Abonament RTV; róbmy reformy ale bez emocji cz1

Telewizja publiczna nie jest instytucją w Polsce zbyt szanowaną. To efekt głównie pewnego stereotypu jaki krąży o tej instytucji. Być może w części zasłużony. Warto pamiętać, że tenże stereotyp wywiedziony jest z negatywnej oceny roli jaką ma rzekomo pełnić TVP w segmencie programów informacyjno-publicystycznych. Do tego dochodzi polityka kadrowa prowadzona przez poszczególne ekipy rządowe czy zarządy oraz działania Krajowej Rady Radiofionii i Telewizji. Ale nie o polityce rzecz będzie. Poruszam temat mediów publicznych, ponieważ opinia ze sfery polityczno-kadrowej jest przenoszona na ocenę całokształtu ich działalności i roli. Niezadowolenie i krytyka jest więc powszechna oraz modna. Świetnym świadectwem takiej postawy jest skala poboru abonamentu radiowo telewizyjnego. Płaci go obecnie mniej niż połowa zobligowanych, a w przypadku instytucji – zaledwie kilka procent. Obywatele nie płacą, bo nikt ich za to nie karze. Demoralizacji w płaceniu tego quazi podatku jest chyba rekordowa jak na nasz kraj na tle innych danin. Żaden polityk albo osoba ze świata mediów nie odważy się ryzykować kariery dla poprawy ściągalności abonamentu. Kolejnym krokiem w takiej sytuacji jest nawoływanie do zmiany, nawet bez rzetelnej oceny stanu obecnego. Z roku na rok wzrasta liczba reformatorów, którzy wiedzą że jest źle i że trzeba coś zmienić.

We wczorajszej Gazecie Wyborczej (14 IV 2008) przeczytałem tekst „Pięć argumentów za zniesieniem abonamentu” pióra Pawła Dobrowolskiego i Ryszarda Petru. O ile pierwszy związany jest ze światem mediów to drugi trochę mnie zaskoczył, co tym bardziej przykuło moja uwagę. Ryszard Petru jest głównym ekonomista w BPH. Poznajmy argumenty autorów opatrzone moim komentarzem. No bo skoro wszyscy na wszystkim się znają to i ja mogę…

W toczącej się dyskusji o tym, czy znieść, czy utrzymać abonament RTV, dominuje retoryka misji. Rzadko natomiast pojawiają się racjonalne argumenty. Poniżej opisujemy, dlaczego abonament jest przeżytkiem, oraz wskazujemy sposoby nowoczesnego finansowania i rozliczania misji publicznej w mediach.

Bo misja i jej finansowanie jest tu największym problemem. W tym momencie czuję się trochę niezręcznie, bo misja jest pojęciem trudno definiowalnym. Czuję się niezręcznie z racji tematu, ale i faktu że jako ekonomista pamiętam że trzeba wszystko i tak sprowadzić do kwestii pieniędzy. Inaczej jest to już tylko akademicka dyskusja. Wbrew zapowiedzi autorów w dalszej części nie ma recepty, a tylko niezwykle ogólnikowe propozycje.

Abonament radiowo-telewizyjny należy zlikwidować, gdyż jest to podatek niesprawiedliwy, płacony głównie przez starszych i mniej zamożnych Polaków. Młode gospodarstwa domowe, które nie zarejestrowały odbiorników, które są świadome niespójności w prawie oraz braku narzędzi egzekucji tego podatku, bezkarnie unikają płacenia

Nie wiem dlaczego autorzy nazywają abonament niesprawiedliwym. Płaci go między 40% a 50% gospodarstw domowych, ale to nie niesprawiedliwość ale lekceważenie swoich obowiązków. To że państwo na to przymyka oczy, nie może odwracać oceny moralnej tego faktu. Ciekawy jestem na jakiej podstawie autorzy jako argument wyciągają niespójność prawa. Moim zdaniem inne daniny przysparzają o wiele więcej trudności w interpretacji prawa, a jednak jako tako je płacimy.

….miesięczny koszt abonamentu to tylko 17 zł, a płacony za rok z góry to 186 zł. ……………………..za darmo u prywatnych nadawców można obejrzeć program niemal identyczny jak w TVP i usłyszeć programy podobne do tych w Polskim Radiu.

Ale o czym my mówimy. Usługi telewizji kablowych i dostarczane przez satelitę nie są za darmo. Chyba że mówimy o darmowych kanałach satelitarnych, ale zmontowanie analogicznej oferty będzie raczej trudne. Generalnie przyjmuję, że nie mówimy o wyjątkach ale o całej zbiorowości Polaków.  Z kablówek i anten satelitarnych korzystka łącznie między 7 a 8 mln odbiorców. Ponadto gdyby abonament płacili wszyscy, to – przy założeniu że obecne przychody TV są na właściwym poziomie – mógłby on być obniżony o połowę. Ponadto w porównaniu z abonamentem w krajach UE nie jest to wartość wcale duża.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Abonament RTV; róbmy reformy ale bez emocji cz2

Finansowanie misji państwa w mediach podatkiem nakładanym na wszystkich właścicieli odbiorników miało jeszcze sens, gdy ograniczona ilość kanałów docierała do widzów przez zwykłe odbiorniki, a nadawcy maksymalizowali swój zysk, tworząc program obliczony na uśrednione gusta

To jeden z podstawowych błędów autorów tekstu. Abonament pełni role podatku z którego finansowane są media publiczne tzw. programy misyjne, więc kwestia kto co ogląda i za czyim pośrednictwem nie ma tu znaczenia. Podobnie jest na przykład z ze składką zdrowotną i na fundusz pracy. Płacimy je be z względu na to czy w jakim stopniu skorzystamy z pomocy finansowanej z tych funduszy. W przypadku mediów przyjmujemy, że mają wartość dla całego społeczeństwa. Prywatni nadawcy nadal skupiają się na ofercie pod uśrednione (lub gorzej) gusta, tak więc tutaj nie dostrzegam poważniejszej zmiany.

Przy tak dużej i wciąż rosnącej ilości kanałów nadawcy prywatni coraz bardziej nastawiają się na nadawanie kilku superprogramów tworzących ich markę oraz szerokie zaspokajanie coraz bardziej wyrafinowanych i niszowych gustów

Zgoda, ale jak słusznie autorzy zauważyli „niszowych”. Wystarczy przejrzeć pierwszy lepszy dodatek telewizyjny by stwierdzić z czego żyją stacje komercyjne. Ponadto większość tych programów nie dociera do wszystkich odbiorców. Na zwykłej antenie nie da się obejrzeć tychże programów niszowych. Ponadto zadaniem telewizji publicznej nie jest pójście z misją w najbliższym czasie w kanały tematyczne (choć to dobry pomysł), a przekazywanie pewnych treści w sposób nieskomercjalizowany czyli nie schlebiający najniższym gustom oraz programów nieatrakcyjnych dla stacji komercyjnych ze względów ekonomicznych.

Podatek od telewizora jest drogi w poborze. Samo utrzymanie rejestru posiadanych odbiorników wymaga zatrudnienia w Poczcie Polskiej około tysiąca osób. Poczta Polska zabiera 6 proc. zebranych środków, czyli ok. 57 mln zł rocznie. Za tę sumę można wyprodukować kilkadziesiąt odcinków Teatru Telewizji!

Trudno mi uwierzyć, ze 1 tys, osób nie zajmuje się niczym innym tylko prowadzeniem rejestru. Ani koszt ani fakt iż u nas praktykowany jest abonament nie musi automatycznie oznaczać wysokich kosztów poboru. Wystarczy skorzystać z doświadczeń innych państw UE i zdefiniować abonenta/podatnika jako gospodarstwo domowe, odbiorcę energii elektrycznej itd. i pobierać abonament razem z innymi daninami. Zwiększy się skuteczność poboru i zmniejszy jednostkowy koszt. Kwestia chęci.

Innym ważnym argumentem jest to, że Polacy nie chcą płacić abonamentu RTV. Niedawne badanie CBOS wskazuje, że dwie trzecie Polaków jest za jego likwidacją. Konsumenci z własnego wyboru płacą abonament prywatnym nadawcom – w zamian otrzymują coraz bogatszą ofertę. Płacenie pod przymusem państwa podatku przeznaczanego na coraz rzadziej oglądaną TVP będzie coraz mniej zrozumiałe dla obywateli

Jak na makroekonomistę, dość zaskakujący wniosek i logika. Pobór danin państwowych nie może być funkcją chęci ich płacenia. Na tej zasadzie mało kto w ogóle płaciłby podatki. A płacenie „z własnego wyboru”, to po prostu konieczność, bo prywatny nadawca nie jest tak pobłażliwy jak państwowy. Po drugie pod względem oglądalności TV publiczna wciąż jest liderem w rankingu oglądalności, co jest też oczywiście wynikiem szerokiego dostępu (zasięg) i niskiego kosztu. Autorom polecałbym przejrzenie rankingów oglądalności z ostatnich kilku lat. W jakimś stopniu TVP musiała ulec telewizjom komercyjnym, ale przykładowo rozwój TVNu silniej odbił się na Polsacie. TVP bardzo powoli oddaje pola i jej pozycja jest raczej potwierdzeniem wciąż dużego popytu na jej usługi.

