Licytacja na populizm. W temacie 500+ opozycja mięknie.

Trzeba przyznać, że programem 500+ PiS dokonał sporego zamieszania w Polsce.  W 2015 r.  Polacy usłyszeli i dostali to o czym marzyli od lat, czyli że mogą dostać tak po prostu kilkaset złotych miesięcznie lub więcej bez zamartwiania się o źródło finansowania i ciągłego wysłuchiwania „nie ma, nie ma , nie ma”. Pieniądze są, jak zapewniała pani Szydło w 2015, a przyszły prezydent z rozbawieniem pstrykał palcami gdy wyborcze przemówienie zaraz po obietnicach dochodziło do wskazania skąd kasa na 500+, obniżenie wieku emerytalnego itd. Niestety z pstrykania pieniędzy nie przybywa, co potwierdza dzisiejszy komunikat GUS dot. wzrostu zadłużenia publicznego w 2016 r. (m.in. informacja o wzroście długu publicznego w 2016 z 51,1% w relacji do PKB do 54,4% na koniec roku). To powinna być obowiązkowa lektura dla sympatyków socjalu a’la Niemcy. Inna rzecz, że nasze wyobrażenie o tzw. niemieckim socjalu chyba dość mocno odstaje od faktów. Nie dopuszczamy też i tej prawdy, że Niemcy są krajem o wyższym poziomie opodatkowanie.

Początkowo opozycja zwracała uwagę na rozmiar programu i jego zgubne skutki dla finansów publicznych. W wersji pełnej rocznej, 500+ będzie nas kosztował 22-23 mld zł. Krytykowano też dawanie pieniędzy bez względu na poziom dochodów beneficjentów. Ale politycy PiS są niewzruszeni. Pieniądze na 500+ są i będą. Koniec, kropka. Faktem jest, że jak na razie państwo z powodu 500+ nie upadło, a rządzący politycy w uporem zapewniają, że nie ma i nie będzie problemów z finansowaniem 500+. Wspomniałem o danych GUS dot. zadłużenia. Tylko który obywatel zawraca sobie czymś takim głowę? Premier Szydło i min. Morawiecki nie bez przyczyny unikają jak mogą wypowiadania słów: dług publiczny.

Jak wskazują sondaże, opinia publiczna niezwykle wysoko ceni program 500+ i fakty dotyczące problemów z zapewnieniem pełnego finansowania programu, przyjmowane są przez opinię publiczną bardzo wolno i niechętnie. W ten sposób ugrupowania opozycyjne wpadają w pułapkę zastawioną przez PiS. To swego rodzaju polityczny szantaż. Kto spróbuje krytykować 500+, ten traci. Powoli więc opozycja, każde z ugrupowań w różnym tempie, wycofuje się z krytyki, na rzecz akceptacji programu. W ostatnich dniach Nowoczesna przestaje straszyć redukcją programu, a politycy PO zaczynają zapewniać o jego kontynuacji czy wręcz rozszerzeniu m.in. o rodziny pominięte, po ewentualnym przejęciu władzy. Jeszcze kilka miesięcy temu politycy opozycji ze wstydem apelowali o rozszerzeniu kręgu beneficjentów czy zasadę złotówka za złotówkę. Pytania dziennikarzy o sprzeczność takich postulatów z apelami o dbałość o finanse publiczne, wywoływała u polityków PO, Nowoczesnej czy PSL, rumieniec wstydu. Teraz już nie. Cóż, takie mamy politycznie czasy.

Jeszcze w 2016 któryś z ekonomistów czy polityków opozycji (a może któryś z publicystów) apelował o powstanie ruchu nie tyle przeciw 500+, co ‘za’ zdrowymi (i bezpiecznymi) finansami publicznymi i ‘za’ wydawaniem tylko tyle na ile nas stać. Większego odzewu jednak nie było. W Polsce partia ekonomicznie liberalna (zrównoważony deficyt itd.) nie miała i nie ma wzięcia.

Ten polityczny i ekonomiczny klincz czy też szantaż, może jeszcze długo potrwać.  Barierą są możliwości finansowania programu. Te zaś wyznacza dopuszczalny poziom deficytu finansów publicznych i zadłużenia.

PiS być może będzie w stanie ciągnąć 500+ w obecnej postaci przez całą obecną kadencję. Wpierw wykorzystano powiększenie deficytu. W dalszej kolejności są środki z Funduszu Rezerwy Demograficznej, który – dla własnej wygody – PiS chce solidnie powiększyć. Ale to już jest zabawa finansami systemu emerytalnego. My dostaniemy zapisy na kontach, a rząd kupkę pieniędzy do wydania w najbliższych latach. Jest jeszcze kilka innych ‘numerów’ które można wykorzystać, w tym likwidacja NFZ i podporządkowanie decyzji rządowi o skali nakładów na służbę zdrowia. Podejrzewam jednak, że jeżeli 500+ będzie priorytetem, to redukcji ulegną inne obietnice (sfera emerytalna, czy podwyżka nakładów na służbę zdrowia) lub…PiS będzie zmuszony podnieść podatki czy też wpływy z danin generalnie. Czy będzie to dokonane wzrostem stawek czy bazy podatników, to bez znaczenia. Przymiarki do takich działań są już czynione od ubiegłego roku.

Kiedy skończy się ten finansowy klincz i spór na wyniszczenie, nie potrafię powiedzieć. M.in. dlatego, że rząd nie gra fair w tej rywalizacji o społeczne poparcie. Chętnie sięga po nieczyste zagrania z obszaru finansów publicznych.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.