Wyniki finansowe przedsiębiorstw w IV kw 06


Wyniki przedsiębiorstw za IV kw ubiegłego roku okazały się
wyjątkowo dobre. Przychody w ujęciu rok do roku wzrosły realnie o 10,3%. Koszty
wzrosły w tym czasie o 9,9%. W okresie od 2003 r. do III kw 2006 r. średnia
dynamika wzrostu przychodów wyniosła prawie 9%
. Spadek miał miejsce głównie
w okresie IV kw 2004 r. – II kw 2005 r. Wynikało to z faktu przyrównania
przychodów do wyjątkowo korzystnego okresu dla gospodarki, czyli ostatnich
kwartałów przed wejściem do UE. Gdyby jednak odjąć ten efekt i wywołane nim
skutki dla dynamiki przychodów, to można powiedzieć, że przychody w gospodarce
rosną we względnie stałym wskazanym wyżej tempie. Jest to kolejne
potwierdzenie, że gospodarka utrzymuje trend wzrostowy i nie ma ochoty
zwalniać
. Wprawdzie dynamika w IV kwartale jest nieco wolniejsza od trzech
wcześniejszych 2006 r. (od 11% do 13%), to byłbym ostrożny z wyciąganiem z tego
pochopnych wniosków. Dane produkcji sprzedanej ze stycznia i lutego
potwierdzają, że dynamika sprzedaży nie zwolni, a nawet powinna wrócić do
poziomów z kwartałów od I do III ubiegłego roku.

Drugi kwartał z rzędu szybciej rosły przychody usług
(mowa o podmiotach niefinansowych). Różnica w dynamice sięgnęła niemal 4%. W
przemyśle wyraźnie poprawiły swoje rezultaty działy: odzieżowy i skórzane.
Niską – kilkuprocentową – dynamikę utrzymały działy 20, 21, 22, czyli
„drewniany”, „papierowy” i „wydawniczy”. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na
ich wysokie wskaźniki rentowności. Kilkunastu procentową realną dynamikę
utrzymał dział producentów wyrobów gumowych i z tworzyw sztucznych. Producenci
metali (hutnictwo) i wyrobów z metali drugi kwartał z rzędu utrzymali dynamikę
przychodów dwu-, trzykrotnie przekraczającą wartość przeciętną. To samo
dotyczyło budownictwa. Handel oraz dział „Hotele i restauracje” odnotowały
wzrost sprzedaży o kilka procent przekraczający wartość średnią dla
przedsiębiorstw niefinansowych. Głównie tym właśnie sekcjom i działom
gospodarki usługi zawdzięczają swoją przewagę na przemysłem w IV kwartale.

Wyniki działalności (jako miarę przyjmuje rentowności
sprzedaży) za cały 2006 r. są niemal na poziomie 2004 r. Niemałą rolę odegrały
tu właśnie wyniki IV kwartału, który w ujęciu sezonowego rozkłady wyników
okazał się wyjątkowo udany, co jest też dobrym prognostykiem na najbliższe
miesiące
. Muszę jednak zwrócić uwagą na wskaźnik rentowności sprzedaży.
Za cały rok wzrósł jedynie o 0,2% w porównaniu z 2005 r. i w rozkładzie
sezonowym tak wysoki wynik gospodarka zawdzięcza wynikom z II i III kw
. Tak
więc, gdyby rentowność netto była tylko pochodną zmiany wyniku na sprzedaży, to
wskaźnik rentowności netto byłby o 0,5% niższy.

Poprawa koniunktury pozwoliła utrzymać trend poprawy
wyniku w budownictwie
. Na koniec roku
roczna rentowność sięgnęła 4,5%, czyli wielkość widzianą ostatnio w tym
dziale w połowie 1999 r.

Poprawa wyników sprzyja oczywiście poprawie płynności
przedsiębiorstw
. Wskaźnik płynności I stopnia sięgnął 0,35. Z punktu
widzenia pojedynczego podmiotu nie jest
to może osiągnięcie, ale w przypadku gospodarki ogółem oznacza, że te działy
które przed laty zaniżały ogólny wynik (np. hutnictwo) poprawiły znacznie swoją
płynność. To właśnie wzrost własnych środków finansowych powodował dość długo,
w okresie obecnego wzrostu, słabe zainteresowanie kredytem w gospodarce.
Dopiero silny wzrost inwestycji w 2006 r. spowodował wzrost udzielonych
przedsiębiorstwom kredytów.

Kończąc omawianie wyników za IV kw i cały 2006 r. chciałbym
zwrócić uwagę na udział liczby podmiotów osiągających zysk netto.
W
ubiegłym roku osiągnęliśmy rekord, gdyż niemal aż 80% z badanych ok. 15 tys.
największych podmiotów osiągnęło
dodatni wynik netto
. W przypadku budownictwa jest to niewiele poniżej
90%
.
W bieżąc roku przychody mogą utrzymać dynamikę nawet z 2006 r. W
przypadku wyników finansowych (rentowność) to wątpię, by było możliwe
utrzymanie wyników jak w 2006 r. Mamy szansę utrzymać wyniki z przedziału
wyznaczonego przez lata 2005 i 2006 r
. Nawet gdyby to było bliżej dolnej
granicy, to i tak będzie to wynik bardzo dobry. Jeżeli wyniki przekroczyłyby
rezultaty z 2004 czy 2006 r., to zacznę się bać o polską gospodarkę i oczekiwać
reakcji Rady Polityki Pieniężnej.

Marek Żeliński, kwiecień 2007


Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Private Banking, słowo wstępne

Na stronie
poświęconej inwestowaniu chciałbym przedstawić i opiniować możliwości inwestycyjne
dostępne dla każdego, bądź mówiąc dokładniej – dla każdego, kto posiada wolne
środki do inwestowania. Nazwa działu „private banking” pełni głównie role hasła
wywoławczego, które zdaje się wrastać w naszą rzeczywistość wobec braku równie
prostego odpowiednika w języku polskim.

Rynek
doradztwa inwestycyjnego rozwija się niezwykle dynamicznie. Co i rusz, powstają
nowe firmy. Obok doradztwa w bankach, mamy już na rynku firmy doradcze, które
osiągnęły już znaczny sukces rynkowy. Portale jobpilot.pl czy pracuj.pl pełne są
ofert dla osób chcących zajmować się doradztwem finansowym. Jedyne, co mnie
martwi to dość często spotykane w ofertach pracy w części „wymagania”,
określenie wymagań merytorycznych. Znajomości rynku i instrumentów finansowych
nierzadko wymieniana jest na końcu. Wciąż przeważa w hierarchii wymagań „doświadczenie
w pracy z klientem”, co nieraz oznacza po prostu przejście do nowej firmy w
portfelem klientów. Bywały i ogłoszenia typu „wiedzy o rynku finansowym i
instrumentach finansowych nie jest wymagana”. Problem ten dotyczy głównie
małych firm o zasięgu regionalnym. W większych firmach przynajmniej kadra
kierownicza, to renomowani doradcy, niekiedy z tytułem licencjonowanego doradcy
inwestycyjnego.

Zwracam na ten
problem uwagą, ponieważ dla mnie doradzanie wiąże się ze znajomością rynku i
makroekonomii oraz praw i zasad, które nimi kierują. Widząc tempo rozwoju rynku
oraz wspomniane wymagania przy ofertach pracy, trudno oprzeć się wrażeniu, że w
większości mamy do czynienia ze sprzedażą palety usług, a nie z doradztwem.
Obecnie problem ten może nie jest tak widoczny, bo mamy świetna koniunkturę
gospodarczą i na giełdzie, ale to nie będzie trwało wiecznie.

Niemniej
dostrzegam w procesie rozwoju doradztwa inwestycyjnego szereg pozytywnych
stron, które z całą pewnością przeważają nad niektórymi bolączkami
charakterystycznymi dla dynamicznie rozwijającego się rynku. Przede wszystkim
pomiędzy bardzo bogatą oferta inwestycyjną, z jaka mamy do czynienia w Polsce a
klientem, pojawił się doradca. Doradca, czyli osoba posiadająca, co najmniej
elementarną wiedzę i umiejętności by przedstawić ofertę i pomóc określić akceptowany
poziom ryzyka przez klienta oraz zaproponować strukturę portfela. Na naszych
oczach łamany jest od kilku lat monopol banków (wynikał z naszej niewiedzy!) na
lokowanie pieniędzy. Nadal większość Polaków nie ma chyba świadomości, że bez względu
na to czy chcemy mieś stopę zwrotu jak przy lokowaniu w obligacjach czy na
lokacie bankowej, możemy lokować w ten instrumenty bez pośrednictwa banków czy
Ministerstwa Finansów (dokładniej PKO BP, który pełni obecnie rolę dystrybutora
obligacji dla osób fizycznych). Oferta funduszy inwestycyjnych w Polsce jest
niezwykle bogata i precyzyjna ich analiza jest coraz trudniejsze nawet dla
doradców.

Chciałbym
zwrócić również uwagę na szybki rozwój portali internetowych w całości lub części
podejmujących problematykę doradczą. Większość instytucji finansowych, w tym
banków, ma już wyodrębnione podstrony poświecone private banking. Na ogół
strony te nie obejmują jeszcze całości problematyki private banking. Niemniej
wpisując odpowiednie hasła w wyszukiwarkach, przeciętny człowiek jest w stanie
dość szybko zdobyć ogromną wiedzę na temat lokowania oszczędności. Można nawet
znaleźć portale, gdzie krok po kroku pomaga się internaucie określić strukturę
portfela właściwą dla jego profilu ryzyka.

Wciąż jednak
za mało jest pełnej informacji albo sposób jej podania utrudnia jej zrozumienie
osobie, która na co dzień nie ma kontaktu z finansami. Najczęściej doradcy
bankowi ograniczają ofertę inwestycyjną do produktów finansowych grupy
finansowej, do której należy Bank. Doradcy z tzw. firm niezależnych również nie
oferują pełnej gamy funduszy, niemniej ich oferta jest zdecydowanie bogatsza niż
bankowa. Żaden z doradców nie wspomni jednak klientowi przykładowo o
obligacjach skarbu państwa, które są atrakcyjną ofertą. Odpowiednio zestawiony
portfel takich obligacji (przypominam: obligacji dla osób fizycznych) może być
nieco korzystniejszy niż fundusze obligacyjne lub lokaty bankowe. Wciąż trudno
w jednym miejscu zebrać pełną oferta dostępną w kraju wraz z analizą ryzyka i
korzyści dla każdej oferty.

Podsumowując, moim celem nie jest
analiza dokładnie wszystkich instrumentów dostępnych na rynku. Będę starał się jednak przybliżyć dostępne instrumenty,
opiniować zmiany na rynku oraz podawać inne informacje, które pozwolą lepiej
wybrać dostępną ofertę inwestycyjną. Mam nadzieję, że po kilku miesiącach
lektury czytelnik będzie się lepiej orientował się w rynku inwestycyjnym i
asymetria wiedzy pomiędzy nim a doradcą będzie mniejsza.
Marek Żeliński, kwiecień 2007

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Rynek finansowy w III


Z korekty na giełdzie nic nie wyszło. WIG z nadwyżką
odrobił straty z przełomu lutego i marca i na koniec miesiąca sięgnął 57,7 tys.
Miałem nadzieję, że rynek w końcu zaliczy wiszącą nad nim korektę, ale
marzec udowodnił, że inwestorzy akceptowali niższe poziomy jedynie na tyle na
ile wymusiły na nim to czołowe zagraniczne giełdy
. Warto zauważyć, że w
porównaniu z giełdami zagranicznymi w II połowie miesiąca bardzo oderwaliśmy
się od trendów zagranicznych.

Luty kończył się silnymi spadkami
na krajowej giełdzie. Jeszcze 5 marca WIG spadł o 2,3%. I to był ostatni dzień
korekty, bo od następnego dnia rozpoczął się marsz ku górze. Od 6 do 8 marca
WIG wzrósł o 4,5%, a później od 19 do 23 łączny wzrost wyniósł aż 6%. W okresie
od 23 lutego do końca marca giełda dostarczyła sporej dawki adrenaliny. Wpierw
do 5 marca spadła o 9%, by do 30 marca wzrosnąć aż o 13%. Mierząc zmiany na
giełdzie  wg indeksów giełdowych na
koniec lutego i marca, to WIG wzrósł aż o 10,8%, gdy tymczasem główne
zagraniczne indeksy zmieniały się głównie w przedziale +- 2,5%
. Warto
zwrócić uwagę na zmianę indeksów liczonych jako średnia z całego miesiąca. W
porównaniu z lutym na światowych giełdach odnotowano spadki o od 2% do 5%. W
Polsce tymczasem WIG spadł zaledwie o 0,5%.

Mierząc zmiany nastrojów na
giełdach roczną dynamiką  w każdym
miesiącu, to widać że WIG próbuje utrzymać tempo wzrostu rzędu 40%, kiedy
czołowe światowe rynki powoli się uspokajają. Taka sytuacja ma miejsce już od
jesieni ubiegłego roku. Jedynie WIG 20 wzorem zagranicy zwalnia tempo wzrostu.

Huśtawka jakiej świadkami
byliśmy w minionych tygodniach dobrze pokazuje, które sektory gospodarki
reprezentowane na giełdzie traktowane są spekulacyjnie
. Pamiętając o datach
23 luty, 5 marca i 30 marca, najsilniej spadł indeks budownictwa ogólnego
(15%). Ale jak tylko poprawiły się nastroje to tenże indeks wzrósł o 41% (!). O
11% spadł przemysł drzewny i papierniczy oraz sektor finansowy. Warto zwrócić
uwagę na indeks przemysłu lekkiego. Przy całej panice inwestorzy zachowali stalowe
nerwy. W dniach spadku indeks spadł zaledwie o 4%, by później wzrosnąć o
51%(!). Zwracam na to uwagę, bo inwestorzy zauważyli że w tym dziale gospodarki
wyraźnie poprawiły się wyniki w IV kw 2006 r. Dość neutralnie (niewielki
spadek, niewielki wzrost) przeżył wahanie na polskiej giełdzie przemysł
spożywczy, dystrybutorzy leków i firmy związane z ochroną zdrowia.

Przedstawione zmiany na giełdzie
wskazują, że przejściowa korekta sprzed paru tygodni została wymuszona przez
zmiany na rynkach zagranicznych i krótko po tym wzięliśmy się znowu za
kupowanie. Informacja o podniesieniu ratingu dla Polski (Standard &
Poors;  z BBB+ na A-), bardzo ładne
wyniki gospodarki za IV kw 2006 oraz świetnie rezultaty produkcji sprzedanej
przemysłu  i budownictwa za pierwsze dwa
miesiące nowego roku pewnie zachęci graczy na krajowym rynku do testowania
nowych poziomów
.

Na rynku depozytów
międzybankowych oraz papierów dłużnych, po publikacji obfitych danych (PKB,
wyniki finansowe przedsiębiorstw, wynagrodzenia oraz produkcja przemysłowa i
budowlana) gracze coraz bardziej zdają sobie sprawę, że sygnały o znacznym
wewnętrznych popycie zachęcą członków RPP do podniesienia stóp w najbliższych
miesiącach. Widać to było w wypowiedział tych członków Rady, którzy
wstrzymywali się z do tej pory nawet z podaniem okresu kiedy przyjdzie im
podjąć decyzję o wzroście stóp. Zauważyłem, że chętniej niż kiedyś mówi się
nawet o wzroście o 0,5% za jednym zamachem. Skruszała więc nieco grupa osób,
które zanadto wysługiwały się wydajnością pracy by utwierdzać siebie i
otoczenie w przekonaniu, iż podwyżki wcale nie są takie pewne. Przypomnę, że
byłem zwolennikiem podniesienia stopy o 0,25% jesienią i czekania co będzie
dalej. Uważam, że 0,25% to dobre wyważenie pomiędzy wszystkimi „za” i „przeciw”
w obecnej sytuacji makroekonomicznej. W swoim komunikacie po comiesięcznym
spotkaniu RPP zwróciła uwagę na znaczną dynamikę płac oraz konieczność
dokładnej obserwacji danych makroekonomicznych przedstawiających zmiany w
popycie
. Dlatego też ostrzeżono w komunikacie, że utrzymanie inflacji na
poziomie celu inflacyjnego może wymagać zacieśnienia  polityki pieniężnej
.

Wobec powyższego rynek na
przełomie II i III dekady marca w terminach od 6 miesięcy do 2 lat podniósł
rentowności od ok. 0,10% do prawie 0,30% (stawki WIBOR). Zmiany stóp (WIBOR i
obligacji) prezentuję w tabeli na końcu opracowania.

Oznaczało to oczywiście korektę
stawek FRA. FRA liczone na bazie WIBORów wskazuje, że rynek na koniec marca
nawet z pewną nadwyżką dyskontuje wzrost stóp o 0,5% w okresie 12 m-cy
.
Liczenie FRA na bazie średnich z WIBORU i WIBIDU nie wnosi wiele nowego, poza
tym oczywiście że oczekiwania wzrostu są minimalnie niższe. Niemniej w drugim
przypadku daje się zauważyć, że rynek ewentualnej pierwszej podwyżki o 0,25%
oczekuje raczej w okresie letnim
.

Najspokojniejszy w
lutym był rynek walutowy
. Generalnie złoty (tzn. koszyk) w niewielkim
stopniu się wzmocnił. Według stanów z końca marca i lutego, złoty (koszyk)
wzmocnił się o 1,6%, a wobec USD i EUR odpowiednio o 2,2% i 1,2%. Biorąc pod
uwagę średnie notowania w miesiącach luty i marzec, zmiana (wzmocnienie) była
jeszcze mniejsza (odpowiednio: 0,7%,1,5%, 0,2%)
.

Zawirowania na rynku akcji na początku miesiąca i wzrost
popytu na nie od II połowy marca nie miały wpływu na złotego. No, żeby być
dokładnym i na siłę doszukiwać się zmian waluty wywołanych zmianą nastrojów na
giełdzie, to można wskazać 2-3 dni, kiedy złoty poruszał się w rytm giełdy.
Generalnie złoty wydawał się niewrażliwy na wydarzenia i informacje rynkowe.
Ewolucja nastrojów widoczna na stopach procentowych (rynek depozytów
międzybankowych, bonów skarbowych i obligacji), informacja o poprawie ratingu
również nie wzruszyły rynkiem lub mówiąc inaczej – żadna z dwóch stron rynku
(popyt, podaż) nie osiągnęła poważniejszej przewagi
.

Większe zmiany
miały miejsce na rynku EUR/USD. Kurs EUR/USD wzrósł o ok. 1% z 1,319 (koniec
lutego) do 1,332 (koniec marca)
. Na krajowym rynku przełożyło się to na
większe wzmocnienie wobec dolara niż euro. To konsekwencja zmiennych nastrojów
na rynku dolara, co do przyszłych zmian stóp rynkowych, a to oczywiście jest
pochodną dyskusji o kondycji amerykańskiej gospodarki i wymienianego już przez
wszystkie przypadki rynku nieruchomości. W styczniu i lutym FRA 9×12 był
zbliżony do stopy referencyjnej (5,25%).
Z początkiem marca rynek w reakcji
na dane makroekonomiczne ponownie sprowadził FRA do 4,9%, czyli poziomu
niewiele niższego niż w grudniu dla FRA 9×12. Na rynku euro, pomimo wzrostu o
0,25% stopy referencyjnej w marcu rynek konsekwentnie oczekuje dalszych
podwyżek. FRA 9×12 liczone ze stopy średniej dla marca wynosi ok. 4,19%. Tak
liczona stawka jest zaledwie o kilka dziesiątych niższa od notowań dla stycznia
i lutego.

Marek Żeliński

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Produkcja przemysłowa i budowlana w lutym

Produkcja sprzedana przemysłu w
II wrosła niemal o 12,9% w porównaniu z II 2006 r. To wysoka wartość, biorąc
pod uwagę okoliczności. Tym razem nie można powiedzieć, by warunki
atmosferyczne pomogły produkcji, bo luty pod względem temperatury był dość przeciętny
.
Tak więc efekt bazy nie był tak duży jak w styczniu. Wprawdzie brak
danych o bilansie płatniczym za luty, ale wyniki 2-3 poprzednich miesięcy nie
wskazują, by w lutym eksport nagle się ożywił. A może jednak. Może brak presji
na nominalne wzmocnienie złotego wobec euro, przy wzroście wydajności przyczyni
się do utrzymanie chociaż jeszcze przez kilka miesięcy dynamiki eksportu na
poziomie takim jak w ostatnich kwartałach? W rzeczywistości to kolejny
przykład utrzymywania się lub nawet wzmocnienia, krajowego popytu
konsumpcyjnego i inwestycyjnego
. Dość silnie wzrosła produkcja większości
działów przemysłowych i to nie tylko tych związanych na przykład z
budownictwem. Cieszy szczególnie wzrost produkcji w działach od 29 do 35.
Działy te obejmują m.in. producentów maszyn i urządzeń m.in. urządzeń
elektronicznych dla podmiotów gospodarczych i gospodarstw domowych. Oczywiście
rekordowy wynik osiągnął dział skupiający producentów wyrobów z surowców
niemetalicznych, czyli m.in. producentów materiałów budowlanych. W tym
przypadku roczny wzrost produkcji sięgnął prawie 53%.

Mamy więc za sobą dwa bardzo
udane dla przemysłu miesiące, co przesądza już o wynikach gospodarki za I kw. Z
całą pewnością utrzymają się więc wskaźniki rentowności z ubiegłego roku, a PKB
rzeczywiście może osiągnąć 7% w I kw.

Wzrost produkcji budowlanej w
lutym niewiele ustępował wynikowi ze stycznia. Produkcja budowlana wzrosła w
ujęciu rocznym aż o 57,1%
. Niestety tak mocny wzrost stale przyczynia
się do wzrostu cen w budownictwie. Ceny wzrosły w ciągu roku o 5,3%, czyli w
niewielkim  stopniu przekroczyły
dynamikę ostatnio odnotowaną w 2004 r. tuż przed wejściem do UE.

Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

CPI i PPI w lutym, nowy “koszyk” inflacyjny

Inflacja w lutym wprawdzie była w gruncie rzeczy na
poziomie przewidywań analityków, ale można powiedzieć że nie była mała. W
porównaniu ze styczniem ceny wzrosły o 0,3%, czyli stosunkowo mocno jak na ten
miesiąc. Wina leżała zarówno po stronie składników „żywnościowych” jak i
„nieżywnościowych”. Produkty żywnościowe w ujęciu wskaźnika miesięcznego już
drugi miesiąc o kilka dziesiątych przekraczały średnie wyliczone na bazie kilku
lat poprzednich, co poważnie podniosło wskaźnik roczny cen żywności. Od sierpnia
do grudnia ubiegłego roku wskaźnik roczny trzymał się blisko 2%. Wzrosty cen
żywności w w styczniu i lutym odpowiednio o 1,2% i 0,8%, podbiły wskaźnik
roczny odpowiednio do 2,9% i 3,3%. Przyczyniły się do tego wzrosty cen
pieczywa, mięsa (głównie drób) i warzyw. W ujęciu rocznym, ceny pieczywa i
wyrobów zbożowych wzrosły o 6%, a drobiu aż o ponad 12%. Ceny części
„nieżywnościowej” koszyka wzrosły w porównaniu ze styczniem o 0,2%. Na ogół o
tej porze roku ceny zmieniają się o od –0,1% do 0,1%. Tu głównym winowajcą są
ceny paliw (wzrost miesięczny o 1,7%).

Roczny wskaźnik inflacji z lutego (1,9%) na tle
narzędzi pomocniczych (średnie, wskaźniki inflacji bazowej NBP, itd.)
uświadomiły analitykom, że pomimo przejściowego osłabienia wzrostu inflacji
jesienią 2006 r., niewielka presja na wzrost istnieje i wyniki lutowe – jak
sądzę – są tego przykładem
. Wypowiedzi niektórych członków RPP, którzy
do tej pory byli w grupie czekającej na mocniejszy sygnał cenowy, wskazują że
zaczynają się powoli oswajać z myślą o podniesieniu stóp
. Oczywiście zmiany
cen to jedynie jeden z wielu wskaźników makroekonomicznych wśród całej ich
zbiorowości. Powiedziałbym nawet, że wskaźniki cenowe wcale nie są wcale w
lutym pierwszorzędnym czynnikiem nakazującym zastanowić się na kształtowaniem
się cen w najbliższej przyszłości. Szereg pozostałych danych, wskazuje że
lepiej wcześniej prewencyjnie podnieść w niewielkim stopniu stopy szybciej niż
czekać aż dziejące się na naszych oczach procesy przełożą się na wzrost
inflacji w okolice górnej granicy celu inflacyjnego na koniec roku, czy też na
początku 2008 r.

Miesięczne wskaźniki PPI w styczniu i w lutym wprawdzie
nie były może wyjątkowo wysokie (0,6% i 0,3%), ale wyższe o ok. 0,4% od
wskaźników miesięcznych z ubiegłego roku, co podniosło roczne PPI w lutym do
3,6%. Odradzam oczekiwania poważniejszych wzrostów PPI, ale widać że coraz
większy wpływ na ceny produkcji sprzedanej mają takie działy gospodarki jak:
spożywczy, wyrobów chemicznych, produkcji metali i częściowo produkcji wyrobów
metalowych. To m.in. te działy gospodarki odpowiadają za silny wzrost cen
przemysłu w 2004 r. Warto przyglądać się zmianom cen w dziale przetwórstwa
spożywczego, gdyż są one silnie skorelowany z PPI. Dział ten ma wprawdzie
znaczny udział w produkcji przemysłowej (ok. 18%), ale zmiany rocznego
wskaźnika cenowego nie należą do najsilniejszych
.

Przy okazji publikacji wyników CPI, GUS przedstawił
nowy „koszyk” inflacyjny na bieżący rok
. Przedstawiłem go w tabeli i
porównałem w „koszykiem” obowiązującym w roku ubiegłym i w 2003 r. Roczne
zmiany są niemal marginalne, ale już czteroletnie potwierdzają kierunek zmian
naszych wydatków, czy mówiąc inaczej – zmianę ich struktury. Przy tej okazji
zamieściłem jako ciekawostkę średnie zmiany cen poszczególnych części „koszyka” w ostatnich trzech latach
.

Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Pakiet Kluski

Poczekałem kilka dni na zapoznanie się z komentarzami w mediach dotyczącymi "Pakietu Kluski". Po dwóch-trzech dniach komentarze sie skończyły.
Chyba pierwszy raz byłem świadkiem, jak rząd z pompą ogłasza iż to co miał zrobić, dopiero rozpoczął. Cała wrzawa skupiła sie na ustawie o działalności gospodarczej i kilku zapowiadanych nowościach, które z niezwykłym uporem promowano w mediach. Podstawowa praca, czyli zmiany w kilkudziesięciu aktach prawnych, są dopiero – zdaniem rządu – w przygotowaniu. Chyba najlepszym komentarzem będzie cytat z informacji pochodzącej ze zródła, czyli strony internetowej PiSu.

"Marszem ku swobodzie działalności gospodarczej premier Jarosław
Kaczyński nazwał tak zwany „Pakiet Kluski”, czyli program, który
upraszcza prowadzenie biznesu. Zakłada on m.in. rejestrację firmy w 3
dni, wprowadzenie jednego okienka w urzędzie skarbowym do załatwienia
wszelkich formalności oraz ograniczanie biurokracji krępującej rozwój
przedsiębiorstw."

Kolejność przedstawionych problemów i skala dokładności są najlepszym komentarzem do jakości przedstawionych propozycji. Od chwili konferencji prasowej w budynku Giełdy, wszsyscy powtarzali informacje o jednym okienku, 3 dniach oczekiwania na rejestrację i ograniczeniu biurokracji, zmniejszeniu dotkliwości kontroli dla przedsiębiorców i w zasadzie tyle. Wyszło więc na to, że te 3 dni oczekiwania są grubo istotniejsze od kilkudziesięciu ustaw jakie rząd chce zmienić. Tymczasem według mnie jest akurat odwrotnie. Jezeli ktoś ma "pomysł na biznes", to to czy firma będzie zarejestrowana po 3 czy 30 dniach oraz w 1 czy w 4 okienkach ma niewielkie znaczenie. Pomijam już to że pomysł z okienkami i czasem oczekiwania, czy kontrolami, nie jest nowy. Na konferencji i w materiałach PiSu zamiast liczb i argumentów używano już tylko chwytliwych zwrotów, jak:  „Często te regulacje, a nawet nadregulacje, działalność gospodarczą
pętały. My dzisiaj te pęta chcemy zerwać. Chcemy rozpocząć marsz w
drugą stronę ku deregulacji, ku powrotowi do swobody działalności
gospodarczej”, „Wprowadzamy zasadę, że kontrolowana jest działalność gospodarcza
przedsiębiorcy, a nie, jak do tej pory, sam przedsiębiorca”. Spodobało mi się jeszcze na stronie PiSu określenie o 10-krotnym skróceniu czasu oczekiwania na rejestrację, jakby informacja o skróceniu z 30 do 3 dni brzmiała zbyt słabo.

Cała ta medialna akcja wyglądała więc dość zabawnie, ale przyznać muszę że pewien efekt został osiągnięty. Nastepnego dnia atmosfera walki z biurokracją i pierwszych sukcesów bardzo się udzieliła komentatorom (w tym z Financial Times), mimo iż na ogół dostrzegali oni, że Premier w zasadzie nic nie powiedział, a z uporem powtarzane argumenty o dniach rejestracji itd. pochodzą z propozycji poprzedniego rządu i tak naprawdę obecny rząd spóźnia się z ich wprowadzeniem w życie.

Przyznam, że intryguje mnie od dłuższego czasu postać Romana Kluski. Po swoich problemach w Optimusie dał się przerobić (za swoją zgodą) w ikonę walki o wolność i swobodę gospodarowania oraz walki z aparatem skarbowym (niedobrzy urzędnicy). Z tego powodu Romana Kluske można stosunkowo często spotkac w mediach. Trudno mi się wypowiedzieć o jego poglądach gospodarczych, bo niemal za każdym razem są to raczej refleksje z pogranicza filozofii i ekonomii. W ostatnich  dniach Roman Kluska pytany o Pakiet, robił wrażenie osoby dość zagubionej, która  całą ta wrzawą medialną  jest  raczej zaskoczona.
O regulacjach prawnych od R.Kluski można się dowiedzić, że jest ich zbyt wiele i początkujący przedsiębiorcy mają kłopoty żeby się z wszystkimi zapoznać. Mam nadzieję, że nie jest to sugestia czy obietnica, iż po wejściu w życie Pakietu przedsiębiorcy dadzą radę je przeczytać. To niemożliwe. Życie społeczne i ekonomiczne oraz przetykanie się innych sfer życia, powoduje że prawa ograniczonego nawet tylko do działalności gospodarczej nie sposób ogarnąć jednej osobie. Nawet gdyby przyjąć, że zmiejszymy objętośc ustawodawsta gospodarczego o 10% (to dużo), to pojedynczy przedsiebiorca nawet nie dostrzeże takiej zmiany. Nadal będą to ustawy od – przykładowo – CIT po regulacje o konieczności stosowania gaśnic na terenie podmiotu gospodarczego.
W pierwszych dniach po prezentacji Pakietu, Heryka Bochniarz podała w "Rzeczpospolitej", że prowadzenie działalności gospodarczej wymusza znajomość ok 800 ustaw. Jeżeli tak to wołabym by autor Pakietu wskazał, które z grup ustaw są wadliwe lub przysparzają największych problemów. Jezeli więc ekipy budowlane musiały wstrzymać pracę budowy austostrady pod Augustowem z powodu lęgu ptaków, to może taka ustawę zlikwidować, skrócić, zmienić brzmienie?. Podałem taki przykład, bo pewnie wielu przedsiębiorców nawet sobie nie uświadamia że gdzieś tam istnieje taka ustawa lub wydane na jej bazie niższe akty prawne. Może nie wprowadzać podatku tonażowego i innych regulacji (przykładowo: opodatkowanie i zasady płątności składek dla marynarzy) dla podmiotów żeglugowych, bo spowodują że w niektórych sferach sektor ten będzie działał na innych zasadach. Itd. Itd.

Marek Żeliński, marzec 2007


Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Referendum ws daty przyjęcia wspólnej waluty

Minister Gilowska przed kilkoma dniami ogłosiła, że przyjęcie waluty EUR przez Polskę będzie poprzedzone referendum. Referendum miałoby dotyczyć uzyskania odpowiedzi kiedy zmieniamy  walutę, bo do jej przyjęcia zobowiązaliśmy się już traktacie akcesyjnym.

Nie specjalnie rozumiem sens takiego referendum. Skoro zdecydowaliśmy się na zmianę waluty, to moment jej zmiany powinien być w miarę precyzyjnie określony przez makroekonomistów. To że obecnie wśród ekonomistów są rozbieżne opinie odnośnie daty wejścia i warunków makroekonomicznych w jakich to się powinno odbyć, nie oznacza chyba że społeczeństwo lepiej to rozstrzygnie.

Co będzie jeżeli politycy i ekonomiści różnych odcieni osiągną kompromis co do daty wejścia, a społeczeństwo powie w referendum „jeszcze nie teraz”? Jeżeli ktoś chciał już pytać o EUR to najlepiej byłoby pytać czy Polacy w ogóle chcą zmienić walutę przy okazji tzw. referendum unijnego, które odbyło się w czerwcu 2003 r. Biorąc pod uwagę traktowanie waluty niemal jak symbol narodowy, być może można było jako drugie pytanie w referendum zapytać czy chcemy zmienić walutę, po wcześniejszym wywalczeniu sobie takiej furtki w negocjacjach akcesyjnych. Być może. To jest ten moment kiedy zadajemy sobie pytanie przy jakich okazjach obywatele powinni wyrażać swoją wolę w referendum, bo uznajemy że demokratycznie wybrany parlament i rząd nie powinien takiej decyzji podejmować.

Osobiście nie uważam by był to błąd, bo pod względem ekonomicznym unifikacja powinna również dotyczyć waluty.

Obawiam się że ta inicjatywa, to danie obywatelom złudnego poczucia decyzyjności. Pomysłodawcy dobrze wiedzą, że nie wnosi to żadnej nowej jakości a może być jedynie narzędziem w rywalizacji politycznej za kilka lat. Dziwię się więc, że Minister Gilowska wystąpiła w ogóle z taką inicjatywą. Czy jest to jej inicjatywa, czy ekipy politycznej z którą współpracuje? Ten pomysł pasuje mi akurat do obecnego rządu, który próbuje demonstrować silną niezależność od UE.

W swoich materiałach znalazłem wyniki ankiety z II poł. 2006 r. Pytanie brzmiało „Kiedy należy wprowadzić euro?”. 7% odpowiedziało, że jak najszybciej i nawet przy założeniu cięcia wydatków społecznych, 55% że dopiero wtedy kiedy nie będzie to wymagało ograniczenia wydatków na cele społeczne, 23% jest przeciw, a 15% nie miało zdania. Jak widać z odpowiedzi, respondentów postawiono przed dylematem: euro czy wydatki społeczne. Dylemat w takiej postaci rzeczywiście może zaistnieć, bo wymagania dotyczące dozwolonego deficytu budżetowego mogą spowodować konieczność cięć niektórych wydatków budżetowych, ale nie sądzę by poważniej nam to zagrażało. Z jednej strony pozornie większość Polaków chce wejść strefy euro, a z drugiej – odpowiednio postraszona – może odmówić zgody. Co będzie jeżeli Polacy odmówią poparcia w momencie sprzyjającym makroekonomicznie do zmiany waluty?

Uważam, że pomysł z referendum nie jest zbyt rozsądny i być może trochę nieuczciwy wobec obywateli.

W najbliższym czasie zamieszczę na swojej stronie własną opinię na temat daty wejścia do strefy euro i problematyki z tym związanej. Będzie to kolejna publikacja z cyklu poświęconego kursowi walutowemu.
Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wynagrodzenia – jak dzielić dochód



W publikacji „Klin podatkowy” wyraziłem nadzieję, że
będzie to początek poważniejszej dyskusji o problematyce płac, a dokładniej – o
obciążeniach. W ubiegłym tygodniu również w „Rzeczpospolitej” ukazał się
artykuł Andrzeja Wojtyny „Płaca minimalna ale maksymalne problemy” (profesor
ekonomii; członek RPP). Artykuł wprawdzie nie jest reakcją na wcześniejszą
publikację Janusza Jankowiaka i Mirosława Gronickiego, ale opiniuje poruszane
tam wątki, a przede wszystkim przedstawia pod dyskusję podział profitów z tytułu
wzrostu gospodarczego na tle stałego konfliktu praca – kapitał, albo inaczej –
pracownicy najemni a przedsiębiorca. Dokładniej powinno brzmieć: stawia
temat do dyskusji, bo sam nie proponuje rozwiązań. Jak sądzę autor mógłby
zaryzykować jakąś teorię, czy drogę rozwiązań (w artykule zaznaczono jedynie
potrzebę przeprowadzenia odpowiednich badań dla Polski). Znając autora z
wcześniejszych publikacji, tłumaczyłbym to raczej pokorą wobec tajników
ekonomii i ostrożnością w wymyślaniu teorii dla zdobycia krótkiej czy dłuższej
popularności w mediach.
Po drugie autor ryzykuje podjęcie istniejącego
faktycznie w gospodarce wolnorynkowej sporu, mimo iż ujęcie problemu praca –
kapitał może komuś trącić socjalizmem i szukaniem dziury w całym. No bo niby
teoretycznie gospodarka wolnorynkowa sama reguluje ten problem. Generalnie tak.
Pozostaje jednak problem płacy minimalnej, zróżnicowania płac w gospodarce,
kosztów z nimi związanych i podziału owoców wzrostu gospodarczego. Ja dodam
jeszcze inny powód: edukacja
. Zgadzam się z autorem, że brak wiedzy o
procesie kształtowania się wynagrodzeń i ich znaczeniu w gospodarce doprowadził
obydwie strony sporu praca-kapitał do całkiem otwartego prezentowania teorii i
oczekiwań mocno oderwanych od ziemi. Związkowców mógłbym jeszcze zrozumieć, ale
przedstawicieli kilku organizacji pracodawców wspomaganych niekiedy przez
makroekonomistów – już mniej. O teoriach przedstawianych przez organizacje
pracodawców już wspominałem w innej publikacji.

Od kilku dni przygotowywałem się do poruszenia kwestii
płac po podaniu przez media informacji o teoriach, żądaniach i hasłach
przedstawianych przez związkowców z OPZZ i „Solidarności” (spotkanie z
Premierem). Okazja nadarzyła się przy okazji publikacji omawianego artykułu.

Autor przytacza wymyślone przez związkowców (OPZZ) hasło
„Kto ukradł twoje 36 proc.?”. Teoria zawarta w haśle sugeruje, że pracownicy
najemni zostali pracodawców oszukani. Wniosek ten wyciągnięto porównując zmiany
wydajności ze wzrostem wynagrodzeń. Związkowcy za bardzo nasłuchali się
ostatnio komentarzy makroekonomicznych (słowo „wydajność” jest na ustach niemal
wszystkich komentatorów ekonomicznych) i szybko przeliczyli swoje straty zakładając
przy tym, że wzrost wynagrodzeń
powinien odpowiadać wydajności. Teoria jest niestety asymetryczna w
zależnościach
. Czy ma oznaczać, że kiedy wydajność spadnie, to płace
również? Związkowcy przesadzili i to mocno. Co jak co, ale pracodawca
powinien zachować maksymalną swobodę w kształtowaniu płac i wcale nie musi tego
robić w rytm tempa zmian wydajności
. Jak wskazują zmiany z ostatnich
kilku kwartałów, rynek pracy od dłuższego czasu korzysta ze wzrostu
gospodarczego poprzez wzrostu zatrudnienia i dość szybki wzrost wynagrodzeń.
Ścisłe
powiązanie wynagrodzeń z wydajnością mogłoby doprowadzić do zmniejszenia
elastyczności gospodarki
.

Autor sugeruje, że warto się zająć problemem ustalenia
prawidłowych relacji praca – kapitał, by uprzedzić pojawiający się w jego
opinii spór. Wprawdzie artykuł sugeruje jedynie relacje pracownik – pracodawca
rynkowego podmiotu rynkowego, czyli w węższym rozumieniu rynku pracy, ale
podejrzewam że w rzeczywistości chodzi również o działy gospodarki gdzie
wynagrodzenia są ustalane administracyjnie (np.. wojsko, służba zdrowia,
edukacja itd.). Problem nie jest błahy bo mówimy tu o niemal 1/5 zatrudnionych.
Do tego dochodzą emeryci i renciści.

Problem z całą pewnością jest, bo obok dzielenia
profitów wzrostu gospodarczego nie zakończyliśmy procesu wartościowania pracy w
społeczeństwie
. Moim zdaniem z grubsza mamy już za sobą proces ustalenia
i wartościowania płac w większości sektorów rynkowych w relacji do pozostałej
części gospodarki, ale do dopracowania pozostało jeszcze dookreślenie zasad
dzielenie się zyskami z sektorami nierynkowymi w okresie wzrostu gospodarczego
oraz wartościowanie pracy w sektorach nierynkowych
. Mówiąc w sposób
bardziej uproszczony, pozostawia jeszcze wiele do życzenia poziom płac w
służbie zdrowia, policji czy edukacji. Ustalenie poziomów płac odbywa się
poprzez ustalone indeksacje albo doraźnie przeznaczane środki przez
odpowiedniego ministra, strajk pracowników lub zabiegi polityków opozycji. A
wszystko to i tak uzależnione jest od bieżącej sytuacji budżetowej.

Proces zmian w wynagrodzeniach trwa od samego początku
przemian
(relacja wynagrodzenia w dziale/sekcji do średniej krajowej). Mam
świadomość, że dla wielu ludzi zbyt wolno. Najbardziej powinni być chyba
zadowoleni pracownicy usług finansowych. Ich zarobki w 1995 r stanowiły 137%
średniej krajowej, by w ubiegłym roku osiągnąć ok. 185%. Udało się również
podnieść płace w edukacji. W 1995 było to 85% średniej, by po latach powolnego
ale systematycznego wzrostu sięgnąć 105% w 2006 r. Niestety pracownicy służby
zdrowia i opieki społecznej w niewielkim stopniu poprawili swój status
finansowy. W 1995 r. 79%, a w 2006 – tylko 82%. W sektorach transportowych i je
wspomagających (PKD od 60 do 63), których znaczenie w okresie przemian wzrosło,
poprawili swoje płace w omawianym okresie z 101% na 114%. A kto stracił ?
Przykładowo pracownicy przemysłu (z 100% w 1997 r. do 97% w 2006 r.) oraz
działu „hotele i restauracje” – z 82% w 2000 r. na 77% w 2006 r.

Dostrzegając potrzebę podjęcia rozważań o podziale
dochodów w społeczeństwie, nie w pełni rozumiem dlaczego akurat płaca minimalna
miałaby być środkiem do tego.
Płaca minimalna (899,1 pln w 2006 r.)
dotyczy jedynie części osób które mieszczą się w pierwszym decylu rozkładu
wynagrodzeń, a więc kilku procent pracującego społeczeństwa. Ponadto zbyt
wysokie podniesienie płacy minimalnej może utrudnić walkę z bezrobociem.
Pozostaje więc rozwinięcie metod indeksacji wynagrodzeń dla działów
nierynkowych. To niezłe pole do popisu dla makroekonomistów, ale wpierw
musielibyśmy w Polsce określić ile powinien zarabiać nauczyciel, pracownik
opieki społecznej, lekarz czy policjant oddziału prewencji. Wydaje się więc,
że trzeba będzie korzystać z dotychczasowego instrumentarium w tym i ustaleń
indeksacji płac w Komisji Trójstronnej.

Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

PKB w IV kw 06; Nakłady Brutto

Na przełomie lutego i marca GUS podał wyniki PKB za IV kw
2006 r. Drugi kwartał z rzędu bardzo mocno rosły nakłady brutto na środki
trwałe, a trzeci kwartał z rzędu jest to dynamika dwucyfrowa
. Nakłady
brutto na środki trwałe wzrosły w IV kw o 19,3% w porównaniu z analogicznym
okresem 2005 r
. Z kwartału na kwartał ubiegłego roku nakłady brutto coraz
silniej przyczyniały się do wzrostu gospodarczego. W I kw 2006 w ujęciu rok do
roku, nakłady brutto tylko w 15% przyczyniły się do wzrostu. Ale już w III i IV
było to aż 50% i 58% odpowiednio. Generalnie ubiegły rok to rok inwestycji.
Nakłady brutto aż w 46% przyczyniły się do wzrostu PKB w całym 2006 r. i
jak wyżej wskazałem zaciążyła tu szczególnie II połowa ubiegłego roku. Na
głębszą analizę nakładów inwestycyjnych trzeba poczekać do czasu opublikowania
wyników finansowych przedsiębiorstw.

Fantastyczne rezultaty  nakładów inwestycyjnych doprowadziły do
radykalnego wzrostu ich udziału w PKB.
W latach 2003-2005 udział
inwestycji w PKB zawierał się w przedziale 17,9% – 18,2%
. Na koniec
ubiegłego roku udział inwestycji podskoczył aż o 1,8%, do 20,0%.
Jak na
rozwijającą się gospodarkę to wcale nie jest zbyt dużo. Przydałyby się jeszcze
ze dwa lata tak mierzonego wzrostu, niemniej wątpię by w drugiej części tego okresu
udało się utrzymać tempo wzrostu udziału jak w 2006 r.

Pozycja o generalnie największym udziale w PKB – spożycie
indywidualne – w IV kw przyczyniła się do wzrostu „jednie” o 37%. Spożycie więc
wyraźnie ustąpiło w IV po  dominacji w
II i III kw. Spożycie gospodarstw domowych przez cały 2006 r. (suma krocząca) w
relacji do PKB utrzymywało się na dość stabilnym poziomie, tzn. ok. 62%.

W ujęciu realnym PKB w IV wrosło
o 6,2%, a w ujęciu rocznym o 5,7%. Tak więc trzeci rok z rzędu gospodarka
utrzymuje wysokie tempo wzrostu.
W zasadzie to może nawet czwarty rok,
jeżeli brać pod uwagę 2003 kiedy to PKB wzrósł o 3,8%.
W 2004 r. PKB wzrósł
wprawdzie tylko o 3,5%, ale to kwestia odniesienia do 2004 r., który był
wyjątkowo udany. Pomijając pewne sezonowe zmiany, można powiedzieć że przez
trzy ostatnie lata gospodarka rozwijała się w tempie ok. 5%, a wyniki z
kwartałów minionego roku wskazują że w 2005 r. PKB ma szanse wzrosnąć w takim
samym tempie jak w 2006 r.

Zgodnie z przewidywaniami ekonomistów, poprawa sytuacji
ekonomicznej Polaków przyczyniła się do zwiększenia tempa wzrostu spożycia. Z
powodu odniesienia do stosunkowo słabego 2005 r. w IV spożycie rocznie wzrosło
aż o 5,2%, a w całym 2006 r. również o 5,2%.

Przemysł w coraz mniejszym
stopniu przyczyniał się w 2006 r. do wzrostu PKB. Przemysł w IV wytworzył 21%
PKB czyli tyle ile wynosi jego przeciętny udział w wytwarzaniu PKB. Rekord
przynajmniej 10-lecia odnotowało budownictwo
. W IV kw przyrost PKB w 17%
zawdzięczamy temu działowi gospodarki. Przypominam, że w całym 2006 r.
budownictwo przyczyniło się do wzrostu PKB w 14%, czyli w stopniu ponad
dwukrotnie większym niż wynosi udział budownictwa w wytwarzaniu PKB.

Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Rynek finansowy w II i wydajność


Oczy obserwatorów krajowego rynku finansowego w lutym zwrócone były na Giełdę Papierów Wartościowych. Tam było najciekawiej. Miesiąc zaczął się dobrze, bo 1 lutego kontynuowany był wzrost zapoczątkowany 31 stycznia. Dwa dni z rzędu WIG rósł o 1,6%. Te dwa dni wzrostów zostały zmarnowane jednym dniem spadków. 8 lutego WIG spadł niemal o 3%. Pomiędzy 16 a 22 lutego WIG wzrósł o ponad 3%, by w piątek 23 lutego pobić kolejny rekord. WIG uzyskał wtedy 55,7 tys. punktów przy stosunkowo niskich obrotach. W kolejnym tygodniu, w ślad za pozostałymi giełdami na świecie, WIG niemal dzień w dzień spadał. W dniach od 23 lutego do końca miesiąca stracił prawie 7%. Podglądałem spadki na stronie internetowej „Pulsu Biznesu” i w tych dniach jak już spadało, to praktycznie wszystko. Wszystkie spółki zaznaczone były na czerwono (kolor spadków).

W lutym Giełda przyczyniła się do utwierdzenia Polaków, że 13-ty może być pechowy. Właśnie tego dnia Giełda wskutek problemów z transmisją danych do biur maklerskich zawiesiła notowania. Przyznam, że w pierwszej chwili pomyślałem, że na Giełdzie jest tak znaczny spadek, iż zawieszono notowania.

Spadki jakie mają miejsce na przełomie lutego i marca niewiele wniosły do dyskusji o przewartościowaniu Giełdy. Spadki z ostatnich dni lutego sprowadziły WIG do wartości z połowy stycznia. Zgadzam się z większością opinii analityków rynku akcji, które potwierdzają że rynek krajowy wymagał zewnętrznego bodźca (inwestorzy zagraniczni bądź spadek na zagranicznych giełdach) do dokonania korekty. Niestety trzeba będzie poczekać jeszcze może kilka tygodni by zobaczyć, jak krajowi inwestorzy wyceniają spółki. Dotychczasowe spadki to było głównie kopiowanie spadków mających miejsce na światowych rynkach. Przed nami wypracowanie wniosków po publikacji wyników za 2006 r. spółek giełdowych oraz danych GUS o wynikach przedsiębiorstw również za 2006 r. Przed nami również wyniki przemysłu za luty i marzec. Chyba dopiero wtedy będzie można rzetelnie zaktualizować prognozy gospodarcze na bieżący rok i na tym tle ocenić zachowanie krajowych inwestorów.

Na rynku walutowym było dość spokojnie i zawirowania światowe (zmiany stóp rynkowych w USD i EUR oraz głównych światowych walut rozliczeniowych) nie wniosły niczego specjalnego na rynek krajowym. Część komentatorów rynkowych zwracała uwagę na zbieżność ruchów walutowych z giełdą w II poł. lutego. W sumie nie przeczę, ale zmiany złotego były słabe i nie odbiegały skalą zmienności od dni, które uznaje się za „spokojne”.

Złoty (waluta referencyjna) realnie osłabił się w lutym w porównaniu ze styczniem o 0,1% czyli praktycznie nie zmienił się. Już drugi miesiąc z rzędu osłabił się złoty do EUR. Tym razem tylko o 0,3%. W ujęciu rocznej dynamiki, złoty wprawdzie utrzymuje charakterystyczne dla polskiej gospodarki tempo wzmocnienia, ale obydwie podstawowe dla Polski waluty zmieniają się od kilku miesięcy w przeciwnych kierunkach. To już konsekwencja zmian na rynku EUR/USD. Na koniec lutego było to już prawie 1,32. Szczęśliwi ci co brali kredyty w USD lub w import rozliczają tą walutą. A co z tymi co zaciągnęli kredyty w CHF ? Z punktu widzenia zmian kursu to bez znaczenia. Kurs CHF charakteryzuje się bardzo silną korelacją z EUR i zmienia się w niemal identycznym tempie. Oczywiście opłacalność zadłużenia w CHF to nie tylko kwestia zmienności kursu, ale i stopy procentowej. Opłacalność CHF poważnie spadła, szczególnie w ostatnich kilku kwartałach. Jeszcze w 2003 r. średnia stopa 3M dla EUR to było 2,25% a dla CHF – 0,27%. Tymczasem już w ubiegłym roku było to odpowiednio: 3,03% i 1,46%.

Na rynku depozytów międzybankowych oraz papierów dłużnych w II połowie lutego widać było wyraźne pogorszenie nastrojów. Stopy dla terminów od 6M w górę, w ciągu kilku dni wzrosły o ok. 0,1%. W dniu największych spadków na giełdach było widać 1-2 dniowe wzrosty stóp. Wskaźniki cenowe (CPI i PPI) były raczej neutralne. Z całą pewnością nie niskie, ale i nie duże jak na rezultaty sprzedaży detalicznej i produkcji sprzedanej. Wyniki gospodarcze za styczeń zmusiły ekonomistów do rozpatrzenia rewizji prognoz wzrostu gospodarczego i gdzieś tam w tle znowu zawisła w umysłach graczy rynkowych silna zależność pomiędzy wzrostem gospodarczym a cenami. Dodatkowo opublikowane wyniki PKB za IV kw 2006 r. potwierdziły silny wzrost popytu krajowego, ale na szczęście wciąż jeszcze słabszy od tempa PKB.

W przypadku prognozy decyzji RPP rynek nie ma łatwego życia. Już dawno nie było tak znacznej rozpiętości poglądów wśród członków RPP. Przypomnę, że poprzedni Prezes NBP sugerował podniesienie stóp już pod koniec ubiegłego roku. Tymczasem w lutym można było poznać poglądy S. Nieckarza. Tenże członek RPP wskazuje, że podniesienie stóp prawdopodobnie będzie konieczne dopiero na początku 2008 r. Bardziej tej drugiej opinii wydaje się sprzyjać RPP w komunikacie po ostatnim spotkaniu (27-28 luty).

Pozwolę sobie zacytować najistotniejsze zdanie: „Rada uznała, że obecny poziom stóp procentowych NBP umożliwia utrzymanie inflacji w średnim okresie w pobliżu celu 2,5%. Ustabilizowanie inflacji na poziomie celu i stworzenie w ten sposób warunków dla stabilnego długofalowego wzrostu gospodarczego może jednak wymagać zacieśnienia polityki pieniężnej”.

Już na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę, która pojawiła się również w tekście komunikatu RPP. Rada w swoim komunikacie poruszyła problem wydajności pracy. Badając zjawisko wydajności pracy, mam wrażenie że nadużywa się jej obecnie do wyjaśnienia bieżących zjawisk w gospodarce przez niektórych ekonomistów. Podam pewien przykład. W zakładzie jest załoga w stałej liczbie i maszyny wykorzystywane w 100% ale tylko przez 6 godzin. Poprawa koniunktury (eksport i popyt krajowy) spowodowała wzrost wykorzystania maszyn do 7 godzin na 8-godzinnej zmianie. W rzeczywistości załoga nie robi nic więcej tylko wyłącza maszyny o godzinę później. Czy wydajność załogi rośnie? Mierząc to jako przychody na osobę, tak. Ale czy ci ludzie pracowali wydajniej. Nie. Jedynie siedząc przy tychże maszynach wyłączali je później. Przykład oczywiście świadomie nieco przejaskrawiłem. W Polsce, jak w każdym innym kraju, gospodarka przyspiesza i zwalnia. Dotyczy to działów czy całych sekcji gospodarki. Roczna realna dynamika przychodów przedsiębiorstw z 0% w 2002 r. wzrosła do 15% dwa lata później. Podobnie wysoki wzrost utrzymywał się w ostatnich kilku kwartałach. Zmiany w wydajności gospodarki ogółem nie następują w takim tempie w krótkim okresie. Dotyczy to również najprostrzej i najpopularniejszej grupy wskaźników wydajności opartej na przeliczaniu różnych kategorii charakteryzujących tempo zmian koniunktury na osobę. A z przytaczanych w różnych opiniach liczb widzę, że nadużywa się tej metody. Przy rocznej zmianie sprzedaży rzędu 15% i wzroście zatrudnienia o 3%, wydajność rośnie o ok. 12%. Tak cudownie to w Polsce nie jest. Proponuję sprawdzić wydajność podawaną przez Eurostat dla Polski. Znaczna poprawa koniunktury wywołuje wrażenia natychmiastowej poprawy wydajności. W zależności od przyjętej metodologii wydajnośc zmienia sie praktycznie w o połowę mniejszym tempie.

Z powyższych powodów liczona krótkoterminowo zmiana wydajności, nie jest zbyt dobra (niesie w sobie  ryzyko błędu; odchylenia od stanu rzeczywistego) do tłumaczenia braku napięć po stronie wskaźników cenowych w krótkich terminach. Stąd ja mierząc zmiany wydajności na bazie omawianej grupy wskaźników raczej uśredniam wyniki z dłuższych okresów. Wolę więc powiedzieć o ile zmieniła się wydajność średnio rocznie w okresie kilku lat.

Zwracam na to uwagę, bo wydajność liczona dla krótkich okresów staje się ostatnio bardzo modna wśród analityków rynkowych. Widać że część osób która je powtarza nie pracowała na danych makroekonomicznych, a jedynie szuka na siłę wytłumaczenia dla obecnego stanu rzeczy.

Marek Żeliński, marzec 2007

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz