
Podoba mi się trend w mediach polegający na opisywanie zjawisk za pomocą prostych wykresów czy tabel. Jedna ilustracja pozwala często wiele wyjaśnić/zrozumieć.
GUS opublikował niedawno nieco danych z obszaru demografii. Jest tam m.in. informacja o dzieciach poczętych w związkach pozamałżeńskich. Sądzę, ze to jedna z tych informacji, którą powinni zobaczyć politycy o skłonnościach konserwatywnych, w tym i obecny prezydent, który zawetował ustawę o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu.
Już ponad 28% dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Dane nie wskazują, by trend uległ odwróceniu. Zaprezentowana dana, to oczywiście niejedyna (i nie główna) informacja o skali związków pozamałżeńskich w Polsce. Ale na pewno jedna z tych, nad którą trudno przejść obojętnie. Można też znaleźć informacje, m.in. ze spisów powszechnych, pozwalające na oszacowanie ilu obywateli żyje w związkach partnerskich. Tutaj też jest przyrost, i to wyraźny.
Do czego zmierzam? Funkcjonowanie obywateli w związkach ma jak najbardziej swój wymiar ekonomiczny i jest dla kraju niezwykle opłacalne. Wiele lat temu, kiedy dyskusja o związkach partnerskich dopiero nabierała rozpędu, trafiłem na rozmowę z przedstawicielem świata nauki. Nazwiska, uczelni, ani stopnia naukowego już nie pamiętam. Człowiek ten powiedział coś niezwykle istotnego, co mniej więcej brzmiało tak: państwo powinno pomagać ludziom ze sobą żyć, bo zyskują nam tym obydwie strony. Obywatel, bo nie jest sam i ma opiekę drugiej osoby, prowadzenie gospodarstwa domowego jest tańsze, stabilniejsza jest też opieka nad dziećmi. Co zyskuje państwo? Związek ludzi, którzy wzajemnie się wspierają, opiekują, więc w mniejszym stopniu i z opóźnieniem angażują państwo na wypadek opieki, choroby itd.