” i „prywatyzacja”. Najczęściej pojawia się „reforma”. Słowo sugerujace zestaw działań ujawniających niezmierzone rzekomo pokłady finansowych oszczędności i możliwości skrócenia kolejek (tam gdzie one są), ale ci którzy je używają (politycy, dziennikarze, ekonomiści) unikają sprecyzowania o co dokładnie chodzi.

Bodźcem do napisania niniejszego tekstu jest artykuł zamieszczony w Gazecie Wyborczej z 22 listopada „Doktor Rynek”, czyli wczorajszej (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4694254.html ). Autor, lekarz Sławomir Badurek, widzi sposób na rozwikłanie bolączek służby zdrowia drogą „prywatyzacji”. Przykładem mają być przychodnie lekarskie i stomatologia. Przed pisaniem tego artykułu przebrnąłem raz jeszcze przez dziesiątki tabel i informacji. Jest faktem iż stomatologia, to najbardziej sprywatyzowana usługa medyczna, przynajmniej z tych o szerokim zasięgu. 90% rynku to prywatne spółki lekarskie. Kiedy jednak spojrzałem w statystyki korzystania z dentysty na tle krajów Europy Środkowej i Zachodniej, to tak idealnie znowu nie jest. Po drugie pamiętajmy, że jest to zabieg jednorazowy (nie wymaga na ogół długotrwałego leczenia i leków na receptę oraz angażuje na ogół jednego specjalistę) z pogranicza lecznictwa i kosmetyki dostępny za kwotę na ogół zbliżona do 100 zł za podstawowy zabieg. Autor nie odpowiada na pytanie, co z tymi których nie stać na wszystkie wymagane leczenie i muszą korzystać z „państwowego” lekarza. To właśnie pewna standaryzacja i dostępny dla być może nawet większości koszt, przyczynił się do znacznej prywatyzacji tej usługi. Przykład przychodni lekarskiej również nie jest zbyt dobry. To na ogół lekarz czy grupa lekarzy z ich wiedzą i co najwyżej podstawowym sprzętem diagnostycznym. W takich przypadkach prywatyzacja masowych usług to żadne osiągniecie. Kilka lat temu korzystałem z „prywatnego” lekarza, który ostatecznie nie doszedł do tego co jest przyczyną słabych wyników badań moczu i sugerował mi ewentualne dalsze pogłębione badania, ale już w placówce „państwowej”. A nawet gdybym miał jakieś poważne schorzenie to w celu jego leczenia trafiłbym i tak do sektora „państwowego”. Oczywiście coś zyskałem. Sprawną, szybką i kulturalną obsługę. Nie mam również wątpliwości że prywatyzacja usług przyczynia się do poprawy ich jakości (trafność diagnoz).

Autor tekstu słusznie zwrócił uwagę na zamieszanie wokół pojęcia prywatyzacja w służbie zdrowia. Przyznaję, że przykład z ostatnich wyborów jest bardzo wymowny. PiS bardzo brutalnie nadużył słowa prywatyzacja, sugerując że może to powodować wyłączenie ludzi uboższych z systemu ochrony zdrowia. Ale i słowo prywatyzacja faktycznie w dokumentach PO się pojawiało. Powiedziałbym, że to skutek niefrasobliwości słownej ze strony PO. Ale sądzę również, że politycy PO rozróżniają słowo komercjalizacja i prywatyzacja. Obawiam się, śledząc przez lata dojrzewanie społeczno-ekonomiczne obecnych polityków PO, że słowo prywatyzacja to pozostałość po latach kiedy prywatyzacja miała być panaceum na wszystkie problemy, kiedy szybkością i odwagą decyzji próbowano nadrobić słabą znajomość materii problemu takiego czy innego. Zawsze to łatwiej „sprywatyzować” niż poznać meandry funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej.

Z tekstu wynika, że autor jest zwolennikiem bodaj całkowitej prywatyzacji usług zdrowotnych (lub przynajmniej powstania równoległego systemu prywatnego wraz z finansowaniem) i zasad ich finansowania. Piszę to z pewnym wahaniem, ponieważ nie jest to powiedziane wprost, jakby sam autor bał się to otwarcie powiedzieć, chociaż kawałek dalej dochodzi do pewnego istotnego wniosku sugerującego iż sprywatyzowany miałaby być również sektor finansowania usług medycznych. Jeżeli chcemy zachęcić ludzi do prywatyzacji, to wpierw trzeba obalić rzekome mity, nawet jeżeli są najidiotyczniej wydumane przez społeczeństwo. W skrajnym rozumieniu prywatna placówka zdrowia, to dla ludzi taka która może być zarządzana przez osoby prywatne które dysponują budynkiem jak zechcą i podpiszą kontrakty jakie zechcą. Ich zasadą działania byłby zysk netto, czyli nie przyjmowanie pacjentów którzy nie są ubezpieczeni (w firmie państwowej lub prywatnej) lub których na usługę nie stać i odmawianie kontraktacji usług które nie zapewniają zysku. Obecnie ludzie mają świadomość, ze władze lokalne są zobligowane do organizacji służby zdrowia. W przypadku skrajnie rozumianej prywatyzacji, warunek ten nie musiałby być spełniony. W pewnym momencie autor słusznie zauważa, że prywatyzacja systemu finansowania służby zdrowia, doprowadzi do ujawnienia dręczącego ją obecnie problemu. Mam na myśli wspomniany wyżej „..istotny wniosek”. Zadłużanie się placówek służby zdrowia wskazuje, że system się nie bilansuje. Częściowo z powodów efektywności, częściowo dlatego że finansujemy więcej niż zbieramy na to pieniędzy. Do tego braku zbilansowania można dołożyć konieczność podwyżek dla personelu medycznego i konieczność nadrobienia zaległości w wyposażeniu medycznym (chociaż są i dziedziny gdzie mamy się czym pochwalić, np. mammografy), niedoszacowanie części zabiegów oraz stałe problemy z finansowaniem skomplikowanych i przewlekłych leczeń. Gdyby to chcieć naprawić, to należałoby o kilkanaście procent podnieść natychmiast wpływy by usunąć większość wymienionych problemów w średnim terminie, albo ……… o tyle zredukować wydatki na usługi lecznicze. Skutków tego ostatniego ludzie się właśnie boją, a autor wcale tych leków nie usuwa. Moim zdaniem, właśnie doborem przykładów autor jakby świadomie unika odpowiedzi na pytania, lęki  i wątpliwości które sam prowokuje u czytelnika. Obawiam się że tego typu zachęty do prywatyzacji, mogą przynieść skutek odwrotny i autor sam mógłby się stań „bohaterem” reklamówek wyborczych PiSu.

Teraz trochę o naszej służbie zdrowia. Analizując jej sytuację z ostatnich lat, widać że w wbrew pozorom, dokonał się w niej znaczny wzrost wydajności i jakości. Zachęcam do przestudiowania liczb. Ale by nie być posądzonym o brak kontaktu z rzeczywistością, oświadczam że moja bliższa oraz dalsza rodzina (w tym i ja) korzysta z głównie z „państwowej” służby zdrowia, co pozwala mi widzieć jasne strony ale i bolesne absurdy medycznej rzeczywistości. Przypomnę tylko, że wydatki publiczne na służbę zdrowia to w ostatnich latach ok. 4% PKB. Całkowite nakłady, to ok. 6% (rachunki narodowe wskazują nawet na 7%) co oznacza że ustępujemy krajom z obszaru UE o jakieś 2%. Przy tej mizerii finansowej udało się nam sporo dokonać, ale możliwości zyskiwania środków z efektów „reform i racjonalizacji” oceniam jako skromne i na wyczerpaniu. Tutaj rację przyznaję profesorowi Relidze, który starał się w amoku wyborczym przypomnieć by nie obiecywać niczego więcej wyborcom przy obecnym stanie kasy na służbę zdrowia.  Nasze oczekiwania oraz liczby przedstawiające stan usług medycznych i finansów w Polsce i w UE, sugerują konieczność zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Ameryki tutaj nie odkryjemy i będziemy (już to planował miniony rząd) pozyskiwać pieniądze dwutorowo. Poprzez finanse publiczne, tzn. składka zdrowotna i składka na ubezpieczenie pielęgnacyjne oraz finanse prywatne, czyli głownie rozwój prywatnej służby zdrowia. Szansą na zbilansowanie finansowania służby zdrowia i poprawę jakości działania jest komercjalizacja placówek służby zdrowia i dalsze wciąganie do systemu świadczenia usług placówek prywatnych. Przestrzegałbym bym jednak przed oczekiwaniem szybkich efektów. Mam mieszane uczucia co do silnej wiary nowej Pani minister zdrowia że podział NFZ na kilka konkurujących instytucji da zasadniczo nową jakość. Może to brak wyobraźni, a może wciąż dość mocno tkwiące w pamięci wspomnienia z doświadczeń z Kasami Chorych w mojej rodzinie. W średnim terminie odbieram to jako sztuczne reformowanie, czyli zmianę dla samej zmiany i w obecnej sytuacji jest to raczej problem drugorzędny.

Do propozycji działań racjonalizatorskich dopisałbym uświadamianie Polakom stanu obecnego i ocenę racjonalności oczekiwań. To już rola mediów. Dajemy relatywnie mało na służbę zdrowia, za to skalą rozczarowania jej działaniem przebijamy w sondażach nacje zachodnioeuropejskie. Porównując nas i kraje rozwinięte trudno nie dojść do wniosku, że otrzymujemy relatywnie dużo przy stosunkowo niskich składkach. Co ciekawe, dominująca część Polaków w sondażach widzi konieczność radykalnych reform i przebudowy. Ciekawy jestem jakich. Uważamy ze płacimy za dużo, chcemy państwowej służby zdrowia, ale bez kolejek, z tańszymi lekarstwami i bez lepiej opłacanych lekarzy i pielęgniarek oraz udajemy że nic nie wiemy o zadłużeniu służby zdrowia (akcje oddłużeniowe prowadzone były z naszych pieniędzy!). To nie do pogodzenia.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.