Jest bezrobocie w Polsce czy nie? Ile płacić za pracę?

W dyskusji o bezrobociu w Polsce istnieją dwie skrajne opinie. Jedni mówią że jest i podają że może nawet większe niż podaje GUS. Inni – że nie ma. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że mowa o 2,3 mln Polaków wg GUS. Co gorsza, ta druga opinia wypowiadana jest przez bardzo szanowanych ludzi lub prezentowana w mediach uchodzących za opiniotwórcze wśród polskiej intenligencji czy też klasy średniej.

[more]

W jednym z ostatnich numerów „Polityki” (20 stycznia 2007 r., nr 3) zamieszczono artykuł o wynagrodzeniach w gospodarce, poruszając przy tym kilka innych problemów jak edukacja, emigracja zarobkowa czy bezrobocie. Zwróciłem na tą publikacje uwagę bo w intencji Autorki artykuł miał mi (czytelnikowi) pomóc zrozumieć przyczyny obecnej sytuacji na rynku pracy.  Artykuł ten jest dość dobrym przykładem na popularne obecnie spojrzenie na kwestie bezrobocia, gdzie więcej prywatnych przekonań i wyznawanych poglądów ekonomicznych, niż faktów które miałyby je potwierdzić.

Wpierw oberwało się „żałośnie nieporadnemu systemowi kształcenia”. Wg Autorki, Państwo nie orientuje się i nie jest przygotowane do śledzenia zmian na rynku pracy. Podobno w Ministerstwie Pracy urzędnicy nie wiedzą jakie są obecnie najbardziej poszukiwane zawody na rynku. W to akurat trudno uwierzyć, bo z najprostszych raportów z urzędów pracy czy informacji o tym co dzieje się w gospodarce dość łatwo można to wywnioskować. A przewrotnie zapytam: a nawet gdyby wiedzieli, to co z tego? Wyczuwam tu nutkę pretensji do Państwa (tzn. władz). Znowu miało coś za nas zrobić i zatrudnić kilku-kilkunastu urzędników zajmujących się prognozowaniem podaży pracy. Niestety rola Państwa w procesie ograniczania bezrobocia jest dość ograniczona. Tu większą role odgrywa prawo popytu i podaży, nawet jeśli w naszych warunkach zadziałało dość brutalnie generując olbrzymie bezrobocie. Popyt na zdobycie kwalifikacji jest głównie generowany przez informacje bieżące, a więc to co widzimy i doświadczamy na rynku pracy. Jeżeli więc obecnie do zakładów lotniczych w płd-wch Polsce poszukuje się osób do obsługi obrabiarek i jest z tym problem, to dlatego że kilka lat temu były zwolnienia w zakładach lotniczych i ludzie to pamiętają. Dla nich pozostała pamięć o zawodzie, który nie zagwarantował zatrudnienia w tamtym rejonie Polski i obecnie być może pracują w Irlandii jako wykwalifikowani robotnicy budowlani.

W urzędach pracy są na ogół oferty dla osób o niższych kwalifikacjach lub takich, które są być może zbyt nieporadne na rynku pracy by znaleźć prace samodzielnie. Państwo w tym przypadku może jedynie oferować kursy i szkolenia, co też robi. Państwo natomiast nie ma wpływy na oferowany poziom wynagrodzeń. O tym decydują przedsiębiorcy. Płacą tyle ile mogą, bądź tyle ile chcą. Państwo ma wpływ na kształcenie przyszłych pracowników, ale o ile dobrze pamiętam, to kilka lat temu również media postulowały ograniczenie szkolnictwa zawodowego ze względu na zachodzące zmiany gospodarcze oraz koszt utrzymywania szkół. Przy tych postulatach mało kto się pokusił o ocenę gospodarki i jej przyszłość, by na tej podstawie oszacować przyszłe zapotrzebowanie na pracę. Proponuje spojrzeć na liczby prezentujące zmiany w polskim szkolnictwie w ubiegłych latach.

W dalszej części artykułu Autorka prezentuje żale jednego z przedsiębiorców, że brak mu szwaczek do pracy za 1,4 tys. brutto. To dobry przykład na powrócenie do roli Państwa. Powiedzmy że Pani Minister Kalata o tym wie i nawet przewiduje wzrost zatrudnienia oraz kieruje na kształcenie szwaczek znaczne środki. Ale jest pewien problem: zatrudnienie za 1,4 tys. brutto. Argumentacja tegoż przedsiębiorcy, że Chińczycy produkują bieliznę taniej, więc – taki można wyciągnąć wniosek – Polacy mają się godzić na 1,4 tys. pln nie ma żadnego sensu. Równie dobrze można inaczej postawić pytanie: czy założenia przyjęte do planów finansowych firmy były prawidłowe?

Na stronie 6-tej pojawia się informacja, jak kilka innych w artykule, mająca udowodnić że z tym bezrobociem w Polsce to wielka lipa. Opierając się na statystykach bezrobocia wg BAEL (Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności) Autorka dowodzi, że 1,5 mln Polaków zaliczanych do bezrobotnych, tak naprawdę pracuje, z tym że na czarno. A dalej: „bezrobocie się skończyło, tylko urzędy pracy o tym nie wiedzą”. Czyli zamiast ok. 15% bezrobocia mamy 6%. To jest właśnie to czego w dyskusji o polskiej gospodarce najbardziej nie lubię. Jeżeli ktoś w imię posiadanych poglądów ekonomicznych z czymś nie potrafi się pogodzić, to najlepiej jest to kompletnie zanegować i stwierdzić, że liczby oszukują. Po prostu jeżeli ktoś chce zaprzeczyć istnieniu bezrobocia w Polsce, to powinien jednak bardziej się uzbroić w fakty i liczby. Inaczej są to już tylko domniemania.

Tymczasem liczby nie oszukują, tylko nie zawsze da się nimi wszystko przedstawić. Szarą strefę w gospodarce się nie liczy, tylko szacuje i pracę na czarno podejmuje się na ogół z konieczności niż chęci. Przez kilka lat mieliśmy rynek pracodawcy i osoby o niskich kwalifikacjach dotkliwie to odczuły. Przypomnę, że 85% bezrobotnych pozbawionych jest prawa do zasiłku i korzyścią posiadania przez nich statusu bezrobotnego jest tylko ubezpieczenie zdrowotne oraz zaświadczenia potrzebne przy ubieganiu się o niektóre usługi (formy pomocy) czy świadczenia społeczne. Niestety bardzo trudno jest wskazać ilu z bezrobotnych rzeczywiście nimi jest i ilu nie ma ochoty w ogóle pracować.

 Zjawisko bezrobocia również mnie intryguje i przyznaje, że nie potrafię na podstawie posiadanych mnóstwa danych precyzyjnie wskazać ile osób powinniśmy wykreślić ze statystyk. Biorąc pod uwagę, że polska statystyka i przepisy stale zbliżają się do rozwiązań UE, to sądzę że tam status bezrobotnego uzyskuje się na zbliżonych zasadach. Stąd spotykane czasami stwierdzenie, że po usunięciu ponad 1 mln leniwych lub pracujących na czarno Polaków ze statystyk sprowadzi nas do poziomu bezrobocia jak w UE jest trochę naciągane.

A co mówią liczby? Żeby nie zanudzać słupkami danych, pójdę na skróty i zwrócę uwagę na takie informacje jak geograficzny, wiekowy rozkład bezrobocia, czas pozostawania bez pracy czy kwalifikacje, udział bezrobotnych mieszkających na wsi. Dopiero po dokładnym zapoznaniu się z tymi liczbami i tym co dzieje się w gospodarce można pokusić się o szacunek  bezrobocia i tego na ile ma to być naszym problemem i czy  powinniśmy tym ludziom opłacać składkę zdrowotną i inne świadczenia

Moim zdaniem, osób co do których moja skłonność do pomocy finansowej i nadopiekuńczości za moje podatki radykalnie maleje jest 0,6 mln – 0,7 mln, a więc o połowę mniej niż w przytaczanym artykule. Jednak wskazanie takiej osoby nie jest łatwe. Trzeba jej udowodnić pracę na czarno i dalej precyzować parametry określające, że ktoś trwale uchyla się od podjęcia pracy. Ponadto ewentualne sankcje nie powinny dotykać członków rodziny.

Nie ukrywam, że jest to szacunek, bo nie sposób dokonać tu precyzyjnych obliczeń. Przypomnę, że jeszcze do niedawna popularna była teza o rzekomym braku mobilności Polaków, co miało utrudniać spadek bezrobocia. Zjawisko jeszcze trudniejsze do wyliczenia, choć możliwe do szacowania. Otwarcie rynków pracy krajów UE i wyjazd kilkuset tysięcy Polaków, często ze słabą lub żadną znajomością obcego języka, obaliło ten mit. Obserwując media, nietrudno odnieść wrażenie że wywołało to spore zamieszanie intelektualne wśród ekonomistów, polityków czy dziennikarzy, którzy zamiast liczbami posługują się zmyślonymi teoriami do wyjaśniania rzeczywistości.

Czy ostatnie zmiany na rynku pracy i zmiany wynagrodzeń powinny nas tak bardzo dziwić,  nawet jeśli trudno je było przewidzieć (mam na myśli brak rąk do pracy w niektórych zawodach)? Odpowiedź specjalnie ograniczę do popularnych ostatnio pracowników budowlanych. Proponuje przy tym zapoznanie się z moja analizą dot. budownictwa żeby sobie uświadomić jakich zmian doświadczyło budownictwo. Analizując strukturę zatrudnienia w gospodarce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, widać że budownictwo należy do grupy działów gospodarki o największej zmianie zatrudnienia. Co oczywiste, na to nałożyły się zmiany wynagrodzeń. W 1994-95 średnie wynagrodzenia w budownictwie ustępowało 7%-8% średniemu wynagrodzeniu w gospodarce, by po ok. 5 latach wzrosnąć do 102%. Przypominam że działo się to przy wysokiej dynamice wynagrodzeń w gospodarce. W latach 1996-1998 wynagrodzenia w budownictwie rosły o od 7%-11% realnie rocznie. W nowej dekadzie zatrudnienie w budownictwie spadało silnej niż w innych skomercjalizowanych działach, a realne wynagrodzenie praktycznie stało w miejscu. Odwrócenie trendów, i to dość mocne, miało miejsce w 2005 r. i trwa do dzisiaj. Połączenie wzrostu gospodarczego, który wygenerował znaczny popyt na usługi budowlane oraz otwarcie rynków pracy UE zrobiło co zrobiło.

Apelowanie przez dziennikarzy czy polityków opozycji, by rząd lub parlament zrobili „coś” by Polacy wrócili do kraju jest trochę zaskakujące i wskazuje na niską orientację w temacie. Postulowanie ograniczenia obciążeń wynagrodzeń, nie ma tu nic do rzeczy, bo możliwe zmiany to jedynie margines obciążeń związanych z wynagrodzeniem.

Przykro mi, ale tak jak w poprzednich latach, będziemy musieli poczekać na zadziałanie prawa popytu i podaży na rynku pracy. I nie widzę w tym nic złego jeżeli przejściowo pracownik budowlany o przeciętnych kwalifikacjach będzie zarabiał więcej niż magister ekonomii po studiach.

 

 Marek Żeliński, luty 2007

 

 

 

 

 

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.