Zabawna historia z tym podatkiem Belki

Patrząc na historię podatku od zysków kapitałowych i odsetek, często określanym w uproszczeniu podatkiem Belki, widać jak trudno nam się w Polsce rozmawia o podatkach. Z jednej strony Polacy nie darzą go sympatią, bo to w końcu obciążenie. Politycy również deklarują niechęć do niego, wskazując tenże podatek jako wyjątkowy przykład pazerności państwa. Generalnie modnie jest być przeciw temu podatkowi. Od samego początku budził niechęć i pierwsze deklaracje o jego rychłym zniesieniu. Jak tylko poprawiło się koniunktura gospodarcza a w wraz z nią wpływy budżetowe, wydawało się że los podatku (jego zniesienie) jest przesądzony. Zarówno PiS jak i PO deklarowały zniesienie podatku. Niemniej PiS wcale się z tym nie spieszył, a obecna koalicja dość ostrożnie wypowiada się o likwidacji podatku. Co bardziej zabawne, oglądałem wczoraj jednego z byłych ministrów PiS a obecnie posła, który krytykował obecna koalicję za odkładanie decyzji o zniesieniu podatku Belki i zadeklarował ze PiS w tej kadencji podejmie działania na rzecz jego zniesienie. A cóż ten człowiek robił przez dwa lata. Gorzej, bo przypomina to rywalizację polityczną gdzie orężem jest uprzykrzanie przeciwnikowi życia poprzez ograniczanie wpływów budżetowych.

Ogromną zaletą podatku Belki są pochodzące z niego wpływy. Wprawdzie są one uzależnione od koniunktury giełdowej i zainteresowania funduszami inwestycyjnymi, ale same tylko wpływy odsetkowe i z funduszy to już kwota trwale przekraczająca 1 mld zł. Szacowany w tej części podatek za miniony rok to ok. 1,9 mld zł. Niemal drugie tyle może dać część kapitałowa. Tak więc podatek, który w średnim terminie da nam od min. 2 mld zł do nawet 4 mld zł (w zależności od przyjętych scenariuszy), jest niebywałym prezentem dla każdego rządu zmagającego się z setkami problemów budżetowych i deficytem. Wbrew wcześniejszym obawom, nie wydaje się by podatek poważnie zmniejszył zainteresowanie Polaków oszczędzaniem i inwestowaniem. Ponadto za taką kwotę można uszczęśliwić (czytaj: spełnić oczekiwania płacowe) dużą grupę zawodową.

Podobny podatek jest w większości krajów UE i chociażby z tego względu jego wprowadzenie w Polsce nie powinno było być zaskoczeniem. Prawdopodobnie szukając naszego docelowego modelu podatkowego, sięgnęlibyśmy po niego z kilkuletnim opóźnieniem. Tym bardziej, że pojawiały się głosy by był stałym elementem systemu podatkowego w krajach UE. Z chwilą jego wprowadzenia, przez media przeszła fala oburzenia i w takiej atmosferze dyskutujemy do dzisiaj o tym podatku, z tym że z biegiem lat jesteśmy coraz mniej szczerzy w tej dyskusji.

Przypomnę może okoliczności wprowadzenia podatku. Wkrótce po rozpoczęciu bieżącej dekady zaczął się szybko pogarszać deficyt budżetowy. W latach 1994-2000 deficyt, z niewielkimi odchyleniami, utrzymywał się na poziomach 2%-2,5% PKB. Tymczasem już na przełomie 2002/2003 wartość ta wzrosła do 4%-4,5% PKB. Trudno się więc dziwić że obok ograniczania niektórych wydatków szukano dodatkowych źródeł wpływu. W ten o to sposób wprowadzono podatek, bez długiej debaty z jaka na przykład mamy do czynienia w przypadku podatku liniowego. Chociaż i w tym przypadku trudno mówić o debacie. To raczej prezentacja postawy przez „wierzących” w podatek liniowy i „wątpiących” w przypisywaną mu zbawienną rolę.

Po wielu deklaracjach i korzystnych dla budżetu latach wiemy już, że żaden rząd nie zrezygnuje tak łatwo z tego podatku. Gdyby go rzeczywiście wszyscy tak bardzo nie lubili, a deklarują to co najmniej dwie największe w Sejmie partie, to już albo by go nie było, albo w Sejmie poprzedniej kadencji ustalono by  datę jego zniesienia lub poważnego ograniczenia.

 W dyskusji o podatku Belki pojawiła się nowa jakość. Głos zaczęli zabierać przedstawiciele instytucji finansowych zajmujących się oferowaniem finansowych produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych. I chyba ku sporemu zaskoczeniu widowni, nie były to głosy potępienia skierowane w podatek Belki. Słusznie finansiści przypomnieli, że podatek Belki wrósł w nasza rzeczywistość i zdążył już wywrzeć silne piętno na konstrukcji wieli produktów oszczędnościowych. Mowa przykładowo o funduszach parasolowych, IKE, funduszach inwestycyjnych połączonych z polisą itd. Pojawiają się coraz to nowe propozycje jak zmniejszyć obciążenie podatkiem. Mam na myśli przykładowo propozycje wykorzystania możliwości rozliczenia strat jaką daje ustawa o PIT,  czy tax sparing dla inwestujących również za granicą. Po tych wypowiedziach widać było, że przynajmniej w prasie finansowej, krytyka podatku oparta na emocjach (no bo nie lubimy tego podatku i już) uległa zmniejszeniu. Krytykę zamienioną na bardzo ciekawe propozycje.

Obserwując tańce wokół podatku trudno obronić się przed refleksją że nie potrafimy dyskutować o poważnych problemach ekonomicznych. Obecnie sytuacja jest co najmniej zabawna. Wszyscy tak serdecznie i bez głębszej refleksji potępiali podatek, że teraz nie chcą się przyznać iż staliśmy się w Polsce zakładnikami wcześniejszej dyskusji o nim. Nikt nie chce jako pierwszy wyjść przed kamery i powiedzieć, że o tym podatku trzeba podyskutować w spokojniejszej atmosferze. Nie wiem czy podatek Belki zniknie. Sadzę, że w co najmniej w zredukowanej i zmienionej formie stanie się chyba stałym elementem naszego systemu podatkowego, bo chyba większość uczestników dyskusji pomimo deklarowania niechęci do podatku, tak naprawdę oswoiła się już się z nim.

Tak naprawdę podatek Belki miał się stać elementem w dyskusji o systemie podatkowym w Polsce i chyba wkrótce się stanie. Będę może złośliwy, ale odnoszę wrażenie że podatek Belki ma częściowo zastąpić planowane utracone wpływy z tytułu obniżki stawek w PIT i przejściu z czasem na podatek liniowy. Podatek od zysków tak naprawdę, to uzupełnienie obciążenia podatkowego podatników z II i III grupy podatkowej. Przyjmuje, że głównie osoby z wyższymi wynagrodzenia dysponują poważniejszymi nadwyżkami finansowymi lokowanymi w bankach, funduszach inwestycyjnych czy bezpośrednio na giełdzie. Zaczynamy się więc jakby trochę oszukiwać w dyskusji o opodatkowaniu dochodów osób fizycznych. Smaczku dyskusji o podatku nadał ostatnio sam minister finansów.

Cytat z Gazety Wyborczej: "widzę bardzo duże problemy, graniczące z niemożliwością, ze zlikwidowaniem podatku od zysków giełdowych". Jego zdaniem (MŻ – ministra)  zniesienie tego podatku spowodowałoby, że "bogaci ludzie płaciliby efektywnie niższy podatek".

Ku zdumieniu obserwatorów (zadrę nosa i powiem, że nie mojemu) pojawił się więc wątek o społeczno-ekonomicznych konsekwencjach zmian w opodatkowaniu Polaków. I dobrze. Im szybciej i szczerze wymienimy sobie refleksje o podatkach, w tym i podatku Belki, tym mniej będzie nieprzemyślanych zmian w systemie podatkowym.

Podejrzewam, że najbardziej rozbawiony tą dyskusją jest sam Marek Belka.

wprost test

eae5c8fe38b85daed5d7fc1cc61a6724

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Nadal mamy problem z ustalaniem wynagrodzeń za pracę w gospodarce

Kwestia wynagrodzeń w gospodarce wolnorynkowej  to jedno z ciekawszych zagadnień makroekonomicznych. Dlaczego ktoś zarabia kwotę x, a inny  x+300 zł?  To pytanie ludzi nurtuje chyba od zawsze i zawsze wzbudza kontrowersje. Podręczniki makroekonomii nie dają na to bezpośredniej odpowiedzi. W tychże opasłych tomach nie istnieje zróżnicowanie zawodów. Wynagrodzenie jest konsekwencją przydatności rynkowej. Istotna jest zmiana wynagrodzenia średniego, mediany czy na poszczególnych odcinkach rozkładu decylowego wynagrodzeń w relacji do innych makroekonomicznych parametrów ze szczególnym uwzględnieniem parametrów przedstawiających sytuację finansową przedsiębiorstw. Nie istnieje problem wynagrodzeń pracowników budowlanych, nauczycieli czy bankowców. Z makroekonomicznego punktu widzenia jesteśmy tylko zbiorowością. Pozornie wszystko jest proste w kwestii wynagrodzeń z punktu widzenia ekonomii wolnorynkowej. Pracownicy są wynagradzani wg wartości rynkowej, a mechanizm wolnorynkowy pomaga określić znaczenie i udział poszczególnych sektorów w gospodarce. Biorąc te pozornie proste zasady pod uwagę, problem właściwego wynagrodzenia nie powinien istnieć i w zasadzie nie powinno być z tym problemu.

Tu na chwilę przerwę rozważania i przedstawię co jest przyczyną poświecenia na nie czasu. Otóż analityk ekonomiczny X z banku Y ( kto chce znać więcej niech sięgnie do „Parkietu” z 22.02.2008 r., „W kolejce po podwyżki płac”) podjął temat presji na wzrost wynagrodzeń kilku grup zawodowych w dość charakterystyczny dla makroekonomistów sposób. Podam oddające ideę artykułu dwa cytaty:

„Ci, którzy ustawiają się w kolejce po wyższe płace, świadomie lub nie ustawiają się także w kolejce po droższy kredyt (nie tylko dla nich, ale także dla ich pracodawców)”. „Pamiętajmy, że wspomniane grupy zawodowe (MŻ –  autor zdanie wyżej wymieniał celników, pielęgniarki i pocztowców) należą do grona osób, które mało oszczędzają – dodatkowy dochód (o ile rzeczywiście go wywalczą) prawdopodobnie przeznaczą na konsumpcję, dodając znowu kilka miliardów w postaci zagregowanych wydatków”.