W miejsce podatku od telewizora i radia należy stworzyć przejrzysty mechanizm zamawiania na rynku treści pożądanych przez obywateli, których rynek nie dostarcza w odpowiedniej ilości. Oznacza to przejście do finansowania zadaniowego. Kluczowe jest tu jasne podzielenie odpowiedzialności pomiędzy polityków a ludzi mediów i kultury. …..W tym celu należy utworzyć Fundusz Misji Publicznej, który rozpisze ogólną definicję misji na konkretne działania, zapłaci za nie oraz rozliczy produkcję i emisję programów misyjnych. Fundusz ten powinien być wyposażony w środki odpowiadające ambicjom kulturalnym naszego państwa. A to oznacza zwiększenie finansowania misji. Do FMP, oprócz corocznych dotacji z poszczególnych ministerstw, powinny być przekazane m.in. środki uzyskiwane z aukcji częstotliwości do nadawania programów, sprzedaży na równych zasadach praw do emisji programów wyprodukowanych w ramach misji przed i po 1989 r. oraz dobrowolnych składek obywateli, w tym w ramach 1 proc. odpisu od podatku, oraz przychody z ewentualnej prywatyzacji mediów elektronicznych.

Te i kilka innych zdań na temat zmiany finansowania jest na tyle ogólnych, że na wstępie pozwoliłem sobie napisać iż autorzy w zasadzie nie mają żadnego pomysłu. Podobnie jak od Platformy Obywatelskiej, oczekiwałem grubo większej precyzji. Z opinią obywateli byłbym tutaj ostrożny. Oni już pokazują że chcą oglądać TVP, ale za darmo. Finansowanie zadaniowe brzmi kusząco, ale co to znaczy? Kto wyznaczy te zadania i pole zainteresowań. Dla jednych to program edukacyjny dla dzieci, program dla rolników i teatr, a dla innych transmisja wydarzeń sportowych, które nie cieszą się zainteresowaniem mediów komercyjnych. To tu jest jądro problemu. W kwestii finansowania wypadałoby pokazać skale pozyskanych środków na tle obecnych, inaczej takie reformowanie jest jałowe. Po drugie część finansowania jest niestabilna, a o darowiźnie szkoda dyskutować, skoro  już obecnie 17 zł dla wielu to za dużo.

Autorzy tekstu w założeniu przyjęli że abonament jest zły i przyjęli postawę wykpiwania tej formy finansowania mediów publicznych. Okazuje się że abonament jako idea finansowania nie jest taki zły o czym świadczy skala jego stosowania w Europie Zachodniej. Problem tkwi w zasadach jego poboru. Można to zrobić bez książeczek i angażowania Poczty. Ponadto mam nieodparte wrażenie, że tak kombinujemy pod górkę, bo nikt nie ma już odwagi stanąć przed kamerą i powiedzieć że musimy poprawić ściągalność tej daniny. W krajach które stosują abonament jako dominujące źródło finansowania, ściągalność na ogół przekracza 90% i to nie z powodu przyjemności płacenia abonamentu ale bezwzględności poboru i zasad jego przeprowadzania. 

Awersja do abonamentu jest automatycznie przenoszona na ocenę jakości oferty programowej, a to grube nieporozumienie. Co ciekawe wszelkiej maści reformatorzy mylą część publicystyczno-polityczną mediów publicznych z resztą, a tak naprawdę podstawową częścią repertuaru telewizji publicznej. Osobiście jestem zwolennikiem czegoś co określamy jako misja publiczna w mediach i źródło finansowania jest dla mnie drugorzędne. Ostatecznie i tak będzie  to płacone pośrednio z mojej kieszeni. Do książeczki opłat też nie jestem jakość szczególnie przywiązany. Chciałbym jedynie uniknąć sytuacji, której potwierdzeniem jest komentowany przeze mnie tekst, że za reformowanie mediów publicznych (oferta i zasady finansowania) biorą się ludzie którzy już na etapie diagnozy robią błędy. Przede wszystkim mam wrażenie, że mało kto ma odwagę rzetelnie przedstawić europejskie rozwiązania. Może dlatego, że Polacy przecieraliby oczy ze zdumienia. Nasza TVP tylko w niecałych 30% opłacana jest z abonamentu, co przy ostrej rywalizacji o widza i wynikach oglądalności wystawia jej niezłą notę.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Po co rynkowi taka Rada ds. Etyki, Ładu itd?

 

Trzeba przyznać, że prezes GPW jest w pewnym sensie konsekwentny. Mam jednak poważne wątpliwości czy jest to dobrze rozumiana konsekwencja czy źle rozumiany upór w kontynuowaniu idei sprzed kilkunastu tygodni. Przypomnę, że tuż po najsilniejszych spadkach jakie miały miejsce w styczniu, prezes GPW wyraził oburzenie niektórymi wypowiedziami analityków giełdowych. Generalnie chodziło o to, że część komentatorów używała w komentarzach katastroficznego języka, co w mogło pogłębić fatalne nastroje wśród inwestorów i przyczynić się do paniki oraz głębszych spadków. Stąd m.in. pomysł by zacząć oceniać jakość komentarzy analityków.  

Mam kontakt z giełdowymi komentarzami niemal codziennie i śledziłem je również w okresie gwałtownej korekty w okresie zimowym. Jeżeli chodzi o tzw. barwność komentarzy czy ich jakość to nie widzę większego problemu. Jeżeli już, to akurat drugi przypadek (jakość) mógłby być przedmiotem oceny z racji łatwej weryfikacji, ale w rzeczywistości różnorodność komentarzy jest naturalna dla rynku i akceptacja tego jest naturalną cechą wolności wypowiedzi. Akurat w komentarzach rynkowych można dosyć łatwo zweryfikować opinie i prognozy analityka czy komentatora. Wystarczy spojrzeć na strony internetowe ludzi parających się giełdą, by zobaczyć chwilami niewybredne komentarze czytelników za nietrafione prognozy czy diagnozę sytuacji. Inwestorzy giełdowi potrafią być bardzo pamiętliwi. Różnorodność komentarzy, ocen i prognoz jest immanentną cechą rynku. Zresztą jak sądzę, nie o komentarze merytoryczne pierwotnie chodziło. Nie wyobrażam sobie, by cenzurować analityków za to iż w chwili paniki, ktoś widzi wsparcie na poziomie 30 tys., 40 tys. lub 45 tys. pkt dla WIG. Komentarze o charakterze emocjonalnym mi nie imponują, ale tych akurat zbyt wiele nie było i raczej wątpię w ich katastroficzny wpływy na rynek giełdowy. Mnie raczej dziwiła spora ostrożność jaką w styczniu i lutym cechowała się nawet połowa środowiska analityków przed podaniem własnych prognoz na poziom wsparcia i prognozy. Chwilami to raczej rynek im pomógł w znalezieniu poziomu wsparcia niż oni rynkowi. Część analityków oczywiście wzbogaca swoje komentarze barwnym językiem, ale moim zdaniem nie był to poważniejszy problem.

Jeżeli już powoływana Rada Etyki i Ładu Informacyjnego chce oceniać rynek, to polecam wziąć na warsztat zachowanie części środowiska finansowego z minionego roku. Mnie na przykład utkwiła wypowiedź szefa jednego z większych TFI, który na pytanie o samopoczucie po zachęcaniu w ubiegłym roku do kupna (TFI wystawiło taką ofertę) jednostek funduszy tzw. MiSiów w okresie kiedy graniczyło to już z pewną nieuczciwością, dał odpowiedź w stylu: skoro był na to popyt to zorganizowaliśmy podaż. Takie podejście miało o wiele bardziej opłakane skutki dla rynku giełdowego niż barwne komentarze Marka Rogalskiego z First International Traders, bo najczęściej to akurat on jest wymieniany w spekulacjach, który z komentatorów tak oburzył prezesa GPW.

Innym przykładem mogą być wyceny akcji podawane przez analityków przy emisjach czy wydawanych opiniach rynkowych. Dzisiaj diametralnie skorygowane. Dla osób obytych w realiach rynkowych i wpływie otoczenia i bieżącej sytuacji na wycenę akcji, sytuacja jest oczywista. Ale jak mają się czuć ci którzy kupowali akcje w przekonaniu iż wycena nie jest skażona bieżącą sytuacją (zawyżenie cen akcji). A może warto obok obecnej metodologii, wymusić na rynku dodatkowo wycenę opartą na wartościach przeciętnych dla branży i koniunktury. W chwilach hossy takie wyceny wydawałyby się być może śmieszne, ale jak obecnie widać część kupujących nie byłaby przynajmniej zaskoczona po korekcie giełdowej bieżącymi kursami wybranej spółki. Jak widać można by znaleźć trochę tematów dla Rady, nawet jeśli miałaby ona wydawać tylko opinie o charakterze wskazań „moralnych” dla rynku.

Pomysłodawca Rady, zdając sobie chyba sprawę że jej istnienia nie można oprzeć na ocenie jakości wypowiedzi analityków, dodał jej charakter ciała edukacyjnego. Tą różnorodność celów widać po składzie Rady, w której na 11 wymienianych przez media członków, trzech nie ma z giełdą nic wspólnego, a w przypadku pozostałych też nie jestem pewny czy wszyscy śledzą na bieżąco sytuację rynkową. We wskazanej trójce umieszczam Kazimierza Marcinkiewicza, który z rynkiem finansowym miał raczej do tej pory skromny kontakt. Krótka przygoda z PKO BP czy obecna praca z EBOR to chyba trochę za mało jak na eksperta rynkowego. Obawiam się, że przyglądając się tej postaci w ostatnim okresie, ze ogromnym atutem K.Marcinkiewicz jest raczej jego wizerunek medialny i przypisywana mu rola umiarkowanego polityka. Stąd spora popularność w świecie medialnym, politycznym i ekonomicznym. Jest jednak pewien problem związany z byłym premierem, który rzutuje na jakość doboru Rady przez prezesa GPW. Proponuje sobie przypomnieć wypowiedź premiera z czasów jego urzędowania kiedy to wzrosty na giełdzie przypisywał swojemu rządowi i interpretował je (wzrosty) jako wyraz zaufania i akceptacji dla rządu. Podobnie było z oceną rosnącej gospodarki. Ówczesny rząd nie miał z tym nic wspólnego, ale wtedy chodziło o tzw. PR czyli grzech z grupy tych które prezes giełdy chce piętnować. Dla mnie było to ewidentne medialne nadużycie wykorzystane w rywalizacji politycznej i już sam ten fakt deprecjonuje K.Marcinkiewicza jako arbitra dla wypowiedzi innych uczestników rynku.

Przeniesienie częściowego akcentu na walor edukacyjny Rady, to chyba szukanie jej na siłę celu istnienia. Wystarczy rozwijać edukacyjną stronę internetową razem z działaniami marketingowymi itp., czyli wykorzystać doświadczenia NBP (NBPortal). Zresztą do rozwijania jakże zawsze pożądanej działalności edukacyjnej, wcale nie trzeba tworzyć Rady.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Dawno nie było o obligacjach detalicznych

Dawno już nie było o obligacjach detalicznych i lokatach. Banki zachęcają do lokowania w depozytach. Oferty są kuszące, bo od 5% do nawet 7%. Przeciętny Polak jednak nie tak łatwo otrzyma tak korzystne warunki. Zazwyczaj dość wysoko ustalana jest wpłata (kilka-, kilkadziesiąt tysięcy zł), bądź warunki umowy czy powiązanie z inną formą inwestowania, czynią taka lokatę trudno dostępną. Pomijam już przypadki ewidentnej manipulacji w reklamie, czyli nie informowania że tak korzystne oprocentowanie nie dotyczy całego okresu depozytu lub do czasu rozpoczęcia okresu naliczania odsetek, środki pozostają nieoprocentowane. Rozglądać się jednak warto, ale i pamiętać o dokładnym czytaniu warunków umowy w przypadkach kiedy oferta przekracza przeciętne warunki rynkowe.

Wracam do obligacji. Sprzedaż obligacji 2, 3, 4 i 10 letnich w 2007 r. łącznie sięgnęła 2,8 mld zł. To trzeci z rzędu rok spadku zainteresowania obligacjami detalicznymi. Po popularności w 2004 r. zamiany roczne były następujące: -16%, -30% i -31% w roku ubiegłym. O ile w 2005 winne spadkom było zmniejszające się zainteresowanie obligacjami 2 letnimi, to rok później winne były obligacje 3 letnie. W ubiegłym roku za spadek zainteresowania obligacjami ogółem odpowiadały obligacje 2 letnie. Sprzedaż wyniosła nieco ponad 2 mld zł, przy prawie 3,6 mld zł w 2006. Na pozostałe obligacje przypadało 27% sprzedaży w 2007 r. przy zaledwie 12% rok wcześniej.

Spadki na giełdzie przyczyniły się do wzrostu zainteresowania obligacjami. Nie co jednak ukrywać, że środki wycofane z funduszy inwestycyjnych, trafiły przede wszystkim do banków. Wśród obligacji detalicznych na przełomie roku zainteresowanie skupiło się na terminie 2 letnim. Ich sprzedaz w okresie XII 2007 do III 2008 wyniosła 1,26 mld zł, co oznacza wzrost niemal dwukrotny w porównaniu z analogicznym okresem sprzed roku. Największe zakupy 2 latek przypadają na grudzień i styczeń. Pozostałe typy obligacji również odnotowały znaczny wzrost sprzedaży w omawianych czterech miesiącach. Ponad czterokrotnie wzrosła sprzedaż obligacji 10 letnich. W grudniu  i styczniu sprzedano odpowiednio obligacje o wartości nieco ponad 100 mln zł. To rekord w ich 3 letniej historii. Do tej pory na ogół miesięcznie sprzedawano obligacje o wartości od kilku do kilkunastu mln zł. W 2007 zaznaczył się trend wzrostowy sprzedaży, spotęgowany ucieczką z gieldy w okresie zimowym. Powoli Polacy zaczynają doceniać ten instrument, który miedzy inny przeznaczony jest do oszczędzania na emeryturę (nie płacimy tzw. podatku Belki). W 2007 wzrosła sprzedaż obligacji 4 letnich o zmiennym oprocentowaniu (inflacja plus marża) o 63% (142 mln zł). Wzrost zainteresowania trzylatkami widac było dopiero w ostatniej serii listopada (nie znam wyników serii z okresu luty-kwiecień 2008). Opisane wyżej trendy to wypadkowa czterech czynników: spadków na giełdzie, wzrostu wynagrodzeń, wzrostu stóp (obligacje o zmiennym oprocentowaniu) i świadomości odkładania na bardziej odległe potrzeby jak przykładowo na emeryturę. Wygląda więc na to, że w bieżącym roku sprzedaż obligacji może śmiało zbliżyć się do 4 mld zł i być może przekroczyć tą wartość.

Wciąż wydaje się, że Polacy mało znają ofertę Ministerstwa Finansów.  Pewnym wytłumaczeniem jest wieksza płynność środków deponowanych w bankach i coraz lepsza oferta banków. Zasady ustalania dochodów z obligacji nie zmieniły się. Dwulatki są oparte na 2 letnich obligacjach hurtowych, chociaż od ponad roku MF wraz ze wzrostem dochodowości obligacji hurtowych z mniejszą chęcią za nimi nadąża. Jeszcze w 2005 różnica w dochodowości sięgała średnio 20 pkt na niekorzyść obligacji detalicznych. W 2006 był to już 47 pkt,  a roku ubiegłym 67%. O ile wcześniej było to raczej motywowane niechęcia do przepłacania, to w roku ubiegłym rynek dynamicznie dyskontował wzrost stóp z czym MF nie chciał się ścigać, a oferta bankowa zaczęła się poprawiać dopiero w II poł. 2008 r. Dla oszczędzających problemem jest inflacja. Już z ilustracji widać, że realny zarobek jest dosyc niski. Ale to konsekwencja obecnej sytuacji makroekonomicznej i decyzji RPP, czyli – mówiąc w dużym skrócie – niska stopa realna. Idealne w takim przypadku są obligacje o zmiennym oprocentowaniu. 4 i 10 latki detaliczne kupon maja oparty na inflacji. Kuponu roczne od II i dalsze mają marże od 2% do 3%. Daje to lepszą obronę przed inflacją obecnie niż papiery oparte na stopach procentowych (3 latki). Przypomne tylko że pierwsze kupony maja zmienną marże, do tej pory na ogół wyższą od pozostałych kuponów. Tak jednak było przy niskiej inflacji, kiedy MF chciało zachęcić do zakupu obligacji o zmiennym oprocentowaniu 4 i 10 letnich opartych na inflacji. Inną rolą pierwszych kuponów (w każdej serii ich wartość ulegała zmianie) jest osiąganie kompromisu pomiędzy bieżącą inflacją, która rzutuje na oprocentowanie I kuponu a skokami inflacji. Obecnie wraz ze znacznym wzrostem inflacji, marża I kuponu spada do poziomu pozostałych. Tak więc o marżach w wysokości rzędu 4% przyjdzie nam długo poczekać.

Na załaczonym wykresie widać, że banki w latach 2005 i 2006 nie musiały nadmiernie rywalizować o klienta. A przynajmniej nie prowadziły wyniszczającej rywalizacji. Zmiana nastąpiła w II poł. 2007. Ilustracja tego wprawdzie nie pokazuje, bo stawkami rynkowymi rynek szybciej dyskontował obawy o wzrost stóp niż czynił to klientom. Poprawa dochodowości i wysiłki marketingowe skierowane są głównie do średnich i większych klientów. Problem drobniejszych klientów banków pozostaje realna stopa procentowa. Dla osób lokujących na 6 do 12 m-cy może to być wielkość ok. 1%. Analiza zmian stóp: referencyjnej, rynkowych i depozytowych dla osób fizycznych wskazuje że banki wcale się nie starają nadążać za zmianami stopy referencyjnej. Mówiąc inaczej, starają się stosować pewną bezwładność, co będzie coraz trudniejsze w tym roku.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Proszę nie straszyć kryzysem na krajowym rynku nieruchomości

Zwróciłem uwagę na pewien artykuł jaki przedwczoraj pojawił się co najmniej w dwóch portalach internetowych, w tym Gazety Wyborczej. Artykuł pojawił się pod intrygującym tytułem : „Kryzys hipoteczny przeniesie się z USA do Polski?”. Artykuł pochodzi z najnowszego numeru Gazety Bankowej. Napisał go jeden z pracowników PricewaterhouseCoopers . Zwracam uwagę na tego typu publikacje, bo naturalnym jest iż kryzys na rynku amerykańskim prowokuje do zadumy, analizy i wyciągnięcia wniosków. Dobrze więc że chcemy zdiagnozować sytuację na naszym podwórku. Bylebyśmy to robili odpowiedzialnie. Jeżeli wiec, a tak jest w omawianym artykule, ktoś sugeruje symptomy kryzysu i zagrożenia na krajowym rynku, to powinien to czynić niezwykle precyzyjnie, tym bardziej że reprezentuje instytucję darzoną szacunkiem i autorytetem. Autor powinien mieć świadomość, że jego tekst ukazał się w Gazecie Bankowej nie z racji merytorycznej analizy (bo pod tym względem zawarte tezy są słabo, a nawet wcale, poparte faktami), a raczej intrygującego tematu i marki instytucji jaką reprezentuje. Dokładnie z tych samych powodów tekst ten zaprezentowano na stronach internetowych Gazety Wyborczej.

Jeżeli jesteśmy blisko jakiegoś kryzysu, to oczywiście nie mam nic przeciwko żeby o tym pisać i zmuszać decydentów i organy nadzorujące do działania. Problem w tym że autor tekstu miał poważne problemy z udowodnieniem że jest kiepsko, a raczej w ogóle mu się to nie udało. Mówiąc prościej, tekst napisany jest w konwencji sensacyjnej, przy czym czytelnik interesujący się krajowym rynkiem nieruchomości , rynkiem finansowym i makroekonomią zauważy że chwilami autor wręcz sam sobie przeczy.

Znaczna część omawianego tekstu jest poświecona przypomnieniu kryzysu na rynku amerykańskim ,jego przyczyn oraz skutków dla sektora finansowego. Tą część pozostawię bez komentarza, ponieważ trudno się z opisem sytuacji nie zgodzić. Zresztą są to informacje powszechnie już znane z prasy nie tylko ekonomicznej. Niemniej już sam opis rynku amerykańskiego i świadomość polskich realiów powinna zachęcic autora tekstu do zaznaczenia, że pomiędzy amerykańskim a krajowym rynkiem róznice są tak ogromne, iż szukanie tu ewentualnych przykrych analogii jest mocno nie na miejscu. Przede wszystkim nie ta skala rynku, nie to znaczenie dla gospodarki, nie te zasady finansowania i nie te konsekwencje na wypadek zastoju na krajowym rynku nieruchomości. Szczerze mówiąc, zaryzykuje wręcz twierdzenie, że trudno mi nawet określić co to miałby być kryzys na rynku nieruchomości w naszych warunkach i jakie towarzyszyłyby temu okoliczności makroekonomiczne. Nie oznacza to iż nie dostrzegam zagrożeń, ale to temat na odrębny artykuł i na pewno nie w takim tonie jak opiniowany przeze mnie.

Poniżej, prezentuje myśli autora i mój do nich komentarz.

Również w Polsce zwiększył się udział Skorzystaj z naszej oferty!kredytów hipotecznych o podwyższonym ryzyku. Zdarza się, że banki udzielają kredytów o wskaźniku LTV nawet na poziome 130 proc. lub w przypadku klientów o niższym dochodzie na okres 50 lat.”

 

No właśnie, „zdarza się”. Problem w tym, że tylko się zdarza, bo jak na razie nie jest to powszechną praktyką w przypadku wskaźnika LTV i nie sądzę by było. Przegląd oferty rynkowej tylko to potwierdza. Zresztą w takim przypadku musiałbym poznać wszystkie parametry kredytu i umowy oraz portfela danego banku, bo trudno uwierzyć w aż taką naiwność bankowców. Przypomnę po raz kolejny, że jeżeli chce się przekonac czytelnika do swoich racji w tak poważnym temacie jak ostrzeganie przed kryzysem, to nie można się posługiwać metodą skrajnych przykładów. W taki sposób można udowodnić dosłownie wszystko.

„..z komentarzy wielu polskich bankowców wynikałoby, że ów kryzys w żaden sposób nie miał – i nie będzie miał – wpływu na nasz rynek bankowy…………… Jednak kryzys amerykański mocno nadwerężył komfort inwestorów i ich decyzje mające wpływ również na rynek polski mogą nie zawsze być w pełni racjonalne.”

Powyższy cytat podałem, ponieważ w kilku miejscach artykułu autor nie mógł się zdecydować co jest problemem. Krajowy rynek nieruchomości czy konsekwencje zmian nastrojów na rynkach finansowych, czy też poważnych strat niektórych instytucji finansowych. Nie rozumiem jakie jest w naszych warunkach przełożenie pomiędzy nadwerężonym komfortem inwestorów a – przykładowo – naszym rynkiem pierwotnym i wtórnym domów jednorodzinnych. Ponadto autor zdaje się dziwić iż „wielu polskich bankowców” nie wierzy we wpływ kryzysu w USA na nasz sektor bankowy. Problem raczej w tym iż autor omawianego tekstu jest kolejna osobą która to wieszczy, ale tak jak poprzednicy nie potrafi dokładniej wskazać o kogo chodzi. Jeżeli więc któryś z krajowych banków poniesie konsekwencje problemów finansowych spółki matki, to warto byłoby określić skalą zagrożenia. Czy jest ona ponadprzeciętna?

„Opisane wyżej przyczyny początkowe wystąpienia kryzysu subprime mogą wystąpić również w Polsce.”
To zdanie dokładnie oddaje atmosferę całego artykułu. Jak już wspomniałem szukanie analogi pomiędzy krajowym rynkiem a amerykańskim nie ma sensu. Zbyt mocno się różnimy. „Przyczyny początkowe….mogą”. Takie określenia są niezwykle ogólne. Autor z jednej strony chce się wpisać w modne ostatnio pisanie o rynku nieruchomości i diagnozowanie zagrożeń, a z drugiej strony ogólność stwierdzeń wymieszana z domniemaniami wskazuje że ma poważny problem w ich oszacowaniem. Wskazywanie na zmienne oprocentowanie kredytów hipotecznych czy znaczny udział kredytów indeksowanych jest jedynie wymienieniem zagrożeń również bez podania ich skali. Taki a nie inny sposób finansowania (ryzyko stopy procentowej) oraz udział kredytów indeksowanych jest tylko prostą konsekwencją etapu obiektywnego rozwoju rynku i zasad jego finansowania. Trudno z tego robić zarzut. Jeżeli wiec podniesienie stopy o 2%-3% jest zagrożeniem, to w jakim stopniu. Moim zdaniem wciąż niewielkim, biorąc pod uwagę obecną korzystną jakość portfela kredytów hipotecznych. W przypadku ryzyka walutowego po drodze należałoby określić o jakim osłabienia złotego mówimy. W dalszej części autor dość pozytywnie wyraża się o tzw. regulacji S, która ujmowała ryzyko walutowe.

Polski rynek kredytów hipotecznych jest rynkiem stosunkowo młodym, będącym w fazie rozwoju i wzrostu. Większość banków budowała modele scoringowe dla kredytów hipotecznych w oparciu o dane wewnętrzne. Jednak polski rynek kredytów charakteryzuje się krótką historią kredytową.”

Absolutna zgoda. Ale nie można wobec tego sugerować, że brak doświadczenia niesie ze sobą poważne zagrożenie. Autor przypomina że wzrost ryzyka niewypłacalności następuje po kilku latach. Historia naszego rynku nieruchomości dla osób fizycznych jest już sporo dłuższa, chociaż pod względem rozmiaru rynku – skromna. Myślałem, że z racji miejsca pracy (PWC, zespół usług doradczych dla sektora finansowego), autor posiada stosowne dane i potrafi rozwinąć ten wątek.

Dalej przytaczane sa argumenty, który mnie sprowokowały do napisania tego tekstu i bardzo zaskoczyły.

Pierwsze sygnały ostrzegawcze możemy już obserwować na rynku polskim. Nastąpiło wyhamowanie wzrostu cen i zmniejszyła się płynność na rynku mieszkaniowym. Poszczególne banki odnotowują wzrost szkodowości w segmencie kredytów hipotecznych. Przez wiele ostatnich lat obserwowaliśmy nadpłynność w polskim systemie bankowym, jednak od kilku miesięcy możemy zaobserwować intensywniejsze poszukiwanie finansowania kredytów hipotecznych na rynku, na przykład poprzez zwiększenie atrakcyjności depozytów. Trudności z pozyskaniem środków na pokrycie strat kredytowych były jedną z przyczyn pogłębienia kryzysu subprime”

 

Wyhamowanie cen przyjąłbym raczej jako normalizację, po ogromnych wzrostach w ostatnich 2-3 latach. Wzrost cen o 30%-40% to żadna normalność a efekt poważnego rozminięcia się popytu i podaży na zaniedbanym rynku mieszkaniowym w kraju, który miał przejściowo 20% bezrobotnych (przynajmniej oficjalnie). Przypomnę że prognozy analityków rynku nieruchomości dla bieżącego roku mówią najczęściej o zmianach cen  w przedziale +- 10%. Sądze ze nawet przy pogorszeniu koniunktury w Polsce do 3% w średnim terminie chętnych na licytowane mieszkania nie zabraknie ani na nowo budowane. Argumentacja do nadpłynności powinna się spotkać ze sprostowaniem w Gazecie Bankowej. Polski rynek normalnieje i nadpłynność banków była przejawem młodego wieku gospodarki wolnorynkowej. W Polsce oczekiwano utraty nadpłynności już kilka lat temu.  Jedynie zbieg wielu okoliczności makroekonomicznych odwlekał ten moment w czasie. To ze obserwujemy to teraz, nie jest konsekwencją rynku kredytów hipotecznych a wzrostu zadłużenia ogółem, które jest relatywnie niskie w Polskiej gospodarce. Zastanawiam się skąd autor czerpie informacje o wyodrębnionym i sztywnym finansowaniu portfela kredytów hipotecznych, co ma rzekomo zmuszać banki do poszukiwania pieniędzy na rynku międzybankowym. To już nieuzasadnione sianie paniki.

