Nasze bezrobocie jest duże czy małe?

Bezrobocie jest niestety immanentną cechą gospodarki wolnorynkowej, więc my go również doświadczamy. Według metodologii krajowej stopa bezrobocia wynosi w Polsce 13%, co daje ok. 2 mln ludzi bez pracy. Z tego prawie 40% ma status bezrobotnego przynajmniej 1 rok. Około 85% bezrobotnych nie ma prawa do zasiłku.

Proponuje spojrzeć na dwa sposoby na nasze bezrobocie: od wewnątrz i z europejskiej perspektywy. Obecne 13% wydaje się niskim poziomem bezrobocia, jeżeli przypomnieć sobie że jeszcze 10 lat temu przez 2-3 lata bezrobocie utrzymywało się na poziomie 20%. W uzyskaniu obecnego wyniku pomogło nam kilka czynników. Co byśmy o naszej gospodarce nie mówili, to jednak się rozwija i powoli absorbuje siłę roboczą. Niestety – dla bezrobotnych – doświadczamy stałego wzrostu wydajności, co powoduje że zapotrzebowanie na siłę roboczą nie jest wprost proporcjonalne do wzrostu PKB ( i to mocno nie jest). Na dodatek zapotrzebowanie na siłę roboczą rozmija się nieco ze strukturą polskiego bezrobocia pod względem wykształcenia i zamieszkania. Tutaj pojawia się słynny polski – rzekomy – brak mobilności. Jest to argument od lat powtarzany w mediach, ale przynajmniej od kilku lat możemy go włożyć między bajki, a przynajmniej powinniśmy mocno go zmodyfikować.  Z chwilą wejścia do UE doświadczyliśmy ogromnej emigracji zarobkowej. Trudno dyskutować o tym dlaczego ktoś nie chce się przenieść 200 km w poszukiwaniu pracy, skoro setki tysięcy Polaków przeniosły się od tysiąca  do nawet czterech tysięcy kilometrów. Dyskusja więc z ubolewania nad rzekomym brakiem mobilności powinna była już dawno przejść na analizę warunków na jakich mobilność się dokonuje. Od razu uprzedzam, że wielu z tych wniosków nie da się tak łatwo wprowadzić w życie. Od czegoś jednak trzeba zacząć.

Tak dochodzimy do kolejnego czynnika, który pomógł nam zmniejszyć bezrobocie i zaproponować lepsze perspektywy Polakom – wstąpienie do UE. W ciągu kilku lat od wejścia do UE poszczególne kraje członkowskie otwierały swoje rynki pracy dla Polaków. Polacy nie dali na siebie długo czekać. Gdyby więc nie UE, to nasze bezrobocie byłoby grubo wyższe.

Nie ma co ukrywać, że gospodarka z faktu iż jest wolnorynkowa, wcale nie musi automatycznie stwarzać warunków do niemal pełnego zatrudnienia. Ta myśl dla osób o liberalnych przekonaniach może się wydawać szokująca. Ja jednak sądzę, że nawet gdybyśmy znieśli wszelki tzw. ograniczenia dot. zatrudnienia, to i tak nie zwiększymy znacznie zatrudnienia. Biorąc pod uwagę nasze przyszłe emerytury i udział podatków w PKB, to nie ma co ukrywać że Polska wbrew pozorom nie należy do państw o silnych obciążeniach zatrudnienia pracownika. Możliwości dalszej redukcji kosztów pracy są bardzo ograniczone.

Sporo już wiemy o skutkach dla rynku pracy szerszego zastosowania tzw. elastycznych form pracy (przez innych popularnie zwanych śmieciowymi). Należymy, w zależności od form klasyfikacji, do liderów UE pod tym względem. Niestety analiza wskaźnika bezrobocia na tle zmian koniunktury raczej nie potwierdza zbawczego wpływu „elastycznych” form pracy na poziom zatrudnienia. „Elastyczne” formy pracy ujawniły szereg patologii rynku pracy m.in. leżących po stronie pracodawców, niepewność pracy, czy brak możliwości wzięcia kredytu. Analiza „elastycznych” form pracy zmusza też do dokładniejszego zbadania bilansu korzyści w układzie pracownik-pracodawca. W Polsce mamy słabo rozwinięte badania nad małymi przedsiębiorstwami. Nie widzę powodów dlaczego mali i średni przedsiębiorcy nie mieli by być poddani szerszej analizie (w tym krytycznej) dotyczącej nie tylko zasad korzystania z siły roboczej, ale i swojej kondycji finansowej. Brak szerszej wiedzy (lub opór przed wnioskami z niej wypływającymi) powoduje iż każda ze stron dyskusji posługuje się swoimi schematami i legendami, które dyskusji nie posuwają ani o krok.

Nie ma co ukrywać, że część winy za poziom bezrobocia leży po stronie samych bezrobotnych. Gospodarka wolnorynkowa jest bezwzględna. Prace ma ten, kto ma pożądane przez pracodawców umiejętności lub ma pomysł na produkt/usługę, która znajdzie nabywców. W Polsce nadal mamy do czynienia z tzw. strukturalnym niedopasowaniem osób poszukujących pracy do potrzeb rynku. To zarówno niedopasowanie terytorialne i pod względem wykształcenia. Wśród naszych bezrobotnych 28% ma zaledwie wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne. Drugie tyle ma wykształcenie tylko zawodowe. W tym przypadku można mówić o niewłaściwym wykształceniu lub o tym, że praca jest w innym miejscu niż miejsce zamieszkania. Nie ma co ukrywać, że część bezrobotnych (sądzę że mała) po prostu tak naprawdę wcale pracy nie szuka. By sobie uświadomić gdzie jest granica bezrobocia strukturalnego, można się cofnąć do lat 2007-2008. Roczne tempo wzrostu (realne) wynagrodzeń było w przedziale od 5% do 9%. Podejście tempa wzrostu wynagrodzeń do górnej części tego przedziału to już symptom natknięcia się na brak siły roboczej. Wtedy oficjalna stopa bezrobocia spadła do 8,8%. Te niemal 9% , to 1,4 osób bez pracy. Jest to zarówno niedopasowanie strukturalne jak i mieszczą się w tym osoby które pracy tak naprawdę nie szukają.

Jest i druga strona medalu bezrobocia strukturalnego. Przenoszenie się w polskich warunkach z tzw. prowincji do większego ośrodka miejskiego tylko po to by dostać wynagrodzenie minimalne lub niewiele większe, z ekonomicznego punktu widzenia opłacalne raczej nie jest (koszty wynajmu mieszkania/pokoju, wyżywienie itp.). Niepokoi bezrobocie wśród osób starszych. Tłumaczenie przedsiębiorców, że osoby starsze trudno się adaptują lub nie mają odpowiednich kwalifikacji nie do końca mnie przekonuje.

Problem wykształcenia pojawia się i z drugiej strony. Napór w Polsce na jakiekolwiek wyższe wykształcenie. W ciągu 4 lat udział bezrobotnych z wyższym wykształceniem w liczbie bezrobotnych ogółem wzrósł z 9,5% do 12,2% obecnie. Nominalnie to wzrost o ponad 90 tys. osób. Promowanie wyższego wykształcenia dla niego samego, nie wydaje się trafnym działaniem w Polsce. Z jednej strony młodzi ludzie mogą próbować dzięki studiowaniu przetrwać do lepszych czasów, ale z drugiej wchodzą na rynek pracy z pewnymi oczekiwaniami, których nie sposób zrealizować.

                A jak wyglądamy na tle UE? By to porównać, należy przejść na wyliczenie wskaźnika bezrobocia wg zasad stosowanych w UE. Eurostat opiera się głównie na metodzie BAEL. Wg Eurostatu mieliśmy nie 13 % bezrobocia w październiku, a 10,4%. Średnia dla całej UE wynosi 11%, a dla krajów strefy euro 12,2%!. To porównanie podaje nie bez przyczyny, bo jest dobrym odniesieniem w obecnych okolicznościach makroekonomicznych. Trzeba jednak pamiętać, że relatywnie korzystny polski wynik jest rezultatem podniesienia europejskiej średniej przez kilka krajów w których kryzys wyjątkowo niekorzystnie odbił się na wskaźnikach bezrobocia (np. Hiszpania 26,6%; Portugalia 16,3%; Irlandia 13,6%; Grecja 27%). Korzystnie prezentujemy się na tle krajów o zbliżonym poziomie rozwoju i dynamice PKB w ostatnich latach (np. Słowacja, Słowienia, Węgry).

Cierpimy na pewną przypadłość krajów rozwijających się: potrzebujemy min. 2%-3% wzrostu PKB (w naszym przypadku) by bezrobocie z trendu wzrostowego weszło w stabilizację lub powolny spadek bezrobocia. Niestety długo jeszcze z zazdrością będziemy patrzeć na kraje takie jak Niemcy, gdzie poziom bezrobocia nie dość że jest niski, to jeszcze mocno niezależny od zmian koniunktury.

                Do ciekawych wniosków dochodzi się analizując stopień zatrudnienia i poziom bezrobocia w UE. Na ogół najkorzystniej wskaźniki te wyglądają w krajach bogatych i krajach które często łączą bogactwo ze znaczną redystrybucją (udział wydatków sektora finansów publicznych w PKB).           

                Po zarysowaniu swego rodzaju tła do oceny naszego poziomu bezrobocia, powracam do tytułowego pytania „Nasze bezrobocie jest duże czy małe?”. Na pewno bezrobocie nie jest u nas małe, ale nie określiłbym go też mianem dużego, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę możliwości jego zmniejszenia i sytuację innych krajów UE. Odrębnym tematem pozostaje kwestia zmniejszenia skali bezrobocia. Postaram się wrócić do tego tematu w najbliższych tygodniach.  Od razu zapowiadam, że nie ma łatwych i prostych metod, a niektóre (w tym z grupy recept liberalnych) się nie sprawdziły.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.