Niedzielny handel. Zakazać czy nie?

Osobiście nie mam nic przeciwko zakazaniu handlu czy poważnego jego ograniczeniu w niedzielę. Raz, bo pamiętam czasy gdy handel kończył się najdalej o 14-tej w sobotę, a dwa – skromna część zakupów mojej rodziny przypada na te dokonywane w niedzielę. Dociera też do mnie argument, że aby zaspokoić moją wygodę dokonywania zakupów w niedzielę, ktoś z niedzieli korzystać nie może. Do gorących zwolenników handlu w niedzielę mógłbym skierować pytanie: czy pan/pani chciałaby pracować w niedzielę? Podejrzewam, że większość z pytanych odpowie że nie. W dalszych rozważaniach nie będę wchodził w wątki moralne sporu, a postaram się skupić na ekonomicznych.

To, że żadna z rządzących dotychczas ekip nie odważyła się do tej pory zakazać handlu w niedzielę mnie nie dziwi. I wcale nie chodzi o to, że rzekomo przez dwadzieścia kilka lat Polską rządzili zimni liberałowie. Nic z tych rzeczy. Zakaz pracy w niedzielę jest ryzykowny przede wszystkim dla pracowników handlu, bo  niemal ze 100% pewnością odbije się negatywnie na zatrudnianiu w tym sektorze. Ewentualna redukcja będzie wprawdzie niewielka, ale – pamiętajmy że –  mówimy o tysiącach miejsc pracy. Czasami patrzymy na ten problem jako formę walki z sieciami marketów o zagranicznym kapitale, co jest kolejnym uproszczeniem, bo w tychże marketach pracują.. Polacy.

Gdy zliczyć pracujących w handlu detalicznym i hurtowym w firmach małych (do 9 osób) i większych, to okaże się że bezpośrednio w handlu pracuje mocno ponad milion osób. Oczywiście część to pracownicy biurowi, a część placówek nie pracuje w niedziele. Niemniej nie chcę się mądrzyć i straszyć dużymi liczbami, więc posłużę się jednymi z mniejszych szacunków w jakimi zetknąłem się w mediach (dolną granicę podawaną przez przedstawicieli duże sieci). Czyli, że sprzedaż niedzielna to maks. 10% tygodniowej sprzedaży, a zagrożonych ryzykiem utraty pracy byłoby 30 tys. osób (moim zdaniem szacunek o dużej wiarygodności). Mowa tu tylko o ludziach którzy będą musieli handel opuścić z powodu zakazu. Dalej możemy próbować szacować ile osób zostanie zmuszonych dodatkowo do zmiany pracodawcy w handlu lub obowiązków. Tym fundujemy być może niepotrzebny stres.

Można więc powiedzieć, że 30 tys. osób to marginalny odsetek zatrudnionych w handlu. Z drugiej jednak strony to liczba mieszkańców wcale niemałego miasta, np. Augustowa. Jesteśmy krajem na dorobku, więc nie gardźmy miejscami pracy jakie daje niedzielny handlu.

Niewątpliwie na zakazie mają szanse zyskać mniejsze sklepy, stąd też ich reprezentacje branżowe nie są tak krytyczne wobec pomysłu jak organizacje reprezentujące duże markety. Nie chodzi tu jednak o spór o pochodzenie kapitału, bo jak małe sklepy zyskają, to duży (zagraniczny) kapitał po prostu silniej wejdzie w rozwój mniejszych placówek.

W tym wszystkim chodzi, a przynajmniej powinno, o pracę dla ludzi. Tym bardziej, że mówimy o miejscach pracy niewymagających na ogół wyjątkowo wysokich kwalifikacji. Przeniesienie zakupów z niedzieli na inne dni tygodnia, wcale nie musi spowodować utrzymania zatrudniania w dużych sklepach i radyklanego wzrostu w małych. Po prostu efektywniej będzie wykorzystany obecny personel, czyli – inaczej mówiąc – sprzedawcy pracujący od poniedziałku do soboty, będą realizowali sprzedaż niedzielną.

Mitem jest wiara w zwiększenie zatrudnienia w małych sklepach z powodu przejmowania części sprzedaży realizowanej przez markety w niedziele. A może po prostu pan/pani zza kasy, będzie obsługiwać podobną liczbę klientów, tylko że płacących większe rachunki?

Gdybym był premierem, to nie inicjowałbym tej zmiany, a jedynie reagował na wnioski zewnętrzne. Po prostu wolę akceptować niedogodność pracy w niedzielę (zresztą nie każdą w większość przypadków) niż utratę miejsc pracy dla być może i 30 tys. ludzi.

W sporze o pracę w niedzielę przede wszystkim interesuje mnie opinia osób związanych z handlem i ekspertów znających handel oraz samych pracowników. Trzeba przeanalizować konsekwencje zmiany dla lokalnych społeczności, w tym m.in. dla handlu przygranicznego. Handel już ma problemy, bo coraz więcej kupujemy przez internet.

Jak wspomniałem, z zakazu handlu w niedzielę nie robiłbym dramatu. Dla uniknięcia przykrości oraz by dać pracodawcom i pracownikom czas na dostosowanie się, można wyznaczyć okres przejściowy. Możemy po prostu powoli i stopniowo ograniczyć czas handlu w niedzielę. Możliwości jest wiele. Premier Szydło chyba raptownie wyraziła akceptację dla projektu.

Moje wątpliwości budzi też projekt NZSS Solidarność, inicjatorów zmiany. Wprowadzone tam ograniczenia i zezwolenia wymagają przeglądu. Hitem stanie się prowadzenie kwiaciarni, a w niektórych przypadkach praca będzie dozwolona za zgodą pracownika, co stawia go w dość niezręcznej sytuacji. Tradycyjnym punktem sporu jest już działalność stacji benzynowych. W przypadku tych ostatnich działalność w niedziele ma zależeć od powierzchni użytkowej.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.