Budownictwo po ośmiu miesiącach

Jeżeli traktować budownictwo jako miernik koniunktury, to wyniki produkcji budowlano montażowej (pbm) z lipca i sierpnia, budzą spore nadzieje. Przypomnę, że roczna (realna) dynamika pbm w obydwu wspomnianych miesiącach wyniosła ok. 11%.  W obydwu miesiącach wartość prac budowlanych była większa o ponad 650 mln zł.  w porównaniu z analogicznymi miesiącami roku ubiegłego. Jeszcze rok czy dwa temu nie byłoby w tym nic dziwnego. Jednak w tym roku od stycznia do czerwca, wartość prac powoli zrównywała się z wynikami z roku poprzedniego. Nie zamierzam oczywiście wyprowadzać wniosku, ze o to mamy radykalną zmianę trendu i że jest już po kryzysie. Dane za lipiec i sierpień proponuję traktować jako potwierdzenie tego co widać po danych od kilku miesięcy. Otóż kryzys na budownictwie odbił się stosunkowo łagodnie i mimo silnej korekty gospodarczej, budownictwu nie grożą takie spadki jak w latach 2002-03 kiedy to produkcja budowlana spadała po 10% z rzędu rocznie. Ratunkiem dla krajowego budownictwa są obiekty infrastrukturalne finansowane z budżetu, budżetów jednostek samorządu terytorialnego i wspieranych funduszami z UE.

GUS w tym roku zaprzestał (a szkoda) podawania w miesięcznych biuletynach „Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju” prezentacji budownictwa w oparciu o klasyfikacje obiektów. Jako rekompensatę rozszerzono prezentację w Biuletynie o trzy główne grupy obiektów: budynki, obiekty inżynierii wodnej i lądowej oraz roboty budowlane specjalistyczne. To bardzo uogólniona forma prezentacji w oparciu o typy obiektów. Jedną z wad wspomnianej zmiany jest podawanie razem budownictwa mieszkalnego i tzw. niemieszkalnego. To uniemożliwia analizę budownictwa bez uwzględnienia budownictwa mieszkaniowego. Budowa budynków po siedmiu miesiącach tego roku odpowiada za 47% całości pbm. W 2008 około 1/3 z tej pozycji przypadała na budownictwo mieszkaniowe. To bardzo ważna i pozytywna informacja, ponieważ prace budowlane w omawianej grupie (budynki) w ujęciu rocznej dynamiki spadają w tempie kilku procent, co na tle sytuacji w budownictwie mieszkaniowym oznacza iż pozostałe „budynki” (obiekty handlowe, magazynowe, hale przemysłowe itp.) wciąż mają się całkiem dobrze. A dokładniej? Wg moich szacunków, pozostałe obiekty z grupy „budynki” mogły wykazać nawet wzrost roczny o ok. 10%. To bardzo dobra wiadomość. Obawiam się jednak, iż może to być efekt inwestycji planowanych wcześniej, czyli efekt swego rodzaju bezwładności.

Ten rok i przyszły w budownictwie będzie należał do budownictwa z grupy „obiekty inżynierii wodnej i lądowej”. Mimo iż udział tej grupy w pbm ledwo przekracza 30% w pracach ogółem, to właśnie ta grupa uchroniła budownictwo przed ujemną dynamiką w tym roku. Budownictwo infrastrukturalne mknie w tempie kilkunastu procent w ujęciu rocznej dynamiki.

Pozostała część budownictwa to roboty budowlane specjalistyczne. W pbm to 22% prac. W tym segmencie mamy niestety do czynienia z powolnym przechodzeniem dynamiki prac z dodatniej (ok. 10% na początku roku)do ujemnej (2%-3%) w okresie letnim.

Przypuszczam, że wyniki budownictwa w lipcu i sierpniu, to zapowiedź utrzymania pozytywnych tendencji w gospodarce. Jest duża szansa iż pomimo radykalnego ciecia inwestycji w budownictwie mieszkaniowym, sektor budownictwa uchroni się przed ujemną dynamiką wzrostu.

Wcale nienajgorszy obraz budownictwa potwierdzają nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw. Generalnie po I półroczu, wartość nakładów jest minimalnie wyższa o 1%. Niestety po uwzględnieniu wzrostu cen nakładów inwestycyjnych, wartość nakładów notuje ujemną (-3%) dynamikę. Trzeba jednak pamiętać, że tak słaby wynik jest głownie rezultatem spadki nakładów na środki transportu z 5,8 mld zł na 3,5 mld zł. W tym okresie dobry rezultat odnotowano w inwestycjach budowlanych. Porównując pierwsze półrocza 2008 i 2009 r. inwestycje one z 15,7 mld zł na 17,2 mld zł., co daje wzrost o 10%. Tak więc głównie dzięki inwestycjom budowlanym nakłady ogółem nie odnotowały gorszego wyniku po I półroczu 2009 r. Szkoda tylko, że samo budownictwo zmniejszyło nakłady inwestycyjne o kilka procent.

Jak widać z powyższych danych, rynek dla budownictwa nie kurczy się tak szybko jak dla znacznej części pozostałych sektorów gospodarki. Znajduje to odzwierciedlenie w danych finansowych. O ile dynamika roczna przychodów kwartalnych w dla przedsiębiorstw ogółem w kwartałach IV’08, I’09, II’09 wyniosła odpowiednio: 5,2%; 2%; -1,5%, to dla przedsiębiorstw budowlanych: 10%; 5,6%; 3,5%. Widać więc, że budownictwo przejdzie kryzys stosunkowo łagodnie. Wynik netto przedsiębiorstw budowlanych po I pół. był większy o 3%, przy spadku o 16% dla przedsiębiorstw niefinansowych ogółem.

Popyt na usługi budowlane uchronił sektor przed spadkiem zatrudnienia. W przetwórstwie przemysłowym zatrudnienie w VII spadło o 8% w porównaniu z VII ubiegłego roku. Tymczasem w budownictwie zatrudnienie wzrosło o blisko 5%.

Smaczku analizie budownictwa dodaje wskaźnik cen. Dobre wyniki budownictwa w okresie 2004-2008, w pewnym stopniu wynikały ze wzrostu cen usług budowlanych. Średnia dynamika roczna wskaźnika cen dla budownictwa to ok. 4,3% przy 3% dla przetwórstwa przemysłowego i 2,7% dla inflacji. Te korzystne warunki właśnie w tym roku szybko się kończą. Budownictwo weszło w rok 2009 z roczną dynamiką cen 2,4% , która w sierpniu spadła poniżej zera (-0,7%).  Z jednej wiec strony i przy porównaniu z sektorami przemysłowymi, wyniki budownictwa wydają się obecnie dość korzystne, to z drugiej należy się przygotować na sytuację, że przy utrzymywaniu się być może dodatniej pbm w najbliższych miesiącach, wyniki finansowe podmiotów budowlanych ulegną przejściowemu pogorszeniu.

Poprzedni wpis o podobnej tematyce:

http://opinieekonomiczne.blox.pl/2009/04/Budownictwo-w-2009.html

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Co dalej z inflacją i stopą referencyjną

Po okresie walki o uniknięcie recesji i uspokojeniu rynków finansowych, uwaga powoli zaczyna się kierować w stronę inflacji. A skoro o inflacji i innych istotnych wskaźnikach cenowych, to z natury rzeczy pojawia się pytanie o to czy obecny poziom stopy referencyjnej (3,5%) jest właściwy. W ciągu minionych trzech kwartałów byliśmy świadkami standardowego dylematu makroekonomicznego, a dotyczącego wyboru szukania kompromisu pomiędzy tempem PKB a inflacją. W okolicznościach jak obecne, RPP słusznie przesunęła punkt ciężkości na tempo wzrostu gospodarczego.

Ze zbiciem inflacji mamy problem już od kilkunastu miesięcy, ale na szczęście inflacja nie wykazuje tendencji do przyspieszenia. Powody które trzymają inflację na poziomie ok. 4% (rok do roku) zbiegiem czasu ulegały zmianie. W I poł. 2008 inflację ciągnęły w górę ceny żywności. Żywność z napojami w koszyku inflacyjnym ma ponad 25% udział, ale we wskazanym okresie odpowiadała prawie w 45% za jej wzrost. Po spadku do rozmiarów udziału w koszyku, ponownie od II kw’09 rośnie rola żywności. Tym razem jednak, udział żywności we wzroście inflacji utrzymuje się na poziomie 35%. Drugim czynnikiem napędzającym inflację są koszty zamieszkania i nośników energii. Łączny udział tej pozycji w naszym koszyku wydatków (tzn. przeciętnej rodziny) wynosi prawie 25%, czyli jest niewiele mniejszy niż udział żywności i napojów (niealkoholowych). Niestety w okresie od początku 2008, pozycja ta przyczynia się do wzrostu inflacji średnio w 46%. Wzrost cen użytkowania mieszkań, a szczególnie koszty energii są od nas mocno niezależne i mają charakter administracyjny. Osłabienie złotego miało jak na razie ograniczony wpływ na inflację. W ostatnich miesiącach do utrzymywanie relatywnie wysokiego pułapu inflacji przyczyniły się również czynniki administracyjne, czyli podwyżka alkoholi i wyrobów tytoniowych. W okresie maj-lipiec inflację „podgrzewał” wzrost cen paliw.

Jak widać w takich okolicznościach sprowadzenie inflacji do środka celu inflacyjnego RPP, czyli 2,5%, jest trudne. Utrzymywanie stopy referencyjnej na wyższym poziomie miałoby ograniczony skutek, natomiast mogłoby się odbić niekorzystnie na tempie wzrostu gospodarczego. W naszych warunkach inflację będzie powstrzymywać słabe tempo popytu i wzmacniający się złoty. RPP w swoich komunikatach wskazuje iż jest większe prawdopodobieństwo zmierzania inflacji w stronę celu inflacyjnego (spadek) niż kształtowanie się jej powyżej celu. Jeszcze dalej poszło ministerstwo finansów, sprowadzając inflację w przyszłym roku do 1%. W krótszym terminie, inflacja nie powinna przekraczać trwale 4%, a w dłuższym powinna powoli maleć m.in. ze względu na efekt bazy z tego roku. Brak silnego nacisku na wzrost cen widać również po wskaźnikach cen przemysłu i budownictwa.

Niewątpliwym utrudnieniem w prognozowaniu krótkoterminowych trendów inflacji jest niemożliwość dokonania w miarę dokładnej prognozy czynników wpływających na inflację, czynników przyczyniających się do poprawy koniunktury i tempa powrotu złotego do swojej fundamentalnej wartości.

Inflacja i jej prognozy nadal będą tylko jednym z czynników wpływających na decyzje RPP. RPP kształtując stopę referencyjną musi pamiętać o tempie PKB (wciąż brak gwarancji, że wychodzimy na trwałą ścieżkę wzrostu) i brać pod uwagę bieżące trendy na rynku walutowym.

Co ciekawe,  obecnie realna stopa procentowa (odniesieniem jest stopa referencyjna) jest bliska zeru, przy średniej realnej stopie nieco ponad 2%. Czy RPP obniży jeszcze stopy w tym roku? Konieczność takiego ruchu to już trochę dyskusja akademicka. Spadek o 25 p.p. ( a taką wartość wskazuje się najczęściej) jest bardziej deklaracją nastawienia niż miałoby to jakiekolwiek znaczenie. Maksymalnie RPP mogłaby się posunąć do spadku z 3,5% do 3%, ale wtedy wolałbym by działo się to skokowo ( 2 x po 25 p.p.) w co najmniej trzymiesięcznych odstępach czasu i było uzasadnione słabymi danymi makroekonomicznymi. Sądzę jednak, że tak drastyczny spadek nie jest konieczny i w tym roku RPP nie powinna posuwać się dalej niż ewentualne cięcie o 25 p.p. a dalsze nie są moim zdaniem już potrzebne.

Na zakończenie trzeba przypomnieć kolejny argument jaki RPP musi brać pod uwagę. Mam na myśli zawyżanie stóp WIBOR przez rynek. Przed nami okres stabilizacji stopy referencyjnej, a rynek  międzybankowy z wyjątkowym uporem kształtem krzywej rentowności wskazuje iż oczekuje wzrostu stopy referencyjnej o ok. 1 pkt. procentowy i czyni tak konsekwentnie od kilku miesięcy. Ta anomalia zniekształca wpływ zmian stopy referencyjnej na gospodarkę. RPP zwraca na to uwagę w swoich ostatnich komunikatach.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Projekt budżetu na 2010, politycy i rynek finansowy

Zabrakło mi pomysłu na tytuł, więc zawarłem w nim wszystko to co chciałbym poruszyć  przy okazji omawiania budżetu. Zresztą temat jest chyba ciekawszy w ujęciu politycznym niż ekonomicznym.

Wg informacji ministerstwa finansów (mf), projekt budżetu nie zawiera środków z UE. Biorąc pod uwagę operację z wykorzystaniem tej pozycji w tym roku, jest to już pierwsze utrudnienie w oszacowaniu wielkości deficytu budżetowego i możliwości manewru rządu. Na obecnym etapie ocenę dochodów w założeniach warto skupić na dochodach podatkowych, które stanowią zazwyczaj ponad 85% dochodów budżetowych. Na ten rok mf prognozuje wpływy podatkowe (rozumiane jako VAT + akcyza + CIT + PIT) na poziomie 209 mld zł. Z tego 72% przypada na podatki pośrednie (VAT + akcyza). Dokonywałem własnych szacunków wpływów podatkowych i biorąc pod uwagę, że różnice nie przekraczały 1,5 mld zł, można przyjąć szacunki mf jako wiarygodne. W przyszłym roku wpływy podatkowe mają wzrosnąć o 6%. Ogólnie rzecz biorąc prognozy wpływów podatkowych na przyszły rok mieszczą się w granicach prognoz. Można próbować je podważać i podawać wartości o 0,5 mld do 2 mld odmienne dla poszczególnych podatków. Niemniej jednak na obecnym etapie rozwoju wydarzeń makroekonomicznych, co przekłada się na mniejszą trafność prognoz, więcej w tym zabawy niż rzetelnej oceny.

Po stronie dochodów rząd nie mógł wiele zrobić. Bronił się (i słusznie) przed obniżeniem podatków. Po stronie wydatków przyjęto wzrost realny o prawie 8%, co pokazuje ogromny bezwład polityków w tak trudnych czasach jak obecnie. Zarzut kieruje pod adresem całej klasy politycznej. Bolączka polskich finansów publicznych jest znana od lat. Reagujemy dynamicznym wzrostem deficytu w sytuacji dekoniunktury. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że tempo pogarszania się sytuacji makroekonomicznej i budżetowej, było szybsze niż potencjalnie możliwa reakcja polityków. Podjęcie stosownych decyzji skutkujących poprawą wpływów i zmniejszeniem wydatków na łączną kwotę 5 -10 mld zł już w 2010 r. (łączna kwota zmniejszająca deficyt) wymagałoby ogromnego konsensusu politycznego, osiągniętego natychmiast po wstępnych szacunkach skali kryzysu (zima 2008). Tyle ideał. Obecne i nadchodzące problemy budżetowe nie stały się niestety bodźcem do rozmowy o racjonalizacji strony wydatkowej budżetu. Paradoksalnie, wyniki PKB nieco lepsze od oczekiwanych wręcz zachęciły rząd i opozycję do ryzykowania strategii „zobaczymy, powinno się udać”. W ten sposób niechcąco wyszła nam interwencja rządowa w gospodarce w dobie kryzysu. Mam na myśli utrzymywanie wartości wydatków na progu naszych możliwości. Te możliwości, to stan dochodów i skala sfinansowania deficytu (otrzemy się o maks. próg zadłużenia).  Niestety obecna sytuacja, to nie kontrolowana interwencja w gospodarce, a bezwład decyzyjny który w przyszłości niejeden z polityków sprzeda w mediach jako doskonały gospodarczy manewr, wyznaczający nowe trendy w teorii makroekonomii. Nie mam nic przeciwko deficytowi budżetowemu i jego powiększaniu w okolicznościach takich jak obecne. W naszych warunkach jednak problemem jest skala deficytu i struktura wydatków. Najgorsze jest to, że problemy z deficytem przeciągną się na 2011 r. a chętnych do dyskusji o strukturze i skali wydatków budżetowych brakuje.

Ostatecznie deficyt budżetowy w 2010 wg mf wyniesie niemal 4% PKB. Niby nie tragedia, bo bywało nieco gorzej (początek obecnej dekady). Ministerstwo finansów nie planuje zmiany stóp przez RPP w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy. Prognoza walutowa (euro 4,08; dolar 2,94) jest w granicach odpowiedzialnych prognoz. Najtrudniej weryfikować prognozę elementów PKB. Nie dlatego, że nie mogę podać własnej, ale dlatego że każda podana teoria obarczone jest takim samym ryzykiem błędu jak założenia mf. W rzeczywistości analiza propozycji mf wskazuje, że unikano opierania prognozy wzrostu PKB o którąś z wielkości, jak to się stało w I i II kw tego roku z bilansem wymiany zagranicznej. Mówiąc inaczej, prognoza wygląda jakby wpierw ktoś założył tempo wzrostu PKB, a dopiero potem jego składniki. Dynamiki poszczególnych składników nie odbiegają przesadnie od tempa PKB na 2010 (1,2%), co oznacza iż każdy ze składników napędzających wzrost PKB wpłynie na jego wzrost mniej więcej stosownie do udziału w strukturze wykorzystania. Ja tego nie potępiam, ponieważ sugerowanie odmiennych wariantów, to w obecnych warunkach bardziej spór akademicki niż planowanie. Jako ciekawostkę podam, że prognoza PKB przedstawiona przez mf (1,2%) jest minimalnie mniejsza od konsensusu rynkowego (średnie prognozy analityków/makroekonomistów), którzy w lipcu prognozowali wzrost o 1,5%. Zaznaczam, że wtedy nie były jeszcze znane wyniki PKB za II kwartał. Analitycy mogli je tylko szacować na podstawie innych, publikowanych w cyklu miesięcznym, danych makroekonomicznych. Detal? Niby tak, ale po przeliczeniu na dochody podatkowe, to ok. 3 mld dodatkowych wpływów.

Moim zdaniem podany przez mf deficyt bliski jest raczej wartościom maksymalnym i jest większe prawdopodobieństwo, że będzie mniejszy. Rynek finansowy dostał w końcu konkretną informację. Pierwsze reakcje wskazują, że jest zaskoczony. Być może dlatego, że częściej mówiono iż będzie „duży” niż operowano konkretną kwotą.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Prywatyzacja pracownicza to nie lek na bieżące problemy

Dyskusja o sposobie sfinansowania deficytu budżetowego dochodami z prywatyzacji, spowodowała powrót na łamy prasy idei tzw. prywatyzacji pracowniczej (inaczej zwanej też: leasingiem pracowniczym z racji stosowanej formy sprzedaży majątku i zapłaty za niego). Wspomniana forma, z racji swoich ograniczeń, przeszłaby pewnie nawet i niezauważona w mediach, ale premier Pawlak dostrzegł w niej sposób na zaangażowanie w proces prywatyzacji kapitału krajowego. Przy tej okazji swoje opinie o tej formie prywatyzacji wypowiedziała część ekonomistów, przypominając spory ideologiczne, jakie towarzyszą prywatyzacji pracowniczej (dalej: PP).

Znaczenie PP w procesie przekształceń własnościowych w Polsce jest praktycznie marginalne, jeżeli jako miernik przyjmie się wartość przekazanego majątku i wpływów dla budżetu. Na PP warto więc zwrócić uwagę nie z racji wpływów a intrygującą formę przekształceń, łączącą kwestie finansowe, zarządzanie, odpowiedzialność za losy zakładu oraz problemy społeczne. Inaczej mówiąc PP to świetne pole do rozważań nad formami działalności gospodarczej podmiotów w realiach gospodarki wolnorynkowej.

Dalsze rozważania warto poprzedzić garścią informacji i danych, które pozwolą przybliżyć to formę przekształceń. Kompendium wiedzy o tej formie przekształceń zawiera m.in. raport NIK z tego roku  i dane GUS. NIK w swojej analizie opiera się na ocenie przekształconych tą drogą 185 podmiotów w latach 2000-2007. Raport NIK nosi tytuł: „Informacja o wynikach kontroli prywatyzacji w drodze oddanie przedsiębiorstwa do odpłatnego korzystania”.

W tej licznie, 14 prywatyzacji było nieudanych, a 29 umów zrealizowano pomyślnie przed czasem. W analizowanej grupie NIK dopatrzył się błędów i zaniechań, ale nie były to błędy rażące. Do oceny efektywności działania tej grupy podmiotów posłużę się wynikami za 2008 rok, które są reprezentatywne dla ostatnich lat w rozumienia odniesienia do ogółu przedsiębiorstw badanych przez GUS. Otóż rentowność  brutto i netto wyniosły  odpowiednio :  4,9% i 4%, co oznacza iż podmioty te osiągnęły minimalnie lepsze wyniki niż wyniki ogółem w gospodarce. Zalecałbym jednak pewien dystans do takiego zestawienia, ponieważ na tle poszczególnych działów gospodarki, wyniki podmiotów z PP są zróżnicowane i należy też pamiętać że porównanie pochodzi w roku korzystnego dla gospodarki. Dla przykładu w 2005 rentowności były odpowiednio: 3,5% i 2,9%, przy 5,1% i 4,1% dla całej gospodarki (tzn. dla podmiotów niefinansowych). Generalnie wyniki podmiotów tzw. PP, nie potwierdzają by były to podmioty słabe i na progu upadku. Metoda przekształceń PP, chociaż dość popularna (jeżeli weźmie się pod uwagę liczbę podmiotów w latach 1990-2007), to pod względem wartości przychodów, czy aktywów na tle pozostałych form przekształceń, ma skromne znaczenie. W latach 2007-2008, udział PP mieścił się (w zależności od roku i kryterium) w przedziale od 10% do 15%. Niemal 90% podmiotów z PP ma zatrudnienie nie przekraczające 250 osób. Zaledwie w kilku objętych PP, zatrudnienie przekraczało 500 osób.

Formalnie, metoda PP jest przeznaczona dla podmiotów o sprzedaży nie większej niż 6 mln euro, wartości funduszy własnych do 2 mln euro, do spółki przystępuje ponad połowa pracowników, akcjonariuszami są osoby fizyczne, 20% akcji przejmują osoby niebędące pracownikami itd. Od ustawowych warunków możliwe jest odstąpienie za zgodą Rady Ministrów. Przejmowany majątek spłaca się w oparciu o ideę leasingu w terminie do 15 lat. Spółki objęte PP pochodzą w najprzeróżniejszych sektorów gospodarki. Są tu spółki budowlane, wydawnicze a nawet zajmująca się produkcją taboru kolejowego. Sądzę że najwięcej o tych podmiotach  mówi ich wartość przyjęta w transakcji. Dla całego okresu 2000-2007, średnia wartość to ponad 3,5 mln, przy czym zdarzały się transakcje będące kilkukrotnością tej kwoty. W ostatnich dwóch latach objętych badaniem NIKu, liczba przekształconych tą formą zakładów nie przekraczała 5-ciu.

Nie ma co ukrywać, ze w procesie przekształceń najistotniejszym argumentem, obok samej kwoty sprzedaży, jest inwestor. Teoretycznie najlepszy byłby inwestor branżowy lub silny kapitałowo. Idealnie jest kiedy spełnione są obydwa warunki. To właśnie największy mankament podmiotów z PP.  Raty za przejęte przedsiębiorstwo mogą być pokryte z wyników podmiotu, wpłat/dopłat pracowników czy za pomocą kredytu. Z tym ostatnim to nieco przesadziłem, bo podmiot może nie mieć wystarczającej liczby zabezpieczeń, a rzadko kiedy bank czy firma leasingowa przejmie na siebie płatności, bo w gruncie rzeczy oznaczałoby praktycznie przejęcie podmiotu i ogromne ryzyko.

Krótko mówiąc realia ekonomiczne determinują jak duży podmiot może być objęty metodą PP.  Co oczywiście nie przeczy istnieniu wyjątków.

Z powyższych względów, szersze zastosowanie PP jest mało prawdopodobne i niepraktyczne. PP daje moim zdaniem najlepsze skutki przy małej liczbie pracowników, gdzie pracownik ma poczucie iż nie jest anonimowy, ma wpływ na zarządzanie i rozumie obustronną zależności pomiędzy kondycją zakładu a własną sytuacją ekonomiczną. PP może być dobrą metodą na utrzymanie przy życiu zakładu w małych miastach, gdzie nie ma alternatywy na inna pracę. Co ciekawe, metoda PP nie zamraża przekształceń w fazie akcjonariatu pracowniczego. Po upływie ustawowych terminów udziałowcami mogą być inne podmioty. Ponadto w niektórych przypadkach kadra menadżerska zakładu skupuje akcje od pracowników, co przyczynia się do wyodrębnienia silniejszego ośrodka zarządzającego.

PP jest jedną w wielu metod przekształceń i w obecnym zakresie zdaje egzamin. Niesłusznie więc, część ekonomistów żywi niechęć do tej metody. Trudno mi sobie wyobrazić, by PP przyjęła szerszy zakres, a szczególnie, żeby dotyczyła dużych podmiotów. Zaznaczam, że mówię w kontekście przekształceń „tu i teraz”, czyli w Polsce. I w sytuacji kiedy trzeba zebrać środki finansowe na sfinansowanie deficytu. Pomysły premiera Pawlak i jego środowiska politycznego, wskazują raczej na to iż funkcjonują oni w przestrzeni „pomiędzy”.  Z jednej strony mają świadomość powagi sytuacji, a z drugiej forsują pomysł niemożliwy do zrealizowania, a już na pewno nie w okresie 2009-2010. Tym bardziej, że pieniądze z prywatyzacji potrzebne są już, a PP tego nie zapewnia.

Pomysły wicepremiera i jego zaplecza politycznego jak: pracownicy oprócz 15% dokupują np. kolejne 10%, spłata rozłożona jest na 20 lat, do udziału w prywatyzacji dołącza się dostawców/odbiorców, Skarb Państwo poręcza kredyty pracownikom na zakup 30%-40% (!) akcji, budżet rezygnuje z podatku CIT od spółek pracowniczych, w całą akcję angażuje się środki zgromadzone przez banki spółdzielcze itd. Wg wicepremiera, w ten sposób dałoby się sprywatyzować nawet spółki węglowe. Teoretycznie wszystko to jest możliwe. Ale tylko teoretycznie. Powstawanie firm opartych o ideę akcjonariatu menadżersko-pracowniczego jest możliwe, ale to proces rozciągnięty w czasie. Ponadto – mimo podawanych przez premiera przykładów innych krajów – udział idei akcjonariatu w kreowaniu własności czy udział tego typu firm w gospodarce ogółem, jest marginalny. Pracownicy prywatyzowanych przez giełdę krajowych molochów interesowali się głównie zyskiem z akcji. Za cały „akcjonariat”, pracownikom spółek węglowych czy KGHM wystarczą związki zawodowe. Godziwe wynagrodzenia, bonusy, 10 letnie gwarancje zatrudnienia itd., bez brania na siebie odpowiedzialności za firmę. Akcjonariat wymaga również zmiany mentalności pracowników.  A swoją drogą chciałbym zobaczyć jak premier wycenia spółki węglowe, energetyczne itd. i jakie zaproponuje dyskonto by zachęcić załogę do idei akcjonariatu. Jak na razie, to górnicy z państwowych firm ogóle nie mają ochoty na prywatyzację.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

„przyszliśmy chwalić się…” wynikiem PKB po II kw’09

PKB w II kw wzrósł o 1,1% w porównaniu w analogicznym okresem roku wcześniejszego. Rezultat nieco większy od oczekiwanego i uniknięcie recesji, skłonił premiera i ministra finansów do odtrąbienia sukcesu. Sukces nasz ma polegać na tym, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć iż recesja nas nie dotknęła. Publikacje wyników PKB przez GUS, premier wraz z ministrem finansów wykorzystał do podsumowania działań rządu w obliczu kryzysu i rozdania prztyczków osobom i środowiskom, które krytykowały rząd lub miały odmienne wizje działań antykryzysowych. Nie oszczędzono nawet prezydenta. Treść przemówień wymienionych najwyższych urzędników państwowych warta jest analizy z racji tego co zawierały jak i tego czego nie zawierały. A na zachętę do lektury mojego wpisu, zwrócę uwagę na słowa premiera (powtórzone dwa razy), a dotyczące podatków. Oj, przyjdzie mu się za nie tłumaczyć przed środowiskami przedsiębiorców J.

Zanim opatrzę komentarzem przemówienia premiera i ministra, należy się czytelnikom komentarz dotyczący opublikowanych przez GUS wyników PKB. Wynik faktycznie cieszy i z całą pewnością na tle europy napawa dumą. Warto jednak dokładnie spojrzeć na czynniki, które przyczyniły się do wzrostu PKB, a co premier pominął. Analiza danych dot. PKB za I i II kw’09 wskazuje, przed recesją uchronił nas złoty. Po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia publikacji przez GUS danych kwartalnych PKB (1995), w tak silnym stopniu do utrzymania wzrostu przyczyniło się saldo obrotów zagranicznych. W ubiegłym roku w kwartałach I i II saldo obrotów było ujemne (10 mld i 12 mld zł, odpowiednio), co w porównaniu z dodatnim w tym roku i wyliczaniem wpływu jako różnicy, przyczyniło się do tego iż PKB w I i II kw’09 był dodatni. Mówiąc językiem bardziej „ludzkim”, osłabienie złotego bardzo polskiej gospodarce pomogło, niemal niwelując spadek eksportu i podnosząc barierę kosztową dla importu. Saldo obrotów zagranicznych w obydwu kwartałach przyczyniło się do pozytywnego wzrostu aż w ok. 80%. Reszta, to głównie zasługa spożycia indywidualnego. Problem w tym, że wpływ spożycia oraz inwestycji na wzrost PKB, spada. A to właśnie za 2,3,4 kwartały te czynniki będą musiały przejąć rolę lokomotywy. Wpływ obrotów handlowych na PKB będzie z każdym kolejnym kwartałem malał.

 Komentując w dalszej części tekstu słowa premiera i ministra finansów, opieram się na relacjach z konferencji, zamieszczonych na stronie PO. (http://www.platforma.org/pl/aktualnosci/newsy/art1530,wygral-polski-optymizm.html)

 Polska już nie tylko w regionie, co stało się wręcz banalną prawdą, ale w całej Unii Europejskiej najskuteczniej walczy ze zjawiskami kryzysowymi”…” chcę przypomnieć, że wspólnie z ministrem Jackiem Rostowskim i z całym rządem mówiliśmy z przekonaniem (a to przekonanie zbudowane było na wiedzy i na ostrożnych, ale bardzo rzetelnych prognozach), że Polska ma szanse przejść ten kryzys suchą nogą.”…”

Wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Mnie, ekonomistę, wynik PKB naprawdę cieszy. Premier jednak powinien pamiętać, że jego rząd prognozował wcześniej lepsze rezultaty, a ponadto w warunkach tak silnego kryzysu, dokładne prognozowanie jest utrudnione. Ponadto o ile pamiętam, przedstawiciele rządu liczyli się z minimalną recesją. Jeżeli więc w innej części przemówienia wspomina błędne prognozy innych analityków, to warto też wspomnieć  i o własnych.

nie rościmy sobie z ministrem Rostowskim i innymi ministrami mojego rządu sobie pretensji do stuprocentowej zasługi w tym świetnym wyniku Polski. Ale mamy prawo chyba dzisiaj głośno powiedzieć, że recepty i działania, jakie podjęliśmy, na pewno przyczyniły się do tego, że dzisiaj Polska jest bezdyskusyjnym liderem, jeśli chodzi o walkę z kryzysem.”

No, nie zupełnie tak to wyglądało. W naszej sytuacji rząd mógł głównie zacisnąć zęby i czekać na rozwój sytuacji. Działania rządu określane jako „recepty i działania”, to głównie działania z planu antykryzysowego. W rzeczywistości plan zarysowany pod koniec ubiegłego roku to połączenie standardowych działań rządu, decyzji wcześniej podjętych oraz interesujących pomysłów które z racji czasu trwania procesu legislacyjnego, wchodzą w życie dopiero teraz. Do tego dochodzą kroki podjęte przez NBP i RPP.

Biorąc pod uwagę sytuację makroekonomiczną, silną wrażliwość finansów publicznych na spadki koniunktury (gwałtowny przyrost deficytu), uważam iż największym sukcesem rządu było zachowanie zimnej krwi w IV kw’08 i w I kw’09. Udało się uniknąć paniki i pompowania w gospodarkę pieniędzy ponad możliwości państwa. Możliwość manewru w naszym przypadku była i jest dość ograniczona. Można snuć rozważania, czy kilka, kilkanaście mld zł pomocy dla gospodarki, finansowane długiem publicznym miałoby sens. Dług pozostałby do spłaty. Stąd też, na swojej stronie nie nawoływałem do tego typu działań. Niewątpliwie dobrym ruchem była quasi interwencja walutowa rządu, czyli przewalutowanie dokonane na rynku walutowym na początku roku. Całe szczęście też, że rząd nie ugiął się przed wszystkimi pomysłami bankowców i nie dał się zastraszyć konsekwencjami dla gospodarki.

W wypowiedziach premiera i ministra finansów, obok pochwał pod własnym adresem i kąśliwych uwag wobec oponentów, dużo było o elastyczności przedsiębiorców i trudnych nadchodzących kwartałach. Nie ma co ukrywać, że dobry rezultat gospodarki to w pewnej mierze efekt elastyczności przedsiębiorców w dostosowywaniu się do zmieniających się realiów gospodarczych. Dobrze, że premier nie ukrywa iż sporo problemów przed nami. Tempo PKB będzie przyrastało powoli i zanim trwale przekroczymy, dajmy na to 3%, to przyjdzie się zmierzyć z deficytem finansów publicznych i problemami społecznymi wywołanymi bezrobociem.

deficyt jest większy niż byśmy chcieli, ale dzięki temu podatki są na niskim poziomie podatki, a to w efekcie pozwala realnej gospodarce na oddech, który owocuje później takimi statystykami, jaki dzisiaj radują wszystkich Polaków”

Przytoczone zdanie zawiera zaskakująca opinię. Biorąc pod uwagę przekonania ekonomiczne PO, opinia o niskich podatkach budzi zaskoczenie, tym bardziej że w wypowiedzi premiera ta informacja pojawiła się dwa razy. Co oznacza, iż nie jest to wypowiedziana przypadkowo. Osobiście być może nie upierałbym się przy określeniu „niskie” (chociaż zależy to od przyjętej do porównań międzynarodowych metodologii), ale z całą pewnością podatki w Polsce nie są wysokie, czego krajowi przedsiębiorcy nie przyjmują do wiadomości. W ustach (dawnego?) liberała i lidera PO, taka wypowiedź to nowa jakość i mogę mieć tylko nadzieję, że to początek normalnej dyskusji o podatkach i daninach. Być może  jednak – i tego się obawiam – premier wspomniał o „niskich” podatkach tylko by przerwać dyskusje o obniżaniu podatków dla ratowania gospodarki, jako recepte na bieżące problemy. Przypomnę, że poprzedni Sejm przyjął zmiany zmierzające do obniżenia części obciążających wynagrodzenia składek, stawek PIT i ulgi na dzieci. Z perspektywy finansów publicznych i deficytu oraz na tle bieżących wydarzeń był to i tak odważny ruch.

A czego mi brakowało w wypowiedzi premiera? Wypadało wspomnieć o dobrej robocie wykonanej przez NBP i RPP. Animozje pomiędzy premierem i prezesem NBP nie powinny stać tu na przeszkodzie. Kiedy była mowa o wizerunku Polski, warto było wspomnieć iż w pierwszych miesiącach kryzysu (koniec ubiegłego roku) polscy politycy unikali panikarskich czy alarmistycznych wypowiedzi i grania pod niepokoje społeczne. I mam tu na myśli polityków spoza koalicji rządowej. Jednak największą wpadką premiera było przemilczenie roli złotego w uniknięciu głębszego spadku tempa PKB (recesji). Wyniki z I i II kw’09 premier w dużym stopniu zawdzięcza złotemu i tylko ze względów ideologicznych (pomysł z jak najszybszym przyjęciem euro z jesieni’08), premier o tym nie wspomniał. Politycy i ekonomiści o „ideologicznym” podejściu do wprowadzenia euro, dostali – przepraszam za wyrażenie – kopniaka od życia, w postaci silnego kryzysu i zbawiennej w takiej sytuacji roli osłabiającej się krajowej waluty. Mogę mieć tylko nadzieję, że wpłynie to na bardziej racjonalny sposób zachęcania do euro.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Czyżbyśmy zaczęli inwestować w fundusze akcyjne?

Poprawa atmosfery na giełdach skutkująca dynamicznym wzrostem akcji, natychmiast przełożyła się na wyniki funduszy inwestycyjnych. W lutym wartość aktywów wynosiła 67,3 mld zł. Pięć miesięcy później, w lipcu, wartość aktywów sięgnęła niemal 83 mld zł. Oznacza to wzrost o 22%. W tym czasie indeksy krajowe (WIG, WIG20) wzrosły o ok. 60%. Na pozostałych rynkach, indeksy zmieniały się w tym okresie od 20% (Wielka Brytania) do niemal 90% (Rosja). Inwestowanie na zagranicznych rynkach zawiera ryzyko walutowe, a w tym okresie złoty akurat się wzmacniał.

Wzrost aktywów TFI w okresie luty-lipiec o 14,7 mld zł, to przede wszystkim konsekwencja wzrostów giełdowych, które przełożyły się na wzrost wartości jednostek w funduszach zawierających w swoich portfelach akcje. Bilans wypłat i wpłat do TFI w analizowanym okresie, był dodatni ale dość mały, bo zaledwie ok. 0,4 mld zł. Tak więc dodatni bilans przepływów odpowiada jedynie za 3% wzrostu wartości aktywów.

Zatrzymam się na chwilę przy saldzie przepływów, czyli wpłatach i wypłatach z TFI, dokonywanych przez ich klientów. W ostatnich tygodniach w prasie zaczęły się pojawiać opinie, że w społeczeństwie wraca zainteresowanie lokowaniem w jednostki funduszy inwestycyjnych. Analiza przepływów z ostatnich trzech miesięcy nie ułatwia jednak wyprowadzenia prostych wniosków, m.in. o powrocie Polaków do lokowania oszczędności w funduszach. Przypomnę, że z ujemnym miesięcznym saldem (różnica wpłat do TFI i wypłat) mamy do czynienia od listopada 2007 r. Świadomie pomijam listopad i grudzień 2008, kiedy saldo było dodatnie (odpowiednio: 1,0 i 1,9 mld zł), gdyż było to wynikiem zmian w grupie Aviva (dawniej Commercial Union). W tym roku widoczny był trend zmniejszania się sald ujemnego i od maja mamy do czynienia z saldem dodatnim. W maju zaledwie 0,1 mld zł, ale w dwóch kolejnych miesiącach były to już kwoty rzędu 0,6 mld zł. Biorąc pod uwagę średni dodatni bilans wpłat z okresie styczeń 2005 – październik 2007, który wynosił 2,7 mld zł, kwoty z czerwca i lipca tego roku nie są zbyt duże. Oczywiście z jednej strony trudni oczekiwać potężnych wpłat, biorąc pod uwagę kataklizm jakiego doświadczyli inwestorzy w ciągu ostatnich dwóch lat. Ale z drugiej strony, kiedy zauważy się że od kilku miesięcy niskie indeksy giełdowy aż się proszę żeby zacząć inwestować, reakcja Polaków wydaje się trochę opóźniona. Widać że w instytucjach parających się doradztwem finansowym (czyli od banków po małe firmy), nadal panuje nadmierny lęk i niepewność. Czyżby aż tak silny był paraliż po wpadkach z 2007 roku, czy też uwaga przeniosła się na rynek „struktur”. Przykro powiedzieć, ale nadal w instytucjach finansowych patrzy się na klienta jako źródło dochodów, a dopiero na drugim planie jest satysfakcja. Kiedyś zarabiało się na prowizji od funduszy,  a teraz na prowizji zawartej (ukrytej?) w „strukturach”. No… i należy dodać że uwaga bankowców skierowana jest też na lokaty.

Łączne saldo w okresie maj-lipiec wyniosło ponad 1,3 mld zł z czego tylko 40% to szeroko rozumiane fundusze akcyjne. Faktycznie widać tu systematyczny wzrost w ciągu trzech ostatnich miesięcy. Są to kwoty (cały czas mowa o saldzie) od 0,1 w maju mld zł do 0,24 w lipcu. Zastanawiam się czy to efekt doradztwa czy też – jak zwykle – przystępujemy do inwestowania kiedy ostro wzrasta i mówią o tym w telewizji. Całe szczęście, że w dłuższej perspektywie klienci niemal z całą pewnością zyskają stopę zwrotu, przekraczającą zysk z lokat bankowych. Pozostałe 60% przypada na fundusze o bezpieczniejszym profilu inwestowania. Głownie w fundusze pieniężne i papierów dłużnych. Brak informacji kto dokładnie stoi za tymi ruchami, pozwala jedynie domniemywać że to podmioty gospodarcze zarządzają płynnością, a może niektórzy chcą się ochronić przez zapowiadanym od dłuższego czasu spadkiem (korektą) na rynkach akcji. Teorii można dopisać jeszcze z kilka (jak np. działania jednego czy kilku inwestorów instytucjonalnych lub nowy produkt rynkowy) . Nieco mniej rozumiem, tych którzy nabyli jednostki funduszy papierów dłużnych. Tu również można podać powody jak przy funduszach RPP (tzw. pieniężne). „Wchodzenie” w fundusze papierów dłużnych na końcu cyklu obniżania stóp procentowych na świecie i w Polsce jest dość dziwne.

Bieżący wpis zakończę ciekawostką „a kto najwięcej zyskał”? Otóż największe fundusze. Mowa o Pioneerze, BZ WBK AIG, ING czy PKO BP. Aż 55% wzrostu aktywów w okresie luty-lipiec przypadło na te firmy, przy 46% udziale w rynku w lutym. Nie wnikając w szczegóły, to efekt struktury portfela funduszy, sieci dystrybucji i marki. Pozwoliło to w lipcu tym funduszom podnieć udział w rynku do 48%. Jednak czasy kiedy miały razem 65% rynku (np. lata 2004 o 2005) już nie wrócą.  Wysyp nowych funduszy i korekta na giełdzie, ujawniły siłę konkurencji.

 

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Produkcja sprzedana i przychody przed. niefinansowych

Opublikowane w ostatnich dniach krajowe dane makroekonomiczne przyczyniły się do ogromnego optymizmu na giełdzie. Dane faktycznie są dobre, ale jak to zwykle bywa, warto opatrzyć je komentarzem.

Produkcja sprzedana przemysłu w ujęciu rok do roku, spadła tylko o 4,6%. Wprawdzie gazety sondujące wcześniej analityków bankowych wskazywały iż oczekiwano korzystniejszego wyniku, to moim zdaniem spadek o 4,6%, to dobry wynik. Można powiedzieć, że opinia do bieżących wyników makroekonomicznych to kwestia przyjętego punktu odniesienia. Jeszcze kilka miesięcy temu, spodziewano się recesji. Napływ pozytywnych informacji (tzn. nie tak złych jak się spodziewano) rozpoczął proces powolnej korekty prognoz makroekonomicznych na korzystniejsze i w ślad za tym poszło chyba oczekiwanie iż każde kolejne dane, będą ten korzystny obraz potwierdzać. To co możemy obecnie powiedzieć to to że powinniśmy uniknąć kryzysu w rozumieniu spadku PKB w ujęciu rocznym w 2009.

Spadek produkcji sprzedanej jest nieco głębszy niż spadek eksportu wyrażonego w złotych, co oznacza iż sprzedaż na rynku krajowym może dalej spadać. Dane o sprzedaży detalicznej i hurtowej nie pozostawiają wielu złudzeń. Łatwo nie będzie. Sądzę, że inwestorzy giełdowi niepotrzebnie interpretują najnowsze dane jako oznakę łatwego powrotu na ścieżkę wzrostu i próbują to na wyścigi zdyskontować.

Miłą niespodziankę sprawiły wyniki budownictwa (produkcja budowlano-montażowa). Skok wartości prac budowlanych w lipcu w ujęciu rok do roku o ponad 10% faktycznie robi wrażenie. Proponowałbym pewien dystans do tego wyniku. Nie będę już wnikał ile w tym efektu bazy, sezonowości, a ile wyjątkowych wydarzeń (prac budowlanych) przypadających na lipiec. Tym bardziej, że brak dokładnych informacji o tych ostatnich. Ponadto jednorazowe gwałtowne skoki wyników budownictwa w ujęciu wartości prac przypadających na danych miesiąc i w ujęciu rok do roku to stały element w analizie jego wyników. Stąd też nie ma co filozofować i lepiej skupić się na trendzie. Wyniki za lipiec pozwalają wierzyć, że nawet jeżeli w kolejnych miesiącach zobaczymy wartości ujemne, to spadki nie będą wielkie ani długotrwałe. Dla mnie najważniejszy wniosek wynikający z najnowszych danych budownictwa, to potwierdzenie iż nie nastąpiło załamanie produkcji budowlano-montażowej a jedynie korekta i tak zbyt wysokiego tempa wzrostu jeszcze rok temu. Nie chcę zapeszyć, ale wyniki budownictwa pozwalają również wierzyć iż unikniemy poważniejszego spadku tempa nakładów inwestycyjnych. Przypomnę, że nakłady na budynki i budowle w nakładach inwestycyjnych ogółem to niemal 40% w ubiegłym roku.

Na koniec dane na które zawsze czekam z dużym zainteresowaniem, czyli wyniki przedsiębiorstw niefinansowych. Przychody ze sprzedaży w II kw tego roku, realnie są mniejsze o 1,5%. Można w zasadzie powiedzieć, że przychody są niemal bez zmian. Niestety trzeba zauważyć, że roczne tempo przychodów systematycznie słabnie i na kilka kwartałów musimy zapomnieć o rocznych wzrostach na poziomie kilkunastu procent, z czym mieliśmy do czynienia w okresie od 2006 roku do połowy 2008.

Wyniki przedsiębiorstw obejmują, poza przemysłem, sektory usługowe. Po odjęciu przychodów z tytułu eksportu okazuje się, że sprzedaż dóbr i usług w kraju w ujęciu rok do roku, wzrosła nominalnie o nieco ponad 4%, co w ujęciu realnym daje wartość na poziomie zero procent. Kiedy weźmie się pod uwagę, że spadek produkcji przemysłowej był większy, to nasuwa się oczywisty wniosek, iż przed silniejszym spadkiem przychodów ratują nas usługi. To nic nowego. Przychody przemysłu charakteryzują się w swoich cyklach większą amplitudą wahań. W okresach  spowolnienia, roczne tempo przychodów przemysłu obniża się szybciej niż usług, czyli inaczej mówiąc – usługi czynią okresy spowolnienia łagodniejszymi.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Uregulowania związane z rynkiem kredytowym

Rozwój rynku kredytowego i drastyczne spowolnienie koniunktury, przyczyniły się do powstania kilku nowości, albo znacznych poprawek w regulacjach prawnych mających związek w rynkiem kredytowym. Mam na musi następujące akty

1.        ustawa o upadłości konsumenckiej
2.        dopłata do odsetek w ramach programu „Rodzina na swoim”
3.        ustawa o pomocy w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych

Z góry zaznaczam, że celem bieżącego wpisu nie jest analiza prawna tych aktów ani ich streszczenie, a jedynie zestaw refleksji. Tych, którzy szukają dokładnych informacji, odsyłam do aktów prawnych i artykułów oraz poradników jakich mnóstwo pojawiło się i pojawia w prasie.

Czas powstania, cel i zasięg wspomnianych aktów prawnych jest różny. Do jednych dojrzewaliśmy długie lata, inne wymuszone zostały zmieniająca się sytuacją makroekonomiczną. Dwa pierwsze zostały już wstępnie zweryfikowane przez życie. Trzeci, jest nowością. Jedną z wielu ich cech wspólnych jest większa lub mniejsza krytyka. To zaś, co je łączy to mniejszy lub większy związek w rynkiem kredytowym. Możemy na żywym organizmie prześledzić powstawanie prawa regulującego sferę życia, gdzie zbiegają się problemy społeczne, mikro- i makroekonomiczne. Zwiększanie skali zadłużenia gospodarstw domowych w ostatnich latach oraz załamanie tempa rozwoju gospodarczego zachęciły parlamentarzystów i urzędników do objęcia tzw. „dedykowanymi” regulacjami tej sfery naszego życia.

Z tych trzech aktów, rozczarowanie budzi ustawa o upadłości konsumenckiej. Jej uregulowania są tak ostre, iż należałoby postawić pytanie czy spełnia swoją rolę. I już na samym początku trafiamy na pytanie, o jaką rolę chodzi. Lektura ustawy i pierwsze opinie prawników, wskazują że akt prawny zamiast pomóc wyplątać się z długów i dać możliwość powrotu do życia, robi wrażenie jakby był napisany na potrzeby instytucji finansowych wobec których gospodarstwo domowe jest dłużnikiem. Celem ustawy jest w zasadzie zaspokojenie banku-wierzyciela (przypominam, że poruszamy się w przykładowym kręgu gosp_domowe-kredyt-bank). Trudno o inną opinię, skoro usuwamy kogoś z mieszkania i sprzedajemy sprzęty, pozostawiając środki na roczny wynajem. A co potem? Pojawia się wiec wątpliwość, że ustawa o upadłości w stosunku do istniejącego wcześniej prawa nie wnosi w zasadzie nowej jakości. W takim razie po co takie prawo.

Moim zdaniem sens takiej ustawy jest tylko wtedy, gdy wyrówna ona szanse obydwu stron, czyli banku i dłużnika. Nie będę się wykłócał, kto bardziej jest winny utracie zdolności spłaty zadłużenia, bank czy klient, bo precyzyjne ustalenie winy niewiele tu wnosi. Z jednej strony mamy konsumenta, pożyczkobiorcę, który jak najszybciej chce poprawić swój status materialny, a z drugiej bank, który udaje że nie widzi iż daje kredyt osobie ze znacznym ryzykiem niespłacenia pożyczki. Nie zamierzam usprawiedliwiać braku rozsądku gospodarstw domowych w zadłużaniu, niemniej trzeba pamiętać że bywają i przypadki losowe, jak utrata pracy. Cześć winy leży jednak po stronie banków, które świadomie dają zbyt łatwo pożyczki. Nie widzę więc powodów dla których i banki nie powinny ponosić finansowych konsekwencji wspomnianej polityki. Nie bez znaczenia jest też i kwestia społeczna, czyli zapobieganie pojawiania się kolejnego czynnika powiększającego sferę ubóstwa.

Celem ustawy konsumenckiej powinno być dążenie do maksymalnego uregulowania zadłużenia, przy pozostawieniu klientowi (gospodarstwo domowe) szansy na przetrwanie. Oznaczałoby to więc, trzymając się przykładu mieszkania, pozostawienie możliwości posiadania własnego lokum w wielkości określonej w ustawach o mocy mieszkaniowej. Jeżeli ktoś i tak żyje na małej powierzchni, to pozostaje dochodzić spłaty zadłużenia z innych aktywów lub wynagrodzenia. W ostatnim przypadku oznacza to dla banków w gruncie rzeczy ograniczone możliwości odzyskania całego zadłużenia. Powyższa skrócona opinia powoduje wyodrębnienie relacji bank-pożyczkowbiorca, z innych aktów prawnych regulujących zasady odzyskiwania należności. Jest to jednak uzasadnione skalą i specyfiką rynku, gdzie i banki nie są bez winy.

Ostatecznie powstała wyjątkowo restrykcyjna ustawa, która nie wnosi praktycznie nowej jakości w naszym prawie i życiu społeczno-gospodarczym. Powstał bezwartościowy akt prawny. Specyfika rynku kredytowego wymagała przesunięcia konsekwencji kłopotów z uregulowaniem kredytów nieco w stronę banków.

Spory o kształt ustawy regulującej (a nawet sens jej powstania) upadłość konsumencką trwają od kilku lat. Z całą pewnością rynek osiągnął już takie rozmiary, by taka ustawa powstała. Warto więc jeszcze raz podyskutować o jej kształcie i porzucić ideologiczne podejście.  Kryje się za tym niezmiernie ciekawa dyskusja o odpowiedzialności za podejmowane decyzje ekonomiczne i mam tu na myśli zarówno banki jak i gospodarstwa domowe. Gdzieś po środku jest i państwo, które nie jest zainteresowane zwiększaniem liczby gospodarstw domowych zasilających rzeszę klientów pomocy społecznej.

W jednym z kolejnych wpisów przedstawię opinie do pozostałych dwóch ustaw.

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Pieniądz rezerwowy w lipcu

Najnowsze dane o pieniądzu rezerwowym potwierdzają wcześniejsze oczekiwania dotyczące zasilenia banków w płynność pochodzącą ze zmniejszenia rezerwy obowiązkowej. Przypomnę, że pod koniec maja RPP obniżyła stopę rezerwy obowiązkowej z 3,5% do 3,0%, a miesiąc później – stopę referencyjną z 3,75% na 3,5%. Na bazie wartości depozytów, w maju szacowałem uwolnione przez RPP (w lipcu) środki na niemal 3 mld zł. Z punktu widzenia teoretycznych potrzeb rynku (teoretycznych!) nie jest to może kwota nadmiernie duża, ale  po zachowaniu banków w ciągu minionego półrocza, i tak było wiadomo że na pewno nie będzie obecnie wykorzystana.

NBP od dziesięciu miesięcy zasila banki w pieniądz (operacje z pozycji repo). Jednak od grudnia wartość ta powoli spada. Świadomie nie biorę pod uwagę wartości operacji repo z końca kwietnia. Najprawdopodobniej konkurencja bonów skarbowych spowodowała suszę na rynku międzybankowym, co przełożyło się na skokowy wzrost wartości operacji repo do niemal 14,9 mld zł. W zależności od przyjętej metody liczenia, wartość operacji repo spada o ponad 0,5 mld zł miesięcznie od końca ubiegłego roku. Tymczasem banki, które mają krótkoterminową nadpłynność zwiększają wartość przetrzymywanych w bonach NBP pieniędzy o ok. 3,5 mld zł miesięcznie. Na koniec grudnia w bonach pieniężnych było 10,2 mld zł, a na koniec lipca – dokładnie 35 mld zł.

Mimo tego wpływ krótkoterminowej nadpłynności na stawki WIBOR jest mizerny. Od rozpoczęcia cyklu redukcji stopy referencyjnej w Polsce (koniec listopada), wartość stóp WIBOR dla depozytów od 3M do 12M spadła o wartość niewiele mniejszą od wartości spadku stopy referencyjnej, czyli ok. 240 pkt. bazowych.

Spadek tempa wzrostu gospodarczego spowodował mniejszy przyrost głównej pozycji pieniądza rezerwowego, czyli pieniądza gotówkowego w obiegu łącznie z kasami banków. Oprócz tego trzeba pamiętać, że wartość pieniądza gotówkowego wraca do normalnych rozmiarów z III kw 2008 r. po skoku z ok. 7,5% wartości PKB do 8,3%. Obecnie wartość pieniądza gotówkowego w relacji do PKB, wynosi ok. 7,8%.

Wzrosła wartość pieniędzy jakie banki przetrzymują na rachunkach w NBP. Pomimo spadku poziomu rezerw, na bankowych rachunkach było łącznie niemal 7 mld zł ponad potrzeby. W efekcie pomimo spadku stopy rezerwy obowiązkowej do 3%, jej teoretyczna wartość  – w zależności od skali precyzji  wyliczeń – wynosi od 4,1% do 4,3%.

Podsumowując: biorąc pod uwagę stawki na rynku międzybankowym oraz przytoczone wyżej dane, można powiedzieć że w sektorze bankowym wciąż utrzymuje się brak zaufania. RPP zrobiła co do pory co do niej należało, czyli obniżyła stopy i zasiliła sektor bankowy w płynność. Teraz pozostaje czekać na efekty.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Walka rolników o marżę

Zarzuty rolników pod adresem handlu detalicznego, zamieszczone we wczorajszej Gazecie Wyborczej przypomniały, że gospodarka rynkowa to również ostra rywalizacja o marżę, toczona przez podmioty gospodarcze. Zanim przejdę to własnego komentarza to pretensji i propozycji rolników i ich przedstawicieli, pokrótce przypomnę o co poszło. Otóż rolnicy skarżą się, iż mają coraz większe trudności z zapewnieniem opłacalności produkcji. Ceny skupu spadają, a tymczasem ceny artykułów żywnościowe nie. To prowokuje pytanie: kto przejął marżę? A skoro ktoś marże rolników przejął, to jest to akt niegodziwy ich zdaniem i należy rozpocząć działania przywracające normalność. W cytowanych przez GWyborczą wypowiedziach jako winny wskazany jest handel detaliczny, a przede wszystkim osławione już wielkopowierzchniowe markety.

W pretensjach rolników jest trochę racji, ale procesy ekonomiczne które do tego doprowadziły można bez ryzyka błędu nazwać obiektywnymi. Szczególną uwagę warto zwrócić na komentarz, poziom zarzutów i pomysłów reprezentantów rolnictwa. Bo te wskazują, że od dwudziestu lat stoją w miejscu i chyba nadal nie rozumieją że mamy wolny rynek.

Wpierw krótki rys historyczny. Jakieś dwadzieścia lat temu zmieniliśmy ustrój społeczno-gospodarczy na rozsądniejszy. Patrząc na przemiany z perspektywy grup zawodowych, rolnicy byli wśród tych, przed którymi wspomniane zmiany postawiły najwięcej wyzwań. Rolnictwo weszło w okres wolnego rynku bardzo rozdrobnione i takie pozostaje do dzisiaj. Z biegiem czasu powoli produkcję rynkową zaczęły przejmować gospodarstwa kilkudziesięciohektarowe i większe. W pionowym układzie rolnictwo – przetwórstwo spożywcze – handel detaliczny, pierwszy elementy pod względem organizacyjnym przekształca się najwolniej. Sektor przetwórstwa spożywczego zaczął się modernizować i łączyć w większe podmioty już od pierwszych lat ubiegłej dekady. Trzeci element – handel wielkopowierzchniowy – zaczął nabierać rozpędu od II połowy lat 90-tych. Jest faktem iż szanse nie były wyrównane, ale to nie oznacza że nie było ich wcale. Można dyskutować czy dynamiczny rozwój sieci marketów aby faktycznie nie zakłócił równowagi na styku producent/przetwórca – handel – konsument. W innych krajach proces ten trwał dłużej. My dołączyliśmy do normalnego świata dość późno i handel wielkopowierzchniowy prowadzony przez silne ekonomicznie sieci handlowe pojawił się z tego punktu widzenia, dość raptownie. To jednak obiektywna konsekwencja zbyt długiej izolacji ekonomicznej Polski. Należy też pamiętać, że rozwój marketów ma akceptację społeczną, w postaci rzesz obywateli którzy codziennie te markety odwiedzają.

Rozdrobnione rolnictwo w starciu ekonomicznym z silniejszym uczestnikami cyklu, czyli przetwórstwem i handlem, z natury rzeczy stoi na gorszej pozycji w rywalizacji o podział marży. Stan ten można zmienić, poprzez tworzenie organizacji zrzeszających drobnych wytwórców i zastanowienie się czy upieraniu się przy modelu rolnictwa opartym na gospodarstwach rodzinnych (czyli w naszych warunkach, gospodarstwach stosunkowo małych) ma sens. Użyte przeze mnie pojęcie „organizacji zrzeszających..” jest ogólne, ale obejmuję tym wszelkie formy od przedsiębiorstw po luźne formy pozwalające na wspólną reprezentację wobec dostawców i odbiorców. Unia Europejska wspiera powstawanie grup producenckich. Nie ma też co ukrywać, że jeszcze na obecnym etapie rozwoju rolnictwa, większe korzyści może nadal przynosić kontynuowanie poprawy wydajności.

Do rolników nadal to chyba jednak nie dociera, sądząc z poziomu komentarzy i pomysłów jakie cytowane są przez Gazetę Wyborczą. Nie dziwią mnie emocjonalne wypowiedzi zwykłych rolników, ale wypowiedzi przedstawicieli organizacji rolniczych i Ministerstwa Rolnictwa budzą rozczarowanie a czasami śmiech.

„Prezes KRIR Wiktor Szmulewicz chce, by na każdym produkcie żywnościowym była cena sugerowana, za jaką sklep powinien sprzedawać ten towar. Zawierałaby ona koszt jego produkcji oraz "rozsądną" marżę handlową.”

Idea ceny sugerowanej może mieć zastosowanie tylko do wąskiej części towarów i z racji dużej liczby producentów rolnych oraz zróżnicowanych kosztów magazynowani i transportu nie jest możliwa do zastosowania w szerszym zakresie. Już zupełnie nie widzę tego w przypadku produktów rolnych. Mogą tego próbować zakłady przetwórcze, ale w przeważającej większości z nich, rolnicy (dostawcy surowca) nie mają możliwości wpływu na politykę cenową. A teoretyzując,….. to w zastosowanie tego w masowej skali byłoby powrotem do socjalizmu.

Nie wiem co to jest „rozsądna” marża. Jak pomysłodawca będzie doliczał się marży dla poszczególnych branż. Oczekiwana stopa zwrotu z inwestycji bywa wysoce zróżnicowana pomiędzy branżami. Różne są potrzeby inwestycyjne, tzn. wykraczające poza ujętą w kosztach amortyzację. Oczywiście intuicyjnie rozumiem pojęcie „rozsądna..” ale w rozumieniu marży w danym sektorze, który jest silnie konkurencyjny, czyli marży osiąganej w okresach już historycznych. Bywało, ze w niektórych sektorach przetwórstwa spożywczego marża wskutek wyniszczającej konkurencji uniemożliwiała inwestowanie na poziomie koniecznym. A swoją drogą, zgłaszam swój udział do komisji która będzie ustalała „rozsądną” marżę na produkty rolne, bo przyjmuje iż producenci rolni tez będą tym pomysłem objęci.

„Minister rolnictwa Marek Sawicki chce powołać międzyresortowy zespół do badania, czy hipermarkety nie zawyżają przypadkiem cen żywności. I badać, kto, gdzie zarabia najwięcej.”………….” W maju tego roku Sawicki złożył również na posiedzeniu unijnych ministrów rolnictwa wniosek o przeanalizowanie marż w handlu.”….” W środę wicepremier Waldemar Pawlak w Programie III Polskiego Radia mówił, że działające w Polsce sieci ledwo wychodzą na zero, a w Europie Zachodniej mają piętnaście procent rentowności. – W oczywisty sposób można przypuszczać, że następuje transfer zysków. I to oznacza, że to, co jest nadwyżką, jest transferowane do macierzystej centrali, a u nas pozostają problemy i kłopoty”….” To niedopuszczalne. Tym trzeba się zająć. Urzędy skarbowe, UOKiK muszą to kontrolować, przejrzeć dokumentację tych sieci – oburza się Wiesław Woda, poseł PSL”.

No i na koniec myśl finalizująca powyższe cytaty:” Zdaniem PSL ukrywane zyski hipermarketów powinny zasilić kasę państwa, która znajduje się obecnie w kryzysie.”

Zastawiam się co ci ludzie robili przez minione dwadzieścia lat wolnego rynku. Czyżby do tej pory procesy ekonomiczne kształtujące cenę finalną przetworów spożywczych ich nie interesowały? Chętnie bym przeczytał w codziennej ekonomicznej prasie informacje o tym, ale nikt się nie kwapi z zaryzykowaniem takiego opracowania. Mała grupa analityków zaopatrzona w dane z GUS i dostępne raporty finansowe firm handlowych i przetwórstwa spożywczego, bez większych przeszkód diagnozuje problem. Skoro na rynku artykułów spożywczych tak łatwo o dużą marżę, to co do tej pory zrobili autorzy powyższych myśli by w ten rzekomo „łatwy” rynek uzupełnić podmiotami które będą sprzedawać taniej i z „rozsądną” marżą. Kierowanie niesmacznych zarzutów pod adresem „zagranicznych” sieci jest już trochę nudne. „Polski” handel detaliczny, bardziej rozdrobniony, tez nie ma ochoty obniżać cen.

Problem rywalizacji o marże faktycznie istnieje, ale w większej części jest on efektem rozdrobnienia rolnictwa i wynikające stąd niskiej wydajności.

Przygotowując się do tego wpisu, sprawdziłem zmiany cen mleka i cen tzw. nabiału. Od czasu skoku cen skupu w 2007, rolnicy musieli zaakceptować jej spadek z ok. 130 zl za litr (XI, XII 2007) do 86 zł obecnie. Tymczasem cena produktów finalnych praktycznie nie spadła. Nie wyjaśnia to jednak tego, kto przejął „marże” rolników i czy aby na pewno były to sieci marketów i czy aby na pewno ktoś ma tą marżę czy też „zjadły” ją koszty produkcji. Jakość argumentów rolników i odruchowe wskazanie winnego, sugeruje że nikt z nich poważnie tego problemu nawet nie analizował.

Poniżej link do komentowanego artykułu:

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,6899247,Klient_musi_wiedziec__ile_przeplaca.html

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz