Ocena Raportu Otwarcia przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha cz1

Telewizyjna krótka prezentacja „Raportu Otwarcia 2005/2006” zachęciła mnie do odnalezienia w internecie całego opracowania. Ciekawy byłem go dlatego, że autorzy deklarowali, iż jest to Raport o stanie państwa, a nie o przerzucaniu winy na poprzednie rządy czy parlamenty. To zapowiadało nową jakość w dyskusji o sytuacji społeczno-ekonomicznej kraju. Tymczasem Raport jest w gruncie rzeczy dość krótkim dokumentem skupiającym się na relacji obywatele i podmioty gospodarcze a państwo, przy czym państwo występuje tu w jednej roli – „złego”.  Formalnie rzadko jest bezpośrednio wskazane, ale w opracowaniu ciągle występuje tajemna siła, która krępuje i hamuje nasze aspiracje i rozwój.

Przedstawiane fakty w wielu miejscach są mało reprezentatywne dla zjawisk, które mają opisywać. A tak naprawdę, dobrane dość przypadkowo. Niemniej jego podstawową wadą jest prezentacja danych i wyciąganie wniosków pod z góry założoną tezę, która przyświeca całemu opracowaniu. Tłumaczenia autorów, że to tylko krótka ocena mająca być łatwa w odbiorze, nie jest moim zdaniem wystarczające. W tej łatwości autorzy posunęli się do niemal totalnej krytyki w dość modnym w bieżącej dekadzie stylu, że wszystkiemu winne jest państwo, a dokładniej organy regulacyjne i urzędnicy. Oczekiwałem raczej, że czytelnik zostanie zmuszony do pewnego wysiłku intelektualnego. Przykładowo nad problemem relacji ekonomicznych na linii obywatel-państwo. Szkoda, bo w opracowaniu pominięto, iż w wielu pozytywnych procesach czynnik regulacyjny państwa odegrał niemałą rolę, którą autorzy pomijają by lektura opracowania ani na moment nie pozwoliła zwątpić czytelnikowi w zadaną już we wstępie tezę.

Autorzy wspierają się danymi wielu instytucji, w tym zagranicznych, próbując chyba przez to podnieść wartość prezentowanych poglądów. Mam okazję korzystać również i z tych źródeł, stąd też moja opinia o bardzo selektywnym wyborze przytaczanych rezultatów badań. Te same instytucje opublikowały szereg innych raportów, dotyczących prezentowanych w raporcie problemów i obejmujących swymi wynikami Polskę. Czytając Raport nie potrafiłem się jednak pozbyć się wrażenia, że autorzy świadomie pomijali rezultaty tych opracowań w tych miejscach gdzie nie potwierdzały one założonej tezy.

Postanowiłem zwrócić uwagę na defekty Raportu, chociaż wątpię bym wpłynął w ten sposób na podniesienie jakości dyskusji ekonomicznej. Być może jednak warto, skoro rzetelna diagnoza ma nas prowadzić do prawidłowych wniosków i decyzji. Podam tu przykład dyskusji o podatkach. Z niebywałym uporem jako przykład restrykcyjności podatkowej podaje się we wszystkim mediach podatek VAT. Podaje się jednak stawkę podstawową, czyli 22% i drażni czytelnika oraz widza przykładem innych państw, gdzie stawka ta ma być mniejsza. Przeglądając codzienną prasę, w tym ekonomiczną, znalazłem dosłownie jeden przypadek w ostatnich 2-3 latach podania ważonej stawki VAT w gospodarce. Wątpię by było to tylko przyczyną niewiedzy. Mam wrażenie, że część reformatorów całkiem świadomie unika podawania tego faktu, dzięki czemu prezentowane przez nich programy naprawy mają zyskać na wiarygodności oraz aplauz opinii publicznej. Dlatego też, co wskazuję poniżej, autorzy Raportu wpisali się raczej w polemikę polityczną niż obiektywną dyskusję.

W komentarzu odniosę się do wybranych opinii i prezentowanych faktów. Z dwóch powodów. Z niektórymi można się zgodzić, albo ewentualne różnice w interpretacji nie są na tyle istotne by umieszczać je tekście. Drugim powodem jest objętość opracowania i ogrom faktów, jakie musiałbym przytoczyć by zasiać przynajmniej zwątpienie wśród czytelników, którym przypadły do gustu wnioski prezentowane w raporcie.

 

W części dotyczącej społeczeństwa autorzy Raportu na str. 6 podają trzy główne przyczyny spadku liczby ludności w Polsce. Trudno mi powiedzieć, dlaczego główna przyczyna jest wymieniona dopiero na trzecim miejscu. A i tu rozkład akcentów jest tu jednak niewłaściwy. Samo ryzyko zmiany typu pracy, miejsca pracy i w ogóle ryzyko jej utraty jest wystarczającym powodem wstrzymywania się od decyzji o urodzeniu dziecka. Zmiana pracy oznacza konieczność poszukiwania nowej, a to oznacza wiele miesięcy bez regularnych wpływów. Nowe miejsca pracy, jakie tworzyły się na przestrzeni lat wymagały często zupełnie innych kwalifikacji. Pamiętajmy, że zmiany na rynku pracy w największym stopniu dotyczyły osób o niskich kwalifikacjach i zarobkach, a oferowane nowe, wcale nie dawały większych zarobków nie dając również poczucia stabilizacji. Niestety taka jest konsekwencja radykalnych przemian społeczno-ekonomicznych skupionych w krótkich odcinkach czasu. Nie widzę więc powodów do szukania winnych. Wysoki wskaźnik bezrobocia jest już tylko dodatkowym straszakiem, wskazując na dysproporcje pomiędzy podażą i popytem na pracę.

Zgodzę się, że następuje również dynamiczna przemiana światopoglądowa. Nie wiem tylko, dlaczego obarcza się tu winą tylko kobiety. Przyznam, że nie rozumiem przyczyny podanej jako pierwsza, czyli roli ZUS-w procesie demograficznym. Żałuję, że autorzy tego nie rozwinęli. Tu chyba ZUS ma pełnić przypisywaną mu od lat rolę chłopca do bicia. Ale nawet jeżeli, to i tak nie zasłużył na tak wysoką lokatę.

Autorzy pochwalili Polaków za nabywanie sprzętu AGD, RTV, telekomunikacyjnego i komputerów. W przypadku komputerów zwrócili uwagę na te z możliwością dostępu do internetu. Szkoda, że nie zwrócono uwagi, iź Państwo również wspiera ten proces. Mam na myśli zapisy dotyczące swego czasu  zakupu sprzętu komputerowego czy ulgowe traktowanie zakupu tegoż sprzętu dla szkół oraz ulgę dotycząca korzystania z internetu. Do tego dochodzi działalność regulacyjna, która w końcu doprowadziła głównego operatora telekomunikacyjnego do ustępstw. Wiem, że tempo tego procesu nie zadowala wielu Polaków, ale mimo wszystko proponuję spojrzeć na dane dotyczące rynku telekomunikacyjnego za ostatnie cztery lata. Brakuje mi porównania procesu demonopolizacji i rozwoju rynku telekomunikacyjnego z innymi krajami. W innych częściach opracowania autorzy dość chętnie takie porównania stosują.

W części dotyczącej wykształcenia Polaków ograniczono się głównie do uwagi, że nie jest najlepiej i ktoś lub coś zniechęca Polaków do kształcenia. Zamiast zwrócić uwagę na niezwykłą dynamikę procesu kształcenia, autorzy zestawili jedynie struktury dla Polski i krajów OECD. Korzystniejsza struktura wykształcenia w krajach OECD, to efekt kilku dziesięcioleci nacisku na edukacje i dostrzeżenie przez tamte społeczeństwa wynikających z tego korzyści. Zmiany w podnoszeniu kwalifikacji to nie tylko przyrost liczby studentów, ale i np. dynamicznie rosnący przez wiele lat rynek książki edukacyjnej czy kursów e-learningowych. Na problem struktury wykształcenia należałoby raczej spojrzeć przez pryzmat grup wiekowych. Trudno oczekiwać od 50-latka, że opiera się przed podjęciem studiów, skoro wciąż do rzadkości nie należy określenie w ofertach pracy: „wiek – maksymalnie 35 lat”. Tak naprawdę gdybyśmy spojrzeli szeroko na zjawisko edukacji w ostatnich latach, to dokonał się tu niebywały postęp. Oczywiście dostrzegam problem braku zapału do kształcenia zgodnego z oczekiwaniem rynku pracy czy też kształcenia bez tego bodźca. No, ale to już problem Polaków. Wspierając w Raporcie ideę wolności, warto było przypomnieć czytelnikom, że gospodarka wolnorynkowa to także wolność w podejmowaniu decyzji. Jeżeli więc ktoś, kto być może powinien powiększać swoją wiedzę nie robi tego, to jest już jego problem. Prasa ekonomiczna (dla przedsiębiorców), książka do nauki j.angielskiego, poradniki informatyczne są powszechnie dostępne dla większości Polaków. Państwo ustala tu nawet najniższe z możliwych stawki podatku VAT. W tej części Raportu nie potrafiłem jednak znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego w kraju, w którym zarejestrowanych jest ok. 3,6 mln podmiotów gospodarczych, sprzedaje się np. tylko kilkadziesiąt tysięcy sztuk „Gazety Prawnej”. Jest to jedna z wielu gazet dostępnych w prawie każdym kiosku, w której przedsiębiorcy mogą zdobyć mnóstwo cennych informacji dotyczących działalności gospodarczej. Wnioskiem tej części Raportu, jak rozumiem, jest określenie „powinniśmy zachęcać” do podnoszenia wiedzy i kwalifikacji. Czyżby dalsze ulgi, czyli redystrybucja środków za pośrednictwem budżetu i kolejne zapisy w kilku ustawach.

Marek Żeliński, grudzień 2005

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.