Ostatnie zdanie cytatu wskazuje ma potencjalne problemy. Trudno jednak polemizowac i przenosić to na wynik finansowy sektora bankowego, bo autor jak na wymowę artykułu, jest wyjątkowo niekonkretny. Można tworzyć negatywne scenariusze dla rynku nieruchomości i wymieniać wyraz subprime w polskim kontekście, ale tym się być może różnię od autora artykułu, że nie miałbym odwagi prezentować negatywnych wizji bez przedstawienia chociaż uproszczonego negatywnego scenariusza rynku nieruchomości i sytuacji makroekonomicznej.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Korzystne wyniki przedsiębiorstw za IV kw 2008

Wyniki przedsiębiorstw niefinansowych za IV kwartał nie wniosły w zasadzie niczego nowego do obrazu gospodarki jaki mamy po analizie poprzednich 2-3 kwartałów. W gruncie rzeczy można powiedzieć – i dobrze. W rzeczywistości wyniki są na tyle dobre, że aż budzą niezdrowe pytanie: jak długo utrzymamy takie rezultaty? Gospodarka zdaje się nie mieć ochoty zwolnic tempa. Realna dynamika przychodów w IV kw przekroczyła nieco 12%. Odpowiada to mniej więcej średniej dynamice jaka ukształtowała się w poprzednich siedmiu kwartałach. Dynamika kosztów była niemal identyczna. Wynik na sprzedaży był niższy niż w III kw i 5,2% wobec . W IV kw rentowności obrotu (liczone dla przychodów kwartalnych) niemal zawsze są niższe niż w I, II i III kw, ale w minionym roku spadek ten był najmniejszy od ponad 10 lat. Podobnie było w rentownościami na niższych poziomach rachunku wyników (operacyjna, brutto …). Dzięki temu rentowności liczone krocząco dla czterech kwartałów, były dość stabilne dla całego roku i wyniki IV kwartału nie wniosły zmian. Przypomnę więc, że roczna rentowność sprzedaży na poziomie – przykładowo – operacyjnym i brutto wyniosła 6,2% i 5,3%. Są to wiec rezultaty minimalnie lepsze niż w rekordowym 2004 r. Przyznam iż nie spodziewałem się aż tak dobrego wyniku rok temu. Świetną kondycję gospodarki widać od razu po wielkości udziału podmiotów osiągających rentowność netto. Miniony rok przyniósł i pod tym względem rekord. Niemal 83% badanych przez GUS podmiotów (średnie i duże) osiągało dodatni wynik. Swoje rekordowe lub jedne z najlepszych wyników w tej „konkurencji’” notował praktycznie każdy dział gospodarki. Przykładowo, dział „hotele i restauracje” przebił średnią dla gospodarki wynikiem 83,3%. A pomyśleć że jeszcze w latach 2001 i 2002 dodatni wynik osiągało tylko ok. 50% podmiotów tego działu. Do grona rekordzistów należy budownictwo z wynikiem 89%!

Do bardzo dobrych rezultatów przyczynił się rynek krajowy. Dynamika roczna sprzedaży eksportowej wyniosła blisko 11% w IV kw, czyli była niewiele niższa od wyniku dla całego roku. Na nasze szczęście eksport wciąż rosnie, a popyt krajowy w dość zdrowych z makroekonomicznego punktu widzenia (konsumpcja gosp. domowych i nakłady inwestycyjne) proporcjach napędza sprzedaż. Wszystko to dzieje się przy w miarę korzystnym układzie dwóch deficytów, tzw. budżetowego i rachunku bieżącego. Piszę „w miarę korzystnym” w rozumieniu dotychczasowych doświadczeń Polski i aktualnego układu danych makroekonomicznych. Przypominam, że drugi z deficytów w relacji do PKB od pół roku nie przekracza 4%.

W moich tekstach o kondycji gospodarki, podobnie jak u wielu ekonomistów, przebija jednak ton przestrzegania o niewielkim spadku tempa wzrostu gospodarki. Tak będzie i teraz. To świadomość faktu iż zmienia się otoczenie makroekonomiczne oraz zmianie ulega sytuacja wewnętrzna. Na zewnątrz mamy spowolnienie gospodarcze, a wewnątrz wzrost stóp w reakcji na nasze krajowe bolączki (inflacja, wzrost wynagrodzeń czy wzrost konsumpcji). Tradycyjnie zwrócę uwagę na zachodzące od ubiegłego roku zmiany w majątku obrotowym firm. Od roku powoli rośnie cykl zapasów, do 32 dni z 30 w IV kw 2006 r. W mniejszym czy większym tempie rośnie cykl każdej z pozycji zapasów. W połowie wzrost ten zawdzięczamy towarom. Podobny wzrost cyklu towarów gospodarka odnotowywaliście w II części naszego boomu z połowy lat 90 tych., czyli kiedy gospodarka zaczęła zdradzać symptomy przegrzania. Na szczęście cykl należności się nie pogarsza, podobnie jak cykl zobowiązań gdzie widoczne to było w niewielkim stopniu w II i III kw. Na obecnym poziomie zadłużenia i osiąganych wyników podmioty gospodarcze nie mają większych problemów z finansowaniem wzrostu zapasów.

Generalnie wyniki za IV kw 2007 i za cały rok należy uznać za bardzo dobre. Wskazane zmiany cykli to w gruncie rzeczy zjawisko naturalne w gospodarce i dla wnikliwych obserwatorów nie powinno być zaskoczeniem. Mówiąc inaczej, nie tyle powinniśmy mieć świadomość że wyniki z 2007 będą trudne do powtórzenia, co po prostu rezultatu przedsiębiorstw niefinansowych były nadspodziewanie dobre. Wyniki za cały obiegły rok odbieram jako potwierdzenie, że przedsiębiorstwa są w dobrej kondycji i w średnim terminie nie należy oczekiwać drastycznego pogorszenia. To dobra informacja dla osób inwestujących na polskiej giełdzie. Po poprzednich drastycznych spadkach na giełdzie na początku obecnej dekady, polskie przedsiębiorstwa niestety nie były w tak dobrej kondycji.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Nowy koszyk

Kilka godzin temu pisanie o inflacji straciło nieco na atrakcyjności. Brak już tego dreszczu, jak odbierze najnowsze dane RPP. Pozostaje rozważanie nad nieco dalszą przyszłością. Tyle żartów, bo celem bieżącego wpisu o inflacji nie było rozbieranie jej na części pierwsze na potrzeby prezentacji scenariuszy decyzji RPP na minionym spotkaniu. Najnowsze dane, zaprezentowane kilka dni temu, miały nam odpowiedzieć na pytanie o trend inflacji na najbliższe miesiące. Ponadto GUS, jak co roku, zaprezentować miał nowy koszyk inflacji.

Zaprezentowany noszy koszyk wywołał nieco złośliwych i zabawnych komentarzy. A zaczęło się od wyników za luty. Względem szacunków ekonomistów, inflacja była niższa  2 do 3 dziesiątych. To przede wszystkim konsekwencja przeszacowania koszyka. Według nowego koszyka przeszacowano też wynik styczniowy. Przypomnę, że w lutym podano iż w styczniu wskaźniki miesięczny i roczny inflacji wyniosły odpowiednio: 0,8% i 4,3%. Wg przeszacowanych danych opublikowanych w marcu, w styczniu było 0,7% i 4,0%. Analitycy z humorem komentowali to jako „księgowe” korygowanie inflacji. Taka zmiana wśród niektórych, mniej obytych z materią statystyczną, komentatorów mogła faktycznie prowokować do złośliwych komentarzy. Tym bardziej że właśnie miało się ku końcowi niemal codzienne rozważania w mediach o ile URE zgodzi się podnieść ceny energii elektrycznej i gazu w tym roku. Obok cen żywności, dwa wspomniane składniki inflacji będą przyczyniać się do inflacji bardziej niż w roku ubiegłym. Podobnie ceny żywności. Tymczasem GUS zmniejszył udział w koszyku cen żywności i grupy dóbr i usług „użytkowanie mieszkania i nośniki energii”. Udział pierwszego składnika spadł z 26,2% na 25,7%. Spadku o 0,5% nie określiłbym jednak jako bardzo duży. Mocno natomiast spadł udział drugiego składnika, bo z 20,4% na 19%.

Te zmiany to efekt poprawy sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych. Krótko mówiąc nasze wynagrodzenia rosły szybciej niż koszty życia. Ceny żywności wzrosły średnio o 5% w ubiegłym roku, czyli sporo. Koszty użytkowania mieszkania i energii natomiast wzrosły średniorocznie 4,1%. Dość przeciętnie jak na tą grupę na tle ostatnich lat. Poprawa sytuacji finansowej jest widoczna w nowym koszyku. Nadwyżki pieniędzy kierowaliśmy m.in. na wyposażenie mieszkania, transport, rekreacje i kulturę oraz hotele i restauracje. Udziały tych grup wrosły od 0,3% do 0,5%. Nowa struktura koszyka odzwierciedla procesy z roku minionego. Faktycznie w bieżącym roku może to pomóc w zbijaniu inflacji, ale w rzeczywistości w marginalnym stopniu. Symulacje wskazują, że dobrym przykładem maksymalnego wpływu jest korekta styczniowa i to w bardzo bardzo (świadomie powtarzam ten wyraz) „podrasowanych” warunkach.