To do zasady, nie neguję słuszności tych stwierdzeń. Z makroekonomicznego punktu widzenia faktycznie przedłużająca się presja na wynagrodzenia powoduje przykre konsekwencje dla inflacji i ceny pieniądza. Również prawdą jest że znaczne podwyżki o szerokim zasięgu (np. dla setek tysięcy osób) dla grup o niskich dochodach powodują impuls popytowy o przykrych dla gospodarki konsekwencjach. Chodzi tu o sytuację, kiedy ktoś z wynagrodzeniem netto 1000 zł dostaje np. 400 zł dodatkowo. Niemal natychmiast taka osoba uzupełnia wyposażenie gospodarstwa domowego lub wymienia na nowe.

Wracając do rozważań, przyjmują konwencję nieco romantyczną, bo – jak wyżej wspomniałem – prawa ekonomii bywają twarde. Granicą rozważań o niedopłaceniu niektórych grup zawodowych opłacanych z budżetu czy emerytów są niestety pochodną możliwości budżetu i obciążania innych grup zawodowych czy przedsiębiorstw (mowa o stronie wpływów budżetowych). Niemniej warto sobie powiedzieć parę rzeczy. Mam tu na myśli problem, i to poważny moim zdaniem, z podejściem do kwestii wynagrodzeń w gospodarce wśród makroekonomistów (przynajmniej tych którzy chętnie przedstawiają swoje zdanie w mediach), którzy stoją na tym tematem jakby okrakiem. Z jednej strony chcą się wypowiadać w tej kwestii, a z drugiej nie chcą przyznać się do pewnej nieporadności oraz tego że problemy z ustalaniem wynagrodzeń w gospodarce wymagają poważnej wiedzy o poszczególnych sektorach, czyli ekonomik branżowych.

Jak wyżej wspomniałem, teoretycznie problemu wynagrodzeń nie powinno być w gospodarce wolnorynkowej, ponieważ obiektywne mechanizmy ekonomiczne w naturalny sposób powinny regulować wielkość wynagrodzeń. Jednak dochodzimy do miejsca kiedy teoria ekonomiczna nie daje żadnych wskazówek. Decyzją społeczeństwa i z powodów nawet czysto  obiektywnych mamy w gospodarce sektor państwowy. Społeczeństwo jest zgodne co do tego że chcemy mieć silnie upaństwowiony sektor edukacji, ochrony zdrowia, obrony i bezpieczeństwa oraz administrację państwową. To ogromna rzesza ludzi których wynagrodzenia trudno ustalić za pomocą naturalnego mechanizmu rynkowego. W naszych warunkach wynagrodzenia tej grupy ludzi są wypadkową porównań z sektorem prywatnym, możliwości budżetowych oraz sytuacji na rynku pracy. Wbrew pozorom, ustalenie wynagrodzeń w sektorze prywatnym/skomercjalizowanym również nieco odbiega od podręcznikowego ideału. Można porównać przykładowo wynagrodzenia w sektorze paliwowym, bankowym czy elektroenergetycznym z innymi sektorami należącymi do sektorów prywatnego czy państwowego, podobnych  w rozumieniu wymaganych kwalifikacji pracowników i skali skomplikowania procesu wytwarzania dobra czy usługi. Tutaj problemem jest efekt skali i znaczenie sektorów dla gospodarki. W tych sektorach znacznie łatwiej ustalić wyższe wynagrodzenia i przerzucić ich koszt na otoczenie gospodarcze. Inaczej też reagują wynagrodzenia w okresie koniunktury gospodarczej. Pracownicy sektorów od których gospodarka jest uzależniona, na ogół szybciej otrzymują podwyżki i wcale nie musi to być uzależnione od faktycznego wzrostu wydajności. Pracownicy opłacani z budżetu natomiast mają wynagrodzenia ustalane w znacznym stopniu na bazie wskaźników indeksacyjnych, których wielkość jest ewentualnie korygowana z pewnym opóźnieniem co wywołuje niejednokrotnie ostrą reakcję tych grup i posuwanie się do irracjonalnych żądań. Zaznaczam że tym tekstem nie zamierzam usprawiedliwiać wszystkich żądań grup które przedstawiły w ostatnich miesiącach swoje oczekiwania, bo większość z nich jest niepoważna czy tez po prostu głupia, czemu nie raz dawałem już wyraz na swojej stronie.

Wskazane wyżej mankamenty mechanizmu ustalania wynagrodzeń oraz naturalne ograniczenia budżetowe powoduję jednak że w efekcie mamy do czynienia z nierównomiernym rozłożeniem profitów i kosztów w gospodarce. Wystarczy przejrzeć zmiany wynagrodzeń z minionych kilkunastu latach, by zauważyć które grupy zawodowe łatwiej/częściej „załapują” się na profity z tytułu koniunktury, a które nie.

Wolałbym więc, żeby prezentujący chętnie w mediach swoje poglądy makroekonomiści głębiej wnikali w problematykę mechanizmów kształtowania wynagrodzeń niż zbywali je w zaprezentowany wyżej sposób (patrz: załączone wyżej cytaty). Temat łatwy nie jest i powiem nawet, że biorąc pod uwagę społeczne znaczenie wielu zawodów, rzetelne wynagrodzenie jest w 100% niemożliwe. By być lepiej zrozumianym podam taki przykład. Ponad dwa lata temu byłem na obligatoryjnym szkoleniu BHP, gdzie miałem okazję wysłuchać młodego lekarza z pogotowia ratunkowego. Dlaczego człowiek od którego wiedzy i umiejętności podjęcia błyskawicznych decyzji zależy ludzkie życie i zdrowie, zarabia mniej ode mnie, czyli pracownika bankowości ? Od razu zaznaczam że po zapoznaniu się z dokładnymi danymi przedstawiającymi problemy służby zdrowia, tłumaczenie typu „bo służba zdrowia musi być zreformowana” jest tylko wybiegiem osób mających co najwyżej skromne o tym pojęcie.

Podejście zaprezentowane w cytowanych zdaniach powoduje, że niektóre grupy zawodowe czy społeczne będą częściej traktowane jako szkodliwe z punktu widzenia ryzyka destabilizacji równowagi makroekonomicznej, tylko dlatego że ułomny mechanizm kształtowania wynagrodzeń będzie je spychał na koniec kolejki. Wolałbym żeby ekonomiści nieco bliżej przyjrzeli się przykładowo mechanizmom indeksacyjnym, finansowaniu służby zdrowia itd. Sądzę że bliższe zapoznanie się z problematyką wynagrodzeń wśród ekonomistów, zaowocowałoby ciekawymi rozwiązaniami chociażby na potrzeby negocjacji w Komisji Trójstronnej. Pozostawanie na pozycji doktrynalnej i na wysokim poziomie abstrakcji powoduje moim zdaniem zmniejszenie autorytetu tego środowiska. A szkoda bo będzie on jeszcze nie raz potrzebny. Jak na razie to jest kiepsko. Makroekonomiści szerokim łukiem omijają temat wynagrodzeń bądź sądzą, że ekonomiście wyznającemu wolnorynkowe zasady w gospodarce, nie wypada nawet zgłębiać się w problematykę ustalania wynagrodzeń w sektorach państwowych. Artykuł, fragmenty którego przytoczyłem, jest świetnym przykładem. Wcale nie oczekuje znalezienia złotego środka, który wprowadzi powszechną sprawiedliwość o ile coś takiego w ogóle istnieje. Nie wyobrażam sobie również, ani tego nie sugeruję, tworzenia kolejnego wcielenia „popiwku”, czy innego rozwiązania obciążającego wynagrodzenia jednej grupy zawodowej i przekazywania tych środków innej. Sądzę jednak, że środowisko makroekonomistów ma możliwość narzucenia uczestnikom sporu publicznego (politycy, publicyści i protestujące środowiska) o wynagrodzeniach, radykalnie wyższy poziom. Inaczej spory o wynagrodzenia będą wyglądały tak jak obecnie i cały problem nadal pozostanie na barkach polityków.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wybrane elementy podaży pieniądza w I 08

Dawno już nie pisałem o elementach podaży pieniądza, a pojawiło się parę ciekawostek. Pogorszeni e sytuacji na giełdzie spowodowało gwałtowny skok wartości depozytów zgromadzonych przez gospodarstwa domowe. W styczniu w porównaniu w grudniem wartość depozytów wzrosła nominalnie o 5,1%. W ciągu ostatnich dziesięciu lat to największy skok jaki miał miejsce w ciągu jednego miesiąca. Do tej pory jedynie na grudzień przypadały wzrosty o zbliżonej wartości, tzn. pomiędzy 4,3% a 4,7% w latach 1997, 1998 i 2007. Wyjątkowy przyrost depozytów możemy obserwować od listopada ubiegłego roku, ale mimo wszystko wartość osiągnięta w styczniu trudna była do przewidzenia przed końcem roku. Naturalnym tłumaczeniem jest wzrost zainteresowania lokatami bankowymi i instrumentami opartymi na nich wskutek spadku atrakcyjności giełdy jako miejsca lokowania oszczędności. Nie bez znaczenia jest stale poprawiana oferta. Ostatnim rynkowym hitem jest lokata w PKO BP z 6%, której niezbyt rzetelna reklama zwróciła uwagę KNF. I dobrze. Niemniej od kilku- kilkunastu tygodni, Polacy co i rusz natykają się na oferty lokat z oprocentowaniem od 5% do 6%. Tradycyjnie zachęcam do dokładnej lektury produktów i przypominam, że inflacja przekroczyła w styczniu już 4%. Wzrost oszczędności na rachunkach bankowych znacznie poprawił statystyczny wygląd tej pozycji. W II połowie ubiegłego roku roczna realna dynamika depozytów gosp. domowych oscylowała w przedziale od 5% do 7%. Tymczasem w styczniu wartość ta doszła do 10%.

Nie stawiam nawet pytanie o wyjątkowość stycznia w lokatach bankowych, bo każdy kto ma kontakt z mediami, wie że z giełdy wyciągano niemal w atmosferze paniki miliardy złotych. Wg Analiz Online, z rynku TFI inwestorzy wycofali ponad 11 mld zł z czego część (co najwyżej 30%) przeniesiono do banków i w inne bezpieczne dla wartości pieniądza miejsca, by tylko uciec jak najdalej od rynku akcji. W styczniu wartość depozytów gospodarstw domowych powiększyła się aż o 13,5 mld zł. Z tego przynajmniej 2/3, moim zdaniem, to dodatkowe pieniądze pochodzące głównie z giełdy i innych inwestycji obarczonych dużym ryzykiem. Dla banków te pieniądze to fantastyczny prezent na sfinansowanie przyrostu kredytów. Dodatkowa kwota niemal 9 mld zł, odpowiada przyrostowi akcji kredytowej dla przedsiębiorstw w ciągu jednego kwartału.

Tymczasem w przedsiębiorstwach sytuacja zupełnie inna. Wartość środków na kontach bankowych spadła w styczniu o 2,5% w porównaniu z grudniem. Ponieważ roku temu było niemal dokładnie odwrotnie, to roczna realna dynamika tychże środków z prawie 25% na początku ubiegłego roku, spadła do prawie 5%. Czy wobec tego dzieje się coś złego? Moim zdaniem absolutnie nie, z małą jednak uwagą. Już w ubiegłym roku zwracałem uwagę, że kończy się powoli etap rozwoju oparty polskich przedsiębiorstw oparty na własnych zasobach finansowych. Te, jak widać, są w coraz większym stopniu angażowane w procesie finansowania aktywów obrotowych. Bodaj w ostatniej analizie wyników finansowych przedsiębiorstw zwracałem też uwagę, że dość szybko przyrasta wartość zapasów i przedsiębiorstwa nie równoważą tego zobowiązaniami handlowymi. O ubiegłego roku, dla prowadzenia bieżącej działalności, podmioty angażują nagromadzone nadwyżki finansowe i chętniej sięgają po kredyty. Nie ma w tym jeszcze nic złego. Należy pamiętać, że to zgromadzone nadwyżki były dość duże. Inna rzecz jest w zapasami, ale powrócę do tego tematu po opublikowaniu wyników przedsiębiorstw za IV kw ubiegłego roku. Przyrost zapasów wskazywał, że część firm nieco przeszacowała swoje tempo rozwoju.

O akcji kredytowej można powiedzieć, że trwa w najlepsze. Już pod koniec ubiegłego roku roczne tempo wzrostu przestało przybierać na sile i dla przedsiębiorstw stabilizuje się na poziomie 22% (wartość po urealnieniu wskaźnikiem cenowym) a dla gosp. domowych – ok. 30%. Nie można wykluczyć, ze w tym drugim przypadku możemy obserwować lekki spadek dynamiki w najbliższych miesiącach. Wzrost zapotrzebowania na środki finansowe w przedsiębiorstwach, o którym wspomniałem wyżej na pewno zapewni pracę bankowcom na kilka kwartałów.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

O co ten zgiełk

Wypowiedź Witolda Kozińskiego dotycząca ewentualnej konieczności interwencji walutowej na rynku wywołała spore reperkusje w postaci komentarzy i zmian ceny złotego. W tym drugim przypadku, analitycy tak przynajmniej twierdzą. Złoty w rozumieniu koszyka osłabił sie w piątek o 1%, co jest ruchem dość znacznym. Niemniej zanim wszystko zrzuci się na W.Kozińskiego, warto pamiętać że w ostatnich tygodniach rynek walutowy w kraju notował już osłabienia waluty w przedziale od 0,5% do 0,7%. Można jednak powiedzieć, że prof. Kozinski przyczynił sie do osłabienia złotego w wyniku …… No właśnie, dokładnie w wyniku czego. Poniżej podaję fragment wywiadu z 8-go lutego, który wywołał małe zamieszanie. Warto dodać, że wypowiedź profesora Kozińskiego może i by przeszła bez echa, gdyby nie to że został on przedstawiony jako kandydat na wiceprezesa NBP w dość nieprzyjemnym okresie (spór kompetencyjny w NBP).

Cezary Szymanek z Radia PiN (CS): Jeżeli złoty będzie się nadal umacniał, to co wtedy?Witold Koziński (WK): Może być kłopot.CS: Jak duży?WK: To jest właśnie pytanie, które dręczy niejednego analityka. Może być kłopot. Jak duży? To zależy od tego, jak bardzo umocni się złoty, czy przekroczy tę granicę odporności polskiego eksportu czy nie.CS: Gzie pan widzi ową granicę, na jakim poziomie się rysuje? WK: Też trzeba by zapytać analityków. Ja sądzę, że 3, 40- 3 , 45 zł za euro to jest to, co jeszcze eksport polski może wytrzymać.CS: Gdyby w takim razie złoty spadł poniżej tej granicy, to pan wkracza do akcji?WK: To są kompetencje RPP, ja mogę tylko radzić.CS: A co by pan w takim razie doradził?WK: Z tego, co pamiętam jako były wiceprezes NBP jeszcze w latach 90., zadaniem zarządu, który wówczas prowadził politykę pieniężną, było godzenie kontroli inflacji ze wzrostem gospodarczym, ta myśl, ta idea mnie nie opuszcza. Jeżeli miałoby być tak, że eksport będzie słabł, czyli ta noga, na której opiera się wzrost ( jedna z trzech nóg: konsumpcje, inwestycje, eksport ) miałby być osłabiony, no to trzeba by jednak coś zrobić, żeby eksport chronić, chroniąc w ten sposób wzrost.CS: Czyli konkretnie, panie profesorze, jeżeli złoty spada poniżej owej bariery, to wtedy co, jaka reakcja?WK: RPP nie wyklucza interwencji walutowych, aczkolwiek… CS: A pan by ją doradzała, dobrze rozumiem?WK: To zależy od sytuacji. W każdym razie nie można wykluczyć takiej interwencji.

Być może zdziwienie wywołały również słowa dotyczące przyjęcia euro, po usłyszeniu których wiadomo że profesor Koziński z pewnością nie mieści w tzw. poprawności. Przez poprawność rozumiem poglądy liberalniejszych ekonomistów, którzy już wyrażanie nawet skromnych wątpliwości dotyczących jak najszybszego przyjęcia euro, uważają za nieprzyzwoitość.

W przytoczonym fragmencie wywiadu zwróciłbym uwagę na dwie kwestie. Uwaga profesora o latach 90-tych może wskazywać, że jest on zwolennikiem polityki może nie tyle wspierania PKB, co szukania kompromisu pomiędzy inflacją a wzrostem gospodarczym (godzenie kontroli inflacji ze wzrostem gospodarczym, ta myśl, ta idea mnie nie opuszcza). Na tle sporu o role RPP i polityki pieniężnej, profesor Koziński lokuje się jako tzw. gołąb. Obawiam się, że m.in. z tego powodu może go jeszcze spotkać spora krytyka i posądzenie o podzielanie poglądów prezesa NBP. Ja na ten spór patrzę jak na dyskusję akademicką, ale obawiałbym się poświęcania inflacji w imię utrzymania wysokiego tempa PKB. Obawiam się, że jeszcze musimy poczekać kilka-, kilkanaście lat by na poważnie powrócić do dyskusji o wyborze (częściowej średnioterminowej sprzeczności) PKB czy inflacja. Nawiązanie do lat 90-tych trochę mnie dziwi, ponieważ realia prowadzenia polityki pieniężnej są obecnie zupełnie inne. W latach 90-tych daleko nam było do kursu płynnego ustalanego przez rynek. Przy kursie pełzającym, a potem wyznaczonych w granicach wahań, faktycznie próbowano szukać kompromisu pomiędzy inflacja o koniunkturą.

Nie razi mnie natomiast wypowiedź dotycząca interwencji. Zresztą z wypowiedzi wynika, że profesor Koziński dostrzega problem mocnego złotego, tak jak i inni ekonomiści. O interwencji wspomina jako o możliwości ze skromnego arsenału działań RPP. Przepisy wspominające o polityce pieniężnej, nie zawierają zakazu interwencji walutowej w celu innym niż związanym z inflacją. Pewnym problemem może być jedynie brzmienie założeń polityki pieniężnej na 2008 r.

Interwencje walutowe

Instrumentem polityki pieniężnej, który może zostać wykorzystany przez NBP są interwencje na rynku walutowym. W gospodarce polskiej zmiany kursu walutowego wywierają istotny wpływ na inflację. Mogą tym samym zaistnieć okoliczności, w których NBP zadecyduje, że dążenie do stabilizowania inflacji wymaga dokonania interwencji na rynku walutowym.”

W ten sposób precyzyjnie określono kiedy RPP byłaby skłonna przeprowadzić interwencję. Z samym progiem opłacalności eksportu (tzw. wartością kursu poniżej której eksport staje się nieopłacalny) trudno się nie zgodzić. Wskazują na to zarówno badania przeprowadzane przez NBP („Informacja o kondycji przedsiębiorstw…) jak i analiza makroekonomiczna. Niemniej obydwie metody wskazują pewien zakres wartości kursu, przy którym zakłada się iż zawiera próg opłacalności. Analiza wyników badan sondażowych prowadzonych przez NBP wskazuje, że przedsiębiorcy nieco subiektywnie wskazują kurs progowy. Widać silny związek wskazań z bieżącym (sytuacja w chwili przeprowadzania sondażu) kursem oraz niski związek ze zmianami wydajności w gospodarce, które amortyzowały wzmocnienie złotego. Niemniej wskazany próg można przyjąć, przy niewielkim błędzie, za trafny. Faktycznie od kilku kwartałów mamy do czynienia z procesem poważnego umacniania się złotego. Jak dotąd nasi przedsiębiorcy jednak świetnie sobie z tym radzili. Problem faktycznie może się silniej pojawić, kiedy złoty nominalnie dalej by się umacniał. Na razie na to się nie zanosi.

Z interwencją obecnie problem jest taki, że byłaby ona raczej nieskuteczna i utrudniłaby wysiłki na rzecz powstrzymywania inflacji. Ponadto obecny poziom złotego ma silne uzasadnienie fundamentalne, przynajmniej do czasu kiedy rynek nie zacznie się martwić o nasz deficyt obrotów bieżących lub nie zacznie się coś przykrego na rynku finansowym.

Tym którzy cytowaną wypowiedź uważają za nietakt, przypomnę również że profesor Koziński jest kandydatem na wiceprezesa i nie wchodzi w skład RPP. Moim zdaniem więc nie ma się czego obawiać.

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wybrane wydarzenia z rynku TFI w styczniu

Z powodu kiepskiej sytuacji na giełdzie krajowej i zagranicznych, TFI zaczęły promocyjną sprzedaż, zachęcając kupno jednostek bez prowizji przy zakupie. Mniej więcej może to więc być nawet połowa kosztów zawiązanych z inwestycją. Taką promocję, obejmującą cały styczeń, zaproponowało TFI AIG. TFI AIG w miarę dynamicznie rozwijało się do połowy ubiegłego roku. Od tego czasu udział rynkowy oscyluje od 2% do 2,4%. To normalna i szybka reakcja na sytuacje rynkową. Ok. 4% (średnia opłata dystrybucyjna dla wszystkich  TFI przy zakupie fundusz akcji) na „wejściu” to kusząca propozycja. AIG w podstawowych typach funduszy ma bardzo interesujące wyniki, czyli powodem nie jest lęk przed gwałtownymi wypłatami, co i tak groziło wszystkim funduszom, ale szybka reakcja na sytuację rynkową.

Wyjątkowo silne spadki i przełom roku zachęcają zarządzających do stawiania prognoz. Pioneer Pekao Investment Management wskazuje na wzrost WIG20 o 10-15%. Taki wzrost dla głównych wskaźników podaje większość analityków. Wartości te były już podawane w I dekadzie stycznia, co wobec dalszych spadków na giełdzie wymaga korekty. Od tego czasu do chwili obecnej WIG i WIG20 spadły o prawie 10%. Oznaczałoby to, że wskazane wskaźniki powinny wzrosnąć o 20-25%, co jest już atrakcyjną stopą zwrotu. Jednak w kolejnych tygodniach, jeżeli już ktoś podawał prognozę to pozostawał przy wartościach 10-15%. Być może 25% brzmi nieco ambitnie, ale są spore szanse że obydwa główne indeksy wzrosną o 15-20%.

Dla TFI najistotniejszy jest oczywiście potencjał rynku, czyli napływ nowych środków. Wg UniCredit bilans umorzeń i zakupów jednostek wyniesie 15 mld zł. Przypomnę tylko, że wartość ta dla lat 2005, 2006 i 2007 była następująca: 18,5; 26,7 i 30,5 mld zł. Warto pamiętać, że działo się to przy średniej rocznej dynamice (notowanej w grudniu) ok. 30%. 15 mld zł wydaje się być wartością realną, chociaż trudności nastręcza pytanie czy ta prognoza obejmuje ogromne umorzenia w styczniu tego roku. Dokonam pewnego uproszczenia i przyjmę że chodzi o pozostałe miesiące roku. Trudniej mi się natomiast zgodzić z sugestią, że tylko 25% tej kwot przypadnie na warszawską giełdę. Czyżby resztę miały przejąć zagraniczne fundusze lub struktury? Wg prognoz prezesa PKO TFI, rynek wzrośnie o 10-20 mld zł ze 134 na koniec 2007, co oznacza sięgniecie 150 mld zł. Wg Analiz Online, w styczniu rynek spadł do 112,6 mld zł, wskutek spadku cen akcji i wypłacie 11 mld zł. Dojście z tej pozycji do 150 mld i przy założeniu podanego przeze mnie wzrostu indeksów, oznaczałoby mniej więcej napływ prawie 20 mld zł (saldo umorzeń i wpłat) do końca roku. Oceniłbym to jako wariant stosunkowo pozytywny, ale nie niemożliwy. Coraz ciekawsza oferta rynkowa dla posiadaczy wolnych środków, może przyciągnąć nowych lub utrzymać dotychczasowych inwestorów.

TFI Skarbiec stworzył ciekawy, jak się wydaje, produkt. Piszę „jak się wydaje”, ponieważ trudno mi znaleźć nawet na stronie tegoż TFI dokument, informację, która by na poziomie prospektu emisyjnego przedstawiła fundusz Skarbiec Rynku Nieruchomości II FIZ. Inicjatywa zdaje się być swietnym pomysłem. Łączy możliwość inwestowania w nieruchomości z inwestowaniem bezpośrednim. Wg autorów pomysłu, fundusz będzie pozyskiwał pieniądze pod konkretne projekty. Nie ma więc tego co dominuje na naszym rynku, czyli fundusze nieruchomości inwestujące w akcje podmiotów zwiazanych w tym rynkiem lub jednostki innych funduszy nieruchomości. Jeszcze rok temu ogromna popularność tych funduszy prowadziła nie tyle do inwestowania w rynek nieruchomości, co pewnego rodzaju loterii kto zdąży zarobić na wzroście jednostek. Niestety produkt kierowany jest dla inwestorów instytucjonalnych. Dotychczasowe wyniki funduszy nieruchomości prowadzonych przez Skarbiec, wskazują że warto się to ofertą zainteresować oczywiście po dokładnym przeczytaniu prospektu.

Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na sprzedaż na terenie Polski funduszu Schroder International Selection Fund, co oznacza automatycznie zgodę na sprzedaż aż 101 subfunduszy. Oznacza to że dopuszczonych do sprzedaży w Polsce jest aż 540 funduszy zagranicznych. Oferta obejmuje szereg giełd, aż po Australię. W ofercie jest sporo funduszy, jak ja to nazywam, „tematycznych”, czyli koncentrujących się na podmiotach które łączy niekoniecznie branża a inna wspólna cecha. Jak podały źródła jest w tej grupie funduszy fundusz inwestujący w firmy obniżające emisję dwutlenku węgla. Niestety wspomniany nie jest dla drobnych ciułaczy. Pierwsza wpłata to min. 1 tys. euro lub dolarów.

Przedstawiona powyżej oferta zagraniczna nie musi przyprawiać o zawrót głowy, jeżeli chodzi o zasięg/liczbę udostępnionych rynków. TFI Pioneer Pekao w styczniu wprowadził na rynek subfundusz Akcji Europy Wschodniej w ramach Pioneer FG SFIO. Fundszu wprawdzie ma nabywać jednostki innych funduszy z rodziny Pioneer, ale dzięki temu inwestorzy będą mogli dotrzeć przykładowo do rynków państw leżących na południu Europy, jak Słowenia, Chorwacja, Grecja, Macedonia czy Albania. Pierwsza wpłata wynosi wprawdzie 1 tys. zł (kolejna 0,5 tys. zł), ale sądzę że warto przynajmniej skromną część kapitału ulokować w krajach które się dynamicznie rozwijają lub wkrótce zaczną. W kręgu zainteresowań funduszu są kraje określane jako niestabilne politycznie, dlatego nie należy inwestować w omawiany fundusz zbyt dużych pieniędzy a w rozumieniu struktury portfela i traktować inwestycję jako kilkuletnią.

Na rynku pojawi się kolejne TFI. Firma DFP Doradztwo Finansowe z Łodzi utworzy własne TFI, a sprzedaż jednostek planuje na II połowę tego roku. Firma historie ma dość krótką na rynku doradztwa i rynku finansowym, ale skład kadry i prężne działanie (m.in. oczekują już na licencję domu maklerskiego) wskazuje że powinni sobie poradzić. Zresztą uwaga o historii nie powinna być traktowana jako minus, bo w ostatnich kilku latach powstało wiele firm które świetnie sobie radzi na rynku (np. DM Secus z Katowic). Zresztą również i w tym przypadku podstawową kadrę tworzą osoby z praktyką na rynku finansowych. Planowana na luty emisja akcji na rynku New Connect pozwoli przybliżyć podmiot szerszemu gronu inwestorów.

Swego czasu trochę pokrytykowałem tworzący się TFI Quercus, więc teraz uprzejmie donoszę że prezes tegoż towarzystwa nie będzie już musiał samodzielnie pisać analiz rynkowych, bo prowadzona rekrutacja zaczyna przynosić efekty. Zresztą w Warszawie nie jest to chyba problemem, pod warunkiem że zaoferuje się wynagrodzenia przekraczające wartości rynkowe. „Ssanie” na rynku widać i po tym, że od poprzedniego roku w prasie i na stronach head hunterów pojawia się coraz więcej ofert dla analityków, maklerów czy doradców inwestycyjnych.

Forum TFI zamierza w tym roku podwyższyć zarządzany portfel z 0,6 mld zł do 1,5 mld zł. Forum TFI otrzymało zgodę na działalność w marcu ubiegłego roku i ma siedzibę w Krakowie. A tak swoją drogą rozwój gospodarczy przyczynił się do powstawania instytucji związanych z rynkiem finansowym poza Warszawą. Mamy już Łódź, Katowice czy Wrocław.  Forum TFI chce się skupić na funduszach zamkniętych aktywów niepublicznych oraz sekurytyzacji. Zwracam na to wagę, ponieważ tak znaczny wzrost aktywów na obecnym rynku można uzyskać w zasadzie tylko poprzez ofertę niestandardowych ale interesujących rozwiązań finansowych nie wymagających szerokiej sieci detalicznej dla dystrybucji. Niestety strona internetowa firmy jest dość skromna, chociaż schludna. Trudno się czegoś więcej dowiedzieć, gdyż informacje o funduszach są dostępne po wpisaniu haseł, a o firmie mają świadczyć wycinki z prasy. Nawet jeżeli Forum zamierza się skupiać na bardzo zindywidualizowanych funduszach, to warto pokusić się o większą jawność.

Ambitne plany ma również Skarbiec TFI. Zamierza w tym roku zwiększyć wartość zarządzanych aktywów z 4,8 mld zł. do 6,5 mld na koniec roku. Oznacza to skok o 35%, czyli o wartość zbliżona do wyniku  z 2007 roku. Skarbiec ma dość szeroką paletę produktów charakterystyczną dla większych TFI ale i bardziej wysublimowane fundusze. Skarbiec to dość charakterystyczne towarzystwo z – przepraszam za określenie – II ligii. Mowa o dużej grupie TFI które mają po kilka procent udziału w rynku i mają ochotę konkurować z największymi, ale nie stronią od rozwiązań stosowanych przez mniejsze towarzystwa, czyli niszowych funduszy albo funduszy, skierowanych wskutek konstrukcji oferty, do ograniczonej grupy inwestorów. Słowa prezesa Skarbca (Bogusław Grabowski): „Rozwijamy ofertę systemowo. Nie uruchamiamy funduszy, by trafić w to, co chwilowo modne, lecz by wypełnić spektrum możliwości inwestycyjnych. Będziemy uruchamiać kolejne fundusze sektorowe, ale tylko wtedy, gdy uznamy, że sektor jest wystarczająco jednorodny i ma duży potencjał wzrostu", brzmią bardzo rozsądnie. Niemniej łatwo nie będzie. Ponad 30% w roku ubiegłym to nic nadzwyczajnego bo o tyle wzrósł cały rynek. 35% na ten rok wskazuje na oczekiwanie wyniku ponadprzeciętnego, o co może w tym roku być trudno. Niemniej plan, jako to plan, zawsze stawia ambitne cele.

W opracowaniu wykorzystano materiały firmy Analizy Online oraz własne.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Faktycznie, podyskutujmy o tym do czego dążymy

Chciałbym polecić przedwczorajszy tekst Jacka Żakowskiego w Rzeczpospolitej, pod tytułem „Zwołajmy polski szczyt” (http://www.rp.pl/artykul/89572.html) . Niejednokrotnie w swoich tekstach zwracałem uwagę, że świat publicystów zajmujących się komentowaniem codziennych wydarzeń z życia społeczno-politycznego, unika dyskusji o modelu gospodarczym Polski. Owszem, zdarza się że znany z mediów dziennikarz poruszy taki czy inny temat, ale na ogół jest to tylko wyrwany fragment polskiej rzeczywistości. Publicyści kształtujący nasze postrzeganie świata znacznie chętniej toczą spory bardziej natury politycznej czy historyczno-rozliczeniowej niż ekonomicznej. Jeśli już, to jako wątki ekonomiczne bezceremonialnie sprowadzane na podłoże polityczne. Ot wystarczy spojrzeć na spór o służbę zdrowia czy najnowszy hit medialny TVN24, czyli aferę gazową. W pierwszym przypadku jest to wzajemnie przerzucanie się oskarżeniami o niskiej wartości merytorycznej, w drugim – kiepski materiał dziennikarski próbujący wmówić widzom że handel gazem prowadzą podejrzane typy w zaciszach nie mniej podejrzanych kawiarenek. Swoją drogą rynek gazu coś nie ma szczęścia do rzetelnego przedstawienia go w programach publicystycznych.

Wśród publicystów nadających ton medialnym debatom, widać skłonność jedynie do przedstawienia kształtującego się ustroju gospodarczego przez pryzmat afer i podejrzeń niż niezwykle trudnych sporów społecznych i koniecznych wyborów, których ktoś dokonać musi. Od kilkunastu lat kształtujemy nasz model gospodarki wolnorynkowej. Wpływ na to mają naturalne prawa ekonomiczne, na bieżąco i doraźnie rozwiązywane problemy, wydarzenia rozgrywające się w kraju i za granicą, ale i społeczeństwo które uczestniczy w wyborach czy bezpośrednio (strajki) przedstawia swoje oczekiwania. Kształtujący się na bieżąco polski model gospodarki wolnorynkowej wydaje się chwilami być pozostawiony samemu sobie lub jest przedmiotem dyskusji tylko w części środowisk ekonomicznych.

Tymczasem gospodarka wolnorynkowa, to trudne wybory i sprzeczne interesy wielu grup społecznych. Opowiedzenie się za takim czy innym modelem gospodarczym, to wbrew pozorom trudniejsze dla publicystów niż polityczne spory na zupełnie już czasami wyimaginowane problemy. Każdy deklaruje sympatie dla pielęgniarek, ale mało kto ma odwagę powiedzieć że oczekiwania 3 tys. zł dla początkującej pielęgniarki to nonsens.

Na tekst Jacka Żakowskiego zwróciłem uwagę, bo jest to próba wzniecenia takiej dyskusji w polskich mediach. Jak na razie nie widzę jednak by ktoś chciał ją kontynuować, ale poczekajmy kilka tygodni.

„Przez blisko 20 lat najważniejsze decyzje podejmowano zwykle z zaskoczenia. Najpierw ważono projekty w ciszy gabinetów, a potem bach! Uchwalano ustawę i wprowadzano ją w życie, często stosując rozmaite fortele. Na przykład projekty rządowe zgłaszano jako poselskie, żeby uniknąć wymaganych przez prawo konsultacji. Politycy wierzący w „wiedzę””

To nie tak. Uważam że autor mocno przesadza. Moim zdaniem większość zmian nie mogła być zaskoczeniem, bo była dyskutowana w mediach. Nie da się tak po prostu ukryć w Polsce dyskusji o sposobach przekształceń w elektroenergetyce  i skutkach społecznych (uwolnienie cen) tego faktu. Reforma służby zdrowia również jest jak na widelcu dla ludzi się tym interesujących. Lada chwila dojdziemy do tego co będziemy mieli za obecną składkę, a co za dodatkowe ubezpieczenie. To nie będzie łatwa dyskusja. Dotychczas opieka zdrowotna była postrzegana jako kanon państwa opiekuńczego i sfera chroniona przed komercjalizacją. Zapowiadane zmiany mogą przynieść poważne w skutkach konsekwencje. Przykład? Wśród lekarzy istnieje podejrzenie że leczenie poparzeń tzw. integrą może być dostępne dopiero za dodatkowe ubezpieczenie. Przypomniałem akurat to, bo jeszcze pamiętamy jak w mediach w ubiegłym roku pokazywano kilkuletnia dziewczynkę z poważnym poparzeniem większości ciała leczoną właśnie tą metodą.

W powyższym zarzucie już szybciej zgodzę się że niektóre z działań podejmowano z wiary  w posiadanie najwyższej wiedzy, ale i tutaj autor powinien pamiętać że mamy demokrację i rządy są po to by rozwiązywać problemy bieżące i przyszłe w imieniu swoich wyborców i na miarę posiadanych środków.

„Tak zapadały także decyzje w sprawach, o których kandydaci nie zająknęli się przed wyborami. Za rządów PiS, ale z udziałem PO, zniesiono w ten sposób podatek od spadków i darowizn oraz zmniejszono składkę na ubezpieczenie rentowe.” Pisze w kolejnych zdaniach autor.

Poprzednia rząd i parlament mają na swoim koncie decyzje faktycznie podjęte ad hoc i bez głębszego przemyślenia, ale przykład ze składka rentowa nie jest chyba najlepszy. Od kilku lat narastał debata jak zmniejszyć klin podatkowy i dokonano tego. To czy czas i forma ulżenia przedsiębiorcom były najlepsze jest dyskusyjne, ale zaskoczeniem nie było. Już lepszy byłby przykład z tzw. podwójną ulgą na dzieci. Ma jednak auto rację, że zmiany w transferach budżetowych można było zrobić mądrzej i część pieniędzy przeznaczyć na służbę zdrowia.

Od lat, jeśli politycy nie mieli przed oczami widma bliskich wyborów lub brutalnej siły zorganizowanych mniejszości, urządzali świat, jak im się podobało. Uważali, że mają do tego prawo. Nawet na przekór wyraźnej większości. Tak zapadła np. decyzja o wysłaniu wojska do Iraku”

Poszedłbym o zakład, że dominująca część zmian i tak musiała być dokonana, a sprzeciw większości niestety, ale nie zawsze jest argumentem. To, na przykład, że Polacy w sondażach chcą jak najwięcej ( i jan największych) ulg podatkowych dla siebie i rodaków nie może oznaczać że politycy mają się na to zgodzić. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo ma nikłą wiedzę o makroekonomicznych problemach, więc niestety politycy muszą ryzykować kariery by podejmować niepopularne decyzje.

Większość wyborców dążyła zwykle do modyfikowania status quo, a władza wolała (co nie znaczy: realizowała) radykalne zmiany zgodne z tezami hegemonii neoliberalnej przebranej w kostium naukowej prawdy

To jeden z kluczowych tematów artykułu Jacka Żakowskiego – liberalizm, neoliberalizm. Daleki jestem od ślepego wyznawania liberalizmu i przyjmowania go bezkrytycznie jak wiary, ale z hegemonią neoliberalizmu nie mieliśmy do czynienia. Owszem, to co mnie martwi to fakt iż dla wielu ekonomistów i czasami polityków liberalizm jest tak naprawdę reakcją na brak wiedzy i doświadczenia w zrozumienia jakieś problemu społecznego oraz daje złudne poczucie posiadania wiedzy i rozwiązań na każdy problem.

Obniżanie podatków i deregulacja należały do neoliberalnej pewności. Podobnie prywatyzacja usług publicznych i wycofywanie państwa z zabezpieczeń społecznych. Teraz ortodoksyjni wyznawcy ogłaszają, że ta recepta nie działa. Nawet MFW przestrzega Polskę przed pochopnym obniżaniem podatków ..”

Mam wątpliwość na ile ten temat dotyczy Polski, a przytoczone myśli robią wrażenie trochę przebranych i mało reprezentatywnych. Autor powinien pamiętać, że udział wydatków publicznych w PKB nie lokuje nas bynajmniej w gronie liberalnych gospodarek a ewentualnego ich poważniejszego wzrostu (w rozumieniu % PKB) ja bym nie zalecał. Dyskusja może się więc toczyć na temat jak racjonalizować transfery budżetowe i kilka takich propozycji, z którymi mógłbym się zgodzić, autor w tekście podaje.

Czy w polskiej służbie zdrowia mamy do czynienia z kryzysem czy może z cudem? Przecież otrzymujemy dość nowoczesny system, płacąc kilkakrotnie mniej niż inni mieszkańcy Unii

To jedna z błyskotliwszych refleksji w tekście. Faktycznie, studiując materiały o przemianach w krajowej służbie zdrowia, jej stanie i tym co otrzymujemy, to powiem coś niepopularnego, ale rzeczywiście bliżej nam do cudu. Platformie nie uda się zrobić poważniejszego postępu bez dodatkowych pieniędzy na służbę zdrowia i zamiast głosować za zmniejszeniem składki rentowej, można było część tych środków przenieść na składkę zdrowotną.

„W Europie kontynentalnej Polska była od roku 1989 krajem najbardziej zapatrzonym w Amerykę i jej wizję świata. Nie możemy skopiować Ameryki, ilekroć jednak polscy politycy i popularni eksperci zabierają się do rozwiązywania zasadniczych problemów, większość z nich optuje za zbliżeniem do niej

Ja bym to ujął inaczej. To nie kwestia kopiowania Ameryki, ale uświadomienie sobie że funkcjonujemy w pewnym otoczeniu makroekonomicznym i skoro dołączyliśmy do globalizującego się świata, to niestety ale musimy przyjąć pewne warunki. Wprawdzie mimowolnie będziemy kopiować wzory zachodnioeuropejskie, ale na wiele stosowanych tam rozwiązać po prostu na nie stać.

„w jakim stopniu, skali i formie racjonalna jest wiara Jarosława Bauca i Witolda Gadomskiego w uniwersalną zbawienność prywatyzacji służby zdrowia”

Rzeczywiście to dobry przykład. Ostatnio w G.Wyborczej trafiłem na kilka tekstów wskazujących prywatne szpitale jako najlepszy przykład. Panował generalny zachwyt, a autorzy skrzętnie ukrywali że prywatna służba zdrowia w obecnej postaci opiera się niewydolności państwowej służby zdrowia i zabiegach nie wychodzących na ogół poza pojęcie „ambulatoryjny”. W najdroższych pakietach (800-1100 zł miesięcznie) jest możliwość konsultacji czy zabiegów (mocno przebranych), ale za ogromne pieniądze i za granicą lub konsultacje u krajowego lekarza. Jacek Żakowski większość swojego wnioskowania opiera  na – poniekąd dobrym – przykładzie służby zdrowia. Zapoznałem się niedawno z ofertą podmiotów prywatnych i państwowych (czyli to co mam za płaconą składkę). Oferta prywatnej służby zdrowia nie jest nadzwyczaj oryginalna, a do tego dość droga.

Nie sposób odnieść się do wszystkich argumentów zawartych w tekscie Jacka Żakowskiego, chociaż są tego warte i są faktycznie interesujące. Przejdę więc do myśli końcowej, czyli pomysłu autora co robić. Skoro mamy coś przedyskutować i podjąć decyzję, to ktoś i gdzieś musi tego dokonać. Ktoś musi podjąć decyzję i ustalić co jest mądre a co nie. Autor będąc rozczarowany parlamentem i komisją trójstronną, proponuje okrągły stół. Moim zdaniem to najsłabsza część zawartych przemyśleń. Nie potrafię sobie wyobrazić okrągłego stołu na temat modelu docelowego polskiej gospodarki. Wszyscy uczestnicy przedstawią swoje zdania i się rozejdą. Skuteczność okrągłego stołu sprzed niemal dwudziestu lat brała się z tego, że dyskusja publiczna, parlament czy komisja trójstronna, albo nie podjęłyby się tego zadania (zmiany ustroju społeczno-gospodarczego) wskutek swojej niereprezentatywności albo nie miały takich uprawnień bądź nie istniały. Po to by sobie podyskutować wystarczą media. Nie widzę powodu, by tak szybko odpuszczać parlamentarzystom i rezygnować z komisji trójstronnej.

Większość przedstawionych przeze mnie refleksji wskazuje pozornie, że nie zgadzam się z cytowanym gęsto autorem. To nie tak. Cieszę się, że ktoś zaryzykował rozpoczęcie takiej dyskusji i odważnie postawił pod publiczny osąd wiele słusznych, choć niepopularnych myśli. Obawiam się jednak że odzew będzie skromny. Polecam lekturę artykułu Jacka Żakowskiego.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rynek finansowy w styczniu 2008

Od czasu kiedy rozpocząłem swoją działalność internetową (blog), miniony styczeń to absolutnie najbardziej porywający miesiąc na rynkach finansowym. Ale tak naprawdę kryterium czasu prowadzenia bloga nie jest tu najlepszym kryterium. Wystarczyło czytać komentarze giełdowe w których przyrównywano wydarzenia z ostatnich tygodni do co większych korekt by nie powiedzieć krachów giełdowych. Drastyczna przecena akcji to również konsekwencja ryzyka recesji w USA.

A swoją drogą kusi mnie taka refleksja. Obcując z literatura ekonomiczną, czytając spierających się o detale makroekonomistów, wydawałoby się że o makroekonomii i rządzących nią prawidłowościach  wiadomo już wszystko. Że jedynym problemem jest tylko zmienność związków pomiędzy poszczególnymi kategoriami. A tu kolejna lekcja pokory. Jeszcze dwa kwartały temu prognozy tempa PKB na 2008 przekraczały 2,5%. Niedawno spojrzałem na prognozę OECD opublikowaną w grudniu, gdzie wzrost PKB dla USA na 2008 prognozowano na 2%, czyli wciąż dużo. Wg najnowszych prognoz nie ma jednoznaczności czy będzie recesja czy wzrost pomiędzy 0,5% a 1%. Ekonomiczne thing tanki wydają się przyjmować drugą wersję. Nie piszę tego by pokpiwać sobie z poważnych makroekonomistów z nie mniej poważnych instytucji międzynarodowych. Wręcz przeciwnie. Lubię po prostu roztaczać atmosferę zadumy nad ekonomią, co oczywiście powinno zachęcać do dalszego jej poznawania, ale i pewnej refleksji.

Styczeń na giełdach to jeden, niemal nie przerwany spadek. Kolejne korekty prognoz dla USA i publikowane wyniki makroekonomiczne, kolejne szacunki strat w instytucjach finansowych oraz czarnowidztwo niektórych przedstawicieli świata finansowego wprawiły rynki praktycznie w stan paniki. Szczerze mówiąc, spadek stopy referencyjnej w USA do 3,0% był zarówno informacją dobrą jak i złą dla rynku. Dobrą, bo radykalnie obniżono koszt pieniądza, a złą – bo skala spadku potwierdziła iż z gospodarką amerykańską faktycznie nie jest najlepiej. Inna rzecz, że po raz kolejny mam wrażenie jakby w USA stopą procentową ratowano nie tyle gospodarkę co rynek finansowy. W bieżącej dekadzie amplituda wahań stopy referencyjnej zawiera się przedziale od 1% do 6,5%. Obecnie po raz kolejny, jak w 2001 roku, radykalnie obniża się stopy w USA. Patrząc na to trudno nie zadać pytania czy ekonomiści mają problemy z określaniem stanu koniunktury czy – bez względu na odpowiedź na pierwsze pytanie – deprecjonuje się na naszych oczach znaczenie referencyjnej stopy procentowej dla gospodarki. W przypadku USA robi to wrażenie gonitwy za jakimś krótkoterminowym celem.

W styczniu indeksy spadały od kilku do prawie piętnastu procent. Wydawało się, że w połowie miesiąca inwestorzy próbują odzyskiwać panowanie nad własnymi poczynaniami, ale kolejne dni przeczyły temu, łamiąc przy okazji wyznaczane poziomy wsparcia. Może właśnie dlatego kolejne informacje skutkowały niemal paniką. 21 i 22 stycznia przez giełdy przelały się spadki po kilka procent. Na szczęście w kolejnych dniach doszło do uspokojenia, które było nie mniej zaskakujące biorąc pod uwagę poniedziałkowe (21 stycznia) nastroje. Nasz WIG spadł w styczniu o 14,2%, WIG20 podobnie. Na styczeń więc przypadała aż połowa spadku licząc od poziomu na koniec czerwca ubiegłego roku. W drugiej połowie stycznia na giełdach miała miejsce mała – jak dotychczas – korekta spadków która podniosła indeksy na giełdach od 2% (USA) do prawie 8% (np. w Polsce). Sądzę że to efekt zbieżności obniżenia stopy w USA i wskazań analizy technicznej, która sugerowała próbę odbicia. Wydarzenia styczniowe z biegiem kolejnych dni zniechęcały analityków do wskazywania poziomów oporu. W naszym przypadku w styczniu spadliśmy na poziom przy którym warto było rozpocząć proces wejścia na rynek. Można odnieść wrażenie, że krajowi gracze giełdowi od kilku miesięcy mają problemy z wyznaczeniem właściwego poziomu dla podstawowych indeksów. Łatwo nie jest, przyznaję. Tak jak w II kw ubiegłego roku lekceważono przewartościowanie rynku, tak obecnie sytuacja zaczyna się powtarzać, ale w drugą stronę. Nie wykluczam, że w wyniku paniki WIG może spaść o kilkanaście procent w odniesieniu do poziomu z 21 stycznia. Ale to jest skrajny scenariusz i taki poziom (poniżej 40 tys. pkt) byłby utrzymany od kilku dni do najdalej kilku tygodni. Moim zdaniem na przełomie drugiej i trzeciej dekady stycznia byliśmy w okolicy „twardego dna” jak to zaczęto określać w prasie. Margines na panikę daję dlatego, że nie jestem pewny czy swoje twarde dno osiągnęły indeksy amerykańskie, a nasza giełda przez pierwsze dwie dekady stycznia zachowywała się bardzo strachliwie. Można było odnieść wrażenie, że kopiowaliśmy te giełdy gdzie bardziej spadało. Raz były to Stany, a raz Europa. Obecnie WIG będzie próbował chociaż trochę przekroczyć 50 tys. pkt. Jednak w ostatnich dniach stycznia widać było, że liczba chętnych do podjęcia się tego zadania poważnie spadła. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć że na koniec lutego WIG będzie poniżej obecnego poziomu, stąd ja wstrzymałem się z powiększaniem swojej pozycji i przez kilka najbliższych dni ograniczę się do obserwacji giełdy. Jak na panikę w styczniu i ogromną ostrożność analityków do prognozowania, ostatnie wzrosty nastąpiły faktycznie zbyt łatwo.

Na rynku długu również ciekawie. W Polsce wyraźne uspokojenie. Skoki inflacji pod koniec ubiegłego roku, wywołane cenami żywności i medialne zamieszanie wokół tego tematu, spowodowały oczekiwanie wzrostu stopy NBP w ciągu kwartału o 50 pkt. a do końca roku o 100 pkt., czyli do 6%. Już grudniowe wyniki inflacji zadziałały uspokajająco na rynek, a szacunki Ministerstwa Finansów z końca stycznia (inflacja za styczeń 4%) to potwierdziły. Nie bez znaczenia musiały być również uspokajające wypowiedzi niektórych członków RPP, którzy nie ukrywali że nie mają ochoty ścigać się  z inflacją i drastycznie podnosić stopę referencyjną. Podwyżka o 25 pkt.  w styczniu nie była zaskoczeniem dla rynku. Rentowności obligacji rosły do połowy grudnia, a od końca wspomnianego miesiąca zaczęły spadać i to znacznie, osiągając wartości z przełomu października i listopada, czyli z okresu przed strachem inflacyjnym motywowanym koszykiem żywności. W styczniu rentowności obligacji spadły od 26 pkt (10-letnie) do 45 pkt. (2-letnie). Dobrym miernikiem nastrojów jest rentowność depozytu 12 miesięcznego. Termin ten rozgranicza świat depozytów od świata obligacji. W miarę precyzyjne prognozowanie stopy referencyjnej ma sens w terminie do kilkunastu miesięcy. Stąd wszelkie zmiany postrzegania najbliższej przyszłości (czytaj: terminy zmian stóp) natychmiast odbijają się – co jest oczywiste – na rentowności depozytów. Gwałtowna korekta rentowności depozytu 12 m miała miejsce na przełomie II i III dekady stycznia, czyli tuż po podstawowej porcji krajowych danych makroekonomicznych i cięciu stóp w USA. Wprawdzie spadek o 20 pkt. to dla laika żadne wydarzenie, ale dla obserwatora rynku, to już wyraźna zmiana nastroju na rynku, co widać poprzez stawki FRA. O ile rynek na I kw nadal przyjmuje że może nastąpić kolejny wzrost o 25 pkt. to na koniec roku oczekiwania spadły z 6% do 5,75%. Sądzę, że w lutym nie należy oczekiwać poważniejszej zmiany nastrojów na rynku krajowego długu.

Na rynku walutowym też spokojnie nie było,  z tym że złoty w relacji do obydwu podstawowych walut niemal nie zmienił wartości. Mierząc zmianę wartością koszyka, to złoty osłabił się w ciągu miesiąca jedynie o kilka dziesiątych procenta. Niemniej w ciągu miesiąca było na rynko dość gorąco w wyniku zmian na giełdach i na rynku długu, co w ostateczności przenosiło się na wartość dolara. Od 16 stycznia do 22, złoty do dolara osłabił się o niemal 5% a do euro o 3,3%. Jak na standardy naszego rynku, to dużo. Do końca miesiąca jednak, złoty zdołał stratę w niemal 80%. W ujęciu makroekonomicznym złoty nadal się wzmacnia w ujęciu realnym. W ciągu roku złoty do euro wzmocnił się o 11%, a wobec dolara o 23%. Dla gospodarki może to być coraz większy problem, ponieważ złoty nieco zmniejszył swój wpływ na powstrzymywanie inflacji, a rosnąca wartość waluty nie sprzyja eksporterom. Na szczęście w ujęciu technicznym widać silne wsparcie na poziomie 3,55 dla euro i 2,45 dla dolara.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Wskaźniki cenowe w 2007 r.

Minął rok i warto się pokusić o podsumowanie go z punktu widzenia cen w gospodarce. Rok zakończyliśmy relatywnie wysoko.  CPI sięgnął 4% na koniec roku, co oznacza przekroczenie prognoz sprzed roku o ponad 1%. Spojrzałem na prognozy krajowych i zagranicznych instytucji. W zależności od metod prezentacji (najczęściej podaje się inflacje średnioroczną w prognozach) widać było skupienie się w przedziale wyznaczonym pomiędzy górną granicą celu inflacyjnego a środkiem pasma (od 1,5% do 3,5%). Stabilizacja inflacji na niskim poziomie w 2006 r. sprawiała, że najczęściej widziano inflację bliżej środka pasma, czyli 2,5%.  Co ciekawe opublikowana przez Komisję Europejską na początku ubiegłego roku prognoza, wyrażała znaczną wiarę w panowanie nad inflacją. Prognozę (inflacja średnioroczna) dla Polski obniżono z 2,5 na 2,0, a dla całej UE z 2,3 na 2,0. Nie przypominam tego by obniżyć autorytet ekonomistów prognozujących wskaźniki gospodarcze, ale by wskazać że prognozowanie jest dość trudnym zajęciem. W krótkiej perspektywie prognozy opiera się na bieżących trendach, w długiej – to wypadkowa modeli i wiedzy eksperckiej. Omawiany dzisiaj powszechnie wzrost cen, który w prasie krajowej i zagranicznej omawia się jak coś oczywistego, wtedy wcale takie oczywiste jak widać nie było. Jeszcze do jesieni inflacja trzymała się poziomu 2,5%, ale później wystrzeliła ( jak na standardy inflacji oczywiście ) w górę. Od sierpnia do listopada włącznie, wskaźnik rocznej inflacji rósł po kilka dziesiątych. W grudniu roczna inflacja wzrosła już tylko z 3,6 do 4,0. Jeżeli w I połowie roku nie dojdzie to osłabienia złotego, to inflacja roczna może się w tym okresie co najwyżej otrzeć o 5%. Potem zaś powinna spadać do górnego pasma celu inflacyjnego, czyli 3,5%. Miesięczne wskaźniki koszyka cen od września do listopada poważnie przekraczały wartości charakterystyczne dla tych miesięcy. Przypomnę, że było to odpowiednio: 2,4; 1,7; 1,5, czyli o ok. 100 pkt. powyżej wartości przeciętnych dla tych okresów. Na krajowy rynek finansowy padł mocny strach. Tak silny, że nawet „normalne” dla grudnia wyniki miesięcznego wzrostu koszyka cen żywności (0,3%) niemal nie zmieniły nastawienia rynku. Pewnie dlatego, że po raz kolejny przypomniał o sobie drugi składnik inflacji, czyli tzw. koszyk nieżywnościowy. Ta grupa cen i usług od listopada znowu coraz silniej odpowiada za wzrost inflacji. Wyniki z grudnia powinny przypomnieć analitykom, że to wcale nie ceny żywności mogą być problemem w 2008 r. Znaczna poprawa sytuacji gospodarczej skutkuje m.in. utrzymywaniem silnego popytu, co w końcu i tak przeniesie się na ceny. Wzrost cen energii o ok. 10% i akceptowanie przez coraz lepiej zarabiających Polaków coraz wyższych cen ma już swoje odbicie we wzroście inflacji od dłuższego czasu.

Z punktu widzenia celu inflacyjnego, obecne jego przekroczenie nie jest ani ewenementem ani czymś poważnie niepojącym. W ciągu minionych dziewięciu lat stosowania pasma celu inflacyjnego, inflacja cztery cel przekraczała i cztery razy była poniżej wyznaczonego przedziału. Skala przekroczenia pasma nie powinna być trwała ani nie powinna być większa niż w poprzednich przypadkach. Jak już wielokrotnie mówiłem, mam pewien niedosyt jeżeli chodzi o reakcje RPP. RPP trochę spóźniała się z podnoszeniem cen, co może utrudnić walkę z inflacją w 2008.

Warto nas również ocenić na tle Europy. Wyraźnie widać, że nasze 4% pomimo iż niepokojące, to na tle Europy jest to wynik dość umiarkowany. W tej ocenie biorę pod uwagę poziom rozwoju oczywiście. W strefie euro wskaźnik HICP skoczył do 3,1%, czyli dość wysoko ja na standardy krajów rozwiniętych. Inflacja w krajach nadbałtyckich i niektórych krajach Europy Środkowo Wschodniej przekroczyła poziom polski o kilka procent. Na tym tle więc nasz wynik jest w pewnym sensie godny pochwały i świadczy że nasza gospodarka śmiało zasługuje na miano wolnorynkowej z silnie rozwiniętą konkurencją. Świadomie o tym przypominam, bo naszą cechą narodową w dziedzinie ekonomii jest silna skłonność do niskiej samooceny. My naprawdę mamy nieźle rozwiniętą  gospodarkę.

Ceny w usługach budowlano-montażowych chociaż wciąż rosną to jednak powoli coraz słabiej. O września ceny miesięcznie rosną wprawdzie mocniej niż w latach 2000-2005, ale w porównaniu z 2006 r. już od września miesięczne wzrosty są o jedną do dwóch dziesiątych słabsze. Dzięki temu roczny wskaźnik cen powolutku spada od jesieni. Przypomnę tylko, że wzrost popytu na usługi budowlane w II poł. 2006 był tak silny, że wskaźnik rocznej zmiany cen skoczył z 2,8% w sierpniu 2005 r. do 8,9% w sierpniu minionego roku. Na koniec 2007 dynamika roczna cen osłabła zaledwie do 8,3%. W przypadku cen w budownictwie wyjątkowość ubiegłego roku polegała na tym, że ta grupa cen nie przeniosła się poważnej na makroekonomiczne otoczenie, a ograniczyła się głównie do bezpośrednich producentów czy importerów materiałów budowlanych. Dla tego działu po kilku latach stabilizacji cenowej, rok 2006 to była duża gratka.

PPI w grudniu po miesięcznym spadku o 0,5%, utrwalił wskaźnik rocznej zmiany cen na 2,5%. To stosunkowo mało i praktycznie PPI roczne w XII 2007 jest na tym samym poziomie jak w XII 2006 r. Warto w tym przypadku zaznaczyć, że od połowy PPI roczne oscyluje w przedziale od 1,5% do 3,5%. Widać wiec, że obecny rezultat należy ocenić jako dobry. W strefie euro w tym okresie, górna granica to niemal 5%, a na koniec XI ubiegłego roku było 4,2%. Analiza zmian cen dla poszczególnych działów nie wnosi nic szczególnego dla trafności prognozy. Widać oczywiście wpływ wzmacniającego się w 2007 złotego na zatrzymanie cen. Sądzę, że złoty wyczerpał już większość swoich możliwości w hamowaniu wzrostu cen w przemyśle i w bieżącym roku jego siła „hamowania” nieco osłabnie. Będzie to oznaczało, że musimy brać pod uwagę wzrost wskaźnika PPI do ok. 3,5%, a nawet 4% na koniec roku. Jeżeli nie zajdą okoliczności na rynkach finansowych które by spowodowały osłabienie złotego oraz gdyby RPP silniej podniosła stopy, to mamy spore szanse nie przekroczyć 3,5% rocznego wskaźnika PPI na koniec bieżącego roku.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Co może powiedzieć giełdowy analityk

Zanim przejdę do ciekawego wątku jaki pojawił się w mediach, podzielę wypowiedzi analityków giełdowych na dwa rodzaje. Pierwszy to komentarze zamieszczane w różnych mediach i na stronach internetowych macierzystych firm. Drugie, to to co mówi się klientowi kiedy ten przychodzi i pyta w co zainwestować. Zaprezentowany podział jest oczywiście pewnym uproszczeniem, ponieważ granica jest bardzo cienka. Przykładowo komentarz i prognozy analityka zamieszczone w biuletynie dla klientów prezentuje tak naprawdę poglądy firmy i porady inwestycyjne doradców tej firmy nie powinny odbiegać od treści zawartych w biuletynie dla klientów. Dodam może, że pisząc „analityk” mam na myśli głównego ekonomistę, głównego analityka czy inne podobne funkcje. Ponadto przedstawiony podział sugeruje że co innego można mówić w komentarzu dla – przykładowo – „Parkietu”, a co innego klientowi w cztery oczy. Oczywiście nie. Zaczynając od podziału chciałem zwrócić uwagę na komentarze rynkowe i na doradztwo które prowadziło do skupienia uwagi klientów w ubiegłym roku na akcjach czy funduszach akcyjnych. Ale o tym ostatnim za chwilę.

Ludwik Sobolewski (prezes Giełdy Papierów  Wartościowych) w jednym  z ostatnich wywiadów zapowiedział, że prawdopodobnie zwróci się do Komisji Nadzory Finansowego by sprawdziła czy aby niektóre wypowiedzi analityków giełdowych nie ocierały się o manipulację, czym miałyby się przyczynić do powiększania atmosfery strachu i paniki w ostatnich tygodniach. Wprawdzie nie jestem w stanie czytać wszystkich komentarzy rynkowych, ale nie zauważyłem by któryś z analityków, maklerów czy licencjonowanych doradców inwestycyjnych naruszył  przyzwoitość czy dokonał manipulacji. Przede wszystkim przy ogromnej masie komentarzy jakie można znaleźć codziennie w mediach, ewidentne głupstwa czy manipulacje i tak rozmywają się w morzu przyzwoitych komentarzy. Wywołanie strachu czy paniki jednym czy kilkoma komentarzami jest raczej dosyć trudne. Jeżeli przeciętny inwestor w swojej decyzji oparł się akurat na nierzetelnym komentarzu, omijając setki innych, to przepraszam ale to jego problem. Warto może przy tej okazji powiedzieć istotna uwagę pod adresem osób, które „wchodzą” w akcje czy fundusze akcyjne incydentalnie, motywowane tym że słyszały iż można podobno wiele zarobić, bądź wyczytały to w gazetach. Jeżeli w życiu utarło się że przy zakupie mieszkania, samochodu czy mebli sprawdzamy wiele ofert, radzimy się znajomych czy objeżdżamy wiele sklepów, to nie rozumiem dlaczego przy inwestowaniu w fundusze akcyjne odpowiedzialność za własne czyny miałaby być mniejsza.

Wydaje się mi się że pomysł prezesa GPW jest dosyć dziwny i jest to raczej źle rozumiana troska o jakość ludzi i instytucji ze świata instytucji finansowych. Tym bardziej jest to trochę śmieszne, bo internauci zaczęli cytować wypowiedzi L.Sobolewskiego z ostatnich miesięcy które sugerowały spokój i opanowanie oraz wyrażały nadzieję że gorzej raczej nie będzie. Jeden z inwestorów przypomniał wypowiedź z sierpnia ubiegłego roku, kiedy to prezes GPW miał twierdzić że spadki są tylko przejściowe. Tenże inwestor twierdził że m.in. na tej podstawie podjął decyzję o inwestowaniu w akcje, na których stracił.

Być może bodźcem do wyrażenia troski były ankiety jak ta w PBiznesu, gdzie ok. 30% internatów obarczało analityków za wywoływanie paniki. Ale w tym przypadku to akurat te 30% osób powinno się zastanowić czy mają odpowiednią wiedzę o rynku finansowym, a przede wszystkim świadomość ryzyka z tym związanego.

Niektórzy dziennikarze zaczęli dociekać o które wypowiedzi chodziło. Dotarłem do jednego z komentarzy który zatytułowany był „Czy nastał finansowy Armageddon”? Ale na tytule się skończyło, ponieważ sam komentarz nie odbiegał od tego co można było przeczytać gdzie indziej. Analogie takie jak ta, że spadki w styczniu przypomniały komuś przedwojenny krach na giełdzie w USA, to też nic nowego. Komentatorzy lubią takie porównania które maja przy okazji świadczyć o tym jak wielka wiedzę opanowali. Bywa tez że metoda szoku w komentarzach, czy też bycia innym niż reszta, powodowana jest chęcią błyśnięcia w mediach z nadzieją że jak się trafi to przez co najmniej krótki czas będzie się rynkowym guru. Ale tak jest w każdym środowisku.

Powstaje pytanie czy w ogóle ktoś powinien uspokajać inwestorów. Sami podjęli decyzję i sami powinni skonsumować jej skutki. Będę uporczywie powtarzał, że jeżeli ktoś czytał komentarze rynkowe w ubiegłym roku, to musiał mieć świadomość że giełda może dokonać raptownej korekty. Oczywiście takiej skali jakiej doświadczamy obecnie mało kto oczekiwał. A co obecnie wynika z komentarzy? Przyznaje że analitycy i komentatorzy z oczekiwania korekty miesiąc temu, po styczniowych wydarzeniach przeszli w stan nadmiernej ostrożności. Zaleca się czekanie. Mało kto ryzykuje przedstawienie scenariuszy. Najczęstsze zalecenie to czekać co będzie dalej i że dopiero pod koniec roku indeksy zaczną się podnosić. Jak na możliwość zarysowania scenariuszy, to taki oceniam jako dość pasywny. Zmniejszyła się liczba sugestii by powoli zacząć „wchodzić” na giełdę. Wczoraj przeczytałem artykuł miłośnika analizy technicznej, że w skrajnym przypadku WIG20 może i spaść do 1600 czy 1900 pkt., bo tak wskazują linie wsparcie ciągnięte od 1995 r. Tego już nawet żal komentować. Ja nie miałbym odwagi napisać czegoś takiego.

Wracajmy jednak do tego czy ktoś ma uspokajać inwestorów. To rola analityków i komentatorów by rozrysować scenariusze wydarzeń i z komentarzy z tego tygodnia można stworzyć rozkład prawdopodobieństwa możliwych do osiągnięcia pułapów indeksów. Moim zdaniem po przeczytaniu kilkunastu, kilkudziesięciu komentarzy powstaje dość wiarygodny obraz. Z całą pewnością nie powinien tego (uspokajania) robić prezes giełdy. Nawet jeżeli teraz z nim mógłbym się zgodzić, to czy aby rynek nie zacznie w przyszłości oczekiwać takich informacji ?

Ja raczej zgadzam się z komentarzem który dzisiaj przeczytałem. Wg autora (przepraszam, ale już nie pamiętam gdzie to znalazłem), to co teraz przeżywamy to po prostu giełda z jej urokami. Tak już jest że nadzieja na duże zyski przyciąga niedoświadczonych inwestorów, z których część nagle się budzi ze świadomością poważnych strat. Długie koniunktury i gwałtowne korekty to chleb powszedni na giełdach kiedy się spojrzy na wykresy z ostatnich kilkunastu, kilkudziesięciu  lat. Nieważne czy w Polsce czy w USA.

Pozostawiłbym więc swobodę wypowiedzi (bo tez i trudno wyobrazić sobie ocenę co jest mądre a co nie), gdyż akurat na rynku usług profesjonalnego doradztwa inwestycyjnego łatwo o weryfikację trafności prognoz. Jeżeli już prezes GPW chce koniecznie coś naprawić, to jak akurat czuje niedosyt i brak odpowiedzi na pytanie jak doszło do tego że masa ludzi na mocno przegrzanym rynku w 2006 inwestowała w fundusze akcji polskich i zagranicznych. W okresie od stycznia do lipca niemal 70% z wpłaconych 29 mld zł (dokładnie: saldo wpłat i umorzeń) trafiło do tych funduszy. Kanały dystrybucji są chyba łatwe do sprawdzenia. Na tej podstawie można by określić co szwankowało, bo trudno uwierzyć że ludzie w takiej skali świadomie wystawiali się na ogromne ryzyko. Tu warto sprawdzić czy aby analitycy i ekonomiści pracujący na rzecz firm pośrednictwa finansowego nie sprzeniewierzyli się zasadom. Biorąc pod uwagę skalę procederu, to obawiam się że i jakość doradztwa w bankach też pozostawia sporo do życzenia.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Warto analizować, ale z zachowaniem zasad i proporcji

Przyglądając się rozgrywającej się na naszych oczach korekcie na giełdzie, przejrzałem trochę komentarzy graczy rynkowych i tradycyjnie przeglądałem opinie zawodowców do bieżącej sytuacji rynkowej. O ile o te drugie nietrudno, gdyż gazety mają stałe miejsce które poświęcają rynkowi finansowemu, to ostatnio wyraźnie przybyło tych pierwszych które mają oddawać atmosferę na giełdzie poprzez prezentację opinii „szarego” gracza giełdowego. Czasami też, w wolnych chwilach, przeglądam miejsca gdzie można znaleźć opinie graczy rynkowych. Są to fora internetowe, blogi znanych komentatorów rynkowych itd.

Piszę o graczach rynkowych, rozumiejąc przez to osoby zajmujące się inwestowaniem które nie są etatowymi pracownikami instytucji finansowych związanych z rynkiem kapitałowym. W pewnym też stopniu do pisania skłonił mnie tekst jednego z graczy zaprezentowany na jednej ze stron  internetowych Gazety Wyborczej.

Czytając te wypowiedzi zauważyłem, że gracze rynkowi którzy samodzielnie lub poprzez fundusze inwestycyjne działają na rynku akcji mają dość poważny problem  z określeniem stanu giełdy co połączone z oczekiwaniem ponadprzeciętnych zysków rodzi spore frustracje, a ostatnio wręcz zagubienie.

Podam trzy cytaty z tekstu znalezionego na stronach internetowych Gazety Wyborczej:

„najważniejsze były wiadomości ze Stanów Zjednoczonych. – Polska właściwie mnie przestała interesować. Liczyły się wyniki amerykańskiego rynku pracy, rosnąca cena ropy. Bush przyznający, że gospodarka ma problem”

„Teraz zacznie się roczne zaciskanie pasa.
Roczne, bo tyle według niego giełda nie będzie przynosiła zysków. – Ale jak słyszę opinie, że może nawet dwa lata, to ręce opadają”

Akcji nie sprzedaje. Chce przeczekać bessę. – Analizy są już do dupy, trzeba zdać się na intuicję. Nadzieja w Unii Europejskiej”

Pierwsza refleksja po lekturze takich i tym podobnych komentarzy, to generalnie ogromna niechęć u przeważającej części graczy do poważnej analizy. Co przez to rozumiem? Rozumiem przez to połączenie analizy makroekonomicznej z analizą zmian rynku (nie wnikam czy waluty czy akcji) i analizy technicznej. Do tego stała lektura komentarzy. Dla tych którzy sami sobie komponują portfel akcji (i innych instrumentów), dochodzi do tego analiza poszczególnych rynków i wycena/selekcja akcji. Dla pojedynczego gracza jest to absolutnie nie do objęcia i – przy całym szacunku – pojęcia, czyli zrozumienia. Na pociechę powiem że nie wierzę by wielu było zawodowych analityków którzy są w stanie wiarygodnie przeanalizować dla przykładu inflację w Polsce, sytuację makroekonomiczną w USA, rynek złota, wyselekcjonować atrakcyjne sektory na giełdzie w Japonii  i wskazać (po analizie wszystkich podmiotów na GPW) średnią firmę na naszej giełdzie z sugestia „akumuluj” gdyż jest niedowartościowana.

Wspomniana niechęć do poważnej analizy to być może brak czasu, ale i niemożność osiągnięcia 100% trafień przy typowaniu inwestycji. Zauważyłem, że gracze giełdowi dość chętnie wytykają zawodowym analitykom i doradcom inwestycyjnym ich nietrafione prognozy. Dla mnie jest to raczej kojenie własnych kompleksów i niepowodzeń oraz uzasadnianie sobie że rynki finansowe i tak w niewielkim stopniu kierują się fundamentami oraz że poważna analiza fundamentalna w niewielkim stopniu poprawia jakość inwestowania. Ponad tym wszystkim stoi jeszcze chęć osiągania znacznych zysków pomimo świadomości że inwestowanie na rynku finansowym wymaga ogromnej wiedzy oraz mnóstwo czasu na analizę. Inaczej inwestowanie ma sporo z hazardu. W hazardzie nie ma nic złego, pod warunkiem że gracz ma tego świadomość.

Wyrabianie sobie wiedzy o rynku na skróty powoduje nadmierne skupianie się na analizie technicznej, wsłuchiwaniu się w opinie innych i co – jak wyżej –  powie taki czy inny guru od inwestycji, polityk czy inna osoba której wypowiedzi uważa się za istotne. Takie podejście powoduje, że gracz rynkowy nawet nie zauważa kiedy rynek odrywa się od fundamentów. Przykładowo można analizować wyniki zbiorcze firm notowanych na giełdzie albo wyniki finansowe przedsiębiorstw podawane co kwartał przez  GUS. Wyniki firm giełdowych na tzw. dłuższą metę z wielu względów nie mogą się odrywać od gospodarki. Tymczasem patrząc na dynamikę indeksów giełdowych od ponad roku było widać, że realia gospodarcze (fundamenty) graczy rynkowych nie interesują. Stąd dyskusje na przykład z którą falą Eliota i która jej fazą mamy do czynienia w oderwaniu od fundamentów, trochę mnie bawią. Cytowany wyżej gracz rynkowy przyznawał się do strat blisko 70% zainwestowanego w ubiegłym roku kapitału. Tak się kończy lekceważenie fundamentów.

Śledząc wypowiedzi analityków rynkowych (zawodowych) jestem przekonany że warto je czytać. Bywa różnie, bo jak w każdym zawodzie ludzi są różni. Pamiętam i takich, którzy sugerowali dalsze wzrosty, ponieważ tak a nie inaczej wychodziło im z analizy technicznej. Gdyby uśrednić przeczytane przeze mnie opinie z ostatniego roku, to w rzeczywistości uprzedzano w nich o skali przegrzania rynku. Nikt lub mało kto oczywiście nie wskazał precyzyjnie momentu korekty, ani bodaj nikt na początku roku nie przewidywał aż takich problemów na amerykańskim rynku wywołanych kredytami hipotecznymi. Niemniej nie zmienia to faktu, iż jak dotąd korekta WIGu w porównaniu z poziomem z I poł. lipca ubiegłego roku mniej więcej odpowiada (już z pewną nadwyżką) skali przewartościowania rynku. Warto również samemu analizować, ale pamiętając że jednak analiza fundamentalna powinna przeważać nad techniczną.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz