Kredyty w CHF. Wykreowany medialnie problem.

Zawsze będę podziwiał media i polityków, za umiejętność wykreowania sztucznego problemu. Po raz kolejny powraca temat kredytów w CHF i ich rzekomo zgubnego  wpływu na rzesze Polaków, dążących do posiadania własnego M. Dla mediów to nośny temat z gatunku „interwencyjnych”. Dla polityków zaś, próba przeniesienia węgierskich rozwiązań na polski grunt i wykazanie się troską nad społeczeństwem. Bez względu jednak na intencje, obydwie grupy zatroskanych (dziennikarze i politycy) mocno w tym przypadku przestrzeliły.

By pokazać o co chodzi, świadomie wybrałem do analizy w dalszej części tekstu, kredyt w CHF wzięty w III kw, czyli najgorszym okresie w jakim można było wziąć taki kredyt. Kurs CHF osiągnął wtedy (np. lipiec’08) najniższą wartość. W II i III kw 2008 r. to szczyt popularności kredytów w CHF. W tych dwóch kwartałach, ok. 75% kredytów było opartych na CHF.

W przeszłości temat kredytów mieszkaniowych, w tym w CHF, podejmowałem wielokrotnie. Wygląda jednak, że nigdy dosyć i warto do niego wrócić. Zacznę od krótkiej historii.

Ogromne zainteresowanie kredytami w CHF to splot kilku czynników. Kilka lat temu przeżywaliśmy niezły boom gospodarczy w Polsce. Rok 2008 (to ważna data) był końcem świetnego dla polskiej gospodarki i Polaków okresu. PKB dynamicznie na rósł, spadało bezrobocie, taniały kredyty. Nic tylko się zadłużać i kupować mieszkania. Żeby sobie wyobrazić skalę boom’u, podam że (wg AMRON) kredytów mieszkaniowych udzielono po ponad 82 tys. w II i III kw 2008 r. W II kw 2013 r. zaledwie (?) 44 tys. W przykładzie wykorzystałem dane z kwartałów, w którym udziela się najwięcej kredytów mieszkaniowych. Sektor bankowy oferował całą kredyty  na sfinansowania zakupu mieszkania, dając przy tym nawet wybór waluty. Rok 2008 (a szczególnie II i III kw) stały pod znakiem CHF’a. Skąd popularność tej waluty? W tamtym czasie złoty stale się umacniał. CHF nie był tu jakimś wyjątkiem. Skala wzmocnienia była podobna i dla innych walut. Na korzyść CHF przemawiała niska stopa procentowa w tej walucie. To żadna nowość oczywiście, ale wiedza o tym rozchodziła się powoli, aż w 2008 dwóch na trzech klientów zainteresowanych kredytem mieszkaniowym, brało go w CHF. Kredyt w CHF był wg ówczesnych wyliczeń najtańszy w obsłudze, więc trudno się dziwić że cieszył się takim zainteresowaniem. Niebagatelne znaczenie miały opinie osób które w latach wcześniejszych zadłużały się w walutach, co na ogół okazywało się trafnym wyborem.

Nieszczęście polegało na tym, że w 2008 złoty stale się wzmacniał. W III’08 r. w relacji do najważniejszych walut złoty odbiegał w od wyceny fundamentalnej o dobre kilkanaście procent i to  w okresie kiedy powoli kończył się cykl wzrostu gospodarczego. Istniało więc spore ryzyko zmiany ceny polskiej waluty. W kolejnych miesiącach wycena złotego (w tym w relacji do CHF) diametralnie się zmieniła. Na nieszczęście dla zadłużonych w CHF i  walutach w ogóle, przez świat przeszła fala kryzysu, która zmieniła wyceny walut i spojrzenie na ryzyko kursowe. Rok później zaledwie co dziesiąty nowo-udzielony kredyt mieszkaniowy oparty był na CHF.

Warto zaznaczyć, że nikt nikogo do brania kredytów w CHF nie zmuszał. Z całą pewnością były marginalne przypadki nierzetelności informacyjnej w bankach czy firmach pośredniczących. Jeżeli bank naginał zdolność finansową do obsługi rat, to niestety działo się to za akceptacją zainteresowanych kredytem. Między bajki można sobie również włożyć modne wtedy teorie, jakoby kredyt hipoteczny dostawał każdy kto przekroczył próg banku. Bzdura totalna. W przypadku banków można ewentualnie postawić pytanie czy wobec nadmiernego wzmocnienia złotego w 2008, nie powinny były aby ograniczyć udzielania kredytów walutowych. Tylko że wtedy pewnie odezwaliby się obrońcy wolności wyboru: jak ktoś chce kredyt w walucie, to jego sprawa. Po drugie należy pamiętać, że kwestia ryzyka walutowego i zmienności rat była ujęta (a przynajmniej zdrowy rozsadek nakazywał ja ująć) w zasadach wyliczania zdolności kredytowej. I chyba te zasady obliczania zdolności kredytowej nie były i nie są takie złe, skoro kredytów mieszkaniowych zagrożonych jest obecnie zaledwie 3%. Mimo powolnego pogorszenia tego wskaźnika w ostatnich latach, przedstawiona wartość jest bardzo mała. Kilka razy mniejsza niż w przypadku kredytów konsumpcyjnych. Co ciekawe w tym przypadku politycy pomóc nie chcą, a media tej grupie kredytobiorców wiele miejsca nie poświęcają.

Na potrzeby tego wpisu przygotowałem wyliczenia i porównanie kredytu w CHF i w złotych. Parametry do wyliczeń, były reprezentatywne dla warunków jakie panowały w III kw 2008. Wybrałem ten okres, ponieważ dla osób które brały kredyty w CHF był to najgorszy moment. Tak więc przy kredycie 250 tys. zł na 25 lat, pierwsza rata kredytu w CHF wyrażona w złotych wyniosła ok. 1,5 tys. (nie biorę pod uwagę prowizji).  Obecnie jest to już niemal 2 tys. Być może wartość raty nie przekroczyłaby 1,7-1,8 tys. zł. gdyby nie m.in.  świadome osłabianie CHF przez monetarne władze Szwajcarii. Cały więc zgiełk o 500 zł miesięcznie (w III kw 2011 nawet 600 zł), czyli ok. 6 tys. zł rocznie. (W całym analizowanym okresie od VII’08 do IX’13 kredyt w CHF okazał się droższy o ok 16 tys. zł od kredytu w złotych). Dużo. Tylko że nadal mieści się to w ramach zmienności rat jaką każdy biorący kredyt hipoteczny musi zaakceptować. W przypadku kredytu hipotecznego (a więc na wiele lat) nie ma żadnego sensu przyrównywanie rat bieżących do pierwszej. W tym wypadku wyjątkowo niskiej przy kredycie w CHF. W polskich realiach kredyty mieszkaniowe brały na ogół osoby w korzystnej sytuacji finansowej i na rynku pracy, stąd poniesienie kosztu dodatkowych 500 złotych nie powinno być większym problemem. I chyba nie jest, co jakość portfela kredytów mieszkaniowych potwierdza. Ja i tak nieco przesadziłem, ponieważ oparłem się na okresie w którym zaciąganie kredytów w CHF było, z dzisiejszego punktu widzenia, najbardziej niekorzystne.

Dyskusja czy pomagać osobom które wzięły kredyt w CHF nie ma żadnego sensu. Przede wszystkim dlatego, że udział kredytów zagrożonych jest bardzo mały. Tak mały, ze nie widzę powodu dla którego nagle mielibyśmy rezygnować z zasady odpowiedzialności za indywidulane decyzje. Warto zwrócić uwagę, że nikt w mediach nie przedstawił materiału analitycznego, który wskazywałby na masowe problemy ze spłatą kredytów w CHF. Nie rozumiem dlaczego pomoc miałaby się ograniczać do kredytów w CHF. Pozostali, którzy brali kredyty oparte na EUR, USD lub PLN, też w różnych okresach doświadczali i będą doświadczać zmienności rat. Ponadto przy założeniu (na co wskazują prognozy) poprawy sytuacji gospodarczej w naszej części świata, zapewniam że rata kredytów w CHF zacznie w ujęciu złotowym spadać.

Ps. wpis dotyczył problematyki kosztu obsługi kredytu w CHF; odrębną kwestią jest zmiana wartości zadłużenia w relacji do zabezpieczenia;

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Finanse osobiste. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.