Wyniki gosp. w maju 2006 cz2

Średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw sięgnęły w maju 2549,7 pln brutto. Oznacza to realny wzrost w ciągu roku o 4,3%. Tak więc płace nadal rosną coraz szybciej, ale należy zauważyć że tempo wzrostu (dokładniej: trend) powoli słabnie. Prawdopodobnie realny wzrost płac nie przekroczy trwałe strefy 4,0-4,5%. I to jest dobra informacja, bo patrząc na kwestie płac, byłoby dobrze gdyby dynamika wzrostu przestała przybierać na sile. 

Wartość informacyjna wynagrodzenia średniego w przedsiębiorstwach nie jest jednak wyczerpująca w przypadku wzrastającego zatrudnienia i kryjącego się w tle pytania o siłę nabywczą społeczeństwa, a w dalszej kolejności o potencjalne zmiany popytu. Taką odpowiedź, przynajmniej częściową, daje nam wartość ogółem wynagrodzeń. Oczywiście przy stopie bezrobocia spadającej w tempie kilku procent rocznie, nie należy oczekiwać wyniku drastycznie innego niż wskazany przez zmianę płac realnych. Niemniej o ile w przypadku średniego wynagrodzenia możemy mówić o stabilizowaniu dynamiki wzrostu, to w przypadku funduszu płac takiej pewności jeszcze nie mam. Roczna realna dynamika I kw 2006 r. sięgnęła prawie 5,9%, czyli niewiele mniej niż w IV kw 2005 r. Na uwagę zasługuje nie tylko dynamika w wymienionych kwartałach, która rzeczywiście jest bardzo wysoka, ale przede wszystkim jej zmiana w ciągu ostatnich kilku kwartałów. Gwałtowne wzrost środków pieniężnych w tak krótkim terminie może zasadniczo zmienić zachowanie gospodarstw domowych i wprowadza również nową jakość strukturze czynników utrzymujących wzrost gospodarczy. Zwracam na to uwagę w opracowaniu o strukturze wytwarzania i konsumpcji PKB, które aktualnie w trzech częściach zamieszczam na swojej stronie. Porównanie tych danych z – przykładowo – dynamiką spożycia indywidualnego, pozwala wierzyć że Polacy nie rzucą się do sklepów. Potwierdza to również sprzedaż nowych samochodów osobowych, która wciąż nie może wejść w trwały trend wzrostowy. Niemniej oczy większości ekonomistów zwrócone są na wszelkie dostępne dane charakteryzujące kondycję ekonomiczną Polaków i ich zachowania konsumpcyjne. Sądzę że w tym roku będziemy mogli poznać odpowiedź, czy w miarę poprawy sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych Polacy wyciągnęli lekcję z ostatnich 10 lat i będą w sposób bardzo przemyślany wydawać swoje pieniądze.

Co miesiąc z zaciekawieniem oczekuję na wyniki skali bezrobocia w kraju. Przyznam, że zacząłem się niepokoić o tempo spadku, które na przełomie roku z dynamiki przyspieszającej zaczęło się stabilizować na poziomie spadku rocznego rzędu 7,5%. Nie jest to wcale złe tempo, ale biorąc pod uwagę skalę bezrobocia w Polsce, chciałoby się mieć ten społeczny problem już za sobą i sprowadzić stopę bezrobocia do średniego poziomu UE. W maju stopa bezrobocia spadła do 16,5%. Oznacza to prawie 2,6 Polaków bez pracy. Wyniki ostatnich dwóch miesięcy pozwalają wierzyć, że tempo spadku wciąż nie uległo stabilizacji. W kwietniu – w ujęciu rocznym – liczba bezrobotnych spadła o 8,6%, a w maju o 9,9%.

Przy okazji omawiania wyników bezrobocia pozwolę sobie na komentarz dotyczący wyjazdu Polaków za granicę. W mediach stosunkowo często można znaleźć komentarze, w których z wielkim żalem informuje się o wyjeździe na stałe lub tymczasowo tysięcy Polaków i że jest to wielka narodowa porażka. Mam świadomość, że dla znacznej części z nich to życiowa konieczność. Z powodu braku pracy w miejscu zamieszkania decydują się na tymczasowy wyjazd, pozostawiając rodzinę w kraju. Warto zwrócić jednak uwagę, że część z tych osób wyjeżdża z powodu korzystniejszych zarobków za granicą lub z czystej ciekawości świata. Tej grupy ludzi nikt nie zatrzyma. Jeżeli postanowiliśmy wejść do UE i walczyliśmy o możliwość swobodnego przemieszczania się w na terenie UE i podejmowania pracy, to nie miejmy pretensji że co bardziej zdesperowani Polacy postanowili szukać pracy w krajach gdzie są wyższe zarobki i wyższa stopa życiowa. Przedstawiciele sektora stoczniowego zwracali już nie raz uwagę, że część fachowców przenosi się za granicę na stałe lub podejmuje pracę tymczasowo. Zmitologizowane w polskich mediach koszty pracy nie mają tu nic do rzeczy. Być może w przypadku emigracji anestezjologów w kilku rejonach Polski rzeczywiście może być przejściowy problem, ale czy to ma oznaczać że mamy zamknąć granicę?

Przede wszystkim warto sobie powiedzieć kilka prawd. W Polsce jest wciąż wysokie bezrobocie i dywagacje o tym jak się to stało, w przypadku bieżącej sytuacji nie maja żadnego znaczenia. Straszenie, że wyjeżdżają najzdolniejsi jest chyba trochę przesadzone. Patrząc na przemiany w Polsce przez pryzmat liczb (ot chociażby wzrost liczby ludzi z wyższym i średnim wykształceniem), analizowanych procesów gospodarczych w skali makro czy mikro, można śmiało powiedzieć że na opuszczone miejsca pracy są już chętni lub dość szybko się pojawią. Ewentualnie pojawiające się luki na rynku pracy (popyt na pracę przewyższający jej podaż) nie będą większe niż te, których istnienie sygnalizowano w sektorach które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat przeszły poważną restrukturyzację (czytaj: redukowały zatrudnienie i nie kształciły kolejnego pokolenia pracowników). Oskarżanie rządu, że nie przeciwdziała wyjazdom ludzi na tle przytoczonych wyżej argumentów jest już zupełnie niepoważne.

Znaczna emigracja zarobkowa w gruncie rzeczy skruszyła kolejną często powtarzaną „prawdę” o niskiej mobilności zarobkowej Polaków. Pokazała, że niestety nikt tej mobilności poważnie nie mierzył, co zresztą jest dosyć trudne. Niemniej miałem okazję czytać opracowania, które opierając się na szerszych badaniach (np. ankiety, porównywanie zarobków z cenami wynajmu lub zakupu mieszkań, wyniki spisu powszechnego), zwracały uwagę że nasza mobilność nie jest wcale taka najgorsza. Niestety inną prawdą jaką obnażyła gospodarka wolnorynkowa, jest fakt iż część z nas nie ma ochoty zadbać o swoje życie.

Już jako ciekawostkę na zakończenie tego tematu podam, że emigracja zarobkowa korzystnie wpływa na nasz rachunek obrotów bieżących. Podawane pierwsze kwoty z tytułu przelewanych zarobków do kraju to dopiero szacunki, ale budzące podziw dla przedsiębiorczości Polaków.

Na rynku finansowym w czerwcu dużo się działo. Biorąc pod uwagę zmienność stóp, można wręcz powiedzieć, że było „gorąco”. Złożyło się na to kilka czynników. Zwrócę uwagę na dwa krajowe. Pierwsze to reakcja na dymisję Zyty Gilowskiej. Za każdym razem kiedy odchodzi z rządu osoba postrzegana przez graczy na rynku finansowym za „prorynkową”, stopy są podnoszone w obawie o zaprzestanie podjętych przez taką osobę działań. W tym konkretnym przypadku oznaczało to wzrost krzywej rentowności w terminach powyżej roku o 0,3-0,4% z czego rynek w większości się do końca miesiąca wycofał w przypadku obligacji i lokat międzybankowych do 9 miesięcy. W gruncie rzeczy niewiele jeżeli weźmie się pod uwagę, że rynek rewiduje swoje poglądy na gospodarkę i uświadamia sobie, że nieco zlekceważył wzrosty cen (inflacja, PPI). Należy jednak podkreślić, że to odreagowanie rynku jest przesadzone i na zakończenie lipca rentowności dłuższych terminów powinny być niższe niż na koniec czerwca.

Do zaskakującej sytuacji doszło w terminach 9 i 12 miesięcy. Tu widać, że przesadny strach jeszcze nie opadł i ceny transakcyjne były odpowiednio na koniec miesiąca: 4,5% i 4,6%, co oznacza ogromną zmianę nastawienia w oczekiwaniach zmian stopy referencyjnej przez RPP. Oznacza to, że rynek oczekuje stopy referencyjnej za niecały rok na poziomie nawet 4,8% (!). Z obecnej perspektywy można powiedzieć, że to spora przesada. Nie usprawiedliwiają tego nawet kolejne podwyżki w krajach rozwiniętych w reakcji na wzrost gospodarczy i wskaźniki cenowe ani rezultaty polskiej gospodarki.

Marek Żeliński, lipec 2006


O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.