“Państwo do fabryk”? Po co? cz.2.

Zgodnie z zapowiedzią w wpisie 10 czerwca, wracam do zaskakującego pomysłu Janusza Palikota o budowaniu fabryk przez państwo. Przypomnę, że  w pierwszym wpisie dotyczącym zarysowanej przez Janusza Palikota teorii starałem się wskazać że państwo jest wbrew pozorom znacznym uczestnikiem życia gospodarczego i J.Palikot Ameryki nie odkrył. Oczywiście nie się co zanadto doktoryzować nad propozycjami Janusza Palikot, ponieważ nie sądzę by on sam swój postulat budowania fabryk poważnie traktował. Proponuje potraktować temat jako okazję do wymiany myśli.

Poniżej garść cytatów z tekstu Janusza Palikota, które przedstawiają o co z tymi fabrykami chodzi.

„budową przez państwo nowych fabryk …….. W warunkach globalnego spowolnienia gospodarczego……… …… jest racjonalną odpowiedzią na spadek inwestycji prywatnych”.

„… budować nowe fabryki, co jest uczciwszą formą polityki prozatrudnieniowej niż różnego rodzaje państwowych dotacji dla firm prywatnych …..”

„ … rzekomą sprzeczność programu budowy fabryk z unijnym prawem, …. ….. … , Polska jako pełnoprawny członek Unii ma moc wpływania na treść obowiązującego ją prawa – i w razie potrzeby będzie z tej mocy korzystać,…”

„w pełni lub częściowo państwowe przedsiębiorstwa istnieją we wszystkich krajach UE (np. większościowym udziałowcem petrochemicznego koncernu Neste jest fiński rząd). Przynoszą zyski i prowadzą normalną działalność biznesową, której częścią jest budowa nowych zakładów produkcyjnych”

„państwowe fabryki mogą być zyskowne i nowoczesne. Problemem poprzedniego systemu nie było bowiem to, że państwo było właścicielem zakładów pracy, lecz to, że prowadzona w nich polityka kadrowa była podporządkowana partyjnym wytycznym, a centralne planowanie krępowało ręce nielicznych kompetentnych dyrektorów. „

„… kadra zarządzająca przyszłymi państwowymi fabrykami rekrutowana będzie drogą rygorystycznych egzaminów i konkursów, a państwowy właściciel wyznaczać będzie – zamiast szczegółowego planu produkcji – jedynie spodziewany poziom zysków”.

„.., budowane przez państwo fabryki będą od początku funkcjonować na wolnorynkowych zasadach. Oznacza to między innymi, że do ich współfinansowania państwo zapraszać będzie, na zasadach oferty publicznej, osoby prywatne. Notowanie mniejszościowego pakietu akcji na giełdzie pozwoli wyznaczyć shareholder value i motywować zarówno menedżerów, jak i pracowników w dokładnie ten sam sposób, w jaki motywowani są w prywatnych korporacjach. Dzięki temu państwowe fabryki będą zarabiać nie tylko na kolejne inwestycje produkcyjne, lecz także na rozwój infrastruktury, ochrony zdrowia, kultury czy edukacji.”

„Nie bez powodu wiele patentów polskich naukowców, jak ostatnio niebieski laser, wyjeżdża za granicę i tam czeka na realizację, bo żaden polski przedsiębiorca nie jest w stanie tego sfinansować.”

„Tylko inwestycje państwa mogą to zmienić. I nie tylko wysokie technologie wymagają interwencji państwa, nie tylko infrastruktura, którą przecież państwo w Polsce buduje, ale także technologie średniego rzędu, jak w przetwórstwie rolno-spożywczym.”

„To będą spółki skarbu państwa. Mają przynosić zysk i mają się opłacać i z tego ma być rozliczany rząd i odpowiedni minister”

Podstawowe pytanie jakie się nasuwa, to po co państwo ma budować fabryki? W mediach czasami wraca się do przedwojennego COPu czy budowy portu w Gdyni. Takie odniesienia są dzisiaj nieadekwatne. Polska na szczęście nie działa w warunkach zagrożenia i izolacji gospodarczej. Mamy raczej problemy z częścią zakładów zbrojeniowych i chemicznych, stąd budowanie kolejnych jest bezcelowe. Mamy też dostęp do morza i kilka portów, które całkiem nieźle radzą sobie z funkcjonowaniem na rynku.

Podmiot gospodarczy by funkcjonować musi mieć jakąś przewagę na rynku. Musi sprzedawać coś atrakcyjnego. Na rynku mamy wszystko czego dusza zapragnie, co nowego może zaproponować państwowy zakład. Rywalizowanie w produkcji piwa, serów topionych czy samochodów nie ma sensu. Wolny rynek zaspokaja wszystkie nasze potrzeby i stara się kreować nowe. Państwo nie daje tu przewagi technologicznej, by wskazane produkty były tańsze i nowocześniejsze. W niektórych przypadkach ekonomia skali uniemożliwia lub utrudnia  w ogóle taką rywalizację. Ponadto z kim ma zakład państwowy rywalizować? Z innym który zatrudniają polskich pracowników? Wątpię by budowanie przez państwo zakładów tylko dlatego by walczyły z bezrobociem ma sens. Przede wszystkim dlatego, że państwo ma inne instrumenty wpływania na zatrudnienie. Biorąc pod uwagę przyczyny bezrobocia, to taka „fabryka” musiałaby zatrudnić osoby o niższych kwalifikacjach i być oddalona od głównych aglomeracji. Tylko, ze to z góry pogarsza na rynku sytuację firmy. Nie bez przyczyny wielkie fabryki są zlokalizowane blisko źródeł zaopatrzenia, infrastruktury i wykfalifikowanej siły roboczej.

Kolejny pomysł to rozpęd gospodarki przez inwestycje i rekompensowanie spadku nakładów prywatnych. Przede wszystkim jak na obecną sytuację, tempo inwestycji wcale nie jest złe. Firmy państwowe inwestują (gazoport) i szykują się do potężnych inwestycji (energetyka). I to takich, że obawiamy się czy wystarczy na nie pieniędzy. Do tego państwo daje i będzie dawać potężne pieniądze m.in. w inwestycje infrastrukturalne. Jak J.Palikot będzie wskazywał przedmiot inwestycji i oceniła opłacalność? Załóżmy, że nie jesteśmy zadowoleni z obecnego poziomu inwestycji. To co wybieramy? Inwestowanie w maszyny drukarskie, do produkcji hamulców czy strzykawek, a może górnicze? Ciekawe jakimi kryteriami należałoby się kierować? Już wyobrażam sobie spory ekonomistów i polityków.

Sukces państwowych fabryk ma zapewnić sposób naboru kadry, wciągnięcie kapitału prywatnego. Generowany zysk ma być ponadprzeciętny. Wskazywanie na dobór kadry jako jedno ze źródeł sukcesu, traktowałbym raczej jako porażkę pomysłu. W tym temacie wymyślono już wszystko. Jak widać z przykładów wielkich koncernów nawet wyjątkowy managerowie nie dają gwarancji sukcesu. Czuję niedosyt w przedstawieniu wsparcia przez sektor prywatny. Idea jest tak przedstawiona, by inwestor prywatny wziął udział w przedsięwzięciu, ale przy bardzo ograniczonym wpływie na zarządzanie. W tym punkcie Janusz Palikot jest albo bardzo naiwny, albo niepoważnie traktuje odbiorców swojej teorii. By pozyskać prywatnego inwestora, należy mu zaoferować odpowiednią kombinację udziału w profitach i zarządzaniu lub jedno rekompensować drugim.

J.Palikot nie wskazuje jak zapewnić wyjątkową zyskowność państwowych fabryk. A zyskowność ma być ponadprzeciętna, bo jak rozumiem obok zaspokojenia własnych potrzeb odtworzeniowych i inwestycyjnych (w tym budowa pożądanych przez J.Palikota nowych zakładów), podmiot państwowy ma generować dywidendę kierowaną do kasy państwowej, zgodnie z życzeniem twórcy teorii. Jaką więc wiedzą mieliby dysponować państwowi decydenci by wynajdywać lepsze okazje do przedsięwzięć gospodarczych niż pozostali uczestnicy rynku.

W gruncie rzeczy propozycje pełne są sprzeczności. J.Palikot proponuje swobodę działania państwowego podmiotu i m.in. kierowanie się w swoich decyzjach tylko zyskiem. Na coś trzeba się zdecydować. Z jednej strony akcentowana jest funkcja interwencyjna na rynku czyli: zatrudnienie, rekompensowanie spadku popytu inwestycyjnego. Do tego dochodzi zasilnie budżetu państwa.  J.Palikot rozbudza wyobraźnię czytelników i dodaje kolejną funkcję państwowych podmiotów., czyli wsparcie inwestycji i badań związanych z postępem technologicznym. Taki Interwencjonizm rynkowy niemal z natury rzeczy uniemożliwia generowanie dużych zysków. Duże zyski i generalnie powodzenie rynkowe są charakterystyczne dla całkowitej swobody gospodarowania, czyli przy braku jakichkolwiek obciążających społecznych zadań.

Słabością teorii J.Palikota jest brak porównanie wad i zalet roli jaką on przypisuje podmiotom państwowym z innymi mechanizmami wpływu na gospodarkę. Oczywiście nie ma się co zanadto nad pomysłami J.Palikota zatrzymywać z merytorycznego punktu widzenia. Obawiam się jednak, że w licytacji o elektorat, nie jest to ostatnie słowo polityków w lekceważeniu wolnego rynku i przypisywanie sektorowi państwowemu nadprzyrodzonych mocy. Szkoda tylko, że polityk znany kiedyś z akceptacji wolnego rynku, próbuje zwrócić na siebie uwagę tego typu pomysłami.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.