Publiczne wydatki na służbę zdrowia. Społeczne przyzwolenie.

Wczoraj strajkowali pracownicy służby zdrowia, domagając się m.in. wzrostu nakładów publicznych na służbę zdrowia. Przypomnijmy. W Polsce od lat relacja nakładów publicznych na służbę zdrowia, należy do grupy najniższych w UE. Jest to ok. 4,7% (w relacji do PKB), podczas gdy średnia unijna to 7,0%. Politycy są tego świadomi. W pewnym sensie świadomi są też Polacy. Niestety obywatele podchodzą do sprawy w sposób mocno nieodpowiedzialny. Chcemy być szybciej i skuteczniej leczeni, ale nie przyjmujemy do wiadomości, że ktoś mógłby nas bardziej z tego powodu dodatkowo obciążyć (np. większa składka na NFZ). Od lata mówi się też o starzeniu społeczeństwa, które będzie wymagało coraz większej opieki, w tym zdrowotnej. Niestety, to też nie działa na ludzi.

Nie unikniemy zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Czy to będzie poprzez składkę czy budżet, to bez znaczenia. Tematem trzeciorzędnym jest: likwidować NFZ czy nie, bo nie tu jest problem. Niektóre partie obiecują likwidację NFZ i przejecie środków pod zarząd ministerstwa zdrowia. Tylko, że ta operacja dodatkowych środków nie przysporzy.

Spójrzmy co zrobił rząd PiS. Rząd nie miał w ogóle ochoty podnosić wydatków na służbę zdrowia. Zmusili go dopiero lekarze rezydenci w 2018 r. Rząd zgodził się na stopniowe podniesienie nakładów na publiczną służbę zdrowia. Z ok. 4,7% (w relacji do PKB) w 2018 r. , do min, 5,8% w 2023 r. Potem następowały drobne korekty. Tylko, że nie do końca wiadomo co będzie źródłem środków. Oczywiście wzrost finansowania może pochodzić z podatków. Warto zwrócić uwagę, że problem wzrostu nakładów został przeniesiony w większości na przyszły rząd. Jakikolwiek on będzie.

To co szokuje, to ogrom środków na 500+ i jednorazowy dodatek dla emerytów w porównaniu z rozciągniętym w czasie wzrostem nakładów na służbę zdrowia. Rząd z jednej strony pokazał, że to nie służba zdrowia jest priorytetem, a z drugiej –  że Polacy wolą dostać pieniądze do ręki niż poprawę w służbie zdrowia. Obydwa stwierdzenie są przykre, ale to drugie bardziej.

Na sobotniej manifestacji miał się naleźć transparent z przekazem skierowanym do rządzących aktualnie polityków: „Pacjenci umierają w kolejkach, lekarze umierają na dyżurach. Możecie to zmienić, ale nie chcecie”. To drugie zdanie jest okrutnie prawdziwe. Trzeba jednak też przyznać, że rząd dostał na to przyzwolenie społeczne.

O marekzelinski

Marek Żeliński. Ekonomista z wykształcenia. Zawodowo związany jestem z sektorem bankowym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opinie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.