Deficyt finansów publicznych powoli się zmniejsza.

W połowie maja powiało optymizmem
i zapachniało dużą kasą do wydania. KE zapowiedziała zdjęcie z Polski procedury
nadmiernego deficytu. Głównym powodem jest deficyt finansów publicznych na
poziomie 3% PKB wraz z mocnym (wydaje się) trendem do dalszego spadku. Od razu
w mediach pojawiły się pomysły gdzie by tu sobie pofolgować i na co wydać. Trochę
prowokowali dyskusję dziennikarze, trochę rozkręcali się politycy. Jest trochę
pomysłów, jest trochę zaległych obietnic do realizacji. M.in. powrót stawki VAT
z 23% do 22%.

Zanim jednak zabierzemy się za
wydawanie, spójrzmy gdzie z deficytem finansów publicznych jesteśmy. (W dalszej części tekstu będę korzystał z
danych dot. budżetu centralnego podawanych przez GUS i Ministerstwo Finansów
oraz danych dot. finansów publicznych wg Europejskiego Systemu Rachunków
Narodowych ESA 2010)
. W sumie wydaje się, że jest dobrze i że deficyt
finansów publicznych zejdzie poniżej 3% w relacji do PKB. Trzeba przy tej
okazji przypomnieć sobie jak kształtowały się deficyty budżetu centralnego i
finansów publicznych (budżet centralnych jest ich składnikiem). Na wykresie
pokazałem 11-letni okres, który jest dość reprezentatywnych dla Polski. 

Nie ma co ukrywać, że mamy duży
problem ze sprowadzeniem deficytu finansów publicznych trwale poniżej 3% do
PKB. Praktycznie udaje się nam to tylko w okresach w miarę wysokiego wzrostu
gospodarczego, czyli powyżej 3%. Historia nauczyła nas, że deficyt szybko
rośnie w obliczu kryzysu gospodarczego czy słabego wzrostu. Uderzenie następuje
dwustronnie, czyli przez wpływy i wypływy. Wpływy podatkowe przestają rosnąć
lub nawet spadają. Wpływy ze skłądek na FUS z racji coraz większego bezrobocia
spadają, a wypłaty świadczeń muszą być realizowane bez zakłóceń. W takiej
sytuacji wtrzymanie wzrostu nakładów na sferę publiczną (w tym wynagrodzeń)
daje nie dość że ograniczone efekty, to jeszcze opóźnione w czasie.

Reakcja rządu też musi być
dwustronna. Rząd w takich sytuacjach stara się hamować spadek wpływów
podatkowych i ogranicza wydatki. Podwyżka VATu sprzed kilku lat, mimo iż źle
przyjęta w społeczeństwie, była koniecznym i słusznym posunięciem. Ograniczenie
przelewów do OFE było również konieczne, ponieważ dodatkowo niepotrzebnie
podnosiły wartość deficytu w publicznych finansach. Po kryzysie z przełomu
2008/09 sytuacja finansów stała się dość niepokojąca. Działania rządu i
następująca potem poprawa koniunktury pomogły nam sprowadzić deficyt finansów
publicznych z niemal 8% do PKB, do ok. 4% w 2013 r. poprawiła się sytuacja
finansowa FUS, trzymano w ryzach wydatki na szeroko rozumianą sferę publiczną
oraz częściowo ograniczono skalę inwestycji w relacji do PKB. Wiem, że to
zabrzmi propagandowo, ale to że udało na się przejść przez niełatwe lata po
kryzysie przy przyzwoitym wzroście PKB i ograniczyć jednocześnie niebezpiecznie
wysoki deficyt finansów publicznych, jest naprawdę sporym sukcesem.

Mało kto zwraca również uwagę, że
w ostatnich latach udział państwa w gospodarce uległ minimalnemu obniżeniu. Na
jednej z załączonych ilustracji przedstawiam udział łącznych wydatków
publicznych i wpływów do PKB. To dobra wiadomość dla zwolenników ograniczania
państwa w gospodarce i naszych kieszeniach (podatki). Nie wykluczam jednak w
najbliższej przyszłości odwrócenia tego trendu, ponieważ oczekiwania Polaków
odnośnie wsparcia państwa i poziomu życiu (np. usługi sektora publicznego) są
dość wysokie i chętnie podejmowane w programach gospodarczych partii
politycznych i kandydatów na prezydenta (mowa o A.Dudzie).

Zejście deficytu finansów
publicznych poniżej 3% do PKB jest niewątpliwie sukcesem. Szczególnie jeśli się
weźmie pod uwagę poziome z jakiego tenże deficyt redukowaliśmy. Utrzymanie
deficytu poniżej 3% w najbliższych latach będzie zależało od tempa wzrostu PKB
i oczekiwań społecznych podejmowanych (lub rozbudzanych) przez polityków.
Średnioterminowe prognozy wzrostu PKB są umiarkowanie optymistyczne (powyżej 3%
wzrostu PKB rocznie). Nie ma pewności co do społecznych oczekiwań i realizacji
wyborczych obietnic. Andrzej Duda składając wyborcze obietnice działał bez
ograniczeń. Wątpliwym pocieszeniem jest fakt iż skala obietnic po prostu
uniemożliwia ich realizację w przeważającej (ba, dominującej) większości. A
przed nami kampania wyborcza do parlamentu. Wyjścia mamy dwa: racjonalizować
wydatki i kierować je do grup bardziej potrzebujących lub szukać źródeł wpływów
na sfinansowanie marzeń Polaków. Żródła wpływów wskazane w kampanii
prezydenckiej nijak się mają do proponowanych w kampanii wydatków. Mam tu na
myśli przede wszystkim propozycje A.Dudy, który wkrótce obejmie urząd. 

Proponowałbym więc dużą ostrożność w snuciu planów na co wydamy pieniądze w kolejnych latach. Deficyt finansów publicznych, jak wykazałem, dość łatwo wymyka się spod kontroli.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.