Francja. Państwo przesocjalizowane ze źle kierowanym wsparciem.

Protest żółtych kamizelek robi wrażenie. Determinacja, ostre i naładowane emocjami wypowiedzi protestujących. Wiele z wypowiedzi, jakie odnotowałem, dotyczy wynagrodzeń i poziomu życiu. Ludzie pełni są pretensji do władzy o zbyt niskie wynagrodzenia i emerytury, rosnące koszty życia, faworyzowanie bogatych itd.

Spojrzałem więc na liczby i z przykrością musze powiedzieć, że we Francji nie tyle jest problem z niskimi wynagrodzeniami i biedą, co raczej ze źle funkcjonującą redystrybucją. Niestety obywatele żadnego państwa, w tym Francji, nie chcą słyszeć o racjonalniejszym wykorzystaniu pomocy państwa. To oznaczałoby odebranie/zredukowanie jednym, by dać bardziej potrzebującym. Tylko podwyżki i koniec.

Francja jest państwem o najwyższym udziale wydatków klasyfikowanych jako social protection w relacji do PKB w UE. Kategoria ta obejmuje, oprócz standardowego wsparcia ludności uboższej i bezrobotnych, m.in. system rentowo-emerytalny. Klasyfikowanie systemy emerytalnego do social protection może kogoś dziwić. I niesłusznie. Powodem są wymuszone transfery (składki emerytalne w systemie ‘państwowym’) oraz to, że systemy emerytalne pełne są elementów polityki socjalnej. Chodzi o przywileje emerytalne, uzupełnienie emerytur minimalnych itd.

Social protection w relacji do PKB, w przypadku Francji, to aż 34% w 2016 r. (Eurostat kilka dni temu opublikował analizę krajów UE). Średnia w UE to 28,2%. Francja jest też liderem pozycji wydatki general government w relacji do PKB 56,5% (dane dla 2017 r.; średnia dla UE 45,8%). General government to całość wydatków publicznych, w tym social protection. Jeżeli więc w takim kraju są biedni i wykluczeni  w skali jaką sugerują protestujący Francuzi to oznacza, że polityka społeczno-gospodarcza wymaga zmian, a nie zwiększania skali wsparcia (czytaj: redystrybucji).

Wątpliwy jest też argument, że przyczyną problemów są tzw. bogaci. Francja ma bardzo przeciętny, jak na warunki UE wskaźnik Gini’ego. I nie o obciążanie podatkami bogatych tu chodzi. Przy tej skali redystrybucji, trzeba obciążyć różnymi daninami wynagrodzenia przeważającej większości Francuzów. Z samych tzw. bogatych tyle się nie wyciśnie.

Słuchając płomiennych wypowiedzi niektórych protestujących, z przykrością muszę powiedzieć, że ich diagnozy dalekie są od prawdy. Kto jak kto, ale Francuzi powinni spojrzeć na składniki i skalę redystrybucji, w tym socjalnej, i z części z niej zrezygnować lub przynajmniej z uczynić bardziej efektywną.

Ilustracja pochodzi z opracowania:

Share of EU GDP spent on social protection slightly down (191/2018 – 12 December 2018).

https://ec.europa.eu/eurostat/documents/2995521/9443901/3-12122018-BP-EN.pdf/b6764f92-e03e-4535-b904-1fdf2c2d4568

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Partia Teraz! Powrót liberalizmu na polską scenę polityczną.

Na polskiej scenie politycznej pojawiło się nowe ugrupowanie. Teraz! Jednym z liderów nowego ugrupowania jest Ryszard Petru. Rozpoznawalne nazwisko na krajowym ekonomicznym i politycznym podwórku.  Określenie użyte w tytule: Powrót liberalizmu jest oczywiście nieco na wyrost. Dla mnie miarą na osi lewicowość-liberalizm nie jest poziom podatków czy obnoszenie się ze słowem prywatyzacja, a bardziej poziom redystrybucji. Ze wstępnych deklaracji polityków partii Teraz! trudno dociec, czy poziom redystrybucji zwiększy się czy zmniejszy. Dla mnie wystarczy jak politycy partii Teraz! zadeklarują, że są zwolennikami gospodarki wolnorynkowej. To obecnie i tak spory akt odwagi. Oczywiście dla perwersyjnego przejaskrawienia, będę dalej używał etykietki: liberałowie na określenie Teraz!

Etykietkę liberalizmy można (zaznaczam: że w uproszczeniu!) przypisać partii Teraz!, ponieważ flagowymi postulatami są pomysły przypisywane ugrupowaniom bynajmniej dalekim od lewicy. Niemniej łatka, to tylko łatka. W programie Teraz! jest i grupa postulatów (czy raczej ogólnych  deklaracji) wskazujących, że nowe ugrupowanie stricte liberalnym być nie zamierza.

Co do zasady Teraz! chce Polski zasobnej, z obywatelami zadowolonymi z poziomu życia i bezpieczeństwa, jakie ma zapewnić im państwo. Różnica między partiami lewicowymi i Teraz! dotyczy drogi dojścia do zadowolonego z życia społeczeństwa. Lewica kładzie nacisk na wzrost redystrybucji, progresywne opodatkowanie i większy udział państwa w gospodarce. Liberałowie zaś, uważają że zmniejszenie podatków i zwiększenie obszaru wolnego rynku, da również zadowolone z życia społeczeństwo i elastyczną gospodarkę.

Poniżej przytoczę kilka z postulatów partii jakie zostały przedstawione mediom, z krótkim komentarzem.

Podatki. Teraz! chce obniżenia PIT i CIT do 16%. To postulat PO sprzed wielu, wielu lat. Wiara w niski, liniowy podatek wydaje mi się przesadna. Przede wszystkim Polska jest krajem o relatywnie niskim udziale podatków dochodowych we wpływach podatkowych ogółem. Stawki 16% są, co warto zaznaczyć, minimalnie mniejsze od stawek efektywnych osiąganych teraz. Tak niskie stawki mogą też oznaczać równoczesną rezygnację ze znacznej części ulg podatkowych. Wtedy zmiana byłaby neutralna dla budżetu.

Kluczowe byłoby raczej poznanie opinii na temat VAT. Na konwencji programowej padło zdanie „Podatek VAT będziemy obniżać”. Niestety zabrakło mi szczegółów, czyli o ile i w jakim tempie. W naszych warunkach już obniżenie o 1 pkt. proc. jest nie lada wyzwaniem dla budżetu (utrata kwoty rzędu 7 mld zł.)

System emerytalny. Teraz! przypomina niezrealizowaną od lat ideę likwidacji KRUS. Ponadto zadeklarowano redukcję przywilejów emerytalnych, których niestety nie udało się wytrzebić, czy też ograniczyć. I nie chodzi tylko o emerytury górnicze. Warto ponownie przejrzeć system emerytalny, w tym i listę zawodów uprawnionych do wczesnych emerytur itd.

500 zł składki ZUS dla przedsiębiorców. To już mocno zgrany pomysł. O ile mogę zrozumieć, że na start warto początkującemu przedsiębiorcy składkę zredukować (to już jest od lat), to najdalej po roku lub półtorej, przedsiębiorca powinien płacić składki zapewniające emeryturę pozwalającą na przeżycie. Nie widzę większego sensu w prowadzeniu działalności gospodarczej, która nie pozwala na ‘odkładanie’ na emeryturę.

Program 500+. Teraz! zapowiada istotne modyfikacje w programie. I słusznie, bo to monstrualne i źle wydawane pieniądze. W zakresie demograficznym, 500+ sukcesem na pewno nie jest. Program zniechęcił do aktywności zawodowej kilkadziesiąt tysięcy kobiet. Postulowane przez Teraz! uzależnienie wsparcia od aktywności zawodowej wcale nie jest złe czy głupie. Diabeł tkwi w szczegółach.

Służba zdrowia. Media podchwyciły głównie informację o większym zaangażowaniu sektora prywatnego w systemie usług opłacanych z pieniędzy publicznych i nie tylko. Jestem za. Niestety zabrakło informacji o wzroście wydatków na służbę zdrowia (składka). Polska lokuje się pod koniec listy pod względem wydatków publicznych na usługi zdrowotne w relacji do PKB. Niestety mało kto ma odwagę prosto w oczy powiedzieć obywatelom, że albo podniesiemy składkę, albo więcej dopłaci budżet, czyli też my. Z tej perspektywy, deklaracje obniżenia stawki VAT uważam za nazbyt odważną i pochopną.

UE i euro. Duże ZA z mojej strony. Większa integracja z UE to bezpieczeństwo nie tylko w wymiarze geopolitycznym dla Polski. Do korzyści ekonomicznych nawet nie warto przekonywać. Wystarczy spojrzeć w dane makroekonomiczne od początku ubiegłej dekady, żeby zobaczyć korzyści z tytułu wejścia do UE.

A euro? Skoro ujednolicamy przepisy, to dlaczego nie walutę. W Polsce niezwykle i niesłusznie przecenia się rzekome korzyści z posiadania własnej waluty w gospodarce. Euro samo w sobie korzyści oczywiście dać nie może. Sens jest tylko wtedy, gdy będzie mieć efektywną i elastyczną gospodarkę wolnorynkową oraz zdrowe finanse publiczne. Nie widzę powodu byśmy nie mieli do tego dążyć. Niestety niechęć do euro obecnie widoczna jest głównie w środowiskach politycznie konserwatywnych (kręgi prawicowe) . Panuje tam przekonanie, że waluta jest skutecznym narzędziem polityki gospodarczej i świetnym środkiem obrony przed kryzysami.

Przeciwnikom euro można przypomnieć, że gdybyśmy przed kilkunastu laty przyjęli euro, to problem kredytów frankowych byłby grubo mniejszy niż obecnie lub nie zaistniałby wcale.

Prywatyzacja. Nie ma chyba ugrupowania gospodarczo liberalnego, które nie byłoby zwolennikiem jak najdalej posuniętej prywatyzacji. Teraz! zapowiada prywatyzację spółek państwowych. To temat politycznie niezwykle trudny i w przypadku niektórych sektorów gospodarki dyskusyjny (tzw. sektory strategiczne). Gdybym miał jednak wskazywać kierunek działań, to uważam, że państwo powinno zredukować swój udział w gospodarce. Na pewno nie jestem zwolennikiem pomysłów obecnej władzy, zmierzających do nabywani udziałów/akcji w prywatnych spółkach w ramach aktywnej polityki gospodarczej za pośrednictwem dedykowanych do tego funduszy.

Telewizja publiczna. Teraz! proponuje rezygnację z abonamentu i przejście na realizowanie misji publicznej w ramach przetargów.  System abonamentowy lub podobny jest dość powszechny w UE. Czy na publiczną TV będziemy się składać przez abonament, składnik rachunku za prąd czy obciążenie składane przy okazji rozliczania podatków, jest mi obojętne. Odkąd PiS przejął TV publiczną (i po tym co z nią zrobił) jestem zwolennikiem prywatyzacji TV publicznej. Z zebranych publicznych środków powinno się finansować programy misyjne (sztuka, edukacja itd.) i – ewentualne – utrzymanie kanałów publicznych, do których będą miały dostęp stacje wg kryterium oglądalności. To radyklanie zmniejszy możliwość wykorzystywania TV publicznej do manipulacji opinią publiczną.

Przypadek Teraz! jest o tyle ciekawy, że na scenę polityczną chce wejść ugrupowanie klasyfikowane jako liberalne. Sądzę, że wśród Polaków jest zapotrzebowanie na taką partię, chociaż wielkiej popularności takiej partii nie wróżę. Zależnie od rozłożenia akcentów, od kilku do maksymalnie kilkunastu procent. Z tym konkretnym przypadkiem, partią Teraz!, jest o tyle problem, że wśród liderów są politycy, którzy zakładali Nowoczesną i dość szybko ten projekt porzucili. Pojawia się więc pytania o ich motywację dla funkcjonowania w polityce.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Jeden komentarz

Kongres 590. Przemawiał polityk czy prezes NBP?

Prezes NBP wystąpił na Kongresie 590 w Jasionce. Zapoznając się z ocenami i opiniami tam przedstawianymi miałem wrażenie, że wypowiadał się polityk a nie szef NBP. Od prezesa NBP oczekuję większego dystansu w komentowaniu gospodarki i mniejszego ulegania emocjom. Powstaje zresztą pytanie, czy aby upust emocji nie był świadomy przez A.Glapińskiego. 

„…..Dane za trzeci kw. zaprzeczają wszystkim przewidywaniom, także NBP. Jeśli nie jest to cud gospodarczy, jakaś złota era, to, co to jest?…”

Poniżej kilka uwag do wybranych wypowiedzi szefa NBP.

Przede wszystkim oczekuję, aby prezes NBP patrzył na gospodarkę z większej perspektywy. Prezes NBP przyrównał naszą gospodarkę do pendolino. Rozumiem, że to z powodu tempa na jakie nasza gospodarka weszła. Niestety tak to już z tempem PKB jest, że raz jest wyższe, a raz niższe. I tak na zmianę. O ile przeciętny obywatel i przedsiębiorca zazwyczaj cieszy się z dużej dynamiki PKB, to już dla prezesa NBP wysokie tempo PKB powinno być  przedmiotem troski. Chodzi, w dużym uproszczeniu, o to by gospodarka przeszła do okresu spowolnienia gospodarczego bez nadmiernych turbulencji. W tym turbulencji w finansach publicznych.

Prezes NBP przedstawiał naszą gospodarkę tak jakby była wyodrębnionym bytem. Przypomnę więc, że nasza gospodarka jest mocno związana w UE. I to w istotnym stopniu, dzięki poprawie koniunktury gospodarczej w UE, nasza gospodarka osiągnęła tempo PKB rzędu 5% w ostatnich czterech kwartałach.  Doprawdy tak trudno powiedzieć coś pozytywnego o UE i o silnych z nią związkach?. Przepraszam, ale chyba dały o sobie znać dawne polityczne sympatie ze środowiskiem prawicowym  i jego antyunijnymi fobiami. Już mi wystarczy, że politycy PiS ostro dystansują się od UE. Szef NBP nie musi się w ten schemat wpisywać. Z argumentów krytycznych na jakie się zdobył prezes NBP pod adresem UE było o……unijnym  aparacie urzędniczym i nadmiernej liczbie przepisów („…Biurokracja nas trochę hamuje….”) . UE nie jest niekrytykowalna, ale liczyłem na wyższy poziom argumentacji.

Podobnie z inflacją. Z wypowiedzi prezesa NBP można odnieść wrażenie, jakby Polska była wyodrębnionym bytem makroekonomicznym i niska inflacja była (jest) jakimś naszym lokalnym zjawiskiem (brak napięć inflacyjnych w okresie wysokiego tempa PKB). Niestety, nic z tych rzeczy. To zjawisko widoczne w większości krajów UE. Jesteśmy już gospodarką na tyle zrośniętą z UE i zglobalizowaną, że podlegamy zjawiskom makroekonomicznym o charakterze regio- i ponadregionalnym.

Tradycyjnie musiało paść zapewnienie, że NBP obecnie nie jest zainteresowany przyjęciem euro. Bez euro można żyć oczywiście. Nie stanie się żadna tragedia. Skoro jednak otwieramy granice na przepływ ludzi, towarów i usług, to naturalnym krokiem jest przyjęcie wspólnej waluty. To ułatwi gospodarczą integrację. Polska, formalnie, zobowiązała się docelowo przyjąć euro. Temat powinien więc być przez NBP stale monitorowany i podlegać cyklicznym dyskusjom i ocenom.  Szef NBP nie powinien mylić zdania prywatnego z opinią instytucji, którą kieruje.

A.Glapiński wpadał w zachwyt nad stanem finansów publicznych. Tu, tak jak w przypadku PKB, zalecałbym szefowi NBP większy dystans. Polska ma już tak bogatą (w tym i w przykre doświadczenia) historię w tym zakresie, że sugerowałbym raczej skupienie się nad tym co przed nami i  wyciąganie wniosków z historii. Obecna, faktycznie dość dobra, sytuacja finansów publicznych jest przejściowa. Dobra koniunktura spowodowała, że szerokim strumieniem napłynęły podatki i zmalał deficyt FUS. Do tego dwa lata z rzędu NBP dokonywał niezwykle wysokich wpłat do budżetu (po niemal 8 mld zł). Wpływy z tytułu zmniejszenia szarej strefy to tylko mniejsza część sukcesu. To wszystko nie będzie trwało wiecznie. Dobre okresy w gospodarce wykorzystuje się do przygotowania finansów publicznych na gorsze lata. Politycy PiS tego zaniedbali, a mieli i mają wyjątkowo dobre ku temu warunki.

Wątpię też, by cały świat, jak sugeruje prezes NBP, zachwycał się gospodarczym sukcesem Polski. Nie jesteśmy pępkiem świata. Złoty nie jest przewartościowany, w inwestycjach zagranicznych nie ma rekordów, a giełda jest mocno i od dłuższego czasu niedowartościowana. Jak więc jest z tym zachwytem??.

Zabrakło mi szerszej refleksji nad niską stopą inwestycji w gospodarce. Nie chcę na siłę przypisywać winy obecnemu rządowi, bo to byłoby zbyt proste. Problem wymaga pogłębionej analizy ekonomicznej. Tymczasem rząd i prezes NBP zachowują się jakby problemu  nie było.

Każdemu wolno się cieszyć z dobrej (aktualnie) sytuacji makroekonomicznej Polski. Prezes NBP powinien zachowywać chłodny dystans do rzeczywistości i studzić emocje. W tym i swoje.

 

https://wpolityce.pl/polityka/421267-glapinski-polska-nie-powinna-wstepowac-do-strefy-euro

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | Dodaj komentarz

Zmiany w zatrudnieniu w latach 2014-2017

‘Górka’ koniunktury już za nami. Minione kilka lat przyniosło niebywały wzrost zatrudnienia i stopę bezrobocia jedną z najniższych w UE. Opublikowane w ubiegłym tygodniu pełne dane GUS o zatrudnieniu pokazują nam kierunki zmian w zatrudnieniu.

Z początkiem radykalnej zmiany na rynku pracy mieliśmy do czynie już od 2014 r. Okres 2014-2017 można podzielić na dwa lub więcej podokresów. To kwestia szczegółowości analizy i przyjęcia kryterium podziału (ekonomiczne, polityczne lub inne). Wskazany okres przypada w większej części na lata rządów koalicji prawicowej, ale jej wpływ na rynek pracy był ograniczony. To kwestia przede wszystkim koniunktury gospodarczej. Wpływ zmian politycznych po wyborach w 2015 r. był zresztą dwojaki. Możemy się spierać o wpływ popytu generowanego przez 500+ na koniunkturę (i sens takich działań) i ewentualnie inne działania. Niestety, działania rządu spowodowały również odejście z rynku pracy (lub zaniechanie jej poszukiwania) kilkudziesięciu tysięcy kobiet.

W 2014 oficjalna stopa bezrobocia spadła z 13,4% do 11,4%. Przez kolejne cztery lata spadła do 5,9% (grudzień ’17).

W latach 2014-2017 zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło o 1,47 mln osób, czyli o 10%. Do tak ogromnego wzrostu zatrudnienia przyczynił się tylko i wyłącznie sektor prywatny. Zatrudnienie w szeroko rozumianym sektorze publicznych (spółki skarbu państwa, urzędy centralne, jednostki samorządowe itd.) pozostało praktycznie bez zmian, co oczywiście nie przeczy temu, ze w poszczególnych sektorach zdominowanych przez sektor publiczny nie dochodziło do zmian. Takie miały miejsce, o czym dalej.

Za wzrost zatrudnienia odpowiadał głównie przemysł, handel i naprawa pojazdów oraz transport  i gospodarka magazynowa. Warty odnotowania jest oczywiście udział budownictwa w zatrudnieniu. Liderami dynamiki wzrostu zatrudnienia były: informacja i komunikacja, działalności wpierająca i działalność klasyfikowana do naukowo-technicznej (nie mylić z edukacją). Na dalszych pozycjach (wzrost o ok. 20%) są: transport i gospodarka magazynowa oraz w gastronomia i zakwaterowanie. To co cieszy najbardziej, to wzrost liczby miejsc pracy dla osób z niższymi kwalifikacjami. Dzięki temu to m.in. wśród tych osób udało się radykalnie zmniejszyć bezrobocie.

Jak wspomniałem, zatrudnienie w szeroko rozumianym sektorze publicznym pozostało generalnie bez zmian. Gdy spojrzy się głębiej, to  mamy do czynienia z dwoma kierunkami. Pierwszy to redukcja zatrudnienia w przemyśle (głównie górnictwo) i usługach (m.in. transport i gospodarka magazynowa). Jednym z niewielu wyjątków jest wzrost zatrudnienia w sektorach dostawy wody, odprowadzania ścieków i zagospodarowania odpadów. Mówimy tu jednak dosłownie o kilku tysiącach miejsc pracy, co jest mikroskopijną wielkością przy łącznym wzroście zatrudnienia w okresie 2014-2017 o niemal 1,5 mln ludzi.

Domeną sektora publicznego jest edukacja i służba zdrowia. Do tego dochodzi administracja publiczna i wojsko oraz służby. W 2017 to łącznie 2,5 mln zatrudnionych, co daje wzrost o 45 tys. od 2014 r. O ile nie ma wątpliwości, że w służbie zdrowia musi wzrosnąć zatrudnienie, to powstaje pytanie o przyczyny wzrostu zatrudnienia w edukacji publicznej. Prawie połowa z podanego wzrostu przypada właśnie na edukację. Jest to o tyle ciekawe, że od kilka lata spada liczna uczących się dzieci i młodzieży.

Stabilizacja tempa PKB od lat 2014-2016 na poziomie 3% i przyspieszenie od 2017 r. do połowy 2018 r., pokazały radykalną zmianę na krajowym rynku pracy. Wydaje się, że jesteśmy świadkami trwałej zmiany jeśli chodzi o zapotrzebowanie na pracowników generowane przez gospodarkę. Wolniejszy spadek bezrobocia i słabsze tempo wzrostu zatrudnienia nie są zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że gospodarka będzie spowalniać. Nową (i wierzę, że trwałą) jakością będzie utrzymywanie relatywnie dużego poziomu zatrudnienia mimo mniejszego tempa PKB. Inaczej mówiąc, zejście – przykładowo -tempa PKB do przedziału 1,5%-2,5% nie powinno już powodować wzrostu stopy bezrobocia do przedziału 12%-15%.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Podatek od wydobycia niektórych kopalin. Ciąg dalszy pokrętnej historii.

Politycy PiS, po cichu i bez rozgłosu, chcą dopisać kolejny rozdział do dziejów podatku od wydobycia niektórych kopalin. Podatek popularnie jest zwany podatkiem od kopalin lub podatkiem miedziowym, bo płaci go głównie KGHM.

Wg najnowszych informacji, w tym tygodniu rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o podatku od kopalin. Projekt umożliwia podmiotom objętym podatkiem, dokonanie darowizny do wysokości 5% wartości podatku na rzecz lokalnych samorządów.

Podatek od kopalin wszedł w życie w I poł 2012 r. i już wtedy zasilił budżet kwotą ok. 1,4 mld zł. Powodem wprowadzenia podatku było szukanie nowych źródeł dochodów budżetowych, by zmniejszyć deficyt finansów publicznych po kryzysie 2008/2009. Podatek od kopalin nie był polskim wynalazkiem. W różnych odmianach był już stosowany na świecie. Z chwilą wprowadzania, toczył się spór czy ustalone poziomy opodatkowania od wymienionych w ustawie kopalin, nie są aby zbyt duże i obciążające dla firm wydobywczych.

Średnie roczne wpływy do budżetu z tytułu podatku od kopalin to ok. 1,5 mld zł. Kwota waha się od 1 mld zł do 2 mld zł.

Po uchwaleniu podatku, politycy ówczesnej opozycji (w tym PiS) oczywiście przyjęli rolę przeciwników podatku i obrońców państwowych przedsiębiorstw nim obciążonych. Początkowo podatek dotyczył w zasadzie tylko KGHM-u. Mało kto dziś pamięta, że podatek trafił przed Trybunał Konstytucyjny m.in. za sprawą PiS. Politycy PiS twierdzili, że podatek uchwalono niebywale szybko (ścieżka legislacyjna) i dano podatnikom zbyt mało czasu na przygotowanie. Trudno w to dziś uwierzyć, biorąc pod uwagę m.in. rekordy legislacyjne polityków PiS i lekceważące potraktowanie TK.

Z całą mocą temat podatku wrócił do debaty publicznej w 2015 r. , czyli w czasie wyborów. Politycy PiS żądali zniesienia podatku, który rzekomo nadmiernie obciążał KGHM i obiecywali natychmiastowe jego zniesienie po ewentualnie wygranych wyborach.

Wybory PiS wygrał i ….. poglądy na temat podatku zmienił. W expose premier B.Szydło temat podatku od kopalin i realizacja obietnic złożonych miedziowym górnikom  w ogóle się nie pojawił. Zapadła niezręczna cisza. Mimo, że sytuacja makroekonomiczna i w finansach publicznych była i jest o wiele korzystniejsza niż w czasach koalicji PO-PSL, politycy PiS ani myśleli o zniesieniu podatku lub jego redukcji. Niestety dociekliwe zrobiły się media, ponawiając pytania co z podatkiem od kopalin. Wpływy z podatku pojawiały się w kolejnych ustawach budżetowych, a politycy PiS milczeli jak grób.

Powoli porzucenie pomysłów o zniesieniu podatku podawali do wiadomości publicznej urzędnicy ministerstwa finansów i to w zasadzie jedynie wtedy gdy pytali o to dziennikarze. Z biegiem czasu informacje potwierdzali politycy PiS z pierwszej linii, aż w końcu wątpliwości przeciął J.Kaczyński w styczniu 2017 r. Uzasadnienie było następujące: „Podatek miedziowy, który być może nie jest najlepszym pomysłem, ale jednak temu służy. (MŻ: : Kaczyńskiemu chodziło o tzw. dobro społeczne).  Proszę też pamiętać, że nasze wielkie spółki państwowe nie zostały sprywatyzowane właśnie dlatego, że ich zadaniem jest służenie całemu społeczeństwu”. Pytany o termin zniesienia podatku, odsyłał do premier Szydło. Tak jednak sprawy nie można było zamknąć, bo groziło to jej powrotem w trakcie kolejnych wyborów.

W rzeczywistości, biorąc po uwagę finanse publiczne i relatywnie niewielkie znaczenie podatku oraz wychwalane zmniejszenie luki VAT, zniesienie podatku formalnie nie było i nie jest żadnym problemem dla rządu. No ale szkoda pozbywać się takich pieniędzy skoro już są.

W obawie o powrót niezręcznego tematu (zniesienie podatku od kopalin)  w każdych kolejnych wyborach,  politycy PiS wpadli na dość pokrętny pomysł, którego celem jest zamknięcie ust krytykom. Wątpię czy skuteczne.

Pomysł jest następujący: podatek zostaje utrzymany, ale 5% jego wartości podatnik (przedsiębiorstwo wydobywcze) może przekazać jednostce samorządowej na terenie której działa. Jest to gest w stronę pracowników i związkowców z firm (głównie KGHM), które są podatkiem obciążone.

Takie rozwiązanie należy ostro skrytykować z kilku powodów. Z punktu widzenia rządu, to gest symboliczny. Podatek zastaje utrzymany, a rząd zamiast średnio 1,5 mld zł rocznie dostanie kwotę  tylko o kilkadziesiąt mln zł mniejszą. Z perspektywy budżetu takie uszczuplenie jest niezauważalne. Te 5% to niestety swego rodzaju polityczna łapówka dla pracowników i związkowców z zakładów obciążonych podatkiem. Wprawdzie nie dostaną pieniędzy do ręki, ale poprawi się jakość ich życia w miejscu zamieszkania. Zabawne jest to, że zmiana ma wejść w życie dopiero od połowu 2019 r. Rząd chce jak najdłużej dostawać pieniądze z podatku wg obecnych reguł, a gest chce okazać krótko przed wyborami. Wątpliwości budzi też nagradzanie gmin, które i tak są już w czołówce pod względem poziomu życia mieszkańców.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rynek mieszkaniowy. Czy dzieje się coś dziwnego?

Pytanie  w tytule postawiłem dlatego, że w ostatnim czasie zdarza mi się coraz częściej trafiać na komentarze sugerujące, że mamy do czynienia z na rynku mieszkaniowym z pogarszającą się sytuacją. Obawy i ponure oceny padają z różnych stron. Tzw. zwykli ludzi, zaczynają twierdzić, że ceny są za duże i być może mamy do czynienia z bańką cenową. Deweloperzy, tak jak dziesięć lat temu, zaczynają narzekać na spadający popyt, rosnące koszty i brak terenów pod kolejne projekty. Dodatkowe zamieszanie wprowadzają komentatorzy rynkowi i podobni, którzy sugerują, że wkrótce czeka nas korekta na rynku mieszkaniowym. Nie twierdzę, że mówią tak wszyscy, ale wystarczy że w tonie sensacji o rynku pisze/mówi co piąty czy co dziesiąty komentator i atmosfera staje się nieco podgrzana. Wyjaśnijmy się sobie kilka rzeczy. Przede wszystkim już na poziomie dość ogólnej analizy danych widać, że uczestnicy rynku (w tym na pewno deweloperzy), mniej lub bardziej sumiennie, odrobili lekcję historii.

Wynagrodzenia w gospodarce. Od kilku lat tempo PKB przybierało na sile. W latach 2012-2017 doświadczaliśmy wzrostu:    1,7%;    1,2%;    3,3%;    3,8%;    3,0%;    4,6%.  W tym roku będzie to 5,0% lub minimalnie mniej. W takiej sytuacji zatrudnienie rośnie, a dynamika wynagrodzeń zaczyna przybierać na sile. Jeszcze w 2016 roczny wzrost średniego wynagrodzenia w gospodarce wyniósł 3,7%. Rok później : 7,1%. Po dwóch kwartałach 2018 r. roczna dynamika pozostaje bez zmian, czyli 7,1%. Efekt takiej sytuacji może być tylko jeden. Wielu z Polaków coraz pewniej czuje się na rynku pracy i korzystniej postrzega swoją przyszłość. Dokładnie to samo widzą inwestorzy kupujący mieszkania na wynajem. Trudno się więc dziwić, że ceny mieszkań rosną od kilku kwartałów w tempie zbliżonym do dynamiki wynagrodzeń. Nie jest to absolutnie sytuacja nienaturalna. Tak działa rynek.

Dynamiczny wzrost wynagrodzeń nie trwa wiecznie. Na chwile obecną znamy średnie wynagrodzenie w gospodarce za II kw 2018 r. Na bieżąco otrzymujemy natomiast dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw i tutaj widać, że o ile wciąż dynamika jest wysoka, to nie mamy już do czynienia z jej wzrostem. Wręcz przeciwnie.

Deweloperzy. Pojawiające się w tym środowisku narzekania czy obawy, są po prostu naturalnym odruchem kogoś, kto widzi że na rynku mieszkaniowym powoli kończy się dobra koniunktura i trzeba przygotować się na czasy trochę gorsze. Gospodarka nie będzie wiecznie pędzić w tempie 5% czy nawet 4% rocznie (mowa o PKB).

W ostatnich latach zrobiliśmy duży postęp na rynku mieszkaniowym. Mało kto zauważa, że mieszkań z kategorii „na sprzedaż lub wynajem” w okresie dwunastu miesięcy oddajemy obecnie około 110 tys. W 2009 r., kiedy oddawano do użytku mieszkania z boomu mieszkaniowego, było to ok. 77 tys. mieszkań. Liczba zezwoleń na budowę mieszkań, rosła niemal w takim samym tempie jak mieszkania oddawane do użytku. Widać, że deweloperzy mają spore portfolio, ale i starają się nie ulegać hurraoptymizmowi tak jak dziesięć lat temu. Tym razem nie powinno być większego problemu z dopasowaniem się do słabnącego popytu, czego sygnały widać powoli już w ostatnich miesiącach.

Ceny mieszkań. Wskaźniki siły nabywczej.

Owszem, ceny mieszkań zaczęły dość mocno rosnąć. Rosły nasze wynagrodzenia i apetyty mieszkaniowe. Prawo popytu i podaży musiało zadziałać. Ceny ofertowe mieszkań (wg NBP) wzrosły r/r w 2016 r. o ok. 1%, w 2017 o 6% i po II kw 2018 r. o 8%. Dynamikę mierzyłem na średniej z kilkunastu miast, których ceny publikuje NBP. Wg danych z Bankier.pl, dynamika r/r po sierpniu mogła przekroczyć 10%. Dynamika cen transakcyjnych w okresach znacznego wzrostu jest dość podobna. Sorry, ale takie są konsekwencje wzrostu płac.

Co warto zaznaczyć, mimo znacznego wzrostu cen, nie pogorszyła się siła nabywcza wynagrodzenia. Wręcz przeciwnie. Od poprzedniego boomu mieszkaniowego, czy raczej korekty jaka po nim nastąpiła, siła nabywcza wynagrodzenia powoli rosła. W 2009 za średnie wynagrodzenie w gospodarce można było kupić niemal 0,65 m_kw mieszkania na rynku wtórnym i pierwotnym. W 2017 r. już niemal  0,8 na pierwotnym i 0,9 na wtórnym. Przypominam, że odnoszę średnie wynagrodzenia w gospodarce do średniej z cen dla kilkunastu miast wg danych NBP. W 2017 r. relacja przestała się poprawiać, co może sugerować, że rynek mieszkaniowy z rynku nabywcy przechodzi w stan równowagi w obliczu wzrostu wynagrodzeń i zdolności kredytowej Polaków.

Sianie strachu na rynku nieruchomości jest cokolwiek nieuzasadnione i przedwczesne. Przed nami spowolnienie gospodarcze i o dziesięcioprocentowym wzroście cen mieszkań przyjdzie na długi czas zapomnieć. Nie będzie też takiej korekty cen mieszkań jak po 2008 r. Przypomnę, że po boomie cenowym i jego szczycie na przełomie 2007/2008 ceny mieszkań spadły w ciągu pięciu lat o 10% do nawet 15%. Obecnie, w najgorszym przypadku w 2019 r. możemy mieć niewielki spadek cen mieszkań o 2%-4% , przy założeniu spadku tempa PKB do 3,0%-3,5% w 2019 r. , lub stabilizację cen. Powtórka scenariusza sprzed dziesięciu lat nie wchodzi w rachubę z kilku powodów.

Dobrze kontrolują sytuację deweloperzy. Analiza liczby mieszkań oddanych do użytku, rozpoczętych budów i zezwoleń na budowę wskazują, że deweloperzy nie ulegali w ostatnich latach nadmiernemu optymizmowi lub że był on kontrolowany. Mimo coraz szybszego wzrostu gospodarczego, aż do 2017 zmiana w sile nabywczej wynagrodzeń (versus cena m_kw) wskazywała, że mogliśmy mówić raczej o rynku nabywcy. Dopiero od kilku miesięcy nastąpiło zatrzymanie procesu z symptomami pogorszenia sytuacji nabywców na rynku wtórnym. Dane opisujące rynek mieszkaniowy i pierwsze komentarze deweloperów wskazują, że większość profesjonalnych uczestników rynku szykuje się do słabnięcia koniunktury.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Budownictwo nieco rozminęło się z koniunkturą.

Systematycznie przeglądam dane dotyczące gospodarki oraz budownictwa. Dostrzegam sporą niespójność dotyczącą pełnych trwogi komentarzy o sytuacji budownictwa,  a tym co wskazują liczby. Nie zamierzam twierdzić, że w budownictwie jest super, ale sugerowanie że zaczyna dziać się gorzej jest raczej nieuprawnione i nie znajduje oparcia w faktach.

Główny problem budownictwa polega na tym, że nieco rozminęło się z koniunkturą w Polsce. Kiedy przychody przedsiębiorstw ogółem zaczęły dynamicznie przyspieszać w I poł. 2017 r., przychody w budownictwie jeszcze spadały. Dwucyfrowy wzrost przychodów w budownictwie pojawił się dopiero na przełomie 2017/2018. Względem gospodarki, budownictwo zdawało się mieć 2-3 kwartały opóźnienia. Zamiast przyczyniać się do wzrostu gospodarczego, budownictwo korzystało z jego owoców. W poszczególnych segmentach budownictwa, przejście ze spadków we wzrosty, różnie się to rozkładało.

Mierząc udziałem przychodów (budownictwa) w przychodach ogółem sektora niefinansowego, udział budownictwa w gospodarce spadł w I poł. 2017 r. do 3,5%. To rekordowo niski wskaźnik. Minimalnie wyższą wartość budownictwo osiągnęło z chwilą wejścia do UE, ale to był efekt ruszenia z opóźnieniem za rozpędzającą się gospodarką, m.in. z powodu uzyskania szerszego dostępu do rynków UE. Teraz niestety, tempo PKB będzie spowalniać. Nie znaczy to jednak, że analogicznie spowalniać będzie budownictwo.

Wyniki finansowe budownictwa są dość przeciętne. Rentowność netto przychodów (roczna) po II kw. 2018 to 2,7%. Biorąc pod uwagę zmienność wyników na tle niemal dwudziestu minionych lat, wynik jest przeciętny, ale nie nazwałbym go złym. Jeżeli coś niepokoi, to brak pozytywnej zależności między dynamiką wzrostu przychodów a wynikiem finansowym w ostatnich 2-3 kwartałach. Główną przyczyną jest wzrost kosztów. Koszty odnotowane w I pół. 2018 są aż o 18% wyższe od kosztów z analogicznego okresu 2017 r. To niemal rekordowy wzrost wśród sektorów gospodarki. Okazuje się, że dość dynamiczne przyspieszenie w budownictwie, jakie obserwujemy w tym roku, pociągnęły za sobą wzrost kosztów surowców budowlanych. Jednym z głównych czynników wzrostu jest wzrost wynagrodzeń. Nowe kontrakty i brak pracowników wywindowały wynagrodzenia w budownictwie. W efekcie, średnie wynagrodzenie w budownictwie przekracza o kilka procent  średnią w gospodarce.

Trudno wskazać jedną przyczynę wzrostu przychodów w budownictwie. W dość zbliżonym tempie, rosną przychody w całej trójce głównych segmentów budownictwa. Mam na myśli: budynki mieszkalne, budynki niemieszkalne (biura, magazyny, obiekty przemysłowe itd.) oraz obiekty inżynierii lądowej (np. infrastruktura kolejowa i drogowa) i wodnej. Wzrost przychodów ze sprzedaży w budownictwie to w niemałym stopniu efekt odłożonych procesów inwestycyjnych, zarówno państwowych jak i prywatnych. Wyniki nakładów inwestycyjnych z II kw 2018 r. zdają się potwierdzać, że szeroko rozumiana gospodarka zaczyna nadrabiać budowlane zaległości.

Zarysowane powyżej procesy nie oznaczają oczywiście, że czeka nas boom budowlany. Po prostu na tle spowalniającej gospodarki, budownictwo ma szanse utrzymać w średnim terminie dodatni wzrost przychodów i korzystne wyniki finansowe. Warunkiem jest m.in. łagodne przejście z tempa wzrostu 5% PKB do ok. 3% przy jednoczesnym  i uruchamianie, szerszym strumieniem, funduszy unijnych.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Spadek udziału spożycia zbiorowego.

Trudno się z Polsce rozmawia o 500+. Obrońcy 500+ natychmiast śmiało twierdzą, że jakoś pieniądze na 500+ się znalazły i że gospodarka nie przeżywa przez to problemów. Niestety to nie jest tak. Z gospodarką,  w rozumieniu tempa wzrostu PKB, faktycznie nie jest źle. To jednak zasługa znacznego wzrostu PKB, na który PiS nie miał żadnego wpływu i do niego się nie przyczynił. Dzięki wzrostowi PKB na poziomie 5%, szerokim strumieniem wpływają do budżetu podatki. Zostawmy jednak wzrost gospodarczy na boku.  Będzie okazja i do tego wrócić.

W piątek GUS przedstawił szacunki danych PKB. I m.in. właśnie tu proponowałbym spojrzeć zwolennikom teorii, że pieniądze na 500+ leżały z boku i wystarczyło je podnieść i rozdać bez konsekwencji dla otoczenia.

W danych o PKB, GUS podaje m.in. dane dot. spożycia publicznego. W dużym uproszczeniu, spożycie publiczne to wydatki na funkcjonowanie sektora publicznego i usługi oferowane gospodarstwom domowym przez tenże sektor (obrona narodowa, edukacja itd.).  Z chwilą przejęcia rządów przez PiS, udział spożycia publicznego w relacji do PKB powoli spadł z 18% do 17,6%. Spadek udziału oznacza, że dynamika nakładów na działalność publiczną była wolniejsza od tempa PKB. Jak więc widać, PiS wcale tak chętnie nie dzieli się owocami wzrostu gospodarczego jak to medialnie deklaruje.

Rząd tam gdzie może, powstrzymuje wzrost wydatków ponad niezbędną konieczność, ponieważ wydatki na 500+ grubo przekraczają możliwości finansów publicznych. Dość stanowcze potraktowanie lekarzy na początku roku i niedawno środowisk niepełnosprawnych, nie były przypadkiem. Przypomnę, że wzrost publicznych nakładów na służbę zdrowia został wymuszony strajkami lekarzy. Rząd dość szybko ustąpił, żeby uniknąć wałkowania tematu w mediach, ponieważ PiS nie planował realizacji wzrostu nakładów publicznych z 4,6% do 6% PKB.

W medialnym przekazie PiS jawi się jako ugrupowanie, które przybliżyło instytucje państwa Polakom i hojnie rozdające pieniądze we wszystkich obszarach aktywności państwa. Pieniądze, a i owszem są hojnie rozdawane, ale głównie w postaci 500+. W efekcie mamy do czynienia nie tyle z nowym wymiarem państwa społecznie wrażliwego, co raczej z lewicowo-politycznym populizmem. Niestety, bardzo skutecznym.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Zatrudnienie w sektorze państwowym. Eurostat podważył jeden z naszych narodowych mitów.

W Polsce od lat panuje przekonanie, że w sektorze państwowym pracuje zbyt dużo ludzi. A tu niespodzianka, którą dostarczył nam Eurostat (ilustracja pochodzi z krótkiego opracowania : Government employment in the EU stable since 2000 (informacja opublikowana 23.07.2018). Okazuje się, że niekoniecznie. Zacznijmy jednak od definicji. Government employment  to zatrudnienie na tzw. państwowej posadzie w bardzo szerokim ujęciu. Od urzędników ministerstw, samorządów, przez nauczycieli, pracowników służby zdrowia, służby mundurowe itd. Zatrudnienie w sektorze państwowym to ok. 16% zatrudnionych ogółem. I taki poziom utrzymujemy kilkanaście lat.

Praktycznie jesteśmy na poziomie średniej unijnej. Można więc powiedzieć, że zarzut o nadmierne zatrudnienie w sektorze państwowych w Polsce był i jest mocno naciągany. Skąd więc przekonanie społeczeństwa o nadmiernym i obciążającym finansowo państwo, zatrudnieniu? Cóż, jak to z mitami bywa, ich funkcjonowanie zaczyna się gdzieś w odległej przeszłości i opiera się na społecznym przekonaniu, które z upływem lat zaczyna pełnić rolę tzw. prawdy oczywistej. To tak trochę pół żartem, pół serio. A poważniej?

Dość powszechnym jest przekonanie, że urzędnicy pracują wolno, zajmują się prostą papierkową robotą i wyciąganiem od nas dokumentów. A za to wszystko, również w społecznym przekonaniu, są zbyt hojnie wynagradzani. I stąd głębokie przekonanie, że pracownicy państwowi (głównie urzędnicy) zbyt dużo nas kosztują i że sektor państwowy, to potężny rezerwuar oszczędności. Państw z wyraźnie niższym zatrudnieniem są trzy lub cztery. Do tego u części z nich wynika to z wyjątkowo wysokiego zatrudniania w sektorze niepaństwowych, co wpływa na wskaźniki struktury.

Trochę będę też pracowników sektora państwowego bronił. Sektor państwowy realizuje zadania państwa, wg zasad jakie państwo ustali. Ponadto, sektor państwowy, w przeciwieństwo do prywatnego/komercyjnego, zajmuje się często nawet najdrobniejszymi sprawami obywateli. Prywatny/komercyjny, tylko tymi na których zarabia.

A wynagrodzenia? Dane o wynagrodzeniach w służbach mundurowych, urzędach gminnych, szkołach itd. są dość powszechnie znane i w większości nie szokują. Jak widać, ani za dużo w sektorze państwowym nie zatrudniamy, ani za dużo nie płacimy.

Powodem dla którego poruszyłem ten temat jest częste, w naszych Polaków rozmowach, wskazywanie na oszczędności w sektorze państwowym, dzięki którym można by sfinansować m.in. politykę społeczną itd. Na pytanie: a skąd wziąć pieniądze na politykę społeczną, na ogół wśród odpowiedzi pada ta o redukcji zatrudnienia w sektorze państwowym i rozrośniętej administracji. Zawsze to lepiej wskazać kogoś innego niż dać się opodatkować na finansowanie wsparcia dla innych.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Górnicy nie chcą być objęci PPK. Ich system emerytalny jest lepszy.

Minister Energii Krzysztof Tchórzewski nie ustaje w wysiłkach, by zniechęcić rząd do objęcia górników Pracowniczym Programem Kapitałowym (PPK). Dość ciekawa jest argumentacja, bo daje przedsmak czekającej nas dyskusji o PPK. W ten sposób do mediów trafia informacja o wadach PPK, które politycy PiS stają się nie upubliczniać. Formalnie programu nie potępiam (ma wiele zalet), ale jestem zwolennikiem uczciwej dyskusji o wadach i zaletach programu w kontekście zmian w polskim systemie oszczędzania na emeryturę. Nie bez znaczenia jest fakt, że w obronę został wzięty sektor, który i w tym wypadku uważa się za wyjątkowy. Poniżej wypowiedzi ministra, z krótkim komentarzem.

Na wstępie krótkie przypomnienie. PiS, zgodnie z wyborczą deklaracją, przywrócił poprzedni wiek emerytalny. Moim zdaniem to błąd. Przekaz medialny PiS zgrabnie unikał informacji o wadach powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego (w uproszczeniu 60/65). Polacy uwierzyli, że czas odprowadzania składek nie ma i nie powinien mieć wpływu na wysokość emerytury. Tymczasem politycy PIS byli i są w pełni świadomi konsekwencji obniżenia wieku emerytalnego, stąd m.in. upór w wprowadzeniu PPK. Zasada jest okrutna: chcesz krócej pracować, to więcej odkładaj na emeryturę.

No , ale wracajmy do górników i argumentów ministra.

„…(…) skutek finansowy wynikający z kosztów składek podstawowych w części obciążającej pracodawcę w skali roku wyniesie ok. 107,7 mln zł”. Wg ministra składki na PPK to „…duże obciążenie finansowe, w szczególności dla podmiotów będących w trakcie procesów restrukturyzacyjnych”.

A i owszem. PPK niesie skutki finansowe m.in. dla pracodawcy, co wydaje się być oczywiste. Podobnie skonstruowane jest pobieranie składki ZUS. Bez względu na skalę rozłożenia składki w PPK między pracownika i pracodawcę ( w ZUS też), ostatecznie obciążany jest pracodawca. Składki przenoszą się na koszt zatrudnienia, co pracodawca musi w jakimś stopniu odbić sobie na finalnej cenie produkowanego dobra, usługi lub swojej marży. Pracodawcy nie są tym zachwyceni, w tym i sektor górniczy. Argument, że jest to spore obciążenie dla restrukturyzowanych podmiotów jest raczej słaby. Rząd nie robi tu w zasadzie nikomu wyjątku.

“Ministerstwo Energii skonsultowało projekt PPK, m.in. z przedstawicielami strony społecznej. Z pozyskanych informacji wynika, że projektowane rozwiązania doprowadzą do faktycznego obniżenia wynagrodzenia otrzymywanego »do ręki«”. Powyższa sytuacja może doprowadzić do wystosowania przez pracowników branży górniczej roszczeń rekompensacyjnych z tytułu powyższego obciążenia”

To żadne odkrycie. Faktycznie, pracownik objęty PPK ( o ile nie złoży wniosku o rezygnację z PPK), odczuje objęcie PPK niewielkim spadkiem wynagrodzenia netto. Bo raczej wątpliwe, by pracodawcy byli w stanie (i chcieli) tak podnieść wynagrodzenie brutto, by pracownicy nie byli stratni na wynagrodzeniu netto. A nawet jeśli, to raczej mało którą firmę na to stać.

Wygląda na to, że górnicy zdążyli to sobie już przekalkulować lub ktoś im w tym pomógł. Końcówka zdania brzmi jak teoria spiskowa, ale górnicy są pierwszą lub jedną z pierwszych grup zawodowych, która zwróciła na to uwagę i zaczynają wywierać nacisk na rządzących. U pozostałej części pracowników nie wzbudza to jeszcze takiego poruszenia. Zapewne dlatego, że rząd unika wprowadzania PPK do głównego przekazu medialnego. A jeśli się pojawia, to zwraca się uwagę na korzyści z oszczędzania i bodźce finansowe. Absolutnie nie mówi się o PPK w kontekście kosztów i obciążeń, czy ewentualnych podobieństw do idei OFE.

Już najbardziej mnie zdegustowała informacja o ryzyku oczekiwania przez górników rekompensat za obciążenia z tytułu PPK. Inaczej mówiąc, „strona społeczna”, z którą minister się konsultował, może zażądać  pokrycia kosztów składek w całości lub części od państwa. Górnicy są i tak są już na tyle uprzywilejowani, że korzystniejsze potraktowanie ich w PPK byłoby skandalem.

“Mając na uwadze powyższe, zwracam się z prośbą o wyłączenie sektora górnictwa węgla kamiennego z obowiązku ustanowienia PPK ..”

I tu miłe zaskoczenie, bo wstępnie ministerstwo finansów odmówiło. MF przypomniało przy okazji, że przystąpienie do PPK nie jest obowiązkowe, wskazując przy tym ścieżkę ratunkową dla górników. Rząd ma nadzieję, że przeważająca większość z nas w PPK pozostanie. Niemniej w mediach padały już ostrzeżenia ze strony autorów idei PPK, że firmy  w których większość lub cała załoga nie przystąpi do PPK, będą sprawdzane pod kątem nacisku pracodawcy na pracowników by ci rezygnowali z PPK. Będzie więc ciekawie.

Szczerze mówiąc, to trudno się górnikom dziwić. Mają tak korzystny system emerytalny, że opłacania składek na PPK jest dla nich mało atrakcyjne. Z tego punktu widzenia wniosek ministra o nie obejmowanie górników PPK jest zasadny. Być może powodem niechęci jest też obawa, że objęcie ich programem PPK będzie krokiem w kierunku modyfikacji ich systemu emerytalnego na mniej dla nich korzystny. Mam na myśli sytuacje gdy po wprowadzeniu PPK, zmniejszeniu ulegnie emerytura. Wątpię jednak by rząd PiS miał takie zapędy w średnim terminie.

Cóż, zobaczymy jak górnicy (lub rząd) z tego wybrną.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz