Reforma emerytalna.

Pierwszy etap uzgodnień w sprawie reformy emerytalnej mamy za sobą. Docelowo więc mamy pracować do 67 roku życia z szansą na przejście na wcześniejszą emeryturę. Kobiety będą mogły przejść na emeryturę ewentualnie pięć  lat wcześniej, a mężczyźni dwa lata wcześniej. Wcześniejsza emerytura będzie naliczana od 50% kapitału. Tyle w zarysie, ponieważ szczegóły reformy prawdopodobnie ulegną zmianie podczas prac sejmowych i w procesie uchwalania zmian.

Proponowane przez rząd zmiany to kolejny, i jeden z głównych, kroków zmierzających do zreformowania systemu emerytalnego. Dotychczasowe działania (pomijam OFE) miały tak naprawdę na celu podniesienie wieku efektywnego przechodzenia na emeryturę. Mimo iż formalnie mężczyźni mieli pracować do 65 roku życia, a kobiety do 60-tego, to  wiek efektywny pod koniec ubiegłej dekady wynosił ok. 59 lat i był jednym z niższych w UE. Wywołane to było zarówno zbyt łagodnymi kryteriami przejścia na emeryturę dla kobiet (55 lat przy określonym stażu) oraz  przywilejami kilku grup zawodowych, które…. szczególnie sprzyjały mężczyznom reprezentującym zawodów.

Reforma jest spóźniona o kilka- kilkanaście lat, a na dodatek przeprowadzana w nierównym tempie na poszczególnych jej odcinkach (m.in. wiek przejścia na emeryturę i przywileje grupowe). Kiedy teraz rząd chce zrobić kolejny duży krok, odżyły wszystkie lęki oraz demonstrowana jest niewiedza, a przeciwnicy reformy ścigają się w populizmie, starając się udowodnić Polakom że reforma nie jest potrzebna. O ile jeszcze niewiedzę obywateli mogę zrozumieć, to głupoty i szkodzenia finansom publicznym przez cześć polityków i związkowców już nie. Spróbuję więc skrótowo omówić problemy i cywilizacyjne wyzwania związane z reformą emerytalną.

U podstaw problemów z reformą emerytalną jest przekonanie obywateli podsycane przez część polityków, publicystów oraz związkowców, że państwa ma pieniądza na emerytury albo bardzo łatwo może je zdobyć. Drugi problem to wiara w to, że skoro tyle lat odkładamy pieniądze w ZUS, to pewnie do 60-tki zebraliśmy już fortunę. Nie ma jednak co ukrywać, że zmiany demograficzne zmuszą nas do trudnej dyskusji o tym na ile emerytura jest indywidulanym problemem  a na ile społecznym i sądzę że politycy i ekonomiści nie uciekną w dalszej przyszłości przed dyskusją o wsparciu międzypokoleniowym osób starszych.

Przede wszystkim proponuję każdemu ćwiczenie, polegające na tym by dla średniej krajowej zliczyć składki emerytalne przy stażu pracy na przykład 40 lat i przy założeniu życia na emeryturze 15 lub 20 lat i podzielić zgromadzony kapitał przez te lata. Dla uproszczenia przyjmijmy, że nie ma waloryzacji  składek, ale i nie ma kosztów ZUS. Efekt będzie, jak mawia pewien polityk, porażający. W przeciwieństwie do obywateli premier ma podobne wyliczenia przed oczami i wie, że trzeba coś zrobić. Zrobienie takiej, nawet bardzo uproszczonej, kalkulacji odpowiada na pytanie: skąd premier wziął 67 lat jako wiek przejścia na emeryturę. Dyskusja dlaczego nie 65 albo 69 traci sens. Dokładniejsze symulacje i przy większej liczbie wariantów wskazują, że tak naprawdę 67 lat nie załatwia problemu przy założeniu dążenia do bilansowania systemu. Trzeba pamiętać, że część grup zawodowych nadal będzie korzystało z przywilejów, a ich częściowa redukcja będzie bardzo rozciągnięta w czasie. A dalej, że przecież część z nas może przejściowo być bez pracy.

Dyskutując o reformie trzeba też rozdzielać dwa problemy. Pierwszy to nasz kapitał. Stopa zastąpienia jest głównie pochodną naszego kapitału w chwili przejścia na emeryturę. Dla osoby o 40-letnim stażu pracy może to być ok. 35%. Te 35% dla osoby zarabiającej średnią krajową to jeszcze tzw. pół biedy, ale możemy mieć problem z osobami z przedziału zarobkowego od płacy minimalnej do, powiedzmy, 2,5 tys., przy założeniu dzisiejszej wartości pieniądza. Część tych osób będzie korzystała z pomocy społecznej. O tym też trzeba pamiętać, że „parametry” systemu emerytalnego muszą być tak ustawione by armia ludzi nie była klientami pomocy społecznej za kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Drugi problem, to generowanie bieżących wpływów ze składek by system się bilansował (no….dążył do bilansowania). To że komuś się należy emerytura za ileś tam lat, to jedno, a drugie by była na tyle duża grupa płatników by zapewnić finansowanie systemu. Pozostawienie systemu jak obecnie, groziłoby tym że nie ZUS nie będzie miał środków na wypłatę naliczonej poprawnie emerytury. Wtedy państwo (tzn. my podatnicy) musiałoby dopłacać jeszcze więcej do FUS by pokryć wypłaty

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych i budzących lęk społecznych problemów jest zdolność do pracy w tak późnym wieku i akceptacja pracodawców. Nie ma co ukrywać, że reforma przerzuca na nas ten problem. Wg informacji na rządowej stronie przedstawiającej reformę, mam pracować do 67 roku życia. Osobiści mam spore wątpliwości czy będę rozrywany na rynku pracy w tym wieku i czy w ogóle będę zdolny do jej świadczenia. Albo czy pracodawca zaakceptuje, że będę mu znikał łącznie na przykład na kilka tygodni w roku z powodu leczenia różnych schorzeń itd. Wprawdzie rząd reklamuje reformę większą emeryturą, ale tak naprawdę reformatorzy wiedzą że część osób starszych będzie miała problemy. Niestety wydłużanie życia niekoniecznie idzie w parze z przydatnością zawodową i poprawianie kwalifikacji niekoniecznie to zmieni. Żeby jeszcze bardziej dobić czytelnika to powiem, że wg MFW konieczne będzie dalsze wydłużanie wieku przejścia na emeryturę ze względu na wydłużanie życia. Tak więc ta reforma to dla nas wszystkich spore wyzwanie. Obok starań by być sprawnym fizycznie i intelektualnie, warto podnosić kwalifikacje i doświadczenie zawodowe. Pomocna powinna być zmiana struktury wiekowej społeczeństwa, czyli podniesienie średniego wieku, co wpłynie na zmianę spojrzenia pracodawców na kryterium wieku.

Przeciwnicy reformy warunkują jej akceptację, szeregiem ustaw osłonowych po pomysły na wzrost gospodarczy i zatrudnienie oraz wzrost liczby miejsc pracy. Niestety trudno za pomocą ustaw stworzyć miejsca pracy i zadekretować wzrost gospodarczy. O ile obecnie nie mamy bezpośredniego wpływu na rynek pracy, to na pewno w przyszłości bez reformy emerytalnej, staniemy przed ogromnym deficytem systemu emerytalnego. Tak więc, warunkowanie poparcia jakimikolwiek cudownymi ustawami, to po prostu nieodpowiedzialne działanie na szkodę finansów publicznych w przyszłości.

Wśród części polityków i publicystów widać jakąś wiarę w inne rozwiązanie, czyli finansowanie reformy wpływami innymi niż składka emerytalna. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że już obecnie to praktykujemy. Czyli to nie jest tak, że kiedyś tam może będzie deficyt w FUS. On już jest! Składki w ostatnich latach pokrywają zaledwie do 65% wypłat. Pozostała część to dotacja budżetowa (czyli nasza kasa oddawana w różnych podatkach), pieniądze podbierane z Funduszu Rezerwy Demograficznej i kilka innych źródeł, w tym zadłużenie. Dotacja budżetowa to w ostatnich latach od 30 do 40 mld złotych, a i tak nie pokrywa deficytu. Brak reform spowoduje, że już za 20 lat dotacje sięgną ok. 100 mld zł. Inaczej mówiąc, gdyby te 30-40 mld zł dodać do naszej składki, to tak naprawdę składka emerytalna to nie 19,5% a praktycznie 23% – 24%. Jestem przekonany, że wydłużanie życia szybsze niż wieku zdatnego do pracy zmusi ekonomistów do szukania modelu wsparcia międzypokoleniowego innego niż obecny. Ale zanim to nastąpi, powinniśmy naprawić ewidentne mankamenty i niesprawiedliwości obecnego systemu.

Generalnie więc jestem po stronie rządu. Unikanie reformy spowoduje utrzymanie szybszego przechodzenia na emeryturę i przenoszenie ciężaru bilansowania FUS na podatki. Takie podejście spowoduje, że za kilka-, kilkanaście lat pod względem obciążeń podatkowych będziemy w grupie liderów w UE, co nam zapewne nie pomoże w rozwoju gospodarczym i przyciąganiu kapitału zagranicznego.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.