Rodzina na swoim, wątpliwości dot. programu

Wielka dziura w finansach publicznych jaka powstała wskutek różnicy pomiędzy wydatkami i wpływami, zmusza do gorączkowego poszukiwania oszczędności. Na liście pozycji do zlikwidowania lub redukcji dość często pojawia się program Rodzina na swoim (RNS). Wymieniają ta pozycję zarówno ekonomiści i analitycy z instytucji niezwiązanych z rządem, ale i coraz częściej urzędnicy reprezentujący stronę rządową. Ostatnio, wg informacji „Rzeczpospolitej”, wnioski dotyczące m.in. RNS przekazał kancelarii ministra Michała Boniego Bank Gospodarstwa Krajowego, który obsługuje ten program. Zadaniem BGK była analiza obsługiwanych przez ten bank programów, na potrzeby rządu. BGK proponuje likwidację programu. Informacja prasowa podaje jedynie, że w opinii BGK, RNS przyczynia się do wzrostu cen mieszkań, korzystają na nim głównie banki i że nie spełnia swojej roli społecznej, bo korzystają na nim głównie osoby dobrze zarabiające (tzn. posiadające zdolność kredytową). Wg BGK, rezygnując z programu, państwo zaoszczędziłoby do 2020  4,5 mld zł.

Jednym z najtrudniejszych zadań w przypadku programów wsparcia budownictwa jest odpowiedź na pytanie, czy w ogóle są one potrzebne. To temat na poważne rozważania. W dużym skrócie przyznam, że jestem za wspieraniem budownictwa mieszkaniowego. Dyskusyjna jest skala i kierunki wsparcia. Być może będzie okazja wrócić do tego tematu. W tym wpisie skupie głównie na programie RNS w kontekście uwag BGK.

Z jednej strony mamy program wsparcia, ale z drugiej trzeba pamiętać, że nie odgrywa on specjalnie nadzwyczajnej roli. W 2007 z programu (pokrycie połowy odsetek przez pierwsze osiem lat spłaty) skorzystało zaledwie 4 tys. rodzin. Rok później niewiele więcej, bo tylko 6,6 tys. Główną przyczyną były limity cenowe metra kwadratowego, powyżej których wsparcie się nie należało. Koszt metra liczony jest dla miast – głównie wojewódzkich – i pozostałego obszaru województwa jako iloczyn kosztu budowy i wskaźnika (obecnie 1,4). Przykładowo, w 2008 dla Warszawy program pozwalał na wsparcie przy cenie nie większej niż 6,7 tys. i średniej cenie rynkowej – 8,3 tys. W kolejnym roku ceny metra kwadratowego spadły  w Polsce na ogół o nie więcej niż 10%, ale pułapy cenowe dla RNS wzrosły średnio aż o 33% (porównanie III kw 2008 z IV kw 2009). Radykalna zmiana parametrów przyczyniła się do w największym stopniu do popularności kredytu w 2009 r. W ubiegłym roku skorzystało z programu 31 tys. rodzin. Było to 16% kredytów hipotecznych udzielnych przez banki. W latach 2007 i 2008 było to odpowiednio 1,3% i 2,3%. W 2010 popularność programu RNS utrzymuje się na poziomie ubiegłorocznym w rozumieniu udziału w kredytach hipotecznych ogółem. Biorąc jednak pod uwagę wzrost liczby udzielnych kredytów hipotecznych, to w tym roku może skorzystać z programu od 35 tys. do 40 tys. rodzin.  

Każdy kolejny kredyt to koszt dla budżetu. Przy takim zainteresowaniu RNS jak obecnie, za dwa-trzy lata obsługa programu może pochłonąć nawet 1 mld zł rocznie. Zwracam na to uwagę, ponieważ prawdopodobnie to aspekt kosztowy zmusił rząd do przeglądu programów. Wg BGK rezygnacja z programu oznacza oszczędności rzędu 4,5 mld do 2020 r. Z przeprowadzonych przeze nie obliczeń wynika, że BGK robił obliczenia przy założeniu popularności programu na obecnym poziomie. Warto jednak zauważyć, że rząd sam wywołał popularność programu poprzez podniesienie wskaźnika aż do 1,4. I bez tego od III kw 2008 (górka cenowa na rynku mieszkaniowym) do chwili obecnej deklarowane koszty budowy (czyli bez wskaźnika) wzrosły o ponad 25%. Rząd ma więc możliwość sterowania zainteresowaniem RNS. Jeżeli więc koszty są za duże, to po co podnoszono wskaźnik. Dodatkowo dostępność programu RNS można było regulować innych parametrami określającymi dostęp do programu.

Zarzut o przyczynianie się do wzrostu cen mieszkań jest dyskusyjny, co nie oznacza że pozbawiony racji. Po prostu nie przeceniałbym go. Po drugie rząd sam jest tu winien, bo – jak wyżej wspomniałem – sam podnosi pułapy kwalifikacyjne ceny metra kwadratowego. Musimy pamiętać, ze każdy program wsparcia, w tym i RNS, jest przy okazji ingerencją w mechanizm rynkowy, czyli relacje popyt i podaż. BGK zwrócił uwagę na negatywną stronę określania pułapu cenowego. To co jest teraz wadą RNS, może być jego zaletą, na co dowodem są lata 2007 i 2008. Owszem, RNS ma cechy ingerencji w rynek, ale decydenci mogli tak ustawiać pułapy cenowe (co najmniej za pomocą wskaźnika) by uniknąć dofinansowania droższych mieszkań w największych miastach.

Wpływ programu na ceny rynkowe nie jest moim nadmiernie istotny. W ponad połowie kredyty w ramach RNS przeznaczone są na zakup mieszkań na rynku wtórnym i w kilkunastu procentach na domy jednorodzinne. W rzeczywistości RNS obniża koszt spłaty kredytu tylko (kapitał + odsetki) o ok. 9%. Biorąc pod uwagę średni kredyt ze wsparciem RNS (ok. 175 tys.), to i tak większość z tych którzy skorzystali z programu i tak skorzystałaby z normalnych kredytów. Przy kredycie na 25 lat na kwotę 175 tys. miesięcznie trzeba spłacać przynajmniej 1 tys. zł. RNS pozwala obniżyć płatność o ponad dwieście złotych miesięcznie przez pierwsze osiem lat. To istotne jeśli weźmie się pod uwagę sugestie BGK, iż program wspiera osoby które i tak stać na mieszkanie. To dziwny i zabawny zarzut. Trzeba sobie odważnie i uczciwie powiedzieć, że programu wsparcia tego typu i tak będą dotyczyły rodzin o dobrych dochodach, ponieważ rodziny gdzie rodzice otrzymują wynagrodzenie poniżej średniej krajowej każdy (czyli przynajmniej 2/3 społeczeństwa), nie mają szans na sprostanie obsłudze kredyty hipotecznego. Tu niewielką szansą są idee typu TBSów, a dalej to już tylko budownictwo komunalne. Te zaś jest przeznaczone raczej dla innej grupy klientów. Nie stać nas na razie na potężne wsparcie budownictwa dla osób o słabych wynagrodzeniach. Nie gardźmy więc programami dla osób średniozamożnych, bo one – idąc do nowych mieszkań – odstępują stare.

RNS można chwalić i ganić, jak każdy inny program wsparcia budownictwa mieszkaniowego opierający się na wsparciu w spłacie.  Z perspektywy czasu mniej mnie już kręci krytykowanie takiego czy innego programu wsparcia, a dostrzegam coraz większy brak konsekwencji. Nie potrafimy się na coś zdecydować. Mieliśmy kilka różnego typu programów i zawsze po kilku latach zainteresowanie słabnie.  Na razie widzę, że najważniejsza jest walka z deficytem finansów publicznych. Ok., zgoda. Ale właśnie tego typu program pozwalają rządowi na sterowanie popytem na program, za pomocą parametrów zawartych w ustawie i załącznikach. Przy mądrym wykorzystanie można by walczyć z patologiami rynkowymi (ceny) na rynku nowych mieszkań. Nie jest problemem zmniejszenie zainteresowania RNS nawet o połowę i to w ciągu 2-3 kwartałów. Swoją drogą jest to dobry przykład tzw. odsztywnienia wydatków budżetowych. W okresach niebezpiecznych dla finansów publicznych można zmniejszyć, decyzją urzędników, wydatki budżetowe. Oczywiście z pewną bezwładnością i bez możliwości całkowitego ucięcia wydatków (trzeba wypłacać wsparcie dla wcześniej podpisanych umów).

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.