Nam sie udało bez interwencji

 

Rynek finansowy obserwuję od kilkunastu lat. Wpierw, przez kilka lat, z pozycji osoby zawodowo związanej z rynkiem a potem bardziej jako obserwator. Niemniej to czego byłem świadkiem w ostatnich kilku tygodniach było wielce intrygujące a z drugiej strony niezbyt budujące jeśli chodzi o szacunek do zjawiska jakie nazywamy „rynek finansowy”.

Od końca września do 24 października główne światowe indeksy i nasze krajowe spadły o od dwudziestu do ponad trzydziestu procent. Nasze główne indeksy straciły ponad 30%, za co odpowiedzialne były w dużym stopniu firmy z WIG20. Spadek w Polsce był w tym okresie półtora razy większy niż indeksów bazowych. Krótko mówiąc mieliśmy do czynienia z paniką. Nie sądzę by ktokolwiek teraz  był w stanie oszacować, co tak naprawdę wyceniają obecnie giełdy. Moim zdaniem indeksy pokazały straszną panikę inwestorów i nieumiejętność przeniesienia realiów makroekonomicznych na poziom indeksów. Analitycy i makroekonomiści wcale też w tym nie pomagają. W ostatnich tygodniach co kilka dni ta czy inna instytucja ogłaszała korektę (oczywiście w dół) PKB dla USA, UE czy dla Polski. Inwestorzy zaś potrafią kilkakrotnie dyskontować tą samą negatywną wiadomość, ale podaną przez różne instytucje. Osobiście mam sporo rezerwy do prognoz, które są aktualizowane szybciej niż napływają twarde dane, które mogłyby je podeprzeć. Świetnie to widać w Polsce. Prognozy PKB dla 2009 roku zawierają się w przedziale od ok. 3% do 4,8%. Co ciekawe jedną z najniższych prognoz podał NBP w swoim najnowszym raporcie. Najwyższa prognoza pochodzi z założeń budżetowych rządu i faktycznie powinna być nieco skorygowana. Co ciekawe, prognoza NBP jest gorsza od prognoz MFW czy Komisji Europejskiej. Tak naprawdę dla osób i instytucji parających się prognozą, jest okres wielkiego zamieszania. Poważnie spadła cena ropy, jest wiele niewiadomych odnośnie inflacji, nie sposób obecnie oszacować efekty ewentualnych ograniczeń w udzielaniu kredytów przez banki. Listę wątpliwości można wydłużać. Tak naprawdę najświeższe prognozy to często próba nadążania za trendem niż rzetelne produkty. Potęguje to tylko zamieszanie. Trudno się więc dziwić, że w takiej sytuacji rynek popada w taka depresję. Nie jest moim zamiarem zaczarowywanie rzeczywistości, ale mam sporo wątpliwości co do poprawności założeń branych do prognoz, bo są one raczej wyimaginowane przez twórców prognoz niż wsparte bieżącymi trendami. Przykładem kiepskiej prognozy czy tez raczej oceny bieżącej sytuacji może być opinia JP Morgan sprzed kilkunastu dni, a wskazująca iż jesteśmy krajem znacznego ryzyka. W pierwszej chwili na rynku pojawił się strach i zdumienie, ale szybka reakcja polskich ekonomistów uspokoiła graczy rynkowych.

W związku z powyższym trudno mi jest powiedzieć dlaczego indeksy giełdowe zatrzymały się w początku III dekady października. Inwestorzy albo zauważyli że przesadzili z czarnowidztwem, albo przerazili się poziomów do jakich sprowadzili indeksy giełdowe. W naszym przypadku ewidentną panikę na rynku wyceniłbym na kilkanaście procent, biorąc pod uwagę wartość WIGu z piątku. Inaczej mówiąc, WIG teoretycznie powinien być o kilkanaście procent wyżej by móc powiedzieć, że rynek wyszedł z obszaru paniki do przedziału odpowiadającego znacznemu lękowi i niepewności o przyszłość. Nie ma co jednak ukrywać, że w październiku polski rynek opuszczali inwestorzy zagraniczni i w takim przypadku moje wyliczenia nie mają znaczenia. Nawet poważne osłabienie złotego nie sprowokowało inwestorów zagranicznych do gremialnego powrotu.

A czy rynek poczuł wreszcie dno? Mogę mięć tylko nadzieję, że tak. Po obrotach widać jednak że tak długo jak główne światowe giełdy nie potwierdzą tego, tak długo krajowe indeksy gotowe są dalej spadać.

Pozytywnym znakiem poprawy sytuacji na świecie jest spadek stawek depozytów międzybankowych LIBOR i WIBOR. Powoli więc odpada czynnik strachu, nieufności pomiędzy instytucjami finansowymi i na rynek powraca płynność, częściowo wspomagana przez pieniądze państwowe. W Polsce ten proces ma lekkie opóźnienie. Stawki LIBOR zaczęły gwałtownie rosnąć od połowy września i proces ten wyhamował dopiero pod koniec I dekady października. W tym czasie depozyt 1m dla eur wzrósł z 4,5% do prawie 5,2%, a dla usd 1m LIBOR skoczył w tym czasie z 2,5% do 4,6%. Po akcjach podjętych przez banki centralne i rządy państw dotkniętych kryzysem, rynek powoli się uspokajał. Wspomniane interwencje dla samej tylko Europy szacowano w połowie października na blisko 2 bln euro. Głównie były to nabycia udziałów i gwarancje. Podjęte działania można podzielić na finansowe i psychologiczne. Jak się okazało rynek o ile sam potrafi wpędzić się w niezłe tarapaty, to bez pomocy niezmierzonych pieniędzy podatników może tylko pogłębiać zapaść. Oprócz skali spadków indeksów porównywalnych z kryzysami sprzed dziesiątków lat, minione wydarzenia wymuszą dyskusje o wolnym rynku, racjonalności działań rynków finansowych i roli instytucji finansowych w gospodarce. Fora internetowe są pełne oburzenia i krytyki skierowanej do sektora finansowego. Jednym z wielu odłamów tej dyskusji są wyniki OFE i oburzenie jakie to wywołało w społeczeństwie.

Na krajowym podwórku mieliśmy do czynienia z utratą płynności rynku głownie wskutek braku zaufania pomiędzy instytucjami finansowymi. U nas kryzys płynności zaczął się pojawiać w I poł. października. Objawiał się dość specyficznie, ponieważ o ile rosły depozyty długoterminowe to cena depozytów jednodniowych szybko spadła. Moje rozczarowanie wzbudziło zachowanie banków, które wobec ryzyka, narzuciły szereg restrykcji na rynek międzybankowy a problem ograniczenia płynności na depozytach o dłuższych terminach przerzuciły na NBP i rząd. Domaganie się gwarantowania depozytów międzybankowych czy pomysły zasilenia finansowego pod zastaw papierów komercyjnych są niepoważne. Owszem można powiedzieć, że wobec ryzyka utraty płynności rynku międzybankowego i ryzyka przejściowego ograniczenia akcji kredytowej banków coś zrobić trzeba i spór w tym momencie nie ma sensu. Niemniej część głosów środowiska bankowego można było odebrać jako wręcz szantaż albo próba rozpaczliwego szukania pomocy.

Chciałbym jednak pozostawić gorzkie refleksje na inne okazje i zwrócić uwagę na coś ważnego czego byliśmy świadkami w minionych tygodniach, a czego trochę się niedocenia. Kryzys finansowy powoduje, że nikt się nie ogląda na polskie fundamenty makroekonomiczne. Na rynku długu, walutowym i rynku kapitałowym przeżyliśmy ogromna korektę i – jak sądzę – wychodzimy z niej cało i z podniesionym czołem. Pomimo kryzysu na Węgrzech i ratunkowym podniesieniu tam stopy o 3 punkty procentowe, udało się nam przeżyć ten okres dość spokojnie mimo iż zagrożenie było znaczne. Drastyczne podnoszenie stopy referencyjnej dla ratowania waluty w okresie kryzysu o zasięgu światowym jest ruchem desperackim i mało skutecznym. Obawiałem się by nasz NBP nie próbował interweniować na rynku walutowym czy też nie podejmował innych akcji  o charakterze psychologicznym. A były przecież pomysły by NBP nie tyle może interweniował na rynku walutowym, co „stał się uczestnikiem rynku” poprzez zwiększenie jego płynności co miało pomóc w zatrzymaniu spadku wartości naszej waluty. Kilka dni później „uspokoił się” na poziomie blisko 2,8 dla usd i 3,7 dla eur. Oznacza to iż rynek utrzymuje złotego osłabionego wobec wartości uzasadnionych fundamentami o ok. dziesięć procent. Jak na obecne warunki i stan emocji na rynku, obecny poziom złotego w krótkim okresie wydaje się racjonalny. Jak tylko sytuacja makroekonomiczna stanie się pewniejsza, złoty teoretycznie powinien się powoli wzmacniać. To oczywiście spojrzenie „podręcznikowe”, bo reszta zależy od nastrojów na rynku.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Rynek finansowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.