Słowo się rzekło, więc wchodzę

W swoich opracowaniach wspominałem o tym, że pasmo 47 tys. do 58 tys. dla WIG uważam za odpowiadające wartości spółek notowanych na krajowym parkiecie z lekkim uwzględnieniem rynkowych emocji. Ani się obejrzałem i w bieżącym tygodniu dolna granica została przełamana. Kilka dni temu krajowym graczom puściły już nerwy i obecnie na giełdzie więcej jest emocji niż chłodnej kalkulacji. Przelotnie zajrzałem na kilka forów i przeczytałem sporo komentarzy do obecnej sytuacji. Inwestorzy mniej przejmujący się fundamentami makroekonomicznymi mają dość niebezpieczną skłonność do szukania analogii z silnymi korektami z ostatnich lat. Zauważyłem, że nawet część zawodowych analityków zaczyna szerzyć atmosferę marazmu. Sugestia o trzech nerwowych i słabych kwartałach oraz wzrostach na krajowej giełdzie pod koniec roku, wydaje mi się mocno przedwczesna. Niekorzystną stroną fundamentalnego podejścia do analizy zmian na giełdzie jest problem z precyzyjnym wskazaniem punktów zwrotnych. W ubiegłym roku o ile nie miałem problemów z określeniem skali przewartościowania, to na pewno trudno mi mierzyć takie zjawisko jak emocje graczy rynkowych, a mówiąc dokładniej wpływ emocji na koniunkturę giełdową. Technicy (zwolennicy analizy technicznej) zaczynają przenosić niektóre relacje zaobserwowane w latach ubiegłych na obecne realia. Przytoczę skrajny przykład. Jeden z graczy dopatrzył się spadku rzędu 40%-50% od szczytu WIG w 2000 do jesieni 2001 r. WIG dopiero na przełomie 2003 i 2004 przebił rekordowe wartości z 2000 r. Czy obecnie mamy zaliczyć powtórkę sytuacji sprzed kilku lat? Moim zdaniem absolutnie nie. Spadek o wskazanej skali (posługuje się wartością WIG średnią z miesiąca) oznaczałby WIG pomiędzy 30 tys. a 40 tys. To oznaczałoby poważne niedowartościowanie spółek giełdowych. Otarcie się, czy też krótkie utrzymanie się WIGu w tym przedziale może być jedynie efektem krótkoterminowej paniki. Specjalnie wspomniałem o tym przedziale, gdyż jeden z bardziej znanych analityków podał go jako wartość minimalną, do której gracze giełdowi mogą sprowadzić WIG. Mowa o Robercie Nejmanie z Internetowego Domu Maklerskiego. To znana postać w środowisku. Przytoczyłem go również dlatego, że jako jeden z niewielu w I połowie ubiegłego roku nie ukrywał, że oczekuje korekty na rynku pod koniec roku, a  przede wszystkim nie mamił inwestorów nadziejami na kontynuowanie wzrostów przez cały 2007 r. i nie bawił się w snucie scenariuszy które mogłyby te nadzieje podtrzymać. R.Nejman w obecnych przewidywaniach skali korekty należy raczej do radykałów i przyznam, że trudno mi w to uwierzyć. Z obecnego poziomu WIGu, do poziomu wskazanego przez R.Nejmana jest ok. 20% i taki spadek mógłby mieć miejsce raczej jedynie w przypadku sprzęgnięcia się paniki na głównych rynkach. Z drugiej strony można oczywiście powiedzieć, że przy spadkach z tego tygodnia, to tylko wystarczyłby tydzień by spaść to 37 tys. dla WIG. Oczywiście R.Nejman wskazał 37 tys. pkt dla WIG jako granicę i dlatego również, że pokrywa się to z „technicznymi” wyliczenia niektórych graczy. Kolejne wyliczenie to czas trwania bessy. W porównaniu z początkiem dekady, być może można dostrzec podobieństwo do zmian tempa PKB w USA. Niemniej zupełnie nie widzę analogii w naszym przypadku i o tym chyba część graczy rynkowych zapomina. W związku z tym szacowanie skali spadku indeksów giełdowych i czasu trwania marazmu na podstawie sytuacji sprzed kilku lat raczej nie ma sensu.

Głównym motywem napisania tego tekstu nie było jednak przedstawienie analizy sytuacji z elementami prognozy, ale pokazanie że poważnie traktuję swoje wskazania inwestycyjne. Słowo się rzekło, więc wchodzę. Wczoraj otwarłem rachunek w jednym z TFI i zakupiłem jednostki w funduszu akcji krajowych. W ten sposób rozpocząłem proces wchodzenia na giełdę, gdyż uważam że warto powoli budować pozycję. Być może moje wejście jest dość toporne, ale na indywidualne kupowanie akcji czy otwieranie pozycji w bardziej zaawansowanych instrumentach po prostu nie mam czasu. Biorę pod uwagę, że mogę w perspektywie kilku miesięcy być na niewielkim minusie z dokonanej inwestycji, ale mimo wszystko (pozostawiając już całą litanię wszystkich „za” i „przeciw” oraz prawdopodobieństw zajścia określonych scenariuszy dla rynku krajowego i USA) uważam, że warto powoli „wchodzić”.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Finanse osobiste. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.