Może RPO zreformuje KRUS

Trzeba przyznać, że Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) zrobił politykom solidnego psikusa i być może zapisze się w najnowszej historii gospodarczej jako reformator i uzdrowiciel finansów publicznych. Jego pomysł wniesienia skargi do Trybunału Konstytucyjnego poważnie zaskoczył polityków z nowej koalicji, którzy posunęli się nawet do sugestii o polityczne podłoże takiej decyzji (dlaczego PRO nie zrobił tego w czasie poprzednich rządów). Co ciekawe, w opinii wielu ekspertów losy skargi są przesadzone, tzn. TK zaakceptuje słuszność skargi, co będzie oznaczało konieczność podjęcia przez rząd działań. A jakich? Otóż RPO w skardze zwrócił uwagę na fakt, iż finansowanie składek przez budżet na ubezpieczenie zdrowotne rolników bez względu na wysokość ich dochodów jest niekonstytucyjne. Tymczasem – wg RPO – rolnicy są zróżnicowaną pod względem dochodowym grupą, co oznacza że część z nich może w większym stopniu lub stopniu takim jak inne grupy zawodowe, pokrywać swoje składki. Jednym z celów RPO jest zmuszenie decydentów (polityków) do podjęcia tematu i zlikwidowaniu tegoż niesprawiedliwego zróżnicowania. Tak wiec z całkiem nieoczekiwanej strony problem KRUSu od lat omijany przez polityków, ma szansę na co najmniej zmniejszenie swojej skali. Sama skłdaka zdrowotna oczywiście wszystkiego nie załatwia, ale może pomóc przełamać bariery.

W artykule pominę organizacyjne problemy, typu czy utrzymać KRUS, czy też wcielić rolników do powszechnego systemu emerytalnego. Podstawowym problemem jest ustalenie grupy docelowej, czyli tej grupy rolników która może pokryć swoje składki oraz osoby nie związane bezpośrednio z rolnictwem, a które wskutek luk prawnych „przecisnęły” się do KRUSu. W związku z tym, nie będę się również dodatkowo rozwodził nad kwestią w pewnym stopniu związaną z omawianym problemem, czyli jak zmienić zasady opodatkowania rolników, co mogłoby się m.in. przyczynić do lepszego poznania dochodów rolniczych oraz zmniejszyć wyodrębnienie podatkowe tej grupy zawodowej w obecnym systemie podatkowym. Niektórzy ekonomiści widzą w tym panaceum na obecne problemy, ale w rzeczywistości dla małych gospodarstw, czyli dla większości, i tak trzeba będzie stworzyć uproszczoną formę podatku dochodowego (jak karta podatkowa czy ryczałt).

Problem KRUSu istnieje pewnie od chwili jego powstania, czyli 1990 r. (przyjmuje datę ustawy, która regulowała ubezpieczenie rolników) co najmniej już po kilku latach wiedziano, że utrzymywanie zróżnicowanych systemów ubezpieczenia prowadzi do patologii. Oczywiście nie samo instytucjonalne wyodrębnienie było powodem dzisiejszych problemów, ale bardzo pomagało w ich zaistnieniu.  W efekcie rolnik płaci kilka razy mniej na rzecz swojego ubezpieczenia, uzyskując niewiele mniej niż osoba pracująca poza rolnictwem. Państwo, czyli pozostali podatnicy, dopłacają ponad 90%. Taka skala dopłat stale jest motywowana znacznie trudniejszą sytuacją materialną rolników przy braku alternatyw dla osób pracujących w rolnictwie oraz zaszłościami historycznymi w krajowym systemie emerytalnym. Budżet dopłaca nie tylko do rolników, ale również do członków ich rodzin. Łącznie daje to prawie 2,6 mln osób. Samych gospodarstw rolnych, w zależności od przyjętej definicji jest ok. 1,8 (wg węższej definicji). Około 700 tys. gospodarstw rolnych ma powierzchnie od 1 do 3 ha. Drugie tyle jest w przedziale od 3 do 10 ha. Przemiany rynkowe powodują podział. Przeciętne polskie gospodarstwo ma ok. 10 ha, czyli 4-5 razy mniej niż we Francji, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii. Oczywiście są kraje ze średnią zbliżona do Polski (Portugalia, Węgry, Włochy, Grecja), ale jest to niewielkie pocieszenie. Generalnie rolnictwo mamy rozdrobnione, ale zgodnie z konstytucja, podstawą krajowego rolnictwa ma być gospodarstwo rodzinne. Niestety prawa ekonomii, pomimo wsparcia państwa dla rolnictwa, są nieugięte i większość rolników żyje znacznie poniżej średniej. Wg danych GUS za 2006 r. dochód rozporządzalny na 1 osobę w rodzinie w rolnictwie to 690 zł., czyli minimalnie więcej niż w na 1 osobę w gospodarstwie domowym rencistów lub osób na stanowisku robotniczym. Wszystkim pozostałym żyje się – średnio – lepiej. Czyli 1 osobie w gospodarstwie domowych osób pracujących na własny rachunek o 60%, osób na stanowiskach nierobotniczych o 63%, emerytów o 37%. Biorąc pod uwagę dodatkowo skromniejszy dostęp do szeregu osiągnięć cywilizacyjnych, to życie na wsi śmiało można uznać za trudne. Nie ułatwia tego fatalna struktura wykształcenia. Aż 65% żyjących na wsi nie przekracza wykształcenia zawodowego. Można więc powiedzieć, że spora część mieszkańców wsi ma niewielkie szanse na znalezienie dobrej pracy w „mieście” lub mitycznych już wiejskich usługach, których szeroki rozwój jest raczej cechą społeczności bogatszych. Kończąc to statystykę, warto przytoczyć minimalna powierzchnię gospodarstwa, przy której podstawowe produkcje stają się opłacalne. Dla warzywniczych jest to 3,3 ha; sadowniczych 11,9 ha; specjalistyczne mleczne 13,3 ha; specjalistyczne mięsne 18,2; mieszane (roślinno-zwierzęce) 22,4 ha; zbożowe 50,6 ha. Te liczby mówię same za siebie. Tak więc szansę na życie z produkcji na rynek ma trzysta kilkadziesiąt tysięcy największych gospodarstw. Natomiast fachowcy z branży szacują wg ESU, iż śmiało może rywalizować z rolnikami zachodnimi już tylko ok. 240 tys. gospodarstw. Wejście do UE nie zatrzymało procesów efektywnościowych z ostatnich lat. Można powiedzieć, że je tylko osłodziło.  Wbrew spotykanym czasami opiniom, same przemiany rynkowe sprzed kilkunastu lat były nie lada uderzeniem dla rolnictwa, któremu obok coraz bardziej rozkapryszonego konsumenta wyrósł bardzo wymagający partner – przemysł przetwórstwa spożywczego. Z roku na rok przybywa gospodarstw produkujących tylko- lub głównie na własne potrzeby. Obecnie szacuje się, że już tylko 50% gospodarstw związana jest z rynkiem. W ostatnich latach, m.in. z powodu przygotowań do wstąpienia do UE ( a był to dla rolnictwa naprawdę nie lada wysiłek), gospodarstwo związanych z rynkiem ubywa o od 1% do nawet 1,5% rocznie w rozumieniu struktury. Dzieje się tak nawet wbrew temu iż miasto wciąż jeszcze nie jest alternatywą dla wielu rolników wypchniętych z rynku.

Zrobiłem statystyczny rys rolnictwa by podkreślić, że przeważająca liczba żyjących z rolnictwa nie będzie w stanie płacić pełnych składek ubezpieczeniowych i chyba tak na poważnie nikt tego nie oczekuje. Przesadne podwyższenie składek dla wszystkich spowoduje poszerzenie tylko sfery ubóstwa w rolnictwie. Zresztą to raczej tez nie jest dyskutowane. Uwaga skupia się głównie na większych i dynamicznie rozwijających się gospodarstwach. Jedno co mnie ciekawi i bawi w politycznym podejściu do KRUSu jest przyjmowane z góry założenia, że jakakolwiek dyskusja o zwiększonych składkach spowoduje ubytek elektoratu. Jeżeli, co zaraz wykażę, to niewielki. Ale łatwo na pewno nie będzie. Już obecnie Waldemar Pawlak, warunkuje podniesienie składek wzrostem wypłacanych świadczeń. Ale przecież tu chodzi o zbliżenie składki do pobieranego świadczenia Śledząc na przestrzeni ostatnich lat dyskusję o KRUSie i składkach, musze powiedzieć że najmądrzej pisali o tym przedstawiciele uczelni czy instytutów rolniczych lub tez osoby kiedyś lub obecnie zawodowo z KRUSem związane. Świetnie potrafią wskazać (a przynajmniej zarysować) grupę której podwyżki składek powinny dotyczyć. Tym bardziej, że wejście do UE przyczyniło się do wykreowania sporej grupy krajowych farmerów. Dane są więc na podane jak talerzu i nie sądzę by dyskusja i ewentualne decyzje wywołały społeczny sprzeciw. Obecnie w świecie politycznym przeważa niepotrzebny lęk, bo doprecyzowanie/zdefiniowanie grupy bogatszych rolników to raczej niewielki problem. Owszem, trzeba się będzie zmierzyć z przedstawicielami rolników, dla których już tylko zwiększenie rocznie składek o prawie 360 zł na osobę z gospodarstwa rolnika z min. 50 ha, to maksimum (a liczba takich to tylko 22 tysiące).

Wg różnych szacunków wśród obecnie ubezpieczonych w KRUS 1,6 mln osób prawie 0,3 mln to osoby które w KRUSie być w ogóle nie powinny. Na samych składkach zdrowotnych można tu odzyskać mniejsze kilkaset mln zł. W zależności od szacunków, gdyby pełne składki płacili rolnicy z gospodarstw powyżej 10 ha dałoby to dodatkowo miedzy 2 a 3 mld zł, zaś powyższa propozycja rolników to nieporozumienie. Średnia 2,5 mld zł to raczej przesada w najbliższych latach, ale 1 mld zł to bardzo realna kwota i bardzo duża, możliwa do odzyskania w średnim terminie. Ciekawy jestem czy w obecnej kadencji Parlamentu, reforma ubezpieczeń rolniczych „przejdzie”.

 

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Wybrane informacje z rynku funduszy inwestycyjnych z października

Kolejna ankieta przeprowadzona przez Gfk Polonia na zlecenie jednego z krajowych banków przybliża nam obraz krajowego inwestora korzystającego z funduszy inwestycyjnych. Najważniejsze jest fakt, iż przeważająca większość chce w przyszłości korzystać z tej formy oszczędzania. Jest to pochodna przede wszystkim dotychczasowych korzystnych rezultatów osiąganych przez większość funduszy. Nie jestem pewny czy takie same opinie byłyby po dłuższej i głębszej korekcie, ale z całą pewnością można być pewnym, że doświadczona prze inwestorów hossa miała niebagatelny walor edukacyjny dla inwestorów. Pod warunkiem że byli to inwestorzy świadomi, czyli tacy którzy uświadamiają sobie czym jest rynek finansowy oraz jakie niesie ze sobą ryzyka. Nieco mnie martwi iż co trzeci inwestor dokonywał inwestycji w drodze jednorazowanego zakupu jednostek TFI.  Ci którzy nabyli przykładowo jednostki krajowych czy zagranicznych funduszy akcyjnych w tym roku, w chwili obecnej nie mają powodów do radości. Po drugie zakup jednorazowy to poważne złamanie podstawowych zasad inwestycyjnych. Albo inwestuje się z pewną regularnością względnie stałe kwoty, albo „wyłapuje” momenty kiedy indeksy giełdowe są tuż po zakończeniu korekty. Ten drugi przypadek to oczywiście teoria. Przyjmując że mowa o funduszach akcyjnych, to najlepiej byłoby połączyć obydwie strategie, ale to wymaga albo wiedzy, albo współpracy z doradcą. Innym wyjściem jest oczywiście wybór funduszy mieszanych, które w okresie spadków giełdowych, przesuwają środki w papiery wartościowe. 1/3 inwestorów to „większe” kilkaset tysięcy osób. Dużo. Sądzę, że część z nich inwestowała niestety za pośrednictwem (tzn. przynajmniej po zasięgnięciu opinii) doradców. ..Ale wracając do ankiety, to drugie tyle osób inwestuje łącząc jednorazową wpłatę z regularnymi wpłatami. Taka postawa jest już znacznie bezpieczniejsza. Blisko 30% inwestuje w sposób regularny. Około 42% inwestuje regularnie do 400 zł miesięcznie, a 28% – od 400 do 800 zł. Widać więc że większość inwestujących robi to z pewną regularnością i „odkłada” miesięcznie kilkaset złotych, co jest kwotą dość znaczną ja na polskie portfele. Wyniki przedstawianej ankiety są efektem badania ok. trzystu osób, a więc nie jest to próba badawcza zbyt duża, ale o ile pamiętam relacje pomiędzy wielkością próby a dokładnością wskazań, to przy tej wielkości próby i trafności doboru ankietowanych, dokładność poszczególnych wskazań może być błędna o nawet kilka procent. Badanie przeprowadzono na przełomie czerwca i lipca, ale jego wyniki do szerszej wiadomości podano z opóźnieniem.

Idea TFI przystąpiła – zgodnie zapowiedzią – do poważnego zwiększenia ofertę dla inwestorów. Są to (a dokładnie będą) trzy fundusze, z grupy alternatywnych, które faktycznie mogą być w obecnej sytuacji giełdowej spotkać się z dużym zainteresowaniem i przy odrobinie szczęścia zwiększyć udział Idei w rynku. TFI Idea nie potrafi przebić bariery 0,3% udziału w rynku, co biorąc pod uwagę długą historię firmy (dawniej GTFI), nie jest wynikiem imponującym. Idea Surowce Plus FIO zamierza inwestować w różne lokaty, papiery wartościowe, indeksy, instrumenty wspólnego inwestowania itp. instrumenty powiązane z rynkiem surowcowym. Powiązanie to będzie więc głównie pośrednie. Słuszne wiec jest określenie ze skrótu prospektu emisyjnego, że będzie to inwestowanie w instrumenty skorelowane z rynkiem surowców i energii. Udział takich instrumentów nie będzie mniejszy  50% portfela. Strategia inwestycyjna obejmuje również instrumenty pochodne, co wydaje się naturalne i może przynieść ciekawe efekty. Jeżeli portfel funduszu będzie dobrze dobrany to może to być ciekawa alternatywa dla funduszy akcyjnych przy rosnącym obecnie ryzyku inwestycyjnym. Kolejny fundusz – Globalny FIO – od 0% do 100% środków będzie inwestował w jednostki uczestnictwa krajowych oraz zagranicznych funduszy i instrumenty wspólnego inwestowania (od 50% do 100%). Wg deklaracji władz TFI mogą się w portfelu znaleźć i akcje. Generalną ideą funduszu jest danie możliwości inwestowania na globalnym rynku, wg zasady „jesteśmy tam gdzie można zarobić”. Do tej oferty wkrótce ma dołączyć fundusz typu hedge. Wspomniane fundusze, od warunkiem że osiągną interesujące rezultaty, pomogą być może sięgnąć bariery 1 mld zł wartości portfela.

Wspomniałem o wartości portfela 1 mld zł, bo po raz kolejny przypomniało o sobie TFI Quercus, które chce rozpocząć operacją działalność na początku przyszłego roku. TFI liczy początkowo na 500 mln zł wpłat i sięgniecie 2-3 mld zł zarządzanych aktywów w ciągu 3-5 lat. Historia niektórych mniejszych towarzystw z lat 2004-2007 wskazuje, że jest to możliwe, ale były to firmy o bardziej znanej marce i działo się to na rosnącym rynku. Powyższy przykład Idei wskazuje, że nie jest to takie proste. Przypomnę, że założycielem jest m.in. Sebastian Buczek związany do niedawna z Grupą ING. W najbliższych planach jest parasol z czterema subfunduszami. S.Buczek przedstawił również prognozę dla rynku, która moim zdaniem za bardzo odpowiada bieżącym stanom umysłu rynku. Wg Buczka rynek jest w trendzie wzrostowym i – jak można się domyślać z opinii – jest szansa na utrzymanie tego trendu, chociaż ze sporymi wahaniami. Trochę zbyt łatwo chyba S.Buczek przyjmuje pojawiająca się obecnie teorię, że wzrost rentowności stóp papierów dłużnych będzie mniejszy od do niedawna oczekiwanego. Nie spodziewa się również podwyżki stóp przez RPP. Przyznaje ze można w nią zwątpić po ostatnim komunikacie z października, mnie jednak wydaje się że jedna podwyżka o 0,25 powinna jeszcze mieć miejsce w tym roku, biorąc pod uwagę sytuację makroekonomiczną.

W Polsce jest obecnie 32 TFI i to nie koniec. Kolejnym, które złożyło wniosek o rejestrację jest TFI Trust. Założycielem jest Rafał Liz, były prezes m.in. TFI Banku Handlowego. Na początek będą dwa fundusze zamknięte oraz dwa hedgingowe, przy czym aktywa mają być początkowo lokowane głównie w E.Wschodniej i Środkowej. Zwrócę uwagę na dwa ostatnie fundusze. Zauważyłem, że od kilku miesięcy argumentem na przyciągniecie klientów maja być fundusze alternatywne, niejednokrotnie o profilu hedgingowym. W większości przypadków kończy się (skupia) to na inwestowaniu a inne fundusze, ponieważ samodzielne inwestowanie w tego typu instrumenty wymaga sporej wiedzy o szeregu rynków (waluty, surowce, stopy procentowe itd.) i – jak sądzę – dobrego zespołu specjalistów. Tych ostatnich znowu tak dużo nie ma, biorąc pod uwagę ogłoszenia o pracę w prasie finansowej i tempo powstawania instytucji wyłapujących wszelakiego typu analityków finansowych.

10-lecie istnienia obchodził Skarbiec TFI. Oferta, jak na  rozmiaru Towarzystwa (na konie wrześnie aktywa – 4,8 mld zł), jest dosyć spora. Aż 19 funduszy, z czego 17 w trzech parasolowych. Wyniki niezłe, ale nie należą do rewelacyjnych. Zresztą fakt iż wyniki nie należa do czołowych, niekoniecznie jest wadą. Fundusz był już nagradzany za stabilizację wyników na dobrym poziomie, co jest sporym atutem dla TFI. Aż do początku 2007 TFI dzielnie powiększało udział w rynku. Na latach 2004-2006, udziały były następujące: 1,8%, 2,2%, 3,6%. W drugiej połowie 2006  TFI sięgało jeszcze niemal 4%. Niestety przy coraz większej konkurencji, udział w rynku zaczął w bieżącym roku spadać, by obecnie trzymać się na poziomie 3,4%. Jednym z powodów utraty rynku, było zbyt późne powstanie funduszy akcji zagranicznych i krajowych firm średnich i małych. Niemniej należy fundusz pochwalić za stworzenie dwóch funduszy związanych z rynkiem nieruchomości.

Prognozy dla rynku z ostatnich kilku tygodni (ale sprzed listopada) zebrane z TFI, wskazuję na sporą wiarę we wzrostu, chociaż umiarkowane. Oczywiście dostrzega się, że utrzymanie tempa indeksów giełdowych do tej pory, będzie raczej trudne do osiągnięcia w najbliższych kwartałach, ale można zauważyć że dotychczasowe korekty giełdowe traktowane są zbyt łatwo jako świadectwo umocnienia trendu. Mało kto zwróć uwagę, że giełda krajowa trochę jednak przeszacowuje trendy gospodarcze. Zresztą nikt, lub mało, kto chce zaryzykować wskazanie tego faktu. Jest raczej atmosfera oczekiwania na potwierdzenie tego przez wyniki makroekonomiczne. Na podstawie komentarzy, zauważyłem na podstawie komentarzy, że wariantem oczekiwanym przez inwestorów i zarządzających funduszami jest raczej oczekiwane niewielkie spowolnienie gospodarki, które odbędzie się łagodnie co rynek odbierze bez poważniejszych wstrząsów i indeksy powoli będą się stabilizować na osiągniętych poziomach. Ja to odbieram jako nadmierny optymizm i obawiam się że gdy do graczy dotrze w końcu że indeksy szły w ostatnich kwartałach w górę szybciej niż by to wynikało ze stanu gospodarki to może się to skończyć korektą w granicach 10%-20% i dopiero wtedy stabilizacją lub raczej bardzo powolnym odrabianiem.

BGŻ podał zysk z dwuletniej lokaty inwestycyjnej, która dopiero co zakończyła żywot. Zysk oparty był na wartości trzech czołowych indeksów zagranicznych  i sięgnął 12%. Jak na tego typu produkt, wynik rzeczywiście dobry. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę, że jest on zbliżony do przeciętnych wyników osiąganych przez te produkty, pod warunkiem że struktury te nie są tworzone w okresach spadków indeksów (tzn. przy założeniu indeksów giełdowych). Zrobiłem to, z pozoru głupie zastrzeżenie, ponieważ w coraz częściej oferowanych tego typu produktach widać, że czasami bodźcem do ich tworzenia jest nie tyle spore prawdopodobieństwo osiągnięcia godziwego zysku, ale popyt na produkty tego typu.

 An już na koniec pewna ciekawostka. Prezes Pekao Pioneer TFI nie jest zwolennikiem likwidacji „podatku Belki”. Sugerowałby raczej stworzenie ulgi. Jest to takie trochę branżowe spojrzenie na problem. Prezes PP TFI motywuje swoją opinie faktem, że podatek ( a dokładnie zwolnienie dla programów IKE) pełnił wg niego funkcję motywacyjną do oszczędzania długoterminowego. Rozwiązaniem mogło by być gdyby podatek utrzymano dla inwestycji do 12 m-cy. Tylko że w tym momencie odezwą się obrońcy osób, które z racji słabych dochodów zaczynają dopiero powoli oszczędzać zaczynając od lokat bankowych. Obawiam się że tego typu opinie nie są tylko motywowane IKE, które w przypadku likwidacji podatku powinny być wsparte zastępczo inną ulgą podatkową. Likwidacja tego podatku może wprowadzić pewne zamieszanie dla rynku. W końcu na ucieczce od podatku opierają się fundusze parasolowe i inwestycje z polisą.

 

 

 W opracowaniu wykorzytano materiały firmy Analizy Online Sp. z o.o.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Ile w Polsce może być małych firm? Od czego to zależy?

W dyskusji o przedsiębiorczości w Polsce dość często sugeruje się, że ułatwienie przepisów, obniżenie obciążeń fiskalnych przyczyni się do jej rozkwitu. Temat skali obciążeń i możliwości ich redukcji poruszałem bodaj kilkakrotnie. Poważniejsza redukcja obciążeń nie jest możliwa, ale żeby nie być posądzonym o niesprzyjanie drobnej przedsiębiorczości, niedawny czas temu zwróciłem uwagę że skala wpływów podatkowych do budżetu i oszczędności z powodu świetnej koniunktury, teoretycznie pozwala na obniżenie podatków o 1% do 2%. Teoretycznie, ponieważ było to założenie że pieniądze zwracamy podmiotom gospodarczym i obywatelom, a cała masa problemów budżetowych (brak środków na wiele dziedzin) pozostaje be zmian.

Chciałem w ten sposób jedynie zaznaczyć, że ewentualne obniżenie fiskalnych obciążeń nie spowoduje radykalnej poprawy sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych, a będzie to jedynie mały zastrzyk pieniędzy. Mały w każdym jednostkowym przypadku, ale dostrzegalny w ujęciu makroekonomicznym. Podobnie jest z ułatwieniem funkcjonowania. Skrócenie okresu zakładania firmy, czy (to najnowsza propozycja) rezygnacja z kwartalnej aktualizacji podstawy do wyliczenia emerytury i renty, nie spowoduje przecież wzrostu sprzedaży małego przedsiębiorcy o 10% czy 20%.

Tak naprawdę podstawowym czynnikiem determinującym liczbę drobnych przedsiębiorstw w danej gospodarce jest skala łącznego popytu i poziom rozwoju gospodarki. Pod poziomem rozwoju rozumiem również kwestie techniczne, co ma przeniesienie na liczbę małych kooperujących przedsiębiorstw. Jednak rozwój techniczny i obniżanie kosztów produkcji powoduje również zanikanie  niektórych profesji. Przykładowo możliwość zakupu butów w cenie 80-120 pln czy tani import, powoduje zanikanie zawodu szewca. Z własnych doświadczeń wiem, że koszt nawet niezbyt skomplikowanej naprawy butów to 20-30 pln.

Zacząłem od powyższych informacji, ponieważ GUS przedstawił niedawno informację o liczbie  i sytuacji finansowej podmiotów gospodarczych zatrudniających od 1 do 9 osób za 2006 rok. Niestety sprawozdawczość stosowana dla małych podmiotów nie pozwala na tak dokładne (liczba i częstotliwość publikacji) ich analizowanie jak to jest w przypadku większych podmiotów. Do tego dołożyłem dane z lat 2004 i 2005, by przedstawić małe podmioty w okresie bieżącego wzrostu gospodarczego jakiego doświadczamy od 2003 r. Wszystko to po to by postarać się dać odpowiedź na pytanie:

Ile w Polsce może być małych firm? Dla mnie to bardzo intrygujące pytanie, postaram się wiec przybliżyć odpowiedź, albo pomóc zrozumieć stan obecny.

Zwracam na to uwagę, ponieważ atmosfera wokół drobnej przedsiębiorczości i roztaczane przez część polityków i ekonomistów wizje naprawy, mogą sugerować że gdyby nie mityczna już tzw. biurokracja, to liczba przedsiębiorców byłaby znacznie większa, a ich sytuacja finansowa lepsza. Czy aby na pewno. Rynek ma swoją ograniczoną pojemność i nie da się nawet administracyjnymi metodami doprowadzić do radykalnego zwiększenia liczby małych podmiotów. Problemem głównym więc nie są ograniczenie administracyjne i fiskalne w funkcjonowaniu firmy, ale to czy znajdziemy odbiorcę na swoje produkty czy usługi. Warto przypomnieć, że już obecnie przedsiębiorcy korzystają z udogodnień finansowych. Około 650 tys. osób płaci składki wyliczane z niższej podstawy wymiaru (60%).

Zanim jednak przejdę do podawanych przez GUS liczb, trzeba przypomnieć tło makroekonomiczne na którym rozgrywa się akcja. Średnie tempo PKB w Polsce latach 2004-2006 to 5,1%, a więc dużo. Od końca 2005, roczne (realne) tempo wynagrodzeń zaczęło coraz wyraźniej przekraczać średnią dla Polski z 10 lat wcześniejszych. Średnie (realne) tempo wzrostu sprzedaży przedsiębiorstw niefinansowych, to niemal 9% w tym okresie. Stopa bezrobocia spadła w tym okresie z 21% do 15%. Przy czym najdynamiczniejszy okresy poprawy sytuacji gospodarczej to częściowo 2004 r i 2006 r z końcówka 2005 r.

W latach 2004-2006 liczba przedsiębiorstw o zatrudnieniu od 1 do 9 osób była następująca: 1,65; 1,61; 1,65 (mln). Tak więc w 2005 liczba podmiotów spadła o 2,5% (w 2004 spadek o 15 w porównaniu do 2003) by rok później wzrosnąć w niemal takim samym stopniu (2,4%). Tak wiec w 2006 liczba małych firm nie przekroczyła liczby z 2003 r. i to pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego. W 2005 zatrudnienie spadło o 0,6% by rok później wzrosnąć o 2,3%. Tymczasem w większych podmiotach w obydwu latach zatrudnienie rosło: 2005 o 2,5%, 2006 o 3,8%. Zwrócę uwagę, że zatrudnienie w małych firmach to 3,5 mln osób, w większych których dane wykorzystywałem (bez sektorów finansowych) to na koniec 2006 r. ok. 5 mln osób. Wynagrodzenie w małych przedsiębiorstwach w latach 2005 i 2006 rosło nominalnie o 2,2%. W większych podmiotach wynagrodzenie rosło o ok. 5%. Minimalnie więc zwiększyła się różnica w wynagrodzeniach. W małych firmach średnie wynagrodzenie stanowiło jedynie 55% wynagrodzenia w większych (2006 r.). Roczne przychody rosły w małych firmach w 2005 o 0,6% i w 2006 o niemal 16%. W większych natomiast o 5,5% i 14%.

Z punktu widzenia tematu opracowania, chyba najciekawsza jest liczba firm przypadająca na 1000 mieszkańców. Otóż w analizowanych 3-4 latach liczba małych firm jest względnie stała i trzyma się wartości ok. 43 podmioty na 1000 mieszkańców. Występuje jednak spore regionalne (wojewódzkie) zróżnicowanie. W woj. mazowieckim to aż 52 podmioty na 1000 mieszkańców (50 w 2004 r.). To wartość 20% lepsza od średniej dla kraju. To głównie wynik zamożności mieszkańców województwa, które przewyższa pod względem wynagrodzeń średnią krajową o niemal 30%. Najgorzej jest w woj.podkarpackim – ok. 30 podmiotów na 1000 mieszkańców. Świetny wynik osiąga woj. zachodniopomorskie – prawie 57 podmiotów na 1000 mieszkańców. Rewelacja. Niemniej to nie wynik bogactwa ludzi tam żyjących, ale bliskość granicy i/lub przymus ekonomiczny. Wskaźnik bezrobocia należy do grupy najwyższych wśród województw. Średnie wynagrodzenie w małych firmach w tymże województwie jest niższe od średniego o kilka procent. Pod względem wynagrodzeń w małych firmach jest gorszych 5-6 województw.

Podane informacje potwierdzają, że „pojemność” rynku rozumiana jako miejsce do funkcjonowania danej liczby małych firm nie jest z gumy. Ekonomia ma niestety swoje ograniczenia. Produkty i usługi maja swoje określone ceny, a te mocno już zdeterminowane przypadające im koszty i marże. Pojedynczy przedsiębiorca może osiągnąć (w przeliczeniu na 1 osobę) określone przychody, a dokładniej – z określonego przedziału kwotowego. Średnia dla 2006 to 180 tys. rocznie. Pomijając sektor usług finansowych, to dla poszczególnych sekcji/działów gospodarki rozpiętość wynosi od 50 tys. do 240 tys. pln rocznie na jedną zatrudniona osobę. Lata kiedy liczba podmiotów rosła w tempie kilku-kilkunastu procent, bezpowrotnie minęły. Obecnie to już nie dekada lat 90tych. Zresztą wzrost małych firm w 2006 r. o 2,4%  to ładny wynik, chociaż radość psuje nieco fakt iż nie przekroczono liczby firm z 2003 r. Jak widać więc, spory wzrost gospodarczy nie przekłada się już na radykalny wzrost liczby małych firm. Część małych przedsiębiorców, korzystając z koniunktury przechodzi do pracy w większych firmach, cześć – rozwinęła się na tyle mocne, że jest już obejmowana statystykami jako większe podmioty. Przychody małych firm to głównie usługi (ok. 80%) dla gospodarstw domowych i – częściowo – większych podmiotów gospodarczych.

Czy liczba małych firm może wzrosnąć? Sądzę ze tak, a nawet jestem tego pewny. Będzie to jednak wzrost uwarunkowany głównie tempem naszego rozwoju i bogacenia się społeczeństwa, przy czym dynamika będzie skromna. Nie sądzę by w dłuższym terminie udało się nam utrzymać tempo wzrostu zatrudnienia i liczby jednostek na poziomie roku 2006, czyli ok. 2,5%. Pomijam tu oczywiście wpływy regulacji administracyjnych, powodujących sztuczne zwiększanie zamozatrudnienia. A wracając do roli Państwa, w rozumieniu ustawodawcy, to nie jest możliwa poważniejsza zmiana relacji ekonomicznych na korzystniejsze dla przedsiębiorcy (redukcja obciążeń finansowych). Tutaj pole jest dość ograniczone. Ja osobiście wolałbym większą aktywność na rzecz zachowania jak największej elastyczności funkcjonowania podmiotu (bariery wejścia, wyjścia i łatwość funkcjonowania).

W opracowaniu wykorzystałem materiały GUS.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Państwo w oczach ekonomistów FOR

Kiedy Leszek Balcerowicz kończył urzędowanie w NBP, zapowiadał powstanie organizacji która propagowałaby myśl społeczną i ekonomiczną. Znane poglądy L.Balcerowicza zapowiadały, że z całą pewnością nie będzie to organizacja lewicowa, czy propagująca ingerencję w życie obywateli.  Przyznam, że wtedy mało w to wierzyłem ponieważ media skupiały się raczej na domysłach gdzie będzie L.Balcerowicz pracował, tzn. jakaż to renomowana instytucja finansowa go zatrudni. Fundacja zeszła mediach na plan dalszy i chyba nie traktowano poważnie pomysłu jej założenia. Tymczasem zapowiedź została zrealizowana. Formalnie idea przybrała postać fundacji i wg Krajowego Rejestru Sądowego, 30 marca została wpisana do rejestru stowarzyszeń pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju. By przybliżyć cel istnienia fundacji, pozwolę sobie skopiować „cele FOR” w jej strony internetowej (www.for.org.pl):

Zasadniczym celem FOR jest zwiększenie obywatelskiego zaangażowania w polskim społeczeństwie na rzecz propozycji, które sprzyjają szybkiemu i stabilnemu rozwojowi kraju.

Stały punkt odniesienia dla naszej działalności stanowi wizja takiego ustroju, który tworzy warunki sprzyjające prorozwojowym, produktywnym działaniom ludzi, w szczególności:

·      pracy, przedsiębiorczości i innowacyjności

·      oszczędzaniu i inwestowaniu

·      zdobywaniu wiedzy

Podstawowymi kierunkami działań FOR są: mobilizowanie do obywatelskiej aktywności oraz działalność informacyjno-edukacyjna.

Obecnie na stronie FOR dominuje tematyka ekonomiczna, co mnie akurat najbardziej interesuje i o czym chciałem napisać. Dotychczasowy dorobek pisarski FOR to artykuły prasowe i dwa poważniejsze opracowania (Raporty). Do tego dochodzą treści i polemiki dostępne tylko na stronie internetowej, co można traktować jako uzupełnienie publikacji. Daty publikacji wskazuje, że działalność publicystyczna twórców FOR (pod jej imieniem) zaczęła się na przełomie sierpnia i września. Jednym z głośniejszych, jest „Raport o konsekwencjach zablokowania prywatyzacji” przesłany do Ministerstwa Skarbu, gdzie określono go mianem „ideologiczny”.

W swoim tekście skupię się na opinii do „Raportu o stanie polskiej gospodarki”. Sadzę, że prezentują on dość dobrze poglądy ekonomiczne twórców FOR jak i osób z FOR współpracujących. Nie ukrywam, że daleko mi do takiego patrzenia na gospodarkę jaki widać w raporcie, ale nie będę tez ukrywał że pozytywnie oceniam fakt powstania FOR. Nic tak ludziom nie służy jak prezentacja i wymiana własnych poglądów, cieszę się więc że L.Balcerowicz wprowadził w czyn swoje zapowiedzi, nawet jeżeli pod niemałą częścią treści, diagnoz i poglądów prezentowanych na stronie FOR raczej bym się nie podpisał. Sobie i FOR mogę tylko życzyć, by działalność ekonomiczna była rozwijana.

„Raport o stanie polskiej gospodarki” jest, szczególnie początkowo, pisany w formie dość luźnej i okraszany zabawnymi – w opinii autorów – porównaniami (np. porównanie z hydrauliką na trzeciej stronie). Na wstępie autorzy słusznie zwracali uwagę na niedorzeczne przypisywanie sobie przez PiS sukcesów gospodarczych. Jednak w tłumaczeniu przyczyn sukcesów gospodarczych w swych krytycznym spojrzeniu posunęli się za daleko. W krótkiej diagnozie obecnego sukcesu gospodarczego, autorzy wyraźnie unikają zarysowania całego spektrum zjawisk makroekonomicznych. Z lektury I części (wprowadzenie) w zasadzie wynika, że obecny wzrost gospodarczy to pomieszanie przypadku i czynników zewnętrznych oraz kiepskiej złej polityki pieniężnej RPP. Wg autorów rozwijaliśmy się m.in. dzięki eksportowi. Przedstawiono to jednak jako skutek popytu zagranicznego, a pominięto ogromny wysiłek jaki podjęli przedsiębiorcy i minione rządy, by przygotować kraj do wejścia do UE. Kolejny czynnik sprzyjający koniunkturze, to fundusze unijne. Wg autorów sprzyjają koniunkturze głównie w krótkim terminie, co wydaje się zaskakującym wnioskiem. Faktycznie słabe „osiągnięcia” prywatyzacyjne, mają rzekomo zniechęcić kapitał zagraniczny do inwestowania w kraju. Sporo miejsca we poświęcono RPP i polityce pieniężnej. To tani pieniądz i wzrost jego podaży zasilający krajowy popyt wraz z inwestycjami zagranicznymi, przyczyniły się do wzrostu gospodarczego. Obecną politykę RPP, autorzy oceniają krytycznie, tzn. zbyt słabo i zbyt późno zaczęto podnosić stopy procentowe. Tu akurat z opinią autorów się zgadzam. W efekcie czeka nas skok inflacji w perspektywie kilkunastu miesięcy. Zgadzam się również w kwestii sektora publicznego. Biorąc pod uwagę tempo jego wzrostu i PKB, działania minionego rządu trochę mnie również rozczarowują, bo najważniejsze decyzje pod stronie wydatków zbyt łatwo kreują popyt  przy niewielkim wysiłkach, by poprawić efektywność dotychczasowych wydatków. Istnieje więc faktycznie ryzyko, że popełnimy błąd polegający na wzroście udziału finansów publicznych w PKB, przy braku poprawy ich efektywności, tuż przed spowolnieniem koniunktury. Zaznaczam, ze jest to tylko ryzyko i scenariusz ten nie musi się zrealizować. Powtórzę, to co już pisałem wcześniej na swojej stronie, że wielu ekonomistów (w tym środowisko FOR) nie zauważa lub nie chce, że z racji poprawy koniunktury, niskiemu prawdopodobieństwu niskiego tempa PKB i częściowo trwałemu zwiększeniu bazy podatkowej, iż porównywanie obecnego okresu do pierwszych lat dekady nie ma sensu. Tak więc proponowałbym zrewidować nieco pogląd na finanse publiczne i porównywalność z początkiem obecnej dekady. Na ósmej stronie autorzy robią to czego najbardziej nie lubię i co podważa wiarygodność raportu. Jest szczególna cechą liberalizujących ekonomistów, przywoływanie przykładu małych państw Bałtyckich. Obecna sytuacja ekonomiczna tych państw mówi sama za siebie (utrata równowagi gospodarczej).

Raport w dalszych, bardziej szczegółowych, częściach jest pisany  w podobnym tonie. Na przestrzeni lat zauważyłem pewną tendencję wśród liberalnych ekonomistów. Jeżeli miał miejsce wzrost gospodarczy, niezgodny z wyznawanymi przez nich prawidłowościami i zaleceniami, to jest albo przypadkowy albo wywołany przez czynniki zewnętrzne i niespójną politykę budżetową i pieniężną. Tak autorzy tłumaczą bodaj większość zmian gospodarczych i obecną koniunkturę. Szczerze mówiąc, to w trakcie lektury raziła mnie spora stronniczość w diagnozie sytuacji gospodarczej i spory pesymizm co do przyszłości.

Trudno nie zgodzić się z autorami Raportu, którzy proponują podjąć działania mające na celu obniżenie wydatków publicznych. Z tym, że propozycja autorów (w podobnym tonie była niedawna publikacja w G.Wyborczej) wskazuje obniżenie wydatków z poziomu 45% do 30%, 35%. Trudna tam znaleźć dokładne wskazówki, co miałoby podlegać aż takiej redukcji. Oznacza to redukcję przepływów publicznych aż o ok. ¼ (ponad 100 mld pln). Mógłbym wskazać parę przykładów, ale na pewno nie na kwotę 100 mld pln. Zresztą po co ja się tłumaczę, skoro autorzy też się nie kłopoczą. Przyznam, ze tego typu propozycje, to coś z pogranicza ekonomii i wizjonerstwa pod pozorami profesjonalizmu. Zauważyłem, że ekonomiczni wizjonerzy po prostu mniej przejmują się faktami i liczbami. Przy obecnym dystansie ekonomicznym Polski do krajów rozwiniętych, zaniedbaniu szeregu sfer życia publicznego i grup zawodowych, zejście do wydatków publicznych do 30%-35% musiałoby być wsparte konkretnymi rozwiązaniami, by zachęcić do nich opinię publiczną. Propozycja konstytucyjnego uregulowania tempa wzrostu wydatków (artykuł z G.Wyborczej jednego z autorów Raportu) do tempa niewiele ponad wskaźniki cenowe, jest mało realna. Niemniej ostatnie dwa lata są na pewno przykładem, że warto przemyśleć górne ograniczenie, bo ostatnio wydatki rosły wyraźnie szybciej niż PKB. Tak więc w przypadku redukcji wydatków nie tyle o dynamikę tu chodzi, ale „redefinicję państwa” jak wspominają autorzy, czyli wyprowadzenie części przepływów finansowych poza finanse publiczne. Szkoda tylko, że kwestia redefinicji skończyła się praktycznie tylko na haśle. Wygląda to ta jakby i autorom zabrakło odwagi w formułowaniu dalszych wniosków (bo mam nadzieję, że nie pomysłów). Mam nadzieję, że nie są to pomysły które można odnaleźć na stronie internetowej FOR, jak chociażby ankieta o prywatyzację służby zdrowia. Na pytanie czy sprywatyzować służbę zdrowia, ok. 85% uczestników ankiety, odpowiedziało „tak”. Ale czy oni wiedzą o czym decydują, czy tylko dają „świadectwo wiary”. Proponowałbym porównanie składki zdrowotnej płaconej przez każdego z nas z ofertą prywatnych placówek służby zdrowia, których pakiety maja cechy ubezpieczeń.

Podsumowując, ekonomiczne poglądy osób publikujących pod patronatem FOR, można w krajowych warunkach określić jako bardzo liberalne, gdzie praca nad faktami i pokorna zaduma nad meandrami makroekonomii trochę zbyt łatwo jest zastępowana wiarą w święte prawidła liberalnej ekonomii i wiary we własną rację. Dla mnie, zwolennika wolnego rynku, poglądy makroekonomiczne to nie kwestia wiary, ale ciągłego analizowania wydarzeń bieżących i minionych, bez ideologicznego spojrzenia na jak zawsze trudną do przewidzenia przyszłość. Niemniej zachęcałbym do śledzenia publikacji FOR, z wieloma tezami trudno się nie zgodzić, nawet jeśli w różnym stopniu. Mam nadzieję, że temat redefinicji państwa (w wymiarze ekonomicznym) będzie głębiej rozwinięty.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Rynek finansowy w październiku

Wydarzenia na światowym rynku finansowym oraz ogłaszane niemal codziennie informacje o wynikach finansowych czołowych międzynarodowych instytucji czy danych makroekonomicznych USA wcale nie dały jednoznacznych wskazówek, co dalej. Zresztą, kto powiedział że tak musi być. Na tym polega urok ekonomii i rynków finansowych, że trudno precyzyjnie wskazać co będzie za 6 czy za 24 miesiące.

Jeżeli mierzyć nastrój na rykach finansowych zmianami indeksów giełdowych w USA, to po prostu jest dobrze. Wprawdzie od połowy października indeksy te mocno wyhamowały, ale trudno powiedzieć precyzyjnie co było powodem, obawy o perspektywy spółek giełdowych i doniesienia o korektach wyników czy sam fakt iż bito kolejne rekordy i świadomość że wzrosty nie trwają wiecznie. Od poprzedniej decyzji o obniżeniu stóp w USA, czołowe indeksy giełdowe wzrosły w ciągu miesiąca o ok. 6%. Uspokajało się również na rynku depozytów. Gdzieś od początku drugiej dekady października wysokie względem stopy referencyjnej stawki depozytów zaczęły spadać, by na koniec miesiąca naturalnie odzwierciedlać nastroje na rynku. Tzn. krzywa rentowności znowu zaczęła pełnić swoją rolę. Wcześniej, przez niemal dwa miesiące , szczególnie po „krótkich” depozytach widać było że na rynku brakowało pieniądza dla zaspokojenia celów płynnościowych. Bądź mówiąc inaczej, niektórym w ogóle lub mniej chętnie pożyczano pieniądze. Rynek zresztą częściowo antycypował kolejną obniżkę stóp w USA, czyli wczorajszą decyzję FED. Być może pewnym znakiem nastrojów na giełdach jest dzisiejsze (dzień po obniżce stóp) zachowanie indeksów giełdowych w USA. W pewnym uproszczeniu, poza Azją główne indeksy spadały i to dość mocno bo nawet o ponad 2%. „The reports we saw today are generally consistent with a slowing economy,” jak powiedział jeden z analityków po kolejnej porcji danych makroekonomicznych. Niestety dobrymi nastrojami na giełdzie nie da się odczarować konsekwencji spadku popytu na rynku mieszkaniowym. Sądzę że giełdowi gracze po lepszych od oczekiwań wynikach tempa wzrostu gospodarczego (3,9%) i dzisiejszych danych, nadal mają wielkie pomieszanie w głowach i większą role w ich decyzjach będzie pełnić analiza techniczna. Nie tak łatwo chyba zgasić optymizm rynków finansowych.

FED w oświadczeniu po posiedzeniu umieścił zdanie: “After this action, the upside risks to inflation roughly balance the downside risks to growth”. To zdanie, wyłuskane przez agencje informacyjne, dość trafnie oddaje bieżący dylemat szukających kompromisu decydentów: inflacja czy wzrost gospodarczy. Przypomniano również, że oczekiwane jest obniżenie tempa wzrostu gospodarczego w na bliższym czasie, ponieważ konsekwencje zmian housing market dopiero zaczynają się przenosić na gospodarkę. W podobnym tonie wspominał o tym komunikat ECB z 4 października. ECB przyznał wręcz, że a chwilę obecną wciąż brak pełnych i wiarygodnych opracowań przedstawiających pełne konsekwencje zmian w sytuacji gospodarczej USA i konsekwencji tego dla rynków finansowych. Niemniej zarówno w komunikacie po spotkaniu Governing Council jak i komunikacie FED, na pewno nie ma informacji iż dzieje się w gospodarkach tych obszarów (USA i UE) cos bardzo złego. Jean-Claude Trichet w swoim komunikacie wyraźnie mówił o dość korzystnej sytuacji makroekonomicznej w UE i przypominał że rozwój gospodarczy w innych rejonach świata powinien częściowo niwelować oczekiwane spowolnienie w USA. Zresztą 1,9% wzrostu PKB w 2008 dla USA, jak np. prognozował  bodaj MFW, to znowu nie takie nieszczęście, kiedy weźmie się pod uwagę pierwsze reakcje rynków finansowych w okresie wakacji.

Na krajowej giełdzie umiarkowany optymizm mieszał się z objawami ostrożności. Od dołka osiągniętego w czasie korekty w sierpniu, do chwili obecnej nasz WIG wzrósł o ok. 11% czyli porównywalnie z czołowymi rynkami światowymi. Pewna ostrożność widać również i po tym, że WIG nie bił rekordu z początki lipca, mimo iż był już niedaleko, oraz zmniejszyło się zainteresowanie mniejszymi spółkami. Na koniec października indeks WIG był o blisko 7% mniejszy od rekordowej wartości z 6 lipca. Próbę bicia rekordu podjął skutecznie WIG20. Jednak tutaj przewaga sięgała (wartość z 29 X) zaledwie 0,5% i wynik nie został utrzymany w kolejnych dwóch dniach. W samym październiku WIG wzrósł o 4,6%, co pewnie przyczyniło się do wzrostu zainteresowania funduszami akcyjnymi przez Polaków. Wcale by mnie to nie dziwiło, biorąc pod uwagę że komentarzach analityków giełdowych prognozy dla giełdy były często dość korzystne, chociaż nie obiecywano stóp zwrotu jak na początku roku.

Kiedy patrzyłam na wykres stóp depozytów międzybankowych i obligacji w połowie minionego miesiąca, to przymierzałem się już niemal do sprawdzenia czy gdzieś nie popełniłem błędu przy aktualizacji arkusza, gdyż dla kilku terminów linia była prościutka niemal jak spod linijki. Tymczasem po publikacji danych o inflacji i pozostałych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie zmienił nastawienie. Pojęcie „wyraźnie” może się wydawać przesadzone (patrz. Tabela) ale sam fakt zmiany i jej kierunków wskazywał na kreowanie się nowego spojrzenia na naszą sytuację makroekonomiczną. Stopy obligacji po osiągnięciu maksimum pod koniec II dekady miesiąca, zaczęły spadać, by częściowo to odrobić w ostatnich dniach minionego miesiąca. Tymczasem stopy z zakresu od 1 do 12 miesięcy powolutku nieprzerwanie rosły. W przypadku obligacji rynek dokonał niewielkiej korekty przewidywań na 2008 r., sprowadzając je do oczekiwania stopy NBP na ok. 5,5% w połowie tegoż roku. Po sporym wzmocnieniu złotego widać też było iż nasze obligacje ciszyły się nie tylko krajowym zainteresowaniem. Na krótszych stopach, po kolejnych danych makroekonomicznych, rynek wyraźnie przygotowuje się do wzrostu stóp przez RPP o 25 pkt. i przekroczenia 5,5% za rok. W obydwu przypadkach reakcja obejmuje pewną nadwyżkę. Być może niektórzy wolę się przygotować na gorszy wariant. Tymczasem zimnym prysznicem musiały być wyniki głosowania RPP w sierpniu (poprzedni wpis) i komunikat po ostatnim spotkaniu RPP. Prezes NBP jest wyraźnym gołębiem a treść komunikatu wskazuje, że kolejna podwyżka stopy w tym roku stoi chyba pod poważnym znakiem zapytania. Część członków RPP jest przekonana że dotychczasowe podwyżki już przyniosły skutek, co jest dla mnie zaskakujące bo konsekwencje zmiany stóp nie następują tak szybko. Po drugie niektórzy członkowie zdają się przyjmować za potwierdzenie swych racji wyniki najnowszej prognozy analityków NBP. W porównaniu z poprzednią, po kilka dziesiątych obniżono prognozowane zakresy scenariuszy wzrostu inflacji i PKB. Warto wczytać się w treść komunikatu, ponieważ już od kilku tygodni niektórzy członkowie RPP i inne środowiska (Rada Naukowa i GUS) starają się nas przekonać o niskim ryzyku inflacyjnym w najbliższym terminie.

Jako ciekawostkę na wstępie załączyłem rozkład decyzji o zmianie stóp  w ostatnich kilku latach przez RPP. Rozkład nie obejmuje tego roku, ale terminy zmian z tego roku potwierdzają że miłośnicy obstawania dokładnych terminów zmian stóp powinni przyjrzeć się kiedy dochodziło do nich w poprzednich latach. Zresztą nie musze zachęcać, bo wielu z nich to robi i to w postaci poważnych opracowań analitycznych. Podniesie to na pewno prawdopodobieństwo trafienia. Przedstawiam to również i z tego powodu, że H.Wasilewska-Trenkner przyznała iż RPP niechętnie zmienia stopy w grudniu. Terminy zmian są częściowo uzależnione od terminów publikacji najważniejszych informacji makroekonomicznych i prognoz analityków NBP.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Ciekawe głosowania prezesa NBP

Podane wyniki głosowań członków Rady Polityki Pieniężnej za sierpień wywołały zaciekawienie wymieszane z poruszeniem. Na sierpniowym posiedzeniu RPP, gremium to postanowiło o podniesieniu stóp z 4,5% do 4,75%. Sam ten fakt był oczekiwany, ale pewnym zaskoczeniem był rozkład głosów. Decyzje przyjęto stosunkiem głosów 9 do 1. Ten 1 to prezes NBP. Rzeczpospolita z czwartku udostępniła miejsce na komentarz Januszowi Jankowiakowi (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu), który na prezesie NBP nie zostawił suchej nitki. Spory komentarz, przykładowo, prezesowi poświęciła również piątkowa Gazeta Wyborcza.

Janusz Jankowiak uderzył najostrzej, co już zapowiadał tytuł „Prezes NBP przegrywa i to bez klasy”. Nie odmawiam Januszowi Jankowiakowi jakości warsztatu, ale ocena jest chyba jednak posunięta za daleko, mimo że moja ocena głosowań, skalą zdziwienia i rozczarowania nie odbiega od Jego oceny.

J.Jankowiak sierpniowe głosowanie ocenia jako przegraną. Dla podkreślenia wyjątkowości faktu zwraca uwagę, że nie miało to miejsca do tej pory ani w Polsce ani na świecie. W tym ostatnim przypadku pozostaje mi wierzyć, że to sprawdził. Ale nawet jeżeli tak jest, to musimy ten faktu automatycznie oceniać jako negatywny? W Polsce miały miejsce głosowania kiedy za decyzją (mniejsza o to „za” czy „przeciw”) było nawet i 10 członków lub 9. Faktycznie nie zdarzyło się by prezes NBP a jednocześnie przewodniczący RPP odstawał swoją decyzją od 9 pozostałych członków. Ale czy samotność w głosowaniu ma być z logicznego punktu widzenia czymś dziwnym? Prezes NBP ma prawo do samodzielnych poglądów i jak każdy członek RPP, swoją postawę w głosowaniu powinien wypracować samodzielnie. Nie odmawiajmy mu tego, nawet jeżeli kryje się pod tym pewna aluzja, o czym dalej w tekście. Mnie wynik głosowania tak bardzo nie poruszył, chociaż zdziwił. Początek urzędowania S.Skrzypka przypadł na okres kiedy rozważano o ile podnieść stopy i ewentualnie kiedy to zrobić. Trzeba przypomnieć dla porządku rzeczy, że jeszcze  przed kilku miesiącami kilku członków RPP kwestionowało konieczność podniesienia stóp, lub – dokładniej – czekało na właściwy do tego moment, koniecznie nie chcąc tego zrobić za wcześnie. Przypomnę, że spór o konieczność podniesienia stóp trwa przynajmniej od roku. Rok temu L.Balcerowicz wraz z D.Filarem, M.Nogą oraz H.Wasilewską-Trenkner rozpoczęli starania o podniesienie stopy. Niestety nikt z pozostałych członków RPP aż do marca nie zasilił tej grupy. W marcu do grupy dołączyli: A.Sławiński i A.Wojtyna, ale brak już było L.Balcerowicza (zakończył urzędowanie w styczniu). W marcowym głosowaniu był remis, ponieważ nowy prezes był przeciwko podniesieniu. Jednak z biegiem miesięcy, wraz z napływem kolejnych danych makroekonomicznych, grono gołębi topniało trwale lub przejściowo i na chwilę obecną jesteśmy po trzech podwyżkach i stopie na poziomie 4,75%. Tymczasem prezes NBP konsekwentnie był przeciw. Wolno mu ? Wolno. I teraz pojawia się kluczowe pytanie: czy prezes NBP posiadł jakąś inną wiedzę i jest obdarzony ekonomicznym wizjonerstwem? Obawiam się że prezes NBP źle rozumie samodzielność i oryginalność w zdobywaniu wiedzy makroekonomicznej oraz jej przedstawianiu. Jeżeli więc miała to być demonstracja „jestem samodzielny i niezależny w decyzji oraz nie ulegam presji otoczenia” to mu się w pewnym sensie udało. Ale tylko w pewnym, bo powstaje pytanie skąd prezes czerpie wiedzę o sytuacji makroekonomicznej, kto i co mu doradza. Dotychczasowe głosowania prezesa NBP mogą sugerować, że ma dość słaba orientację w problematyce makroekonomicznej, czego się obawiano po ujawnieniu jego kandydatury. W okresie wakacyjnym ustąpiły  już najtwardsze gołębie w RPP. Teraz w ptasim rankingu S.Skrzypek jest niekwestionowanym gołębim liderem.

J.Jankowiak posunął się do oceny, że RPP wobec powyższego nie ma przewodniczącego. To oczywiście przesada, S.Skrzypek jest nim z urzędu. Powinno się chyba inaczej postawić pytanie: czy jest dobrym merytorycznie moderatorem dyskusji czy też pełni tą rolę czysto techniczną.

Zgodzę się z J.Jankowiakiem w kwestii oceny głosowań przez rynek. O ile kiedyś głosowania przewodniczącego były istotne z powodów merytorycznych i piastowanej funkcji prezesa krajowego banku centralnego oraz przeważającego głosu w przypadku remisu, to obecnie prezes NBP sam się zmarginalizował. Jego dodatkowy atut w przypadku remisu może powodować skrzywienie decyzji, czyli w naszym przypadku trwałe wsparcie gołębi. Za takie można uważać praktycznie decyzję marcową. Podobna sytuacja może się pojawiać w najbliższych miesiącach. Z wypowiedzi części członków NBP i Rady Naukowej NBP wynika, że pojawia się coraz więcej wątpliwości co do konieczności dalszych podwyżek. Tzn. oni tak to postrzegają. J.Jankowiak ostrzega przed zwiększonymi kosztami prowadzonej polityki pieniężnej z powodu zaistniałej sytuacji. Taka sytuacja, w obecnych warunkach, moim zdaniem może nastąpić w przypadku narastającej konieczności dalszych podwyżek i opóźniania decyzji RPP. Rynek może antycypować podwyżki, uznając że RPP z opóźnieniem i skokowo to potwierdzi. Nie jestem zwolennikiem tłumaczenia zachowań rynku grą „pod decyzje RPP”, bo rynek w ocenie sytuacji makroekonomicznej powinien być w jak największym stopniu samodzielny, ale taki związek istnieje i trzeba to przyjąć do wiadomości. Po informacji i głosowaniu rynek jeszcze bardziej będzie się przysłuchiwał wypowiedziom grupy członków RPP, których trudno mi jednoznacznie zakwalifikować do jastrzębi lub gołębi. Mam na myśli J.Czekaja, A.Sławińskiego, A. Wojtynę.

Przypomnę przy okazji swoje stanowisko. Uważam, że L.Balcerowicz słusznie starał się o podniesienie stóp już jesienią ubiegłego roku W obecnej sytuacji usatysfakcjonowałaby mnie jeszcze jedna decyzja „za”, czyli podniesienie do 5,0%. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę jak ważny jest dobór członków RPP, a w tym przypadku również prezesów NBP. W ciągu minionych 12 miesięcy w RPP zasiadało dwóch prezesów (drugi oczywiście piastuje swoją funkcję nadal) o zupełnie odmiennej ocenie makroekonomicznej rzeczywistości. Jeden chciał podnosić stopy rok temu, drugi był temu przeciwny przynajmniej do sierpnia. No… ,żeby być dokładnym to można przyjąć że prezes NBP zaakceptował (dostrzegł ich zasadność) dwie pierwsze podwyżki ale z opóźnieniem.

A swoją drogą głosowania obecnego prezesa NBP powinny powiększyć grono zwolenników istnienia RPP. Pisze o tym, bo tuż przed wyborami przedstawiciel najwyższych władz PiS Marek Kuchciński stwierdził że PiS rozważa zniesienie RPP, ale nie podał kto to ciało miałby zastąpić. Nie upieram się przykładowo przy liczbie członków RPP, ale głosowania obecnego prezesa NBP powinny utwierdzić wątpiących, że nie powinniśmy wracać do czasów kiedy decyzje o polityce pieniężnej i stopach będzie podejmowała jedna osoba.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Produkcja przemysłowa i budownictwo we wrześniu

Wyniki produkcji sprzedanej i produkcji budowlano-montażowej przypomniały, że tempo wzrostu gospodarczego ulegnie niewielkiemu osłabieniu. W ujęciu rocznym produkcja sprzedana wzrosła o 5,2%. Pomijając dwa-trzy przypadki sprzed kilku miesięcy czy ponad roku, z tak słabym wzrostem mieliśmy do czynienia dwa lata temu. Korzystam z takiego porównania ponieważ obecny słaby wzrost jest przypomnieniem, że tempo zmian produkcji sprzedanej w ujęciu rocznym właśnie kończy swoją – nazwijmy to roboczo – falę wzrostową. Takie fale trwają ok. 3 trzy lata każda i najczęściej znamionują przyśpieszenie gospodarcze. Taka fala wcale nie musi trwać trzy lata czy okres zbliżony. To że ostatnie kilka tyle mniej więcej trwało, wcale nie oznacza że jest to jakiś magiczny określony przez siły nadprzyrodzone okres. Przy ożywieniu gospodarczym zazwyczaj szybciej reaguje przemysł, a dopiero później sektory usługowe. Okres ok. trzyletni należy raczej traktować jako czas kiedy gospodarka nasyca się wstępnie dobrami trwałymi, a trzy lata to czas reakcji zarówno przemysłu jak i otoczenia makroekonomicznego. W ciągu ostatniego cyklu gospodarczego jest to już drugi taki cykl produkcji przemysłowej. Pierwszy zaczął się w połowie 2002 r. i zakończył na początku 2005 r. W 2005 r. gospodarka nieco zmniejszyła tempo rozwoju, czy tez mówiąc dokładniej – pojawił się efekt bazy z I poł 2005 r. Teoretycznie cykl produkcji przemysłowej może zawierać się w różnych ramach czasowych, m.in. z uwagi na eksport czy ogromny popyt krajowy. Nie będę na razie rozwijał tego tematu, ponieważ zasługuje on na osobne potraktowanie. Niemniej sam fakt kończenia cyklu, czyli spadek tempa produkcji do zera lub nawet do wartości ujemnych nie jest nieszczęściem i nie oznacza (nie musi), zakończenia dobrej koniunktury gospodarczej. Pewnie lepiej będzie jak przestanę, bo moją intencją nie jest wystraszenie czytelnika. Spadku dynamiki produkcji sprzedanej oczekiwano i tak samo oczekuje się spadku dynamiki do zera czy też. Do zera dynamika produkcji zbliży się na  początku przyszłego roku (mowa o średniej kwartalnej). Potem dynamika zacznie powoli znowu przyspieszać w raczej dość powolnym tempie, powiedzmy jak w 2002 r.. Chyba że nasza i europejska gospodarka nie obniżą zanadto tempa wzrostu gospodarczego.

We wrześniu z analizowanych 25 działów przemysłu, tylko 12 wykazywało dynamikę wzrostu powyżej 6%. Rok temu, jesienią, było to niemal 20. Dynamikę nieco powyżej 20% utrzymują dwa działy przemysłu – produkcji maszyn i urządzeń oraz produkcji sprzętu i urządzeń radiowych i telewizyjnych. Oby tak dalej.  Dobrze sobie radzi dział przetwórstwa spożywczego. W tym wypadku, jakby na przekór, jesteśmy świadkami przyśpieszenia. Dynamika rocznej produkcji od trzech miesięcy zawiera się przedziale od 8% do 10%. To wynik kilku czynników. Głównie rosnący popyt na przetwory spożywcze (popyt gospodarstw domowych), ale i częściowo konsekwencja wzrostów cen żywności. Produkcja sprzedana ogółem przemysłu wzrosła o 5,2%. Biorąc różnicę w dniach roboczych we wrześniu tego roku i roku poprzedniego, dynamika zbliża się do 10%. W gruncie rzeczy więc, wynik wrześniowy oceniam jako dobry, tym bardziej że poza 2-3 wyjątkami (niska roczna dynamika we wrześniu), wysokie tempo sprzedaży odnotowują działy obejmujące producentów maszyn, pojazdów mechanicznych i elektroniki. Wspomniane spadki dynamiki do 2% – 4% oceniam raczej jako przejściowe i sezonowe (może efekt dużych kontraktów), biorąc rezultaty z poprzednich miesięcy.

Być może pewne poruszenie wymieszane ze zdziwieniem wywołały wyniki budownictwa. Informacja o tym że produkcja budowlano-montażowa praktycznie nie wzrosła (dokładnie wzrost realny roczny o 0,2%) nie oznacza stagnacji. Przypominam że roczna zmiana cen dla tego działu to 8,8%, co oznacza że wzrost cen „zjadł” wzrost produkcji. Budownictwo weszło w okres, kiedy wskaźniki dynamiki mogą zmylić czytelnika. Właśnie we wrześniu ubiegłego roku produkcja budowlano-montażowa zaczęła wchodzić na wysokie obroty i z tego powodu przez najbliższe miesiące (od 4 do 6 m-cy) dynamika rocznych zmian będzie w najlepszym przypadku na poziomie kilku procent (do 5%), a z większym prawdopodobieństwem przyjmie wartości ujemne. To zwykły efekt bazy. Po prostu dynamiczny jesienny (2006) skok produkcji oraz wyjątkowo ciepła zima zawyżają odniesienie. Przed budownictwem jeszcze dobre kilka dobrych kwartałów wzrostów zanim powinniśmy się coraz poważniej zastanawiać czy jego rozmiary są adekwatne do krajowych potrzeb. Poruszałem ten temat niecały rok temu. Jak na razie budownictwo zbliża się dopiero do wartości swojego przeciętnego udziału w gospodarce.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Proszę pamiętać o deficycie obrotów bieżących

Wynik deficytu obrotów bieżących w sierpniu był wprawdzie lepszy od trzech wcześniejszych miesięcy, ale kiedy spojrzeć na to sezonowo, to trudno rezultat uznać za sygnał spowolnienia narastania deficytu obrotów bieżących. Obok standardowego omówienia najnowszych wyników, chciałbym również zwrócić uwagę na problem narastania deficytu, bo powoli trzeba moim zdaniem przywrócić ten temat do świadomości czytelnikom i warto by gracze na rynku finansowym przypomnieli sobie jakie ryzyko niesie ze sobą deficyt.

Wynik sierpniowy deficytu to -637 mln eur. Po trzech miesiącach poprzedzających sierpień kiedy to średni deficyt sięgał ok. -1400 mln eur, najnowsze dane mogłyby dawać niewielką otuchę. Tak dobry wynik w sierpniu zawdzięczamy wyjątkowo niskiemu deficytowi handlowemu. Zaledwie -289 mln eur. Tak niskie wyniki o tej porze nie powinny być teoretycznie zaskoczeniem. W 2006 deficyt wyniósł -516 mln eur, a w czterech wcześniejszych latach wynik sierpniowy zawierał się w przedziale od -311 mln euro do -260 mln eur. Niemniej od przełomu lat 2005/2006 deficyt handlowy zaczął się pogarszać, co pociągnęło za sobą pogorszenie salda obrotów bieżących. Przeważająca dość długo dynamika eksportu  nad dynamiką importu zaczęła ulegać. Nie było to zaskoczeniem z kilku powodów. Złoty do euro tracił powoli atrakcyjność dla eksporterów. W tym roku złoty złamał kolejną barierę – dynamika realnego wzrostu zaczęła być silniejsza od wzrostu wydajności liczonej do PKB. Jednak moim zdaniem nie był to główny argument, bo eksport wykazał znaczną odporność na te zmiany. Należy pamiętać, że dynamika wzrostu eksportu była w ostatnich trzech latach średnio na poziomie ok.20% (w euro). Wprawdzie początkowo pomogło nam osłabienie złotego i wejście do UE, ale im dalej tym rezultat ten należy przypisać znacznej konkurencyjności polskich towarów na olbrzymim rynku UE. Dynamizowaniu eksportu sprzyjała oczywiście dobra koniunktura na świecie. Żeby być jednak dokładnym, muszę początki sukcesu eksportowego cofnąć do przełomu 2000/2004 r. Wtedy też mogła nam początkowo pomóc nasza osłabiona waluta, ale jej znaczne wzmocnienie w 2001 nie zatrzymało rozwijającego się powoli eksportu. Pomogło to nam bardzo szybko (2 lata) radykalnie zmniejszyć ogromny deficyt obrotów bieżących z ok. 7% w I poł. 2000 r. do ok. 3%. Być może to ten właśnie okres należy wskazać jako  świadectwo wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Od początku dekady do chwili obecnej udział eksportu w relacji do PKB wzrósł niemal dwukrotnie. Jednak dopiero po wejściu do UE udało się nam utrzymać z pewnymi wahaniami wspomniane wyżej tempo eksportu. Pod względem udziału eksportu do PKB zbliżyliśmy się do wielu krajów UE. Odnieśliśmy wiec spory sukces. Unijny rynek nie jest z gumy a opłacalność stała w czasie. Do  tego utrwalający się w Polsce wzrost gospodarczy i popyt inwestycyjny, zaopatrzeniowy i konsumpcyjny musiały w końcu pogorszyć dotychczasowe trendy. Od ponad półtora roku dynamika importu przekracza dynamikę eksportu. Deficyt obrotów bieżących który jeszcze pod koniec 2005 był poniżej 2% do PKB, zaczął rosnąć. Dla makroekonomistów nie jest to niespodzianka. Wręcz przeciwnie, praktycznie wszystkie prognozy makroekonomiczne wskazywały na pogorszenie deficytu. Pogorszenie następuje w tempie ok. 1% rocznie, czyli na koniec 2006 mieliśmy już nieco ponad 3%, a po niemal trzech kwartałach tego roku już niemal 4%. Prognoza budżetowa wg parametrów podanych w połowie roku na ten rok zakłada deficyt na poziomie nico poniżej 4%, a w 2008 deficyt bliski 5%. Obecnie można powiedzieć, że mamy do czynienia z lekkim niedoszacowaniem zjawiska. Jednak o precyzję raczej trudno w tym przypadku.

Ale wrócę do sierpnia tego roku. Przyzwoity wynik zawdzięczamy słabszemu importowi o 400-500 mln euro. Niestety trudno uzyskać precyzyjne dane wg produktów, więc trudno pokusić się o dokładne wyjaśnienie zmiany. Może to konsekwencja osłabnięcia tempa PKB,  oraz importu materiałów budowlanych. Może. Nie należy jednak wierzyć, że to trwałe zjawisko. Tak więc deficyt będzie się nam dalej powoli pogarszał. Jeszcze tylko dla porządku dodam, że dynamika eksportu wróciła przejściowo do 15%, a import utrzymuje względnie stałe tempo (średnia kwartalna) 17%-18%.

Teraz pytanie najważniejsze: a co dalej z nami? Przypomnę tylko, że nasz rekord ostatnich kilkunastu lat, to 9% deficytu handlowego do PKB i 7,4% deficytu obrotów bieżących w I poł. 2000 r. Do śmiechu nam w Polsce wtedy nie było, bo zaczęto porównywać przy jakim poziomie w innych krajach zaczynały się kryzysu walutowe, albo co najmniej długie okresy słabnięcia waluty. W Polsce mało kto podaje prognozy na długie okresy (ryzyko nietrafienia), ale właśnie dlatego przytoczę prognozę Janusza Jankowiaka (główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu). J.Jankowiak zakłada 5,9% deficytu obrotów bieżących w 2009 i 7% w 2010 r. Ta prognoza to częściowo pochodna przyjęcia przez autora założenia nierównowagi gospodarczej (wpis z dnia 2 IX na stronie //januszjankowiak.bblog.pl ) i spowolnienia gospodarczego. Obecnie mam spore wątpliwości czy będzie aż tak źle (7%). Przypuszczam że w średnim terminie (2-3 lata) CA nie powinien przekroczyć 6%. Wierzę w siłę dostosowawczą polskiej gospodarki i co najmniej przeciętną mądrość decydentów (np. RPP). Lekturę prognozy J.Jankowiaka polecam z racji przyjętej argumentacji. Nie lekceważyłbym jej. Początkowa myślałem czy przedstawić warianty CA do PKB, i założenia, ale byłoby to połączenia prognoz  i wróżbiarstwa, przy ostatecznym „zamuleniu” czytelnika. Wiele zależy od naszego tempa rozwoju i jego czynników, od napływu inwestycji zagranicznych, zmian wydajności, rynku walutowego itd. Warto zaznaczyć że wyjątkowe deficyty z początku dekady nie spowodowały osłabienia złotego, m.in. wskutek ostrej reakcji NBP. Obecnie wiec Polsce tym bardziej oczywiście nie grożą poważniejsze perturbacje walutowe, ale na miejscu dealerów na rynku walutowym, baczniej bym się przyglądał deficytowi obrotów bieżących, bo będzie to argument „za” osłabieniem waluty.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Polska nie będzie Irlandią, uzupełnienie do części I

Z pierwszej części  tekstu wiadomy już jaki jest rozkład osiąganch przez różne gospodarki stóp wzrostu i – z grubsza – przyczyny. Polska do tej pory jedynie przejściowo utrzymywała tempo PKB w granicach 6%-7%, a do tego za pierwszym razem straciliśmy równowagę gospodarczą, a teraz mamy tego pierwsze symptomy. Zaliczaliśmy też na przestrzeni lat problemy z inflacją, deficytem budżetowym i obrotów bieżących, które – co warto dodać – nie odeszły raz na zawsze. Deficyt obrótów bieżących już od kilku miesięcy o sobie przypomina. Mówiąc krócej, polska gospodarka ma problemy z  trwałym utrzymaniem wzrostu we wspomnianych granicach. Sądzę że nasze rozmiary, moment w którym dołączyliśmy do wolnorynkowego świata oraz dość sprawne i szybkie przyjęcie wolnorynkowych reguł (np. wymienialność waluty i ustalanie jej kursu na zasadzie wolnego rynku), globalizacja gospodarcza, konkurencja o kapitał innych krajów Europy i innych części świata, uniemożliwiają nam po prostu wejście na tak wysokie obroty. Warto zaznaczyć że kraje nadbałtyckie są już na etapie przegrzania gospodarki lub wkrótce go osiągną, co potwierdza że utrzymywanie tak wysokiego tempa PKB rodzi pewne niebezpieczeństwa i jest długoterminowo trudne do utrzymania. Jak wspomniałem, mamy tego pewne symptomy i na własnym podwórku. Ja jednak zwróciłbym uwagę na to, że na tle rezultatów gospodarki irlandzkiej w ostatnich czterech latach (prosze spojrzeć na wyjres w I części artykułu) czy krajów nadbałtyckich, nasze średnie tempo PKB (5%) i reszta wskaźników makroekonomiczncych wystawiają Polsce naprawde dobrą ocenę. Po co ten cały wywód? Po to, by zaprzestać stawiania oczekiwań których prawdopodobienstwo realizacji nie przekracza, powiedzmy, 30%. Moim zdaniem, jeżeli w najbliższych kilku latach utrzymamy dynamikę PKB w paśmie od 5% do 7%, to będę to uważał za duże osiągnięcie.

Czy możliwy jest szybszy wzrost (tzn. pod 10% jak Irlandia przejściowo w połowie lat 90-tych)? Owszem, teoretycznie tak, ale wymagałby zgrania wielu czynników makroekonomicznych (bezpieczne tempo popytu gosp. domowych, koniunktura światowa, wyjątkowy napływ inwestycji zagranicznych, dopasowane do potrzeb rozwijającego się kraju finanse publiczne, kurs walutowy, stopy procentowe i szereg innych), które razem wzięte sprzyjałyby wysokiemu tempu PKB i zapobiegały zagrożeniom makroekonomicznym. Wtedy kto wie, może udałoby się rozwijać w tempie podobnym jak Irlandia, ale jej przykład wskazuje że tempa pod 10% nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie, a już na pewno nie wbrew koniunkturze na wiecie, bo i od tej Irlandia jest mocno uzależniona. Nasze doświadczenia i innych krajów wskazują, że jest to mało prawdopodobne.

Już na zakończenie o coraz częstszych w naszych mediach utyskiwaniach na prognozowane obniżone tempo PKB na przyszły rok. (5,5%). Przeczytałem kolejne takie informacje na stronie internetowej Gazety Wyborczej i w przedwczorajszym wydaniu Gazety Prawnej. Podawane jest to w tonie „z żalem i zdziwieniem informujemy, że….”. Otóż większość prognoz koniunktury dla świata i Europy zakłada lekkie obniżenie tempa wzrostu, więc jest to też przenoszone na nas. Ja od 2006 r. zwracam uwagę, że utrzymanie tak wysokiej dynamiki gospodarki (sprzedaż detaliczna, produkcja itd.) w dłuższym terminie jest mało prawdopodobne i w związku z tym te prognozy powinny były być oczekiwane i nie widzę w tym niczego dziwnego i zdrożnego że tempo wzrostu najprawdopodobniej w niewielkim stopniu się obniży.  

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Polska nie będzie Irlandią

Obserwując debaty polityczne dotyczące gospodarki i ostatnie komentarze dotyczące prognoz gospodarczych dla Polski, obserwatorowi powinno nasunąć się pytanie „a w ogóle, to o ile może rocznie rosnąć polska gospodarka?”. Obawiam się, że Polacy czytając najnowsze informacje o czekającym nas niewielkim spadku tempa PKB i propagowane przez PO pomysły kopiowania rozwiązań gospodarczych Irlandii, by „zrobić Irlandię w Polsce” mogą dojść do wniosku, że zasługujemy, czy też wręcz się nam należy, znacznie szybsze tempo wzrostu PKB.

W polskiej publicystyce ekonomicznej próbuje się podtrzymać wrażenie, że polska ma potencjał do znacznie szybszego trwałego wzrostu PKB. Autorzy takich publikacji, w tym ekonomiści, nie chcą podać nawet w zarysie warunków jakie musiałyby być spełnione przez Polskę by utrzymać wysoką dynamikę wzrostu PKB. Tradycyjnie kończy się tu na banalnym stwierdzeniu typu: gdyby politycy chcieli to rozwijalibyśmy się szybciej. Jeżeli tak, to ja dodałbym jeszcze „gdyby tez chcieli Polacy”, bo to oni wybierają polityków. Ale nie o to faktycznie tu chodzi, bo gdyby prosta i sprawdzalna recepta na sukces istniała, to już dawno byłaby w Polsce wprowadzona.

Zacznę wiec od poszukania odpowiedzi na pytanie: czego oczekują ci którzy sądzą że stać nas na więcej. W II poł. tego roku roczne kroczące tempo PKB zbliżyło się do 7%. Na koniec 2006 PKB wzrósł o 6,1%. Czyli wzrost w przedziale 6%-7% zdaje się nie satysfakcjonować  części komentatorów i polityków. Znając skalę deklarowanego niezadowolenia oraz propagowany przez PO przykład Irlandii, można domniemywać że krytycy i wizjonerzy uważają tempo 8%-10% PKB za możliwe do osiągnięcia. Warto również zaznaczyć że rozważając na jakie tempo PKB stać Polskę, mam na myśli długotrwałe utrzymanie takiego tempa bez powodowania poważniejszego naruszenia równowagi gospodarczej.

Skoro mniej więcej wiadomo o co chodzi krytykom, warto ocenić nasz dotychczasowe tempo wzrostu, ale tym razem opierając się już na faktach. Sądzę że przyjęcie do analizy ostatnich 10 lat będzie uczciwe. W naszym przypadku okres ten obejmuje koniec okresu dobrej koniunktury z poł. lat 90-tych, obecną koniunkturę i chudsze lata pomiędzy. Zmiany tempa PKB w Polsce w analizowanym okresie były często zgodne w kierunkiem zmian w gospodarce UE, czy światowej. Tak więc średni wzrost PKB z tego okresu dla Polski to 4,4%, dla USA 3,0%, Strefy euro 2,2%, Szwajcarii 1,9%, Wielkiej Brytanii 2,8%. Przykład ten przypomina, że rozwinięte gospodarki wolnorynkowe rzadko kiedy osiągają trwale wyższe obroty, a gospodarki krajów rozwijających się (jak Polska) w miarę łatwo osiągają większy wzrost, startując z grubo niższego poziomu. Oczywiście byli lepsi od nas. Wyraźnie lepiej od nas rozwijały się gospodarki małych państw bałtyckich. Średnia to od 6,6% do 8,0%. DO tego dochodzi Irlandia ze średnim tempem w omawianym okresie 6,9%. Jednak analiza przypadków jakie kraje osiągają wyraźnie ponadprzeciętne tempo wzrostu wskazuje na jego częste przyczyny. Są to albo gospodarki małe z dużym dystansem do odrobienia (małe państwa bałtyckie), państwa których sukces jest pochodną globalizacji, przyczyn historycznych i świetnego wpasowania się w globalne procesy w konkretnym miejscu i czasie (Irlandia) oraz kraje które mają niskie koszty pracy i lekceważą wszelkie normy prowadzenia działalności gospodarczej szanowane w gospodarkach rozwiniętych (np. ochrona środowiska, Chiny), czy też kraje które w rywalizacji z gospodarkami wolnorynkowymi nie przestrzegają wolnorynkowych zasad (pomoc państwa, brak wolnorynkowego kursu walutowego, np. Chiny czy Korea Południowa).

Nieco więcej miejsca poświecę  Irlandii. Między innymi i z tego względu, że PO w obecnych wyborach zaczyna swój program gospodarczy wspierać przykładem tego kraju i obiecywać Irlandie w Polsce. Widać było jednak ze lider PO w rzeczywistości chyba nie orientował się w przyczynach ekonomicznego skoku tego kraju i sytuacji obecnej. I tylko czekałem fachowcy od PR której partii brutalnie to wykorzystają.  Akurat wykorzystał to A.Kwaśniewski, a skala zlekceważenie tematu czy wręcz niewiedzy D.Tuska mocno mnie zaskoczyła. Sukces Irlandii to ogromna reorientacja polityczna i ekonomiczna z kraju zapyziałego i niechętnego zagranicznemu kapitałowi jeszcze w latach 60-tych, do najdynamiczniejszej gospodarki Europy. Tak naprawdę droga Irlandii do takiej jaka znana jest dzisiaj zaczęła się jeszcze w latach 50-tych, a więc nie była wbrew głoszonym hasłom taka łatwa i szybka. Wtedy dopiero zapadały pierwsze decyzje o wstępowaniu do międzynarodowych organizacji gospodarczych. Start z niskiego poziomu plus racjonalne decyzje polityczne i ekonomiczne w czasach rozwoju handlu międzynarodowego i poszukiwania przez kapitał zagraniczny miejsca do inwestowania, przyczyniły się do niebywałego rozpędu gospodarki od lat 80-tych. W tym momencie można tylko westchnąć i pomarzyć co by było gdyby Polska i Europe Środkowo-Wschodnia przeszły na gospodarkę wolnorynkową i związały się gospodarczo z Europą Zachodnią ze 20 lat wcześniej. A wracając do Irlandii, to dzięki inwestycjom zagranicznym i otwarciu gospodarczemu. W ostatnich latach udział eksportu do PKB przekroczył 90%, co jest ewenementem w skali światowej i jest odpowiedzią na pytanie o przyczyny sukcesu. W efekcie w połowie lat 90-tych, w okresie dobrej koniunktury, gospodarka Irlandii pędziła w tempie zbliżonym do 10% PKB. Niestety taki sukces nie trwa wiecznie. Globalizacja gospodarcza, powolna utrata walorów przewagi (np. wzrost płac), coraz wieksze zapotrzebowanie na tania importowana siłę roboczą (kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie) z biegiem lat utrudniały osiąganie wysokich wzrostów. W ostatnich czterech latach dynamika PKB Irlandii to ok. 5%, z tendencją do spadku. Wg Eurostatu wydajność w Irlandii była w ostatnich czasach o ok. 1/3 większa od średniej w UE, ale dystans już się nie powiększał. My tymczasem zbliżyliśmy się do średniej o kilkanaście procent. Porównywanie Polski do Irlandii nie na sensu, bo z oczywistych względów nie powtórzymy jej drogi rozwoju. Zachęcam jednak do studiowanie tego przypadku, bo ja z konieczności zastosowałem tzw. telegraficzny skrót. Informacje dość łatwo można znaleźć w internecie.

W najbliższych dniach zamieszczę dokończenie artukułu

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz