Świadomość ekonomiczna lewicy. Deficyt finansów publicznych.

Rozmawiać można o wszystkim i wymieniać się argumentami. W ekonomii również. Zasadą jednak powinno być, że znamy elementarne i niepodważalne fakty i nie ukrywamy ich przed opinią publiczną. Od kryzysu finansowego z końca poprzedniego boomu gospodarczego, a szczególnie od wygranej PiS w Polsce, wśród komentatorów lewicowych, narasta krytyka dawnego porządku gospodarczego. Jak to na lewicy, przedstawiciele tego nurtu w ekonomii, coraz chętniej mówią m.in.  o polityce gospodarczej opartej na deficycie finansów publicznych. ..Że podobno tego do tej pory nie było i …że podobno mainstream (czyli niedobrzy liberałowie) usilnie przez niemal trzydzieści lat z deficytem finansów publicznych walczyli, dusząc przy tym gospodarkę i zaniedbując aktywniejszą politykę społeczną.

Zostawię na inną okazję dyskusją o wadach i zaletach funkcjonowania z deficytem finansów publicznych i o przyczynach jego powstawania. Tymczasem po prostu przyjrzyjmy się faktom. Poniżej podaję dane o finansach publicznych od 1995 r. Brak danych za pierwsze kilka lat niczego tu nie zmienia. Dane podane w tekście pochodzą z GUS lub Eurostatu.

Tzw. III RP od samego początku funkcjonuje w stanie chronicznej przewagi wydatków publicznych nad dochodami, czyli deficytu finansów publicznych. Zmieniał się tylko jego rozmiar. Od najmniejszego w 2018 r. (deficyt 0,4% PKB), po największy, czyli  7,9% PKB w 2010 r. Średni deficyt z analizowanych 23 lat, to ok. 4% PKB. To wartość dość duża. Mówimy o kwotach idących w dziesiątki mld zł rocznie. W UE w tym okresie średni deficyt, to blisko 3% PKB, a w przypadku Niemiec: 1,8% PKB.

Zaznaczmy przy tym, że funkcjonowanie w warunkach deficytu finansów publicznych nie jest nieszczęściem ani tragedią. Szczególnie w państwach rozwijających się,  funkcjonowanie w warunkach deficytu jest nieuniknione i w pewnym stopniu wręcz pożądane. Powodem przewagi wydatków nad wpływami jest amortyzowanie kosztów społecznych przemian (wsparcie gospodarstw domowych) i – przykładowo – wydatki infrastrukturalne, finansowane z kasy publicznej. Problemem więc jest nie tyle deficyt, co jego rozmiar i umiejętność jego zmniejszania.

W Polsce mamy skłonność do tolerowania zbyt dużego deficytu. Drugim zarzutem jest łatwość narastania deficytu w okresach kulejącej koniunktury lub kryzysów. Mam na myśli m.in. początek ubiegłej dekady i lata 2009-2010. Jesteśmy nieco bezradni w okresach zwiększania się deficytu, a jego zmniejszanie w nazbyt dużym stopniu opieramy na wzroście koniunktury.

 Średni deficyt dla kraju takiego jak Polska nie powinien przekroczyć 3% PKB w rozumieniu średniej z ostatnich 23 lat. Od dwóch lat, biorąc pod uwagę poziom koniunktury, powinniśmy mieć nadwyżkę w finansach (Niemcy mają od 2014 r.).

Jak więc widać, wbrew opiniom lewicowych komentatorów, deficyt finansów publicznych jest stałych zjawiskiem w naszej gospodarce. Na dodatek, średni poziom deficytu jest dość znaczny. Porównanie Polski na tle wszystkich krajów UE (średnia dla 23 lat oraz średnia dla 10 ostatnich lat), wskazuję, że należymy go grona krajów o nazbyt ‘odważnej’ polityce deficytu finansów, co nie jest powodem do dumy. Co najmniej dwa razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat osiągaliśmy niebezpiecznie duży deficyt, co mogło się skończyć poważnymi problemami.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Otagowano | Dodaj komentarz

Trzynasta emerytura czyli finansowe czary-mary.

Kilka dni temu media podały źródła finansowania emerytalnej trzynastki. Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS), środki na sfinansowanie dodatkowych emerytur mają pochodzić z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), Funduszu Pracy (FP), Funduszu Emerytur Pomostowych (FEP) oraz z innych pomniejszych źródeł  z obszaru finansów publicznych. Na emerytalną trzynastkę można spojrzeć z wielu perspektyw. Ja chciałbym zwrócić uwagę na podejście rządu do idei funduszy celowych, z uwzględnieniem funduszy trwale deficytowych.

Podane przez MRPiPS źródła finansowania tzw. trzynastej emerytury potwierdzają, że nie ma żadnych nowych źródeł finansowania, tylko po prostu pieniądze zostaną podebrane z kilku źródeł, w tym z mniejszych niż planowano dotacji. Po raz kolejny naruszona zostaje idea funduszy celowych . Rząd PIS nie jest tu bynajmniej prekursorem. Ze względu na silne obecnie podziały polityczne i ekonomiczne, rządy koalicji prawicowej niemal automatycznie porównywane są do działań rządów PO-PSL. Z funduszy celowych również chętnie podbierał pieniądze na inne cele rząd PO-PSL. Tylko, że rząd PO-PSL dokonywał tego w radykalnie innej, gorszej, sytuacji finansów publicznych. Tymczasem obecna koalicja, nakręca spiralę populizmu, nie przejmując się specjalnie tym co będzie dalej.

FUS jako taki nie ma żadnych nadwyżek. System emerytalny funkcjonuje w warunkach stałego deficytu i deficyt ten nominalnie z biegiem lat będzie się zwiększał. Sukcesem będzie, jeżeli w ciągu kilku najbliższych lat zatrzymamy jego wzrost w ujęciu relacji do PKB. Przedstawiciele rządu tymczasem uznali, że mniejsze od planowanych dotacje są formą oszczędności, więc można teoretycznie zaoszczędzone środki wydać na tzw. trzynastki.  To jakiś absurd, ale się dzieje i politycy uzyskali demokratyczny mandat by takie rzeczy robić. Różnica między rocznymi wydatkami FUS a wpływam ze składek, po przejściowym spadku głównie z powodu koniunktury gospodarczej, znowu zaczyna rosnąć (sumy roczne, kroczące) w drugiej połowie 2018 r.

FEP ma służyć finansowaniu emerytur dla osób wykonujących zawody  o szczególnych charakterze lub wykonywane w szczególnych warunkach. Chodzi o osoby wykonujące wylistowane kilkadziesiąt zawodów, które z racji szkodliwości itd. będą musiały (będą miały prawo) m.in. szybciej przejść na emeryturę lub zgromadzone składki będą rekompensowały utratę zdrowia. Na chwilę obecną FEP ma niewielką nadwyżkę, ale wg prognoz ZUS w najbliższych latach FEP będzie miał deficyt wymagający dotacji. Ten pomysł wywołał oburzenie związków zawodowych, czemu trudno się dziwić. Jeżeli wg rządu, pomiędzy w FEP jest za dużo, to warto rozważyć: zmniejszenie składki, zwiększenie wypłacanych świadczeń, wydłużenie listy zawodów lub kilka innych pomysłów.

FP to już niemal ‘kultowy’ przedmiot sporu. Politycy traktują FP jak żelazną rezerwę na finansowanie politycznych pomysłów i oczekiwań płacowych wymuszonych przez taką czy inną grupę zawodową. W latach 2010-2015 FP miał na przemian relatywnie małe nadwyżki i deficyty. Poprawa sytuacji gospodarczej zaowocowała zwiększonym napływem składek i spadkiem wypłat na zasiłki dla bezrobotnych, świadczenia przedemerytalne, aktywizację zawodową itd. Efekt? Ponad 5 mld zł nadwyżki w ujęciu rocznym (cztery kwartały) na koniec III kw 2018 r. Przy rocznych wpływach (głównie ze składek na FP) w wysokości niemal 14 mld zł i podanej nadwyżce, pojawia się pytanie o cel i sens funkcjonowania FP w obecnej postaci i dostępie do niego polityków.

Działania obecnego rządu dobitnie okazują, że w dużym stopniu słuszna idea funduszy celowych jest nazbyt łatwo naruszana przez polityków. Tym razem cel jest już tylko i wyłącznie populistyczny. Mniejsza dotacja do FUS powinna być wykorzystana głównie do zmniejszenie deficytu finansów publicznych, by mieć dobrą pozycję startową na zbliżający się okres słabszej koniunktury. M.in. po to by chronić emerytów przed cięciem wydatków na świadczenia, usługi itd., z których korzystają ludzie w wieku emerytalnym.

Wykorzystywanie FP rodzi serię trudnych pytań i refleksji. Najwyraźniej obecny rząd woli dawać trzynastą emeryturę niż zwiększyć czas otrzymywania i wielkość zasiłku dla bezrobotnych. Polska charakteryzuje się relatywnie słabym wsparciem dla bezrobotnych. A być może składka na FP jest po prostu za duża? W takim razie zmniejszmy ją lub częściowo zamieńmy na składkę NFZ. Rozwiązań i pomysłów jest wiele.

Traktowanie niezrealizowanych dotacji w przypadku funduszy celowych charakteryzujących się trwałym deficytem (np. FUS) jako extra pieniędzy, które można natychmiast wydać,  jest zwykłą nieodpowiedzialnością.  Jeżeli FP miałby utrzymać obecną formułę, to warto się zastanowić nad utrudnieniem politykom doraźnego podbierania pieniędzy zebranych z przejściowych nadwyżek.

Nie chciałbym być odebrany jako osoba pozbawiona zrozumienia dla trudnej sytuacji emerytów i rencistów. Jak najbardziej możemy podyskutować nad zwiększeniem ich partycypacji w podziale dochodu w okresach prosperity.  Możemy zmodyfikować obecny algorytm waloryzujący emerytury lub rozważyć ideę tzw. trzynastej emerytury. Ten ostatni pomysł musiałby być w miarę precyzyjnie określony ustawowo, by utrudnić kolejnym rządom  populistyczne i przedwyborcze rozdawanie pieniędzy w oparciu o doraźne polityczne decyzje. Inna rzecz, że emerytom i rencistom można pomagać na wiele innych sposobów nieć bezpośrednie wypłaty pieniędzy. Ale to już temat na inną dyskusję.

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | Dodaj komentarz

Co ma wspólnego 500+ z sumieniem.

W ostatnich wywiadach w premierem powróciło pytanie o sens przekazywania środków w ramach 500+ rodzinom zamożniejszym. W wywiadzie przeprowadzonym przez Dorotę Gawryluk z Polsatu premier śmiało odpowiedział : Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu. Podobnie, w pierwszych miesiącach funkcjonowania programu, wypowiadała się premier Szydło.

W rzeczywistości nie chodzi tu  o sumienie, a o jeden z wielu błędów popełnionych przy wprowadzaniu 500+. Program 500+ powinien mieć kryterium dochodowe. Patrząc na rozkład dochodów w Polsce, śmiało można powiedzieć, że blisko jedna trzecia beneficjentów nie powinna dostać pieniędzy z 500+. Nas po prostu na takie bezmyślne rozdawnictwo nie stać.

Co ciekawe wśród polityków PiS funkcjonują dwa uzasadnienia braku kryterium dochodowego. Pierwsze, że to rzekomo kosztowne rozwiązanie (biurokracja). Drugie, że PiS świadomie zastosował brak zróżnicowania materialnego w przyznawaniu 500+, by nie różnicować dzieci. Żadne z tych uzasadnień nie da się obronić. Analizę dochodów i sytuacji materialnej stosujemy w szeregu różnych programów, w tym i w pomocy społecznej. Argument z równym startem jest nieprawdziwy, bo dzieci z rodzin zamożniejszych i tak ten start mają łatwiejszy.

Problemem dla PiS jest poważna strata wizerunkowa jaka wiązałaby się z przyznaniem się do błędu i wprowadzeniem kryterium dochodowego. Wcześniej czy później, któryś z kolejnych rządów, będzie musiał ten temat podjąć. Ktoś będzie musiał te monstrualne rozdawnictwo ukrócić.

Byłbym ostrożny w nadużywaniu pojęcia „sumienie” w ekonomii. Z kilku powodów. Gdyby zamożniejsze rodziny zrezygnowały z pobierania 500+, politycy PiS natychmiast użyliby zaoszczędzone środki na inne populistyczne cele. Nie widzę powody by to politykom PiS ułatwiać.

Mam świadomość, że w polskim społeczeństwie pojęcie jak na przykład ‘zamożny’, ‘dobrze zarabiający’, ‘bogaty’ jest dość subiektywnie postrzegane. Jak wskazują badania, znaczna część rodzin dobrze zarabiających wcale za takie się nie uważa. Wobec tego to właśnie decydenci (politycy!) muszą wskazać granicę powyżej której wsparcie nie powinno być udzielane.

Nie chcę twierdzić, że w relacjach ekonomicznych nie ma miejsca na mówienie o sumieniu. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że to nie najlepszy teren do tego. Rolą państwa jest trafne i dokładne określenie kto i ile płaci. To właśnie państwo powinno kierować się sumieniem w ustalania relacji finansowych obywatela z państwem. Obecnie państwo, wg aktualnej koncepcji sumienia, rozdaje nonszalancko pieniądze w ramach 500+ zamiast na przykład na służbę zdrowia, niepełnosprawnych itd. Podyskutujmy więc raczej o sumieniu premiera, bo to tu jest problem.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Tempo PKB zwalnia, inwestycje przyspieszają.

Informacje o PKB nie wywołały nadmiernego zainteresowania. Być może dlatego, że dane publikowane w cyklu miesięcznym i dane zagraniczne wskazują od pewnego czasu, że przed nami okres wolniejszego wzrostu PKB.

Jedną z ciekawostek danych o PKB są nakłady brutto na środki trwałe, które w uproszczeniu nazywamy inwestycjami. Od 2015 r. udział inwestycji w PKB spadał, osiągając poziom najniższy w ciągu ostatnich kilkunastu dziesięciu lat. W 2015 r. udział inwestycji w PKB wyniósł ok. 20%. Półtora roku później było to już raptem 17,6%. Dla makroekonomistów to pewna zagadka. Szukanie tłumaczenia w ryzykownej polityce rządu w obszarze finansów publicznych i związanych z tym obawach przedsiębiorców oraz przejściowe ograniczenie inwestycji w sektorze publicznym, to tylko część odpowiedzi. Aktywność sektora prywatnego była widoczna już od pewnego czasu, niemniej problematyka inwestycji w minionych trzech latach jest ciekawym tematem do głębszych analiz. To samo dotyczy zresztą i polskiej giełdy.

Utrzymywanie stopy inwestycji przez dłuższy czas poniżej 20% PKB to powód do zmartwień. Średnia dla krajów UE w latach 2016-2018, to 20%. Dla przykładu, średnia dla Niemiec to też ok 20%, ale już Czesi mieli wynik na poziomie 25%.

Nie było jednak wątpliwości, że inwestycje odbić się muszą. Były ku temu sygnały już wcześniej. Mam nadzieję, że IV kw 2018 r. jest momentem przełomowym, który potwierdza że przełamujemy złą passę w tym obszarze. Nakłady inwestycyjne w całym 2018 r. wzrosły r/r o 7,4%. To satysfakcjonujący wynik. Pozwala wierzyć, że w okres wolniejszego wzrostu gospodarczego jaki nas czeka, nie powinien być nazbyt bolesny. Na szczegółową analizę inwestycji musimy jeszcze poczekać, aż GUS poda wyniki finansowe przedsiębiorstw za 2018 r.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Skąd są pieniądze na 500+. Ankieta.

Jeden z portali internetowych przypomniał nam wczoraj ankietę dotyczącą źródeł finansowania 500+. Wyniki ankiety publikuje strona www.ciekaweliczby.pl , a ankietę przeprowadził ogólnopolski panel badawczy Ariadna (www.panelariadna.pl). Linki na wskazane strony i wyniki badań podałem pod tekstem.

Wiem, że kilka rzeczy może budzić wątpliwości. Metodologia, wiarygodność instytucji itd. Wydaje mi się, że wyniki badań możemy potraktować względnie poważnie, ponieważ instytucje (strony), które wymieniłem, są już na rynku znane.

No, ale w końcu przejdźmy do rzeczy….

Badania pochodzą wprawdzie sprzed ponad roku (październik 2017 r.), ale moim zdaniem są wiarygodne i mogą być użyte do opisu stanu umysłów w chwili obecnej, gdy PiS w minioną sobotę podniósł poprzeczkę i znowu naobiecywał, m.in. zwiększenie liczby beneficjentów programu 500+.  Obecny koszt programu 23-24 mld zł, został zwiększony w ostatnią sobotę do 40 mld zł w skali rocznej. Oczywiście, czy PiS zrealizuje sobotnią obietnicę to inna rzecz.

Można przyjąć, że wiedza Polaków o finansowej stronie funkcjonowania państwa nie uległa zmianie, tzn. poprawie od października 2017 r.. Z kilku powodów. Jest to obszar wiedzy mało atrakcyjny i nie cieszący się zainteresowaniem obywateli (a szkoda). Politycy rządzącej koalicji prawicowej nadal utrzymują ludzi w przekonaniu, że pieniądze na 500+ były od dawna i że pozyskano dodatkowe środki dzięki skuteczniejszemu pobieraniu podatków. Politycy opozycyjnie, w obawie o reakcję elektoratu, już dawno zrezygnowali z krytykowania PiS za nonszalancję w finansach publicznych.

Pytanie o naszą wiedzę jest o tyle zasadne, że politycy koalicji prawicowej po prostu dają wyborczą łapówkę, ogłaszając podniesienie wydatków na 500+ i inne prezenty. Skoro więc politycy rządzącej koalicji wykazują daleko posuniętą lekkomyślność i populizm, to może powstrzymają ich wyborcy? I tu można mieć poważne wątpliwości.

38%  ankietowanych było przekonanych, że program 500+ finansowany jest z ich podatków. To źródło finansowania uzyskało najwięcej wskazań, co nie zmienia faktu, że pozostałe aż 62% wskazywało inne źródła finansowania lub podawało odpowiedź „nie wiem”. Tymczasem rząd nie ma pieniędzy innych niż pieniądze podatników. Nawet finansowanie długiem w ostateczności spłacane jest przez obywateli. Takie wskazanie ankietowanych niestety nie napawa optymizmem jeśli chodzi o naszą ekonomiczną świadomość.

Aż 23% ankietowanych wskazało, że źródłem finansowania 500+ są podatki płacone przez innych obywateli. Najwyraźniej jest w nas silna wiara, że w Polsce mamy do czynienia z autentyczną redystrybucją od tych co pieniądza mają do tych co potrzebują. Nic bardziej mylnego. W Polsce skala podatkowa nie jest specjalnie zróżnicowana, a PiS po 2015 r. tego nie zmieniał. Wpływy z daniny solidarnościowej, obciążającej tzw. bogatych, skierowany mają być na wsparcie niepełnosprawnych. Biorąc pod uwagę obecny koszt 500+ i potencjalny, to te 23% Polaków wykazuje się pewną naiwnością i wiarą w argumenty polityków.

Na szczęście tylko 12% ankietowanych wierzy, że 500+ sfinansowano pieniędzmi rządowymi (w elektoracie PiS aż 25%). Nie ma czegoś takiego jak pieniądze rządowe, rozumiane jako jakaś rezerwowa pula rozdawana z łaski polityków. Rząd i instytucje zaliczane do finansów publicznych mają tylko środki zebrane od nas, obywateli, w ramach obowiązkowych danin, które praktycznie natychmiast (tzn. w tym samym roku) wydają. Wiara w tzw. pieniądze rządowe prawdopodobnie wynika z tego, że politycy PiS mówiąc o 500+, starają się przekonać opinię publiczną, że 500+ to efekt ich dobrej woli i nie łączą tego ze stroną wpływów budżetowych.

Aż 21% nie wie co jest głównym źródłem pieniędzy na wypłaty 500+. Tu już tylko można rozłożyć ręce.

Wyniki badań nie są zbyt budujące. Świadomość ekonomiczna obywateli jest stosunkowo słaba. Winni są politycy oraz media. Jak sądzę, warto w ramach WOS czy podobnego przedmiotu, rozszerzyć wiedzę o źródłach finansowania sektora publicznego. Inna rzecz, że niemała część obywateli świadomie woli tkwić w świecie komfortu i przerzucać na polityków odpowiedzialność za finanse państwa. Jeżeli stanie się coś złego, to zawsze będzie można odpowiedzialność zrzucić na polityka. Za wybór lekkomyślnych i populistycznych polityków odpowiadamy niestety my, obywatele.

link

http://ciekaweliczby.pl/500-plus-a-wiedza-ekonomiczna-polakow-sondaz/?fbclid=IwAR2S38ACNdbn0-8tG-olBarl1TJS7eBPTUd5SmUCSgNTSs8aq9ubSqN5EO8

Badania, link (dostęp przez portal dorzeczy.pl) :

https://dorzeczy.pl/_f//elements/2017-10/Postrzeganie-finansowania-programu-Rodzina-500-plus.pdf

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Modern Monetary Theory. Nowa droga czy radosna ekonomia?

Złość na pewne ograniczenia w rozdawaniu pieniędzy wśród sympatyków teorii lewicowych powoduje poszukiwanie alternatywnych pomysłów. Modern Monetary Theory  (MMT), w wersji polskiej: Nowoczesna Teoria Pieniądza, jest przedstawiana jako alternatywa m.in. dla systemu bankowego wg obecnych rozwiązań. A przypomnę, że (w potężnym uproszczeniu), mamy teraz niezależny bank centralny i skomercjalizowany sektor bankowy. MMT ma swoją dość długą historię i nie ogranicza się tylko do działania sektora bankowego i emisji pieniądza. Moje ograniczenie do tego zakresu wynika głównie z trafienia na stronach Krytyki Politycznej (link pod tekstem) na wpis popularyzujący MMT. „MMT, CZYLI WOJNA O PIENIĄDZE”, Maciej Wróblewski.  Ponadto MMT zaczyna być wymieniania jako alternatywa dla sektora bankowego takiego jaki znamy z gospodarki wolnorynkowej, przez lewicowych komentatorów w Polsce.

W środowiskach lewicowych nie tylko banki i będąca poza zasięgiem rządu emisja pieniądza wzbudzają rozdrażnienie. Wysoce lekkomyślnie podchodzi się też do deficytu finansów publicznych i  długu publicznego. Nowością dla mnie jest głos jednego z czołowych lewicowych publicystów, który próbował lekceważyć bardzo wysoką inflację. Zapewne dlatego, że najczęściej wysoka inflacja jest efektem lewicowych eksperymentów, a lewicowy dorobek makroekonomiczny nie jest zbyt obfity w pomysły na walkę z wysoką inflację. Tu już do akcji muszą wejść liberałowie.

Zanim zacznie się poszukiwać nowej formuły na bankowość i emisję pieniądza, warto sobie zadać pytanie, czy obecna faktycznie jest wadliwa, nawet z perspektywy krytyka. I tu doznaje rozczarowania, bo autor artykułu, o którym wyżej wspominam, w bardzo nierzetelny sposób opisuje działanie sektora bankowego i zasady emisji pieniądza. Artykuł, jak i w niemałych stopniu MMT, pełen jest opisów rzeczywistości opartych na teoriach spiskowych.

Wg autora, Bank Centralny w marginalnym stopniu kontroluje emisje pieniądza. Za tą ostatnią odpowiada sektor bankowy (wiadomo, skomercjalizowany), który rzekomo z emisją pieniądza robi co chce, co powoduje że emisja jest poza kontrolą. Jest to nieprawdopodobna bzdura i to na takim poziomie, że nie wiem od czego miałbym zacząć polemikę. W pewnym sensie jestem tu na przegranej pozycji, bo obalenie twierdzeń autora wymagałoby przynajmniej kilku stron trudnego merytorycznie tekstu i mnóstwa danych. Dane są dostępne na stronach NBP i polecam ich przestudiowanie. Jeżeli ktoś nawet w zarysie zna ilościową teorię pieniądza, zasady działania sektora bankowego i banku centralnego, to szybko zauważa, że autor tekstu zdrowo sobie pofolgował. Moim zdaniem, od autorów tego typu teorii powinniśmy się bezwzględnie domagać dowodów.

Wg sympatyków MMT, emisja pieniądza i odpowiedzialność za nią miałaby być przejęta przez rząd. Dlaczego? Bo w obecnym układzie rządy są rzekomo petentami na rynku kapitałowym, nie mają wpływu na emisję pieniądza i nie mogą decydować o polityce inwestycyjnej banków. W tym ostatnim przypadku chodzi o to ile i komu (jakiej branży) udzielamy kredytów.

Słabością MMT, w przekazie Macieja Wróblewskiego, jest wiara w to, że politycy podejmują tylko trafne decyzje i że wiedzą co jest potrzebne gospodarce oraz w którą branżę należy inwestować, a w którą nie.

W rzeczywistości dostęp do finansowania deficytu finansów publicznych nie jest problemem o ile rząd prowadzi racjonalną politykę. Wtedy, hojną ręką, pieniądze pożycza nawet kapitał zagraniczny. Problemy z finansowaniem mają głównie te kraje, w których politycy za aprobatą społeczeństwa, zaczynają naruszać zasady bezpieczeństwa finansowego kraju. A już tak na marginesie, nigdy nie rozumiałem jak (z ideologicznego punktu widzenia) to możliwe, że ludzie z antypatią do zagranicznego kapitału chcą finansować swoje lewicowe wizje tymże kapitałem.

Nie wiem skąd przekonanie, że politycy wiedzą w co i ile inwestować, co kredytować. Możemy za wadę kapitalizmu uważać, że posiadacze kapitału sami decydują w co dają pieniądze. Owszem, kierują się stopą zwrotu, ale jak wskazują doświadczenia wielu krajów, społeczeństwa z gospodarką wolnorynkową żyją lepiej niż te z gospodarką silnie regulowaną. Zresztą autor tekstu ma tu problem z argumentacją, powołując się na czasy powojenne. O ile zaraz po wojnie silny udział państwa w gospodarce jest uzasadniony, to później już niekoniecznie.

Państwo jest słabym inwestorem. Autor nieopatrznie przywołał przykład sektora stoczniowego. Politycy po 89-tym usilnie próbowali odtworzyć silny sektor stoczniowy i niestety skończyło się to porażką. Przyczyną było kierowanie się czynnikami politycznymi,  a nie ekonomicznymi. Podobnie z lotniskami regionalnymi. Kilka z nich to nietrafione inwestycje. Słynne lotnisko w Radomiu powstało tylko dlatego, że żaden z politycznych decydentów nie ryzykował własnych pieniędzy. Publicznych pieniędzy się nie szanuje.

Rozbawiła mnie teoria o zbieraniu ewentualnej nadwyżki pieniędzy wyemitowanych przez rząd. Miałyby w tym pomóc podatki. Spójrzmy więc jak to wygląda obecnie. Za sprawą PiS naród stał się lewicowy. Polakom spodobało się rozdawanie pieniędzy w postaci 500+ itd. Wszyscy uwierzyli, że możemy mieć państwo socjalne bez podnoszenia podatków. Nie jest niestety tak, że 500+ jest obojętne dla finansów publicznych i nie jest tak, że podatki nie są podnoszone. PiS wprowadził podatek bankowy, nie obniżył lub nie zniósł (wbrew obietnicom) podatków jak VAT i tzw. podatku od kopalin. Mało kto zauważa, że duża część progów w przypadku świadczeń lub podatków (w tym PIT) nie została zmieniona w ostatnich trzech latach. Politycy PiS są świadomi, że otwarte mówienie o podnoszeniu podatków grozi polityczną klęską. Nawet lewicujący Robert Biedroń w niedawnej inauguracji nie odważył się wspomnieć o podwyżkach podatków, za to chętnie mówił o wydatkach. Jak w takim razie rząd, wg MMT, będzie ściągał nadwyżki pieniądza podatkami? Jaki polityk się odważy?

Zanim lewicujący komentatorzy zaczną zmieniać zasady funkcjonowania sektora bankowego i państwa, proponuje przyjrzeć się obecnym. Przede wszystkim rozwiązania makroekonomiczne w ramach gospodarki wolnorynkowej są niebywale zróżnicowane w poszczególnych krajach. Sektor bankowy jest pod silną kontrolą dedykowanych organów nadzorczych i banków centralnych. Stąd opowieści, jak to bankowcy robią co chcą, można sobie między bajki włożyć.

Wbrew sugestiom artykułu z którym polemizuję, państwo jest aktywne w wielu obszarach gospodarki. Ustala podatki, płacę minimalną, inwestuje w infrastrukturę, reguluje zasady funkcjonowania sektorów gospodarki i udział w nich jako współwłaściciel, udziela gwarancji. Itd. itd.

Nie widzę potrzeby by państwo, przejmując niektóre funkcje sektora bankowego i banku centralnego, miało inwestować/kredytować wybrane sektory gospodarki. Będzie to pewnie temat sporów do końca świata, ale mamy aż nadto nawet własnych przykładów by zauważyć, że państwo niekoniecznie jest lepsze od rynku. Nie twierdzę, że jestem przeciwnikiem państwa w ogóle w gospodarce jako właściciela i inwestora. Są sektory strategiczne i mogą być przypadki gdy inwestor prywatny nie będzie chciał ryzykować swojego kapitału. Jednak co do zasady, inwestor państwowy słabo się sprawdza. Gdyby jednak państwo miało decydować o tym, które sektory finansować i rozwijać, a które nie, to na jakich zasadach? Kto i jaką poniesie odpowiedzialność za nietrafione inwestycje?

W komentowanym artykule o MMT jest też mowa o sektorze bankowym należącym do państwa lub spółdzielczym. Jak ktoś chce, to możemy poeksperymentować z bankiem, który finansuje to co politycy mu wskażą. Pytanie tylko jak ryzyko takiej działalności ocenią organy nadzorcze (np. KNF). Czy taki bank będzie mógł dowolnie kształtować strukturę portfela i nie będzie podlegał zaleceniom ostrożnościowym? Czy taki bank będzie przepompowywał oszczędności Polaków w nierentowne sektory? Kto w ostateczności za to zapłaci. Autor tekstu mile wypowiada się o bankach spółdzielczych. Ale nasze doświadczenia nie wskazują by miały one odegrać większą rolę. Doświadczenia ze SKOK-ami są złe. Ingerencja polityków w SKOK-i skończyła się tragicznie. Kosztami błędów zostały obciążone banki komercyjne, a nie politycy.

 

Link do artykułu

http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/mmt-wojna-o-pieniadze/

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wiosna. Gospodarczy program Roberta Biedronia.

Na scenie politycznej pojawiło się nowe ugrupowanie. Wiosna, Roberta Biedronia. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały kwestie ekonomiczne. I od razu mogę powiedzieć, że jak na nowe ugrupowanie, to program ekonomiczny jest raczej oszczędny. Skupia się, co normalne, na obietnicach. Informacji z obszaru ekonomii jest na tyle mało, że zaczerpnąłem informacje z kilku innych źródeł, w tym z wywiadu jakiego Gazecie Wyborczej udzieli szef zespołu programowego pracującego dla R.Biedronia.

W obszarze społecznym, również R.Biedroniowi zabrakło odwagi, by zrewidować program 500+. W tym przypadku R.Biedroń, tak jak cała opozycja, deklaruje wręcz rozszerzenie programu.

Rozszerzymy program Rodzina 500+. Zniesiemy ograniczenia dotyczące matek i ojców samodzielnie wychowujących dzieci. Przyznamy pieniądze także na pierwsze dziecko według zasady „złotówka za złotówkę” – przekroczenie progu dochodowego nie będzie skutkować utratą świadczenia, a jedynie obniżeniem go.

Moim zdaniem to duży błąd. Nie będę wnikał w szczegóły, bo na swoim blogu kilkukrotnie odnosiłem się do programu 500+. Program 500+ w jeszcze większym rozmiarze, będzie nie lada wyzwaniem dla finansów publicznych w kolejnych latach.

Robert Biedroń ma kilka pomysłów na system emerytalny. Najważniejszy, jak się wydaje, to podniesienie minimalnej emerytury do 1,6 tys. zł. Idea podniesienia minimalnej emerytury nie jest zła. Problemem jest raczej kwestia kosztów i określenie komu się ona należy. Moim zdaniem przy takiej emeryturze mamy prawo oczekiwać pewnego stażu pracy. Swoją drogą, zamiast wpychać dobrze zarabiającym rodzicom 500+, można by było przeznaczyć część tych pieniędzy właśnie na minimalne emerytury. Tym bardziej, że program 500+ w ogóle nie obejmuje ludzi w wieku emerytalnym, gdzie nadal występuje istotny odsetek biedy.

Wiosna Biedronia dodatkowo chce znieść ZUS i KRUS. To raczej postulat o charakterze populistycznym. Wystarczająco odważnym krokiem byłoby połączenie w jeden organizm (lub przyłączenie do ZUS) wszystkich instytucji emerytalnych. Politycy od lat zapowiadają włączenie do ZUS KRUS-u i biur emerytalnych służb mundurowych. Niestety kończy się na zapowiedziach.

Szef zespołu doradców R.Biedronia zadeklarował, że nie jest planowane podniesienia wieku emerytalnego. Podobnie jak 500+, tego tematu nikt nie chce tknąć. Może i dlatego, że w pewnym sensie PiS częściowo załatwił problem przy społecznej akceptacji. Obniżenie wieku emerytalnego ma być dla części obywateli rekompensowane dodatkowym ‘oskładkowaniem’ na PPK, które ruszają w tym roku. Ponadto politycy PiS  rozbrajająco twierdzą, że każdy ma prawo pracować dłużej. Przypominam, że politycy PiS nigdy nie obiecywali, że obniżenie wieku nie wpłynie negatywnie na wielkość kapitału emerytalnego. Do tematu wieku emerytalnego będziemy musieli kiedyś wrócić. Wspomnainy szef doradców R.Biedronia jako tłumaczenie podał, że ewentualnym podniesieniem wieku emerytalnego należałoby załatwić kwestie zdrowia, edukacji itd. Mówiąc brutalnie, brzmi to jak szukanie jakiegokolwiek uzasadnienia by tylko nie ruszać tematu w ogóle. R.Biedroń nie podał niestety stopy zastąpienia jaka będzie pod jego rządami. Przedstawione rozwiązania emerytalne nie wskazują, by stopa miałaby być inna od planowanej obecnie.

W ciągu kilku lat mamy podnieść nakłady na służbę zdrowia do 7,2% PKB. Rozumiem, że chodzi o tzw. nakłady publiczne. Skąd pieniądze, żeby podnieść  nakłady o 2,5 pkt.proc.? Odpowiedzi na to pytanie nie znalazłem. Czy dodatkowe środki mają pochodzić z podniesienia składki zdrowotnej czy z naszych podatków? Nie wiem. Być może program obejmuje już wzrost nakładów do którego zobowiązał się obecny rząd. W takim przypadku będzie to zwiększenie finansowane z naszych podatków.

R.Biedroń przemilczał kwestię podniesienia progresji podatkowej w PIT. Szef jego doradców przyznał, że ta sprawa nie będzie podnoszona, bo – rzekomo – Polacy nie akceptują podniesienia podatków, gdy nie wiedzą na co przeznaczane są pieniądze z nich zebrane. To jeden z niewielu punktów, gdzie Wiośnie bliżej do PO, Nowoczesnej czy Kukiz’15 niż partii lewicowych. Tłumaczenie szefa doradców uznałbym raczej jako ‘dyżurne’, by nie zniechęcać elektoratu. PiS utwierdził Polaków w przekonaniu, że kraj socjalu można zbudować bez podnoszenia podatków. Mało kto (również nie Biedroń) ma odwagę wytracić społeczeństwo z tego błędnego myślenia.

Podobnie jak PiS, R.Biedroń deklaruje obniżkę VAT z 23% na 22%. Przy czym PiS, po zdobyciu władzy, zdanie zmienił. Uzasadnieniem obniżki, oprócz – jak rozumiem – realizacji niespełnionej przez D.Tuska obietnicy powrotu do 22%, jest też twierdzenie, że Polska ma relatywnie duży udział podatków pośrednich w przychodach podatkowych ogółem. Co jest prawdą. Tylko co z tego, skoro w obszarze podatków dochodowych R.Biedroń rewolucji robić nie chce?

Dość śmiało R.Biedroń podszedł do wynagrodzenia minimalnego. Chociaż…., to kwestia lekko dyskusyjna.  Deklaruje osiągnięcie 60% wynagrodzenia średniego w ciągu 10 lat. Z punktu widzenia tempa dochodzenia do 60%, oznacza to w gruncie rzeczy kontynuowanie tempa podnoszenia min. wynagrodzenia (w relacji do średniego wynagrodzenia) z jakim mamy do czynienia od blisko 10 lat. Poziom 60% budzi już spory wśród ekonomistów. Obecnie zbliżamy się do pułapu 50% i warto w najbliższych latach pomyśleć o systematycznych rzetelnych badaniach nad zależnością wynagrodzenia minimalnego i zatrudnienia osób o najniższych kwalifikacjach zawodowych.

Nie będę już komentował obietnic podnoszenia wynagrodzeń nauczycieli, bo to raczej populizm niż realne propozycje.

Jako ciekawostkę odnotowuje modne znowu hasło: deglomeracja. Chodzi, w uproszczeniu, o przeniesienie niektórych instytucji publicznych z Warszawy do innych miast. Osobiście jestem za i w tym obszarze R.Biedroń ma we mnie wsparcie.

Tradycyjnie, najmniej dowiadujemy się o źródłach finansowania programu. Ten temat został potraktowany po macoszemu, co pewnie sympatykom R.Biedronia zupełnie nie przeszkadza. Trudno traktować deklaracje, typu: oszczędności z tytułu cyfryzacji, ograniczenie wsparcia dla Kościoła, wzrost wpływów z VAT itd. za poważne podejście do tematu.

Podsumowując. Program gospodarczy R.Biedronia jest dość ogólny. Twórcy, zapewne świadomie, nie rozdrabniali się na wiele kwestii, podporządkowując przekaz polityce informacyjnej (w tym PR-owi). Położono nacisk na elementy społeczne, w rozumieniu radykalnego wzrostu nakładów itd. Lewicowość R.Biedronia widoczna jest tylko po stronie obietnic, deklarowanych wydatków i obiecanych usług publicznych (transport, służba zdrowia itd.). Po stronie zróżnicowania obciążeń (w tym większa progresja w PIT)  lub ich zwiększenia, zaskakuje brak propozycji, co bardziej upodabnia Wiosnę do PO i Nowoczesnej niż do ugrupowań lewicowych.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

W najbliższej przyszłości czeka nas trudna debata o 500+.

Debata o 500+ będzie trudna z wielu powodów. Przedstawiciele obecnego rządu i prawicowi politycy manipulują danymi, o czym za chwilę. Rząd nie chce zaprezentować kosztów programu w kontekście finansów publicznych, nadchodzącej słabszej koniunktury i spychaniu innych niezbędnych wydatków. Do tego politycy prawicowi stale straszą opinię publiczną, że opozycja chce im odebrać 500+.  Opozycja boi się  wspominać o 500+, bo to powoduje ryzyko utraty popularności. Lewica zafascynowana jest rozdawnictwem. W społeczeństwie  zaś, stały zasiłek w postaci 500+, zyskał sporą popularność.

Wbrew pozorom, politycy PiS i rządowi urzędnicy są świadomi błędów jakimi obarczony jest 500+. Przytaczam podaną przez Bankier.pl informacje z wypowiedzią wysokiego urzędnika Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (Stanisław Szwed).

Szwed powiedział, że w ciągu niespełna trzech lat działalności programu “Rodzina 500+” polskie rodziny otrzymały ponad 60 mld zł. “Te wskaźniki, które mówią o praktycznie zlikwidowaniu ubóstwa wśród dzieci, czy podniesieniu wskaźnika dzietności z 1,26 do 1,47 – to są te owoce realizacji programu >>Rodzina 500+<<” – podkreślił.

Już w tak krótkiej informacji (wypowiedzi) jest kilka manipulacji danymi lub niedomówień.

Zacznijmy od wskaźnika dzietności. W latach 2007-2009 wskaźnik był na minimalnie niższym poziomie: 1,4. Mieliśmy wtedy do czynienia ze znacznym wzrostem gospodarczym. Nie było jednak wtedy 500+, ani skromniejszych programów wsparcia rodziny, które wprowadził rząd PO-PSL. Tak więc wpływ 500+ na dzietność jest mocno przereklamowany. Żeby nie powiedzieć gorzej. Dlatego S.Szwed dopuścił się manipulacji i przyrównał wskaźnik dzietności 1,47 do wartości 1,26 sprzed pięciu czy sześciu lat. Po prostu wiceminister wyszukał sobie najniższy wskaźnik i wzrost przypisał programowi 500+. To zwykłe oszustwo. Polecam analizę danych demograficznych z tego okresu. Wskaźnik poprawiał się powoli wcześniej, zanim zaczął działać 500+. Jeżeli 500+ z kwotą łączną, jak podaje wiceminister, 60 mld zł dał tylko poprawę wskaźnika z 1,4 (lata 2007-2009) do 1,47, to możemy mówić raczej o porażce i źle wydawanych monstrualnych pieniądzach.

Nikt nie przeczy, że mamy demograficzny problem i że jest pozytywna zależność między wsparciem finansowym (bezpieczeństwem ekonomicznym), a dzietnością. Niestety, 500+ potwierdził, że nie można mylić populizmu z polityką demograficzną.

Sukcesem rządu jest radyklane obniżenie ubóstwa wśród dzieci. Słowo ‘dzieci’ działa jak szantaż na krytyków 500+, więc mało kto ma ochotę zwracać uwagę na mankamenty programu. Wiceminister zwrócił uwagę na ubóstwo tylko wśród dzieci. Niestety mnóstwo pieniędzy z 500+ trafia do rodzin, których ubóstwo nie dotyka. Po co to robimy? Dlaczego nie wprowadzimy kryterium dochodowego? Te pytania czekają na odpowiedź. Minister nie wspomniał o innym ubóstwie. Analizy i badania GUS nie pozostawiają wątpliwości. Ubóstwo nadal jest tam, gdzie program 500+ nie dociera. Jednoosobowe gospodarstwa domowe, gospodarstwa domowe związków, które dzieci odchowały (w tym ludzie w wieku emerytalnym) lub dzieci przekroczyły 18 lat.

Przepompowujemy co roku kwotę 23-24 mld zł, z efektami jakie uzyskalibyśmy wydając ledwie połowę lub mniej. Utrzymanie 500+ będzie wymagał trzymania (i to ostrego!) w ryzach innych wydatków publicznych, w tym o charakterze socjalnym (zresztą, to już się dzieje). Proszę zauważyć, że już od kilku miesięcy niemal nie ma dnia by politycy prawicowi lub przedstawiciele rządu nie mówili o dyscyplinie finansowej.

Link do artykułu z Bankier.pl.

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Szwed-Dzieki-swiadczeniu-500-do-rodzin-trafilo-juz-60-mld-zl-4197899.html?fbclid=IwAR2ysIjihKWBZ80pY5TktjNVkRsR92lOazCb6JPFz0bZiXD_fo5R79xIHkQ

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Deglomeryzacja. Nie widzę powodu do kpin.

Warto przełamywać schematy myślowe. Niewątpliwie. Za sprawą ministra Jarosława Gowina, do mediów na chwilę powrócił temat deglomeracji. W ujęcie ministra Gowina chodzi przede wszystkim o przeniesienie części urzędów centralnych, central firm państwowych itd.  ze stolicy do mniejszych miast, stolic regionów.  Niestety temat jakoś tak nie ma szczęścia przebić się i utrzymać na pierwszych stronach mediów. Nawet tych o tematyce ekonomicznej. Powód? Pomysł, chociaż nie nowy, oceniany jest jako skazana z góry na porażkę walka z pozornie oczywistym trendem koncentrowania się ludności w miastach, ze szczególnym uwzględnieniem stolicy. Ponadto, z przykrością muszę to powiedzieć, opiniotwórcze kręgi komentatorów, urzędników i ekonomistów, mieszkających i/lub pracujących w Warszawie, traktują pomysł Gowina jako uderzenie we własną egzystencję. Dość komfortową, jeśli porówna się rynek pracy i jakość życia w Warszawie i w pozostałych miastach. W efekcie media potraktowały temat na ogół z przymrużeniem oka lub próbowały go wykpić. Szkoda.

Proponuje nabrać więcej dystansu i głęboko się zastanowić czy deglomeryzacja to faktycznie utopia. Moim zdaniem nie. Postulat ma przy okazji, co bynajmniej nie jest jego wadą, zabarwienie lewicowe.

Pracuję w banku, którego centrala jest w dwóch lokalizacjach. Katowice i Warszawa. Zapewniam, że przy obecnym rozwoju telekomunikacji i komunikacji (transport), nie stanowi to większego problemu.

Państwo ma możliwość wsparcia lokalnych rynków pracy poprzez przeniesienie części miejsc pracy z sektora publicznego poza stolicę. Proces można rozłożyć na lata i części ministerstw rozmieścić z miastach wojewódzkich i mniejszych. Zmniejszy to trend przenoszenia się do Warszawy w poszukiwaniu atrakcyjnych miejsc pracy i kontynuowania rozwoju zawodowego czy tzw. kariery. Owszem będzie to może przykre dla części pracowników mieszkających już w Warszawie. Proszę jednak sprawdzić ilu ludzi dojeżdża lub porzuciło swoje miejsca zamieszkania by pracować w Warszawie. Jakoś mało kto się losem tych ludzi przejmował i przejmuje.

Wraz z dekoncentracją sektora centralnych instytucji publicznych, zmniejszy się presja na lokowanie central większych firm prywatnych w Warszawie. Oprócz lokalnych rynków pracy, zyska na tym infrastruktura komunikacyjna. Itd. itd.

Tak naprawdę nie ma uzasadnienia dla tak dużej, jak obecnie, koncentracji instytucji i pracowników sektora publicznego w Warszawie. Proponuję więc, przestać się śmiać i kręcić głową oraz powtarzać się nie da.

 

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | Dodaj komentarz

Sensacyjne wyniki ankiety GUS dotyczącej 500+.

Gazeta Prawna w środę przedstawiła wyniki ankiety dotyczącej 500+, którą przeprowadził GUS. Badania ankietowe zostały przeprowadzone  przy okazji Badań Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) standardowo przeprowadzanych przez GUS.  Powiało zdziwieniem, oburzeniem, sensacją, ale i radością oraz dumą. Pełna gama odczuć i reakcji.

Gazeta prawna podała raptem garść informacji i zapewne byłoby lepiej zapoznać się z całym tekstem, w którym wyniki są umieszczone. Zastrzegam się, ponieważ wyniki ankiety faktycznie są kuriozalne i nieco sprzeczne z logiką, stąd chęć zapoznania się oryginalnym dokumentem. Niemniej od razu podkreślam, że nie mam powodów by podważać wiarygodność GUS, co się zdarzało niektórym komentatorom. Przypomnę więc, że mówimy o sondażu. Cześć mediów pominęła jedno istotne zdanie z tekstu Gazety Prawnej: „. – Chcieliśmy sprawdzić, jak to wygląda w oczach samych zainteresowanych. To ich subiektywna ocena – tłumaczy Marcin Szczepaniak z departamentu rynku pracy w urzędzie….” . GUS podał wyniki ankiety, a nie dane dotyczące faktów, jak na przykład PKB, produkcji sprzedanej itd. Faktem są tu jedynie odpowiedzi. Czym innym zaś to, że ankietowani najprawdopodobniej nie mówią prawdy. Mogą wierzyć w to co mówią, lub wiedzą że odpowiedzi mogą mieć wpływ na dalsze losy programu.

Fragment tekstu z Gazety Prawnej, który tak bardzo poruszył komentatorów brzmiał następująco:

„GUS zapytał 300 tys. osób o to, jak fakt pobierania świadczenia na dzieci wpłynął na ich życie zawodowe. 76 tys. przyznało, że dzięki temu zaczęło pracę, a kolejne 75 tys. rozpoczęło jej poszukiwania. Z kolei tylko 33 tys. korzystających z dodatkowych pieniędzy zrezygnowało z zatrudnienia, a 34 tys. przestało go szukać.”

Z danych wynika, że program rzekomo wywołał niezwykłe poruszenie w rodzinach beneficjentów i skrajne reakcje. Chodzi oczywiście o osoby dorosłe, czyli głównie – jak rozumiem – rodziców. Aż (!) 50% ankietowanych twierdzi, że program 500+ zachęcił ich do skutecznego znalezienia pracy lub rozpoczęcia jej poszukiwania. W przypadku 22% ankietowanych program 500+ przyczynił się do rezygnacji z pracy lub rezygnacji z jej poszukiwania.  O pozostałych 27% nie wiemy nic, czyli możemy przyjąć, że program był dla nich neutralny.

Jeżeli próba badawcza była reprezentatywna, to biorąc pod uwagę liczbę rodzin, które otrzymują 500+ (ok. 2,4 mln) wynikałoby , że główną przyczyną spadku bezrobocia w Polsce w ostatnich dwóch latach był ….. program 500+. To oczywiście absurd. Powstaje pytanie o zasady przygotowania próby badawczej przez GUS i zasady konstruowania pytań. W drugim przypadku chodzi o to, by utrudnić ankietowanym świadome lub nie, wprowadzanie GUS-u w błąd.

Nasuwa się pytanie co takiego jest w programie 500+, że tak motywuje do szukania pracy. Niestety brak racjonalnej odpowiedzi. Dlaczego inne otrzymywane świadczenie o charakterze socjalnym nie wywołują takiego ‘sukcesu’? Czym różni się 500 zł otrzymywane w ramach programu 500+ od 500 zł otrzymywanych w formie zasiłku dla bezrobotnych czy innego? Aż strach pomyśleć – że sobie pozwolę na żarty – co by się stało, gdyby wartość wsparcia podnieść z 500 zł do 1000 zł lub 1500 zł.

W Polsce szalenie trudno rzetelnie podyskutować o programie 500+ i jego skuteczności. Niepokojące jest to, że również badania beneficjentów są mało profesjonalne. Wyniki niemałej części sondaży przeprowadzanych wśród beneficjentów są wewnętrznie sprzeczne i niespójne z wynikami badań i  danymi z raportów  instytucji odpowiedzialnych za wsparcie i opiekę na rodzinami itd.

Atmosfera entuzjazmu, jaka panuje wokół programu wśród jego entuzjastów, zaczyna się przenosić na instytucje zajmujące się badaniami. Jeżeli GUS faktycznie otrzymał takie wyniki jak informuje Gazeta Prawna, to najwyraźniej warto popracować nad doborem próby badawczej i pytaniami, które wychwycą sprzeczności w odpowiedziach ankietowanych.  

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz