Złota reguła systemu emerytalnego

W ostatnich tygodniach sporo dyskutowano o systemie emerytalnym. Gdzieś tam w tle toczonych sporów pojawiał się problem stopniu przymusu, czy też naszej wolności w decydowaniu o odkładania (oszczędzaniu) na emeryturę. Z dyskusji wyodrębnić można dwa główne kręgi sporu. Pierwszy to pytanie czy człowiek jest na tyle odpowiedzialną istotą by pozostawić mu swobodę działania. Drugi, to problem naczelnej zasady ustrojowej wolnego rynku czyli swoboda działania. W tym przypadku ujawniała się ona wśród osób o silnych przekonaniach liberalnych, które zasadę wolności i słuszności wyborów dokonywanych przez indywidualnych uczestników wolnego rynku traktują niemal jak religijny kanon. Kanon, w którego zwiątpienie jest traktowane jak niemal grzech.

Trzymając się wątku emerytalnego warto się bliżej temu przyjrzeć i zawęzić pole dyskusji ile tej samodzielności być powinno. Na wstępie warto sobie przypomnieć/uświadomić pewną relację, którą można by nawet określić złotą regułą systemu emerytalnego. Reguła może się nazywać: 20%, 1:5 lub inaczej. Idzie tu o relacje kwoty jaką powinno się obciążyć nasze wynagrodzenia, by mieć z czego żyć na emeryturze. Skąd to wyliczenie? Jest to funkcja czasu aktywności zawodowej, długości życia na emeryturze, kosztów funkcjonowania systemu emerytalnego, możliwej do osiągnięcia stopy zwrotu, stopy zastąpienia rozumianej jako relacji emerytury do wcześniejszego wynagrodzenia, relacji emerytów do pracujących, skali uprzywilejowań w danym systemie emerytalnym itd. itd. wszelkie tego typy szacunki są silnie podatne na przyjęte założenia. We własnych analizach przyjąłem przypadek osoby zarabiającej 2/3 średniej krajowej, co o ile dobrze pamiętam, odpowiada medianie w rozkładzie wynagrodzeń Polaków.  Dyskutując o skali składki, należy podkreślić że obecne rozwiązania dadzą przyszłym emerytom stopę zastąpienia 40%-60%. Jeżeli weźmiemy od uwagę wynagrodzenie rzędu 2,3 tys. to połowa z tego na emeryturze, nie gwarantuje nam życia pozbawionego trosk. Niestety. Niemniej jednak w starszym wieku nie mamy już na utrzymaniu dzieci i nie musimy już – przykładowo – ponosić kosztów dojazdów do pracy itp.

Można mi oczywiście zarzucić, że podana wyżej „reguła” skażona jest obecnymi warunkami, czyli zbyt małą liczbą pracujących (przez co mniejsze są wpływy ze składek) i przywilejami emerytalnymi. W takim rozumieniu wysokość składki jest zawyżona i przy usunięcie większości wspomnianych barier i wyidealizowaniu pozostałych warunków, składka może i mogłaby by spaść do 15%. Pamiętać jednak należy, że niektóre grupy zawodowe nie odprowadzają składek, albo odprowadzają w stopniu nieadekwatnym do pobieranych świadczeń. W związku z tym budżet dopłaca do ZUSu co roku. A budżet to my, nasze pieniądze. Powracamy więc w stronę 20% składki. Nie będę się jednak upierał i przyznam że 20% jest pewnym uproszczeniem. Moim celem jest bardziej wskazanie relacji, niż precyzja, bo o tą trudno z racji wielowariantowości przeprowadzanych szacunków.

Do czego jednak potrzebna mi wskazana „złota reguła”. Otóż bez względu na to czy mamy przymusową składkę czy absolutną wolność decyzji, by w miarę bezpiecznie przeżyć na emeryturze, powinnyśmy odkładać ok. 20% swojego wynagrodzenia.

A czy powinien to być obowiązek odkładania na emeryturę w rozumieniu przymusowej składki. Będę okrutny: TAK. Problem polega na tym, że część ludzi lekkomyślnie podchodzi do swojej przyszłości.

Ponadto kiedy ma się już ponad sześćdziesiąt kilka lat, napotykamy często na obiektywną barierę. Jest to zarówno obniżony częściowo przydatność do wykonywania wielu zawodów jak i obniżone zainteresowania pracodawców osobami po 60-tce.

Na „wolność” czyli decydowanie czy płaci się składkę czy nie, zgodziłbym się np. pod warunkiem, że taka osoba złoży deklarację iż nie będzie w starszym wieku korzystać z wsparcia, określanego ogólnie pomocą społeczną. Pojawia się tu jednak problem rynku pracy. W okresach dekoniunktury pracodawcy mogliby wymuszać rezygnację z płacenia składek.

Można się zastanawiać, czy obniżyć przymusową składkę do takiego poziomu by emerytura zapewniała minimum egzystencji. Problem w tym że już obecnie osoby starsze i samotne (a takich wśród emerytów jest niemało) często o takie minimum się ocierają. Dla części osób obecnie czynnych zawodowo, stopa zastąpienia np. 40% oznacza biedę.

Gdzieś tam w tle pojawia się warunek: skoro pobierają mi przymusową składkę to niech ją godziwie inwestują w oparciu o wyodrębnione konto. W sumie racja. Mamy jednak system pokoleniowy, w którym część grup emerytów jest uprzywilejowana i co ciekawe, wg jednego z najnowszych sondaży ponad połowa ankietowanych akceptuje taki stan rzeczy. Uprzywilejowanie wyklucza indywidualność kont. Indywidualność kont utrudnia też demografia. System pokoleniowy pozwala amortyzować zmienność relacji pracujących do niepracujących w długich okresach czasu oraz zacierać konsekwencje niskich składek w okresach np. dekoniunktury. System pokoleniowy daje wiec możliwość manewru pod warunkiem, że jest mądrze zarządzany przez polityków. Obecnie niestety mamy problem z ograniczeniem niepotrzebnego uprzywilejowania emerytalnego, wiec słowa „mądrze” nie mogę w pełni przypisać do obecnej sytuacji. Nie oznacza to jednak porażki wspomnianego rozwiązania.

Jeżeli mielibyśmy iść w stronę zmniejszenia składki, to wolałbym aby iść raczej w stronę samodzielnego inwestowania części uwolnionej, by tutaj dać upust wolności. Ma to jednak swoją wadę. Spadek zainteresowania IKE i porażka setek tysięcy Polaków w inwestowaniu w jednostki funduszy inwestycyjnych (nieszczęsny rok 2007), zarzuty pod adresem OFE po spadku wartości ich aktywów, wskazują na to iż wiedza Polaków na temat racjonalnego inwestowania nie jest zbyt powszechna. Co jest więc lepsze: samodzielność z porażkami, czy koszt ZUSu. A skoro o kosztach ZUSu, to proponuję je sprawdzić i zapewniam, że na tle zadań wykonywanych przez ZUS koszty (czyli prowizja od naszych skałek) wcale nie są duże.

Jak więc widać, przy założeniu że odsuwany na bok ideologię ekonomiczną, możliwość manewru wcale nie jest duża. Można oczywiście wierzyć w powszechną racjonalność obywateli i umiejętność przewidywania przyszłości, ale sądzę że po dokładnym przedstawieniu wad i zalet zlikwidowania czy poważnej redukcji składek emerytalnych, liczba zwolenników poważnie spadnie.

 

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.