Wyniki inflacji za luty potwierdzają jednak pewną prawdę, która z trudem się przebijała w ostatnich miesiącach. Chodzi o to, że pomimo uderzenia cen żywności w koszyku pod koniec ubiegłego roku, to wcale nie one najbardziej spędzają sen z oczu ekonomistom. Powoli, ale trwale rosną ceny większości podstawowych grup koszyka inflacyjnego i to pomimo silnego złotego. Niektórzy ekonomiści widzą w tym właśnie oczekiwany tzw. efekt II rundy, czyli skutki utrzymujących się wysokich oczekiwań płacowych i wydatków konsumpcyjnych. Na to będą się nakładały koszty energii w tym roku, co wkrótce będzie widać w danych.

Co ciekawe, rynek odebrał dane o inflacji jako uspokajające, czyli nie oczekuje (i słusznie) dalszego silnego wzrostu wskaźnika rocznego wywołanego cenami żywności. Pozostałe dane makroekonomiczne publikowane w marcu przeniosły częściowo uwagę na koniunkturę gospodarczą, która zdaje się nie mieć ochoty na osłabnięcie i to ona obok inflacji staje się poważnym argumentem na rzecz podniesienia stóp.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Spór premiera z prezesem NBP zaczyna robić się niesmaczny

Już około miesiąc trwa dziwny pat wokół kandydatury prof. Kozińskiego na wiceprezesa NBP. Wciąż mam poczucie, że zupełnie niepotrzebnie. Po lekturze opinii prawników, widać że z ich strony pomoc może nie przyjść. Podobnie z opiniami znawców, nazwijmy to, norm obyczajowych związanych z nominowaniem i funkcjonowaniem przedstawicieli NBP i RPP w państwie demokratycznym. Generalnie więc, powiedziano już wszystko. Teraz również wszystko zależy od trzech osób, które są głównymi uczestnikami tego sporu, czyli premiera, prezesa NBP i kandydata na wiceprezesa. Nikt nie ma tutaj przewagi nad pozostałymi, z czego uczestnicy sporu zdają sobie doskonale sprawę. Ale każdy z nich swoją decyzją mógłby ten dziwny spór zakończyć.

W pierwszej chwili można by to było potraktować jako małe nieporozumienie w kraju o skromnym dorobku demokratycznym, gdyby nie to że przedłużanie tego sporu nie przynosi nam chwały a jego eskalacja może się negatywnie odbić na atmosferze panującej na rynku finansowym. W ostatnich dniach przedstawiciele największej partii zaczynają się niepochlebnie wyrażać o prof. Kozińskim i padają coraz mocniejsze słowa pod adresem panującego w NBP porządku a raczej nieporządku. Najgorsze jest to, że nie ma poważnych argumentów oceniających stronę merytoryczną kandydata, ale wyciąga się posądzenia o rzekomą apodyktyczność wobec podwładnych. Taki zarzut można postawić pewnie co najmniej co czwartej osobie piastującej funkcję kierowniczą w Polsce. W drugim przypadku trudno cokolwiek zarzucić prezesowi NBP, ponieważ opinie prawników jak na razie nie stwierdzają by w NBP ktos naruszył prawo przy podziale kompetencji. Oczywiście pojawiały się inne opinie , ale nawet w opinii mediów nie uzyskały one przewagi.

Przypomnieć warto najistotniejsze fakty, które pozwolą ustawić spór we właściwym świetle. Kandydatura obecnego Prezesa NBP była pewnym zaskoczeniem kilkanaście miesięcy temu. Kandydat mógł się podobać lub nie, ale został wybrany z poszanowaniem demokratycznych reguł o czym powinno się pamiętać. Prawo nie reguluje (i słusznie) precyzyjnie wymagań merytorycznych wobec kandydata na prezesa. Sejm kandydata zaakceptował, wprawdzie niewielką przewagą głosów i tylko dzięki zwarciu szeregów poprzedniej koalicji rządowej, ale jednak…. zaakceptował.

Odejście dwóch wiceprezesów, to jeszcze nie argument by wytaczać najcięższe działa przeciw prezesowi NBP. Gdzie jak gdzie, ale szczególnie w  przypadku kierownictwa NBP i RPP, przedstawiciele tych gremiów muszą być niezwykle ostrożni zanim postanowią upubliczniać swoje spory. Powiedziałbym nawet, że jeżeli jest się faktycznie pokrzywdzonym, to z racji wyjątkowości instytucji jaką jest NBP (RPP również) powinno się znacznie ostrożniej demonstrować swoje niezadowolenie.

Skoro kandydatura prof. Kozińskiego została wstrzymana poprzez brak kontrasygnaty premiera, to wypadałoby żeby premier podał jaśniej przyczyny. Premier dość oszczędnie, ale jego otoczenie już mniej, zwracają uwagę na kontrowersyjną wypowiedź dotyczącą interwencji na rynku walutowym. Już pisałem kilka tygodni temu, że w tej wypowiedzi nie było niczego takiego co podważałoby poważnie merytoryczną stronę kandydata. Tak naprawdę to wszyscy w kółko powtarzają te kilka zdań w których kandydat co najwyżej naruszył pewną poprawność rynkową. Zresztą jego słowa o interwencji walutowej z biegiem czasu są coraz bardziej wypaczane. Już nawet prezes NBP potwierdzał w ostatnich dniach, że nie jest miłośnikiem interwencji walutowych. Innym argumentem premiera jest – w jego opinii – napięta sytuacja w NBP. Na miejscu premiera byłbym ostrożny z takimi komentarzami oraz zastanawiam się co ma do tego kandydatura prof. Kozińskiego. Mam nadzieję że prof. Koziński nie jest wykorzystywany w tym sporze, bo nie widze tu przełożenia na sytuacje w NBP. Powiem krótko – trzeba zacisnąć zęby i doczekać do końca kadencji prezesa NBP. Prezes NBP i tak jest pod stałą obserwacją mediów i żadne jego uchybienie nie uchodzi krytyce.

Premier musi pamiętać, że może naruszyć zasadę jaka jest unikanie wpływu na bank centralny co może się srodze zemścić w przyszłości. Przyjęte jest w świecie unikanie wpływu na obsadę stanowisk w bankach centralnych przez inne organy państwowe. Bank centralny musi cieszyć się niezależnością, również w sprawach kadrowych. Fakt iż takie spory zdarzały się w innych krajach nie jest dla nas usprawiedliwieniem. Zresztą nie rozumiem co takiego strasznego mógłby prof. Koziński zrobić w NBP.

Powstaje pytanie co dalej. Kto ma ustąpić. Może każdy, ale nikt nie chce. Na miejscu prezesa NBP tez od razy bym nie ustępował. Wymagałbym uzasadnienia i to publicznego. Dopiero wtedy z racji dbałości o szacunek dla NBP i wyjątkowej sytuacji na światowym rynku finansowym, mógłbym ustąpić. A co jak druga kandydatura będzie tez nie do zaakceptowania dla premiera?

Mógłby ustąpić premier, ale ogłosił że tego nie zrobi. Można prof. Kozińskiego lubic lub nie, ale jego kandydatura z całą pewnością nie jest tak zła (a może po prostu jest „niezła”, „zwykła”, „jak wiele innych” ?) i niewarta tego, by tworzyć obecny precedens. Pozostaje prof. Koziński. Można być urażonym takim dyshonorem jaki uczynił mu premier i część mediów, ale proces wyboru wiceprezesa, to nie okazja do pokazywania swojego uporu. Ja na miejscu prof. Kozińskiego w tej akurat sytuacji bym ustąpił i zaapelował do premiera o dyskusję na argumenty, ale już na łamach mediów.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wynagrodzenia, jak nam się zmieniały w latach 2004 – 2006

Na początku roku GUS opublikował obszerne opracowanie, prezentujące problematykę wynagrodzeń. Poślizg z jakim dane są prezentowane jest więc olbrzymi. Szkoda, bo aż do początku przyszłego roku będę musiał czekać na dane na koniec 2007 r., a chciałem prześledzić zmiany w wynagrodzeniach w okresie koniunktury gospodarczej. Do analizy wziąłem więc dane z października 2004 r. no i wspomniane już dane z października 2006 r. W 2004 roku nie mieliśmy już wątpliwości, że weszliśmy na ścieżkę co najmniej średnioterminowego wzrostu gospodarczego. W 2006 r. realna dynamika średniego wynagrodzenia była na poziomie zbliżonym do 4%, czyli na poziomie minimalnie wyższym od średniej dla okresu 1994-2005. Chyba dopiero pod koniec 2006 r. ekonomiści zaczęli zauważać, że dynamika wynagrodzeń może przyspieszyć i to w stopniu niebezpiecznym dla gospodarki. Utrzymujący się wzrost gospodarczy, szybki spadek bezrobocia czy emigracja zarobkowa Polaków wpłynęły na presję na wzrost wynagrodzeń w 2007 r.

Z punktu widzenia analizy trendów w wynagrodzeniach, dwa lata to nie jest zbyt dużo, ale wystarczy by zaobserwować ciekawe zjawiska. Sądzę, że wiele z tych trendów o których wspominam dalej, utrzymało się w 2007 r. Na potwierdzenie przyjdzie mi niestety poczekać aż rok.

W analizie ograniczyłem się do podstawowych trendów, na grupach na najwyższych stopniach agregacji. W efekcie niektóre z wyników, wskutek zmian w grupowaniach, mogą nieco dziwić lub wydawać sprzeczne. Ograniczenie to wynika z prostej przyczyny. Tablice z danymi zajmują sto kilkadziesiąt stron. Trudno wręcz ten bogaty materiał ogarnąć, nie mówiąc już o przekazaniu wniosków na blogu. Na początku muszę też wspomnieć o inflacji, którą urealniałem dane. Inflacja za 24 miesiące sięgnęła 2,7%. To wartość bardzo niska, wynikają z odniesienia do 2004 roku kiedy do jesieni zaliczyliśmy bardzo silne wzrosty cen oraz wzmacniającego się złotego, który pomógł trzymać inflację na niskim poziomie.

Zacznę od wykształcenia. W okresie od X 2004 do X 2006 realne wynagrodzenie wzrosło o 9,4%. Pensje wzrosły oczywiście wszystkim, ale najbardziej zyskały osoby o wykształceniu zasadniczym zawodowym oraz podstawowym. Odpowiednio 11,5% i 10,9%. Co ciekawe, osoby o wykształceniu ogólnokształcącym zyskały tylko 3,4%. Osoby o wykształceniu wyższym doświadczyły wzrostu wynagrodzenia od 4% do 9%, a o wykształceniu policealnym i średnim zawodowym po ok. 8%. Jak widać najwięcej na wzroście gospodarczym zyskały osoby o niskim wykształceniu, ale trzeba przyznać że jest to też efekt czasowej emigracji zarobkowej osób z tej grupy do krajów Europy Zachodniej. Mimo, że „statystycznie” jest to wyraźna poprawa, to warto jednak pamiętać że średnie wynagrodzenie w tej grupie w X 2006 to 1,86 tys. zł. Nie są to więc wciąż pieniądze budzące zazdrość czy będące przedmiotem marzeń dla osób z większym doświadczeniem zawodowym czy wykształceniem.

Pod względem kategorii wiekowych najlepiej było osobom z przedziału wiekowego od „do 24 lat” (nomenklatura GUS) do 44 lat. Średni wzrost to ok. 12%. GUS wskazał tu trzy podgrupy. Warto zwrócić uwagę, że w grupach „do 24 lat” i od 35 do 44 lat, wzrost sięgnął odpowiednio 12% i 13,3%. Osoby z grupy 25-34 lata zyskały ok. 11%. Różnice na poziomie tak mocno zagregowanych grupy wydają się minimalne, ale moim zdaniem widać że wzrosło zainteresowanie osobami najmłodszymi z grupy o znacznym bezrobociu i niskim doświadczeniu zawodowym oraz pracownikami doświadczonymi. Jeszcze kilka lat temu nie była rzadkością wstawianie warunku: „wiek: max 35 lat”. Dzisiaj mało kto już sobie na to pozwala. Grupa 45-54 doświadczyła już tylko 7% wzrostu wynagrodzeń, a w wyższych kategoriach wynagrodzenia realne spadły kilka procent wg zasady im starsi tym mocniej. Jestem przekonany, że w 2007 wzrost wynagrodzeń przeniósł się również na osoby w starszym wieku, nie tylko z racji ich doświadczenia, ale i poważnego ssania na rynku pracy.

Analiza zmian wynagrodzeń, wg stażu zatrudnienia wskazuje że podwyżki dostali wszyscy. Odchylenie od średniego wzrostu (przypominam: 9,4%) sięgało do 1% do 4%. Nie ma co jednak ukrywać, że pracodawcy chętniej podnosili wynagrodzenia osobom o stażu pracy od kilku do kilkunastu lat.

Niezbyt miłych refleksji dostarcza analiza wzrostu wynagrodzeń wg wielkości firm mierzonej wielkością zatrudnienia. Firmy o zatrudnieniu  do 99 osób podnosiły wynagrodzenia od prawie 6% do niemal 8%.  Podmioty o zatrudnieniu od 100 do 249 osób – 9%. W grupie od 250 do 5 tys. osób. wynagrodzenia wzrosły średnio o prawie 14%. W firmach o zatrudnieniu od 500 do 999 osób było to aż 22,5%. Widać więc wyraźnie, że w początkowej fazie wzrostu gospodarczego zdecydowanie łatwiej, chociażby z racji pozycji rynkowej, podnosi się wynagrodzenia w większych firmach. Dla małych podmiotów nawet lata wysokiego wzrostu gospodarczego nie są, jak widać, łatwe.

Na zakończenie rozkład wynagrodzeń decylowy i w ujęciu części oraz krotności wynagrodzenia średniego. Zacznijmy od drugiej klasyfikacji. W 2004 r. aż 65,4% Polaków zarabiało nie więcej niż średnia krajowa (w gospodarce) czyli 2,37 tys. zł brutto. Po dwóch latach, pomimo wzrostu zatrudnienia, odsetek ten wzrósł do 65,7%. I tu ciekawostka. Otóż w grupie od 50% do 100% średniego wynagrodzenia odnotowano spadek udziału o 1,4% (głównie grupa 50%-75%), zaś w grupie do 50% skok o 1,7%. Podstawowe wytłumaczenie, to wzrost liczby zatrudnionych z których znaczna część to osoby o najniższych wynagrodzeniach. Analiza zmian wynagrodzeń w grupach decylowych rozwiewa wątpliwości kto najbardziej skorzystał na wzroście gospodarczym. Dla ułatwienia podam, że średnie wynagrodzenie plasuje się w I poł. siódmego decyla. W pierwszym decylu wzrost wyniósł zaledwie 1,4%. Wzrosty zbliżone do średniego lub nieco wyższe, doświadczyły osoby z trzeciego i czwartego oraz szóstego, siódmego i ósmego. Niewielka przewagę miały osoby z drugiej grupy czyli decyle od szóstego do ósmego. Mówiąc językiem prostszym, to największe korzyści ze wzrostu gospodarczego odniosły na ogół osoby o już wysokich wynagrodzeniach. Pomijam analizę osób o najwyższych wynagrodzeniach. W dziewiątej grupie decylowej wzrost był zaledwie o niecałe 4% w co trudno uwierzyć. Dziesiąty decyl z racji podawania dolnej wartości wynagrodzeń trudno jest rzetelnie mierzyć.

Widać więc, że powiększyło się w niewielkim stopniu rozwarstwienie ekonomiczne ludności. To budzi na ogół największe zaciekawienie Polaków i prowokuje pytanie o tzw. sprawiedliwość społeczną. Może to zabrzmi zaskakująco dla osób o przekonaniach lewicowych, które gustują w instrumentach powodujących przemieszczenie dochodów z grup lepiej zarabiających do bardziej upośledzonych, ale na wspomniane zjawisko zareagowałbym pozytywnie. Przynajmniej na razie. Nawet pomimo świeżej informacji, że jesteśmy w czołówce krajów UE o najwyższym zagrożeniu ubóstwem wśród dzieci. Proponowałbym byśmy w obecnych okolicznościach dali jeszcze podziałać rynkowi zanim przystąpimy do ustawowego transferu wynagrodzeń do grup upośledzonych.

W opisywanych dwóch latach mieliśmy do czynienia ze zwiększaniem zatrudnienia i zwiększeniem wynagrodzeń w większości definiowanych wyżej grup. Zróżnicowanie dochodów zwiększyło się zresztą w tempie zasadniczo podobnym do lat wcześniejszych tej dekady. Jest to proces naturalny na naszym etapie rozwoju. Z jednej strony rynek zwiększył zatrudnienie, ale i lepiej wynagrodził w okresie wzrostu gospodarczego osoby o większej wiedzy, doświadczeniu i z racji funkcji, ponoszące większe ryzyko.  Wg wsk. Giniego w Polsce postępuje społeczne rozwarstwienie i obecnie plasujemy się nieco powyżej średniej w UE. Do wspomnianego wskaźnika i kwestii rozwarstwienia powrócę  ciągu najbliższych tygodni, co będzie stanowiło uzupełnienie do bieżącego wpisu.

O problematyce wynagrodzeń w gospodarce pisałem już wielokrotnie, zachęcam więc do przejrzenia archiwum.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Rynek nie jest ideałem

Gwałtowny spadek indeksów zawsze powoduje stawianie pytania, czy rynek prawidłowo wycenia stan obecny i przyszłość. Skoro rynek rzekomo jest efektywny, to dlaczego dochodzi takich spadków jak w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Od szczytów w WIGu w lipcu 2007 do końca 21 stycznia 2008, WIG obniżył się o 34%. Świadomie wstawiłem określenie o efektywności rynku, ponieważ wciąż nie brakuje wśród osób związanych z rynkiem kapitałowym ludzi święcie wierzących w ten jeden z kanonów dorobku myśli makroekonomicznej. Na szczęście nie są oni w większości, ale po doświadczeniach z ostatnich kilku kwartałów na krajowej giełdzie nie miałbym odwagi do udowadniania racjonalności w zachowaniu graczy rynkowych. Oczywiście nie zamierzam udowadniać, że giełda to jedno wielkie i nieprzewidywalne szaleństwo. Rynek monitoruje sytuację finansową firm i makroekonomiczną, niemniej potrafi doprowadzać do poważnych odchyleń co przeczy tezie o stałym i prawidłowym dyskontowaniu przyszłości. W naszym przypadku odchylenia te potrafią sięgać 20%. Ale to tylko odchylenie wynikające z wyceny. Do tego dochodzą emocje i kopiowanie zmian na najważniejszych giełdach światowych. W efekcie ruchy indeksów bywają grubo większe w okresach kilku miesięcy. Biorąc pod uwagę sytuację w USA, pomyłka rynku była na tyle duża i niebezpieczna w skutkach że wywołała  interwencje banków centralnych. Interwencja miała (i wciąż ma) na celu nie tylko ratunek przed konsekwencjami przewartościowania, ale i przed skutkami gwałtownego przejścia rynku ze stanu euforii w stan depresji.

Przed paroma tygodniami jeden w krajowych zawodowych analityków udowadniał, że giełda spada bo obniża się tempo produkcji sprzedanej w Polsce. Obniżenie tempa produkcji sprzedanej dla ekonomistów nie jest żadnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę jej kształtowanie w okresie koniunktury. Dzisiejszy jednak wpis spowodowany jest jednak artykułem Wojciecha Kuryłka z wczorajszej Rzeczpospolitej („Paradoks giełdy”), w którym autor stara się przekonać czytelnika, że za zmianami krajowych indeksów stały jednak racjonalne czynniki.

pojawia się pytanie, na czym polega paradoks takiego zachowania giełdy. Odpowiedź przeciętnego analityka rynku akcji mogłaby być bardzo prosta. Winą obarczyłby tzw. negatywny sentyment rynku. Co jednak stoi za tym żargonem rynkowym i jakie są rzeczywiste procesy ekonomiczne, które mają wpływ na decyzje inwestorów?

A ja jednak powiem okrutnie: niestety, ale tzw. sentyment ma spore znaczenie. Taka jest po prostu cecha giełdy, co przyczynia się do zainteresowania nią. Musimy pamiętać, że aby dobrze wyceniać procesy ekonomiczne od finansów przykładowej firmy, po gospodarkę krajową i światową, inwestor/gracz giełdowy musiałby opanować nieprawdopodobny ogrom wiedzy ekonomicznej i poświęcać mnóstwo czasu na analizę publikowanych informacji. W rzeczywistości jest to niemożliwe, albo co najmniej mocno ograniczone, nawet dla instytucjonalnych inwestorów. Na to nakłada się naturalna trudność w prognozowaniu makroekonomicznym i wyników spółek giełdowych, nawet średnioterminowym oraz chęć wyjścia z inwestycji na samej górce.

Autor zaczyna od dwóch najczęściej stosowanych metod wycen akcji: mnożnikowej i dyskontowej. Wyniki w obydwu metodach zależą od tych samych finansowych parametrów. Obydwie metody mają kusząca zaletę – są relatywnie łatwe w użycie. Każdy może sobie zadać dowolną prognozę i w prosty sposób dokonać wyceny w domowych warunkach.

Patrząc z ich perspektywy (MŻ – wspomnianych wyżej wskaźników), można zadać pytanie, które z nich były odpowiedzialne za tak znaczące pogorszenia się koniunktury na warszawskim parkiecie. Rosnące zyski w ostatnich kwartałach nie wskazywały raczej na ich gwałtowny spadek w przyszłości, lecz co najwyżej na korektę wysokiej dynamiki za sprawą rosnących kosztów pracy, surowców oraz finansowania, bo polityka pieniężna się zacieśnia. Proces ten zapewne jednak nie stał bezpośrednio za tak znaczącym spadkiem wycen spółek, bo w analizowanym okresie nie zaszło nic destabilizującego perspektywy rozwoju gospodarki.”

Problem w tym, że metody wyceny obarczone są „sentymentem” wyceniającego i również to nie jest żadnym odkryciem z mojej strony. Generalnie przytoczony fragment sugeruje, że wyceny były robione poprawnie. Jeżeli tak, to dlaczego analitycy zaczęli je zmieniać w okresie korekty. Autor sam zaznacza, że przecież nie dochodziło do masowego korygowania wyników przez firmy. Analitycy ulegali subiektywnej ocenie na podstawie dynamicznie zmieniającego się otoczenia giełdowego. Tu raczej powinno paść pytanie, dlaczego rynek tolerował sytuację, kiedy ceny akcji i indeksów rosły szybciej niż parametrów finansowych branych do wyliczenia wskaźników i do dokonywania wycen. Czyżby autor chciał bronić WIGu na poziomach powyżej 60 tys. Po drugie żadna firma nie rozwija się bez końca w tempie 30%-50%. Jeżeli ktoś w to wierzy to już jego problem. Takie przypadki sa incydentalne i mogą trwać 2, 3 4 lata. Już na przełomie 2006 i 2007 analitycy zaczęli zwracać uwagę że wyceny rynkowe firm zaczynają przekraczać coraz poważniej wartość firm. Analitycy dokonujący wycen byli w dyskomfortowej sytuacji. Być może obiektywna cena ( o ile coś takiego w ogóle istnieje) akcji firmy X wynosi 5 zł, ale rynek widzi ogromny wzrost ceny od wielu miesięcy, i wierzy że za kilka miesięcy cena dojdzie do 10 zł, to kupi akcje za 7 czy 8 zł. Analityk wie że rynek oczekuje wskazania wartości przy której inwestor wciąż sporo zarobi i ubiegnie rywali w emisji pierwotnej, a nie wyceny opartej na przeciętnych warunkach i z zachowaniem należytej ostrożności i prawideł sztuki. Analityk, który upierałby się przy 5 zł byłby oceniany jako nieczujący trendu. A analitykom płaci się i ich ocenia za skuteczność a nie morały, prawda? Problem z wycenami wartości firm nie wynikał więc ze zmian wyników firm, ale ze zbiorowego tolerowania ich przewartościowania i zaskoczony jestem że autor nie zwrócił na to uwagi.

W dalszym poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o przyczyny korekty, W.Kuryłek analizuje ewentualny wpływ podwyżek stóp procentowych. W bardzo skrajnym przypadku można by udowodnić, że zmiana stóp przyczyniła się w ok. 30% do korekty. Ale pod jednym warunkiem: że rynek był kompletnie głuchy na dyskusję makroekonomistów o ile będziemy podnosic stopy i nie obserwował zmian krzywej rentowności. Pierwsze próby podniesienia stóp forsowano na spotkaniach RPP już jesienią 2006. Udało się kilka miesięcy później. Jak autor sam przyznaje, nie tędy wiec droga. Zresztą wątek ze stopą był przeprowadzony raczej w celach edukacyjnych. Tak tez prowadzony jest cały tok myślenia artykułu. Chwilami zbyt prosty jak na czytelników Rzeczpospolitej.

Autor w końcu dochodzi do wpływu rynku amerykańskiego na warszawską giełdę. I tu przyznaje, że tzw. sentyment krajowych i zagranicznych inwestorów działających na naszej giełdzie poważnie wpłynął na nastroje na niej. Moim zdaniem nie możemy jednak wszystkiego zrzucać na amerykańskie giełdy. Już w I kwartale zaczęły się pojawiać pierwsze sygnały o problemach w USA. Pamiętać jednak należy, że sami doprowadziliśmy do przewartościowani krajowych firm. Jeżeli wiec WIG w parę miesięcy spadł o 1/3, to w większości i tak była to jedynie słuszna korekta, przed która przestrzegano krajowych inwestorów. Dopiero resztę możemy przypisać sentymentowi i zaskoczeniu jakie stanowił stan amerykańskiej gospodarki i skala strat niektórych instytucji finansowych.

Czytając artykuł, odnosi się wrażenie jakby autor – poniekąd osoba o dużym doświadczeniu zawodowym (pełnił m.in. funkcję makroekonomisty)  – starał się przekonać czytelnika że do czasu korekty uczestnicy rynku zachowywali się prawidłowo. W. Kuryłek na wstępie sugeruje, że za pejoratywnym pojęciem sentyment stoją obiektywne i mierzalne czynniki. Dopiero w II części artykułu stara się wskazać winnego zmianie sentymentu i nieprawidłowości prognoz wskutek zawyżonych danych porównawczych. Zgadzam się z autorem iż obecnie, akcje na naszej giełdzie są na atrakcyjnych poziomach. Oczywiście wskutek obecnego sentymentu (z uporem w artykule trzymam się tego słowa), ceny mogą jeszcze przejściowo spaść.

Końcówka artykułu zawiera krótką prognozę. Autor sugeruje krótkotrwałe wzrosty na naszej giełdzie w okresie letnio-jesiennym, a potem pewne pogorszenie z przyczyn makroekonomicznych tak u na jak i na świecie. Jako czytelnika uderza mnie trochę, że autor dość chętnie używa liczb do oceny minionego okresu, a w ocenie najbliższej przyszłości wybiera bardzo pasywny wariant. Z jednej wiec strony rynek łatwo wszystko dyskontuje i prawidłowo wylicza/szacuje sytuację bieżącą i przyszłą, z drugiej zaś – przyszłość jest niepewna i – to dość często spotykana ostatnio postawa – raczej kiepska. Jakby nie było autor jest szefem dopiero co powstałego Amathus TFI i by zaproponować coś swoim klientom musi mieć grubo bardziej sprecyzowane poglądy.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz