Wpływ cen żywnosci na inflację

Inflacja, za sprawą cen żywności, sprawiła w ostatnich miesiącach dwie niespodzianki. W sierpniu roczna inflacja spadła do 1,5%, po pięciu miesiącach utrzymywania się w przedziale od 2,3% do 2,6%. Druga niespodzianka to najnowsze wyniki, czyli 3% głównie za sprawą żywności której ceny zaczęły przybierać na sile w ostatnich miesiącach. Przypomnę tylko że w sierpniu przyczyną spadku inflacji był spadek cen grupy towarów nieżywnościowych. Dokładniej mówiąc, to inflacja spadła za sprawą spadków cen w grupie „łączność” oraz „rekreacja i kultura”. Gdyby nie to, to wskaźnik roczny wyniósłby około 2,1%. We wrześniu roczny wskaźnik wyniósł 2,3% i nie wywoływał specjalnych kontrowersji. Wręcz przeciwnie, odebrano to przejściowo jako powrót wskaźnika rocznej inflacji na dotychczasową bezpieczną ścieżkę. Ceny w październiku podskoczyły o 0,6% w porównaniu z wrześniem, co przełożyło się na wzrost wskaźnika rocznej inflacji do 3% z 2,3% we wrześniu. Takie skoki rocznej inflacji z miesiąca na miesiąc to rzadkość. Inflacja miesięczna 0,6% w październiku, po 0,8% we wrześniu oznaczała dwa miesiące dość silnych wzrostów jak na tą porę roku. Przy czym głównym winowajcą były ceny żywności, które we wrześniu i październiku wzrosły odpowiednio o 2,4% i 1,7%. Ceny dóbr nieżywnościowych zachowały się dość standardowo jak na tą porę roku i wzrosły w każdym z dwóch wymienianych miesięcy o 0,2%. Szybki wzrost cen żywności spowodował skok rocznych cen żywności do 6,6% po 5,1% i 4,6% w okresie marzec-lipiec.

Wzrost cen żywności i jej wpływ na wzrost inflacji wywołał strach na krajowym rynku finansowym i wysyp pesymistycznych prognoz kształtowania się cen żywności w okresie aż do przyszłego lata w ostatnich dniach. Część ekonomistów i komentatorów rynkowych odebrała wyniki październikowe inflacji jako początek zapowiadanych z nią problemów. Mimo że od roku byłem zwolennikiem rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp bez czekania na wzrost inflacji, to uważam że świeżo prezentowane niekorzystne prognozy są mocno przesadzone, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę dotychczasową wiarę, że z inflacją nie będziemy mieć większych problemów. Część środowiska finansowego zbyt łatwo zmienia/modyfikuje poglądu w zależności od bieżącej sytuacji.

Pozwolę sobie przedstawić przy tej okazji własny pogląd na kwestie cen żywności i jej wpływ  na inflację. W rzeczywistości nacisk cen żywności na inflację obserwujemy od blisko roku. Wzrost cen żywności na inflację sygnalizowałem już na w okresie wakacyjnym. Zwracałem uwagę, że jesteśmy świadkami procesów które na inflację przełożą się niekorzystnie. Niemniej przyznam, iż roczny wzrost cen żywności prognozowałbym łagodniej w tamtym okresie. Wzrost cen żywności jest pochodną dwóch procesów. Pierwszy to zmiany cen na rynku płodów rolnych będących pochodną wielkości zbiorów oraz znacznego niedopasowania popytu i podaży na rynku przynajmniej krajowym czy europejskim. Precyzyjna analiza wymagałaby omówienia każdej z osobna grupy produktów i przyczyn wahań rynku. Inne czynniki wywołały skok cen zbóż, a inne zaś co roku wywołują gwałtowne skoki cen owoców i warzyw. Jeszcze inne podniosły ceny wyrobów mlecznych na krajowym rynku. Drugi proces, to po prostu utrwalający się powoli rosnący popyt wewnętrzny.

Przedstawioną obecnie przez część analityków prognozę wskaźnika rocznej zmiany cen żywności na prawie  4% w okresie lata przyszłego roku, traktuję jako formę „obstawiania” wyniku, a nie prognozę. Prognoza stanu rynku żywności za trzy kwartały nie jest niczym innym. Na to co będzie się działo na rynku żywności w przyszłym roku w znacznym stopniu wpłyną warunki meteorologiczne z którymi będziemy mieli dopiero do czynienia i sytuacja na rynkach rolnych, którą z obecnej perspektywy praktycznie nie sposób precyzyjnie przewidzieć. Poza tym, to rzadkość by rynek żywności w Polsce tak długo utrzymywał wysokie tempo wzrostu cen, biorąc pod uwagę co już mamy za sobą.

Obawiam się, że równorzędnym czynnikiem pchającym ceny żywności w górę jest popyt wewnętrzny. Wystarczy spojrzeć na ceny produktów z koszyka żywności (w koszyku inflacji), których ceny nie zależą bezpośrednio od  wyników zbiorów. To, chociażby na przykład grupa „napoje bezalkoholowe”. Proponuje zwrócić uwagę na wyniki przemysłu spożywczego. Wyniki przemysłu wskazują, że roczny wskaźnik cen produkcji sektora spożywczego jest na poziomie 5% co, pomijając obecnie  sektor tytoniowy, jest praktycznie ewenementem. Można w uproszczeniu powiedzieć, że w tym roku sektor spożywczy znacznie łatwiej niż w ubiegłym, przerzuca na konsumentów wzrostu cen surowców do produkcji. Ponadto, nie przeszkadza to w utrzymywaniu sporego jak na ten sektor tempa wzrostu sprzedaży – wg danych o produkcji sprzedanej przemysłu jest to blisko 9% realnie właśnie w III kwartale. Największą niespodzianką są wyniki finansowe sektora spożywczego. Rentowność sprzedaży brutto dla II i III kwartału wyniosła odpowiednio 6,6% i 6,7%, co jest wynikiem niemal niespotykanym w tym sektorze. Wynika więc z tego, że obecnie łatwiej jest przenieść na konsumenta obecnie wzrost cen surowców, a rywalizacja o marże jest trochę mniejsza w całym łańcuchu producentów i przetwórców żywności. Wygląda więc na to że przetwórcy mogli wziąć na siebie część wzrostu cen żywności (kosztem marży), ale nie ma takiej konieczności. Konsumenci w ostatnim roku, z kwartału na kwartał powoli coraz łatwiej akceptowali wzrost cen. To po prostu efekt poprawy sytuacji ekonomicznej Polaków.

Najnowsze wyniki inflacji powinny uświadomić niektórym członkom RPP, że dotychczasowe podwyżki stóp następowały zbyt wolno. Zbyt późno rozpoczęto ten proces. Mam jednak nadzieję, że RPP nie wpadnie w panikę w jaką wpadł rynek finansowy. W okresie grudzień-styczeń RPP nie powinna się posuwać do podwyżki większej niż 25 pkt. w przypadku niekorzystnych danych o inflacji.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Tempo inwestycji jak w latach 90-tych

Wyniki PKB za III kw sprawiły miłą niespodziankę. PKB wzrósł o 6,4% czyli dokładnie o taka samą wartość jak w II kw. Chcąc napisać coś inteligentnego o najnowszych wynikach zerknąłem do obszernego opracowania GUS „Rachunki narodowe według sektorów i podsektorów instytucjonalnych 2000-2005”, by przypomnieć sobie niektóre wielkości i proporcje. Opracowanie liczy 538 stron i po jego lekturze, bynajmniej nie wyczerpującej problematyki wyliczania PKB, człowiek aż boi się pisać o wynikach PKB. Tak naprawdę wyniki podawane kwartalnie przez GUS to pewnego rodzaju wyciąg z wyliczania PKB. Prezentowane są głównie pozycje, bez dokładniejszego podziału. Przykładowo podawana pozycja nakładów na brutto na środki trwałe informuje jedynie o wartości i tempie zmian. Przydałyby się dokładniejsze informacje o tym które segmenty gospodarki i w jakich proporcjach przyczyniły się do wzrostu.

No, ale jest jak jest i trzeba się z tym pogodzić. Inna rzecz, że rachunki są poprawiane z powodu naturalnych trudności związanych z wyliczaniem PKB i zbytnie uszczegółowienie mogłoby nie wnieść nowej jakości. Niemniej, podanie większej ilości szczegółów byłoby bardzo pomocne w opiniowaniu publikowanych wyników.

Korekta wyników PKB spowodowała, że przyrost rzeczowych środków obrotowych był już widoczny w II połowie ubiegłego roku oraz utrwalił się w we wszystkich trzech kwartałach tego roku. Przypomnę że niniejszej analizie struktury przyczyn zmian PKB opieram się na wartościach rocznych, czyli sumuje cztery ostatnie kwartały i porównuje z czterema wcześniejszymi. Nie widać więc może wpływu najnowszego kwartału, ale drugiej strony unikam w ten sposób podawania dekompozycji w ujęciu pojedynczych kwartałów co daje bardzo zmienne wyniki i czytelnikowi utrudnia interpretacje. Ponadto zmiany powstawania PKB i jego wykorzystania to procesy rozciągnięte na kilka kwartałów, dzięki czemu unika się błędów wynikających z przywiązywania nadmiernej wagi do najnowszych wyników.

Po wynikach III kw widać, że gospodarka nie ma ochoty zwalniać. W bieżącym roku powiła się nowa jakość w polskiej gospodarce. Patrząc na to co przyczynia się do wzrostu PKB, to uderza udział nakładów brutto na środki trwałe. W latach największego wzrostu gospodarczego w poprzedniej dekadzie, udział nakładów w przyroście PKB praktycznie nie przekraczał 35%. W bieżącym roku wartość ta kształtuje się w przedziale 41%-44%. Po dość ostrożnym inwestowaniu w latach 2004-2005, podmioty gospodarcze rozpoczęły pełną parą przygotowania do sprostania wyzwaniom szybko rozwijającej się gospodarki. Wątpię by inwestycje utrzymały w średnim terminie tak duży udział w przyroście PKB i nawet tego nie chcę. Jak wyżej pisałem, niestety nie wiem które sektory gospodarki przyczyniły się do tak wysokiego wyniku, a to bardzo by pomogło w jego interpretacji. Zwracam uwagę na dość stabilna dynamikę wzrostu. Biorąc pod uwagę że wynik 26,2% w I kw jest efektem  bazy (I kw 2006), to po jego korekcie do ok. 20%, wychodzi nam że dynamika wzrostu stabilizuje się na poziomie ok. 20% z minimalną tendencją zwalniającą. Biorąc pod uwagę zasady i problemy przy wyliczaniu PKB oraz korekty wyników, to oczywiście przy wskazanej tendencji bym się nie upierał. Niemniej warto się temu przyglądać. Z pewnością wyniki inwestycji przestają być przypadkowe, przez co ich interpretacja i prognoza są obarczone mniejszym błędem. Inwestycje są wg mnie tzw. „hitem” najnowszych wyników, gdyż skoro przyczyniły się w znacznym stopniu do utrzymania wzrostu gospodarczego, to stało się to częściowo kosztem spożycia indywidualnego, którego udział w przyroście PKB zawiera się w przedziale 45%-50% w tym roku.

To co może w najnowszych wynikach nieco niepokoić, to utrzymująca się przewaga popytu krajowego nad tempem PKB. Ryzykujemy wzrost cen, a z deficyt handlowy już rośnie. Niemniej trzeba przyznać że ta różnica nie ulega drastycznemu zwiększeniu. Wyniki III kw mogłyby sugerować, że proces powiększania się luki zostanie powstrzymany. Jednak do wyników III kw w tej kwestii trzeba mieć pewien dystans, a sam fakt utrzymywania się luki od roku rodzi oczywiście pewne zagrożenia dla gospodarki.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wyniki przedsiębiorstw są ładne, ale zapasy rosną trochę za szybko

Chyba tylko wskutek panującego do dawna oczekiwania na spowolnienie wzrostu gospodarczego, w najnowszych wynikach przedsiębiorstw dostrzegamy jego elementy. Zwracam na to uwagę, ponieważ gdyby ktoś poeksperymentował na mojej osobie i dał do oceny tylko wyniki przedsiębiorstw z kilku ostatnich kwartałów i na pytanie o kierunek zmian dał trzy odpowiedzi do wyboru (wzrost, stabilizacja, pogorszenie), to w pierwszym odruchu wyraziłbym pewnie przekonanie o stabilizacji. Przypomnę, stabilizacji na wysokim poziomie, tzn. przy bardzo korzystnych wynikach finansowych.

Dane są faktycznie bardzo ładne ale z symptomami wskazującymi na to, że osiąganie świetnych wyników finansowych przestaje powoli przychodzić tak łatwo jak dotychczas. Ale do rzeczy. W ujęciu realnym, przychody w III kw wzrosły o prawie 11% w porównaniu z analogicznym kwartałem roku ubiegłego. Przypomnę tylko, ze w I i II kw dynamika ta wynosiła odpowiednio: 14,3% i 12%. Tempo wzrostu przychodów obniża się więc dość powoli, co potwierdza fakt mknięcia gospodarki z dużą prędkością, przynajmniej jak na nasze warunki. By mieć punkt odniesienia, to warto przypomnieć że w latach 1997-2006 średnia dynamika była na poziomie ok. 8%. Mam jednak mieszane uczucia czy powinienem brać pod uwagę lata obejmujące okres naszego boomu gospodarczego z połowy lat 90-tych. Jeżeli za datę początkową przyjąć rok 1999, to wtedy średnia zbliżona jest do 7%. Wiedząc, że odchylenie standardowe wynosi ok. 5%, to obecne tempo należy uznać za wysokie. Gdyby nie silny popyt krajowy, dynamika przychodów kształtowałaby się od ok. dwóch kwartałów, bliżej wskazanej średniej. Niemniej utrzymywanie szybkiego tempa dochodów poprzez zamianę popytu zagranicznego, krajowym, nie odbywa się gwałtownie, co powinno przyczynić się do uniknięcia konsekwencji przyspieszającego popytu wewnętrznego.  Na szczęście też, co widać z danych o PKB, że spożycie indywidualne, chociaż silne, to nie przyspiesza gwałtownie czego obawiano się szczególnie po wynikach za I kw. Szybkie tempo natomiast utrzymuje popyt krajowy, ale to wskutek szybkiego tempa inwestycji.

Wynik na sprzedaży w III kw wyniósł 5,9%, czyli na poziomie niemal identycznym jak w I i II kw. O tej porze roku wynik III kw był niemal zawsze lepszy od I kw i większy lub równy wynikowi II kw. Wynik III kw wskazuje iż gospodarka osiągnęła już kres możliwości wzrostu, ale fakt spadku jedynie o 0,1% w porównaniu z dwoma wcześniejszymi kwartałami, potwierdza że pogorszenie wyników będzie następowało bardzo powoli oraz że w średnim terminie nie grozi nam gwałtowne pogorszenie wyników finansowych przedsiębiorstw. Wynik brutto w III kw osiągnął 6,3%, czyli o 0,9% mniej niż w II kw (ale to był wynik wyjątkowo wysoki) i o 0,2% mniej niż w III kw 2006 r. Generalnie więc wyniki są bardzo korzystne i kłopoty w utrzymaniu tak wysokich rentowności są ledwo widoczne, ale należy pamiętać że wsk. rentowności obrotu oparte są ma wartościach memoriałowych, a nie kasowych. Ta uwaga jest bardzo istotna, ponieważ analiza wskaźników charakteryzujących płynność czy finansowanie działalności w III kw, potwierdzają większość sygnałów na jakie zwracałem uwagę poprzednim razem. Wskaźniki płynności oparte na porównaniu elementów aktywów i pasywów marginalnie się poprawiły, wiec w uproszeniu można powiedzieć że tak rozumiana płynność jest stabilna. Bardzo powoli natomiast zaczyna rosnąć cykl należności, osiągając 31 dni. Niepokojąca natomiast jest coraz szybsza dynamika wzrostu zapasów (wzrost nominalny w kwartałach 2007 odpowiednio: 19,5%, 22,1%, 23,6%). Czwarty kwartał z rzędu jej wartość przewyższa dynamikę przychodów i zjawisko to jest coraz silniejsze. Tego już nie można tłumaczyć anomaliami w zaopatrzeniu i staraniami o uniknięcie rosnących cen. Moim zdaniem to coraz silniejszy sygnał, że część podmiotów może przeszacowywać możliwości absorpcyjne rynku. Ponieważ dynamika należności i zobowiązań jest niemal identyczna jak przychodów, to oznacza że na razie nie mamy jeszcze do czynienia z przerzucaniem kosztów wzrostu pomiędzy dostawcami i odbiorcami. Szybki wzrost zapasów jest finansowany zadłużeniem krótkoterminowym, które rośnie w tempie nieco szybszym od tempa wzrostu zapasów, co można tłumaczyć różnicą w ich wartości.

Generalnie przyspiesza tempo zadłużania firm. W tym roku w poszczególnych kwartałach nominalna dynamika roczna zadłużenia krótkoterminowego wyniosła: 22%, 31%, 25%, a dla zadłużenia długoterminowego: 6%, 5,5%, 10%. Oczywiście wzrost zadłużania nie jest niczym złym, szczególnie kiedy się pamięta że finansowanie wzrostu z zysku netto musiało mieć swoje granice. Wzrost zadłużenia, który potwierdzają również wyniki podaży pieniądza, oznacza że przedsiębiorstwa stają się powoli coraz bardziej podatne na politykę pieniężną RPP. Można mieć tylko nadzieję, że RPP będzie podejmować rozsądne decyzje. Wtedy, oczywiście obok poprawnego kształtowania się innych elementów makroekonomicznych, mamy szansę na wzrost gospodarczy bez zbędnych anomalii.

Wartość nakładów inwestycyjnych w III kwartale potwierdza wyniki I półrocza. Roczna nominalna dynamika inwestycje w III kw sięgnęła prawie 33%, czyli niewiele mniej niż w I półroczu. Porównanie realnego tempa wzrostu dla nakładów dla roku kroczącego, wskazuje że mkniemy w tej dziedzinie tak jak na przełomie 1995/1996. Wyniki poprzednich okresów sugerowały, że dochodzi do poważnych dysproporcji w tempie inwestycji pomiędzy przemysłem a usługami, na korzyść tych drugich. Wyniki III kw wskazuję że może się wyraźnie zniwelować. To cieszy tym bardziej,  że silne tempo inwestycji utrzymuję się w sektorach wywarzających maszyny i urządzenia. Co interesujące, popyt na dobra inwestycyjne nie przyczynia się do większego wzrostu ich cen. Wg GUS porównanie trzech kwartałów tego roku z poprzednim wskazuje na wzrost cen o 2,6%, do czego przyczyniło się w zasadzie głównie I półrocze. To potwierdza tylko jak wielką rolę w powstrzymywaniu cen w gospodarce spełnia obecnie kurs naszej waluty i jej dalsze wzmocnienie w ostatnich miesiącach.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

RPP podwyższy stopę referencyjną przynajmniej o 25 pkt.

Najbliższe spotkanie RPP wywołuje spore zainteresowanie. Są dwa główne tego powody. Pierwszy to konieczność dalszych podwyżek, w czym nie jestem odosobniony, ponieważ spodziewa się tego większość analityków.  Inną kwestią pozostaje pytanie „o ile?”. Drugie pytanie, to czy w ogóle do obniżki dojdzie. Ta druga wątpliwość jest być może przesadzona i przedstawiona tak tylko dla dodania „smaczku” tuż przed spotkaniem, ale po lekturze komunikatu RPP po spotkaniu z 30-31 października, widać że wśród członków Rady jest grupa osób które nie palą się do podnoszenia stóp oraz autentycznie wierzą że obecnie powoli rosnąca inflacja (nie licząc wyników CPI za październik), to właśnie efekt podwyżek z ostatnich miesięcy. Czytając komunikaty po spotkaniach Rady oraz zapisy dyskusji mimowolnie próbuje przypisać poszczególne opinie do osób czy grup gołębi i jastrzębi. W jakimś stopniu ulegam atmosferze hazardu i typowania, niemniej staram się nad tym panować i nie ulegać „obstawianiu” jaką decyzję poweźmie Rada dokładnie na danym spotkaniu. Wole określanie co Rada zrobi, czy zrobić powinna w okresie 3 – 5 miesięcy, oczywiście w zależności od tempa zmian parametrów makroekonomicznych branych przez Radę pod uwagę. Przypomnę, że wyjątkowo w okresie od jesieni 2006 do końca lata tego roku byłem jastrzębiem. Obecnie staje się chyba przedstawiciele obozu środka, czyli ani gołąb ani jastrząb. Uważam że dotychczasowe trendy makroekonomiczne, w mniejszym czy większym stopniu utrzymane wg najnowszych wyników, uzasadniają kontynuowanie podnoszenia stóp „spokojnie” o kolejne 25 pkt, czyli z 4,75% do 5,%. Zmiany stóp na rynku i obecny kształt krzywej rentowności w jej „krótszej” części wskazuje, że rynek uległ chyba nawet pewnej panice. Rynek praktycznie gotowy jest nawet na podniesienie stóp o 50 pkt i dalszy wzrost w I kwartale przyszłego roku.

Wracając do określania w której grupie jestem (jastrzębi, gołębi czy środka), nie ukrywałem ostatnio że obecnie satysfakcjonowałaby mnie w listopadzie (najbliższe posiedzenie) podwyżka tylko do 5,0% z nastawieniem w komunikatach, że członkowie RPP mają świadomości iż prawdopodobieństwo dalszych podwyżek wyraźnie przeważa nad ich utrzymywaniem stopy referencyjnej na niezmienionym poziomie w najbliższych kilku miesiącach. Jednym z czynników, który mnie powstrzymuje w dołączeniu do grupy jastrzębi jest m.in. kurs walutowy, który wobec utrzymywania dość silnego trendu wzmocnienia w ostatnich miesiącach, przejął na siebie funkcję zaostrzania polityki pieniężnej. Z kursem jest jednak pewien problem, a mianowicie  jeżeli zacznie słabnąć (nawet powoli) to przełoży się to niekorzystnie na inflację szybciej niż zaczną „działać” stopy podniesione przez RPP w reakcji na osłabienie złotego. Widać zresztą, że świadomość tego maja również członkowie RPP. Niemniej pozostaje kwestia rozkładu prawdopodobieństwa kierunku zmian złotego i tempa zmian. To już ma cechy niemal loterii. Podnoszenie stóp na wyrost w obecnej sytuacji nie musi być wcale najlepszym rozwiązaniem.

W zabawie pod tytułem, „co zrobi Rada na najbliższym spotkaniu” kolejnym czynnikiem są zwyczaje, które widać pod statystykach głosowań, wypowiedziach i zachowaniach niektórych członków RPP. Mam na myśli fakt że w niektórych miesiącach Rada ma większe skłonności do zmiany stóp niż w innych. Przed nami już tylko grudzień, w którym to miesiącu RPP wyjątkowo rzadko podejmuje decyzje o zmianie stóp. W okresie od 1998 roku, taką decyzję podjęto tylko raz w grudniu. Właśnie w grudniu 98 w reakcji m.in. na szybkie pogorszenie koniunktury, RPP przez trzy miesiące z rzędu RPP cięła stopy. Niechęć do zmian w grudniu do głownie kwestia terminu spotkania. Na ogół w połowie miesiąca, czyli w trakcie cyklu prezentacji przez GUS, MF i NBP najświeższych danych. Widać również ze statystyk głosowań, czego część członków RPP wcale nie ukrywa, że istotnym do podjęcia decyzji materiałem są dane GUS i raporty analityków NBP, publikowane w cyklu kwartalnym. Trochę mnie dziwi takie podejście, ponieważ dla bacznego obserwatora publikowane co miesiąc dane pozwalają na w miarę dokładne przewidzenie danych kwartalnych. Na koniec pozostają indywidualne reakcje emocjonalne i poglądy ekonomiczne członków RPP, które przekładają się na przesunięcia czasowe decyzji i skale zmian. Doskonałym tego przykładem jest historia decyzji RPP z ostatniego roku, co przedstawiałem kilka tygodni temu.

Wyjątkowość listopadowego spotkania polega na tym, że decyzja RPP pokaże jak członkowie RPP patrzą na najbliższa przyszłość, gdyż w decyzji listopadowej powinni zawrzeć poglądy obecne i ryzyko ich modyfikacji po miesiącu. Imienne wyniki głosowania listopadowego, przy obecnych okolicznościach gospodarczych, pozwolą precyzyjniej określić poglądy członków RPP.

Rada powinna na najbliższym posiedzeniu podnieść stopy o 25 pkt. Jeżeli zaryzykuje zmianę o 50 pkt, to przyzna się trochę do poważnej zmiany poglądów w okresie letnio-jesiennym, ale z makroekonomicznego punktu widzenia nie będzie to nic złego. Ja po prostu jestem zwolennikiem wolniejszego podnoszenia (drobne kroki, nawet jeśli częstsze), ale mówię to przy założeniu że grudniowy termin spotkania nie byłby dla mnie okolicznością do rezygnacji z decyzji. Dość ciekawie ujął dylemat RPP w Rzeczpospolitej z 27 listopada Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. Również bliżej mu do sugestii wzrostu o 25 pkt, przy świadomości że raczej nie będzie to koniec. M.Reluga, wskazuje że Rada powinna zostawić sobie trochę amunicji (możliwości podniesienia o kolejne 25 pkt) na najbliższy okres.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Expose premiera,PO łagodnieje cz1.

Wysłuchałem expose nowego premiera i nie będę ukrywał, że jestem rozczarowany. Jak na dawnego liberała – bo po expose nie wiem czy premier jest nim nadal – premier nieco przesadził z troskę o wszystko i wszystkich. Jedną z pozytywnych cech liberalnych polityków i ekonomistów jest brutalne przypominanie, że państwo może finansować to na co są pieniądze, a i to za każdym razem należy sobie odpowiadać na pytanie o efektywność społeczno-gospodarczą obecności państwa w gospodarce, czy konieczność obecności w ogóle w poszczególnych obszarach życia. Premier przemawiał trzy godziny i w tym czasie można się było pokusić o nieco więcej danych czy konkretnych informacji. Premier złożył sporo deklaracji i wyraził swoje niemal oburzenie w ocenie dotychczasowych osiągnięć poprzedników. W wielu liczbach można to było okrasić liczbami, ale w expose przeważały raczej słowa wyrażające emocje. Nie zgadzam się z premierem że pod względem jakości jego expose nie było gorsze od expose poprzedników. To nie jest argument. Jeżeli ktoś tuż przed końcem kampanii obiecuje wszystkim szczęście i dobrobyt, to w ciągu trzech godzin można było zarysować drogę dojścia do tego. Premier sam decydował jak wykorzysta czas przemówienia. Pierwsze  pół godziny premier zmarnował na prezentowanie mentalnych różnic pomiędzy nowym a poprzednim rządem.

Przy mojej sporej sympatii dla Donalda Tuska, muszę powiedzieć że odniosłem wrażenie jakby nie zauważył, że jest już po wyborach. W swoich deklaracjach premier chyba przebił polityków o sporych skłonnościach lewicowych, zupełnie niepotrzebnie „podkładając się” opozycji. Jedynie sporej sympatii Donalda Tuska w środowiskach przedsiębiorców i części prasy, można przypisać deklarowany pozytywny odbiór jego expose. Sądzę, że opiera się raczej na pamięci o jego dotychczasowych poglądach i poglądach PO niż tekście expose. Czas prezentacji expose i rozłożenia akcentów stwarzają pewne wrażenie przypadkowości jego treści. Wiem, nie da się powiedzieć wszystkiego, ale można poruszyć większość wątków najważniejszych z punktu widzenia funkcjonowania państwa, i najistotniejszych z punktu widzenia społecznego. Poniżej wskażę sporą ogólność wielu ocen i deklaracji. Czasami brakowało naprawdę tylko jednego zdania dla osiągnięcia chociaż jako takiej dokładności expose, czy rozwiania wątpliwości. Podatki to konik PO, a w expose nie poznałem zarysu ani skali czekających nas zmian, a jedynie to że będą i to znaczne.

Mam wrażenie że premier z nieukrywanym przejęciem i odpowiedzialnością odebrał frekwencję i wyniki wyborów i poczuł się chyba jak ojciec narodu, który jest odpowiedzialny za wszystkich. Stąd expose sprawiało wrażenie, jakby premier kategorycznie nikogo nie chciał skrzywdzić, a wręcz zasugerować że wszystkim się polepszy. Nie jest dla mnie wytłumaczeniem jakie wyrażano pośrednio lub bezpośrednio, że expose to bardziej polityczny rytuał. Niestety to expose w ten schemat się wpisało. Expose to oceny i deklaracja, zarys kierunków działań. Donald Tusk robił wrażenie do tej pory osoby dość konkretnej. To że expose staje się rytuałem dla polityków i komentatorów, nie jest dla mnie żadnym wytłumaczeniem. Również nie jest wytłumaczeniem, że nie o fakty chodzi a o powiedzenie czegoś „ciepłego” obywatelom na dobry początek. Obywatele powinni być uczeni realistycznego podejścia do problemów kraju, a nie bujania w obłokach. Proponowałbym odejście od „rytualnej” otoczki wokół expose ponieważ to wbrew pozorom poważny dokument (no.., powiedzmy deklaracja). Powinni go komentować znawcy poszczególnych tematów, a nie – niestety coraz częściej – politolodzy i (znak czasu !) fachowcy od PRu. Szczególnie dla tych ostatnich nie liczą się zawarte w expose informacje a jedynie ich skuteczność w poprawianiu wizerunku.

Proponuje lekturę expose, ponieważ jest w nim sporo wątków z teorii ekonomii i tą wątków które do tej pory trudno było przypisać premierowi i PO. Mam nadzieję że nie jest to efekt koalicyjne zawarcia koalicji z PSLem. W tekście jest sporo definicji gospodarki, wynagrodzenia, relacji obywatel-państwo które w ustach Donalda Tuska brzmią zaskakująco. Dokładna lektura expose wskazuje iż premier w wielu miejscach deklaruje wręcz zacieśnianie związków pastwa z obywatelem. Premier wprowadził w swoim expose sporo ciekawych pojęć, czy tez wyciągnął je z rozważań ekonomistów i jakby chciał wprowadzić w życie w Polsce. Osobiście wielu z nich nie krytykuję, jednak nie rozumiem jak się one mają do dotychczasowych poglądów ekonomicznych premiera i deklaracji zmniejszenia obecności państwa w życiu obywateli. Jednym z takich ciekawych haseł jest ”demokratyczny kapitalizm”. Zachęcam do dalszej lektury w celu lepszego zrozumienia tego pojęcia.

MAKROEKONOMICZNE PRZESAŁNIE

Pierwszym zadaniem naszego rządu będzie wyzwolenie pozytywnej energii z Polaków przy całej świadomości różnic między nami, także pozytywnej energii tu na tej Sali. .Całe expose gęsto jest oplecione takim pozytywnym emocjonalnym przesłaniem, jakby to miało zastąpić podjęcie trudnych decyzji i przyśpieszyć wzrost PKB. Takie emocjonalne przesłanie jest może dobre na przełomowe momenty w życiu kraju, trudne okresy w życiu kraju, ale my nie mamy z czymś takim obecnie do czynienia. Jak donoszą media, przedstawiciele nauczycieli przesłali już list z „pozytywną energią” czyli skalą żądań.

.. wszyscy, którzy wyznają nierozdzielność zasady wolności i solidarności zrozumieli, że ta synteza jest warunkiem niezbędnym, pierwszym i najważniejszym, aby ten skok cywilizacyjny się dokonał. Premier deklarował obniżenie podatków i wolność. Wolność oznacza swobodę decyzji, a solidarność w ujęciu ekonomicznym, państwo wymusza przepisami i ingerencją w przepływy finansowe pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi. To jedno z tych zdań, które wskazują, na ewolucję poglądów premiera.

korzyści jakie każdy czerpie ze swojej aktywności gospodarczej, pracy najemnej lub prowadzenia firmy będą proporcjonalne do realnych efektów tej aktywności. W expose jest kilka zdań poświęconych teorii wynagrodzenia i mimo swej ogólności, trochę rażą sprzecznością, szczególnie jeżeli się weźmie pod uwagę zdanie poniższe, bo z tym akurat  trudno się nie zgodzić.

To (j,w,- MŻ) oznacza prawo do sprawiedliwej płacy, ale też do uczciwie wypracowanego zysku. Albo, albo. Wprowadzanie pojęcia sprawiedliwej płacy jest trochę niebezpieczne. Jak premier definiuje płacę sprawiedliwą? Siła nabywczą, czy proporcjonalnością podziału zysku w przedsiębiorstwie. Jeżeli siła nabywczą, to premier powinien się odnieść do badań GUS nad skala zubożenia społeczeństwa i wtedy się przekona, że tak rozumianą płacę sprawiedliwą nie osiąga spora część społeczeństwa. Ingerencja w podział zysku w przedsiębiorstwie zaś, to ograniczenie wolności właściciela. To zdanie jest dość zaskakujące i środowiska przedsiębiorców i ekonomistów powinny się domagać rozwinięcia tego określenia.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Expose premiera,PO łagodnieje cz2.

FINANSE PUBLICZNE, GOSPODARKA

Naczelną zasadą polityki finansowej mojego rządu będzie w związku z tym stopniowe obniżanie podatków i innych danin publicznych. Dotyczy to i musi dotyczyć wszystkich. I tych mniej zamożnych i tych bogatszych. Tak więc wszystkim będzie lepiej. Fajnie, ale o ile? Taka deklaracja wymaga zasygnalizowania rozwiązań podatkowych lub określenia skali podatków do PKB na przykład. Premier tak dużo naobiecywał, że pieniędzy na to nie wystarczy. To jedna z podstawowych sprzeczności expose.

…musimy zapewnić wzrost płac pracownikom sektora publicznego. …….O nikim nie wolno nam zapomnieć. Jak rozumiem premier rozwija wątek podziału profitów wzrostu gospodarczego, z zaznaczeniem ze każdy coś dostanie. Czy mam rozumieć że coś obiecał wszystkim których wynagrodzenia są płatne z budżetu? Od razu mogę powiedzieć, że wszystkich premier nie obdzieli, bo tyle kasy mieć nie będzie. Chyba ze będą to ostrożne, z trudem negocjowane indeksacje co roku, ale wtedy dystans pomiędzy większością sfery budżetowej a resztą gospodarki pozostanie be zmian.

 nikogo nie będziemy faworyzować tylko dlatego, że należy do lepiej niż inne zorganizowanej grupy zawodowej czy lobby …To jedna z niewielu przykrych dla niektórych grup deklaracji. Należy przyklasnąć. Jednak niskie dochody dotyczą sporej części budżetówki i premier będzie musiał i tak dokonać politycznego wyboru lub dać każdemu po trochę czyli na poziomie skromnej indeksacji. Takiego wyboru już w expose dokonał. PO swoim zachowaniem w trakcie letniego protestu lekarzy i kampanii wyborczej, pozwolił tej grupie uwierzyć w dynamiczny wzrost wynagrodzeń.

Deficytu budżetu oznacza stały wzrost długu publicznego i wysokie koszty spłaty odsetek od tego długu. W projekcie budżetu na przyszły rok poprzedni rząd przewidywał, że koszty te przekroczą 27 mld zł. Te pieniądze można by przeznaczyć na budowę nowych dróg, na oświatę czy na poprawą bezpieczeństwa. . W ciągu kilku lat budżet należy doprowadzić do stanu bliskiego równowagi. Kwota obsługi długu, to czysta manipulacja sugerująca, ze państwo w ogóle nie będzie zadłużone. W Polsce można w ciągu kilku lat zbilansować budżet, ale pozostaje to w sprzeczności z deklaracjami hojności państwa w expose, czy obiektywnymi problemami. Niemniej należy podkreślić, że to jednak w poważniejszych, charakterystyczna dla liberałów, deklaracja ekonomiczna i postulat. Kilka lat to dla okres od jednej do dwóch pełnych kadencji Sejmu. Premier deklaruje wręcz więcej niż wymaga od nas UE. Cel ten został określony jako jeden z głównych obecnego rządu. Zwracam na to uwagę, bo jak się chce to można podać konkretną informacje w jednym-, dwóch zdaniach.

kiedy mówiłem o naszym zamiarze równoczesnego obniżania podatków i danin i wzrostu płac w sektorze publicznym i trzymania tego w ramach, odpowiedzialnych ramach budżetu, czyli szukanie równowagi budżetu. Wydawałoby się, że cele sprzeczne, że niemożliwe. Chciałbym państwa przekonać nie tylko tymi słowami ale także praktyką mojego gabinetu, że to jest możliwe. Mój komentarz jest krótki: nie wierzę. No chyba, ze za kilka lat premier powie że w wielu deklaracjach nie podawał żadnych konkretów albo miał na myśli pieniądze ale z funduszy UE. Bo faktycznie w większości obietnic wzrostu pomocy i wydatków, nie są podane kwoty. Tak rozumiana reforma finansów państwa ma szanse realizacji tylko przy utrzymywaniu wysokiego wzrostu PKB, który dałby wysoką dynamikę wpływów podatkowych. Wtedy odbyłoby się to w miarę bezboleśnie.

… w sejmowych pracach nad budżetem na 2008 r. zapewnimy większe środki na rozwój, w tym na wyższe niż planowano wydatki na edukację. W prawie całym expose premier deklaruje wzrost nakładów – obok wynagrodzeń dla budżetówki – na cele rozwojowe. Dostanie edukacja, instytucje badawcze, będzie na infrastrukturę, generalnie poważnie wzrosną wydatki o charakterze rozwojowym.

Tekst expose nie precyzuje jak pogodzić deklarowane nakłady wydatków z ograniczeniem wpływów. Jest tylko generalna myśl, że pobudzenie przedsiębiorczości i większa swoboda gospodarcza oraz obniżenie podatków  przyczynią się do wzrostu gospodarczego. Analizowałem w czasie kampanii wyborczej pomysły PO prezentowane przez posła Chlebowskiego, których w expose nie było. Ogromną wyrwę w dochodach miały szybko pokryć wpływy z tytułu rozpędzenia gospodarki i cięcia w administracji. Jedno to trochę przesadzone marzenia a drugie, to już stały element każdego polityka.

PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ

W 2008 r. opracujemy i przedstawimy Wysokiej Izbie projekty zmian systemowych wspierających przedsiębiorczość…Główny kierunek tych naszych propozycji w tych najbliższych miesiącach to radykalne uproszczenie prawa gospodarczego, prawa podatkowego i trybu poboru składek ZUS. Wprowadzenie ale wreszcie na serio zasady jednego okienka przy zakładaniu firmy, usprawnienie sądownictwa gospodarczego i realne skrócenie okresu sądowego egzekwowania należności . To już też tradycja. Ja tylko nigdzie nie potrafię  znaleźć informacji co to jest „radykalne uproszczenie prawa gospodarczego, prawa podatkowego”. W poprzedniej kadencji Sejmu posłowie PO tez nic takiego nie przestawili. Po co więc robić nadzieje.

POLITYKA SPOŁECZNA

Prorozwojowa polityka gospodarcza, zapewnienie równowagi ekonomicznej i przyjęcie euro, uwolnienie przedsiębiorców od biurokratycznej gehenny, w połączeniu z aktywną polityką społeczną, pozwolą nam w 2012 r. na obniżenie bezrobocia do poziomu nie wyższego niż średnia europejska  Aktywna polityka społeczna to urzędnicy, ustawy, programy, pieniądze. Nie dowiedziałem się czy obecna „polityka społeczna” jest zła czy dobra. A może wymaga, o ile w ogóle, jedynie korekty. Aktywna polityka, oznacza pracę dla masy urzędników a premier chce na kosztach administracji oszczędzać. Po drugie deklaracją poziomu bezrobocia w 2012 premier mnie nie zaskoczył. Przy obecnych trendach i tempie gospodarczym na poziomie przeciętnego dla Polski , bezrobocie samo spadnie do tego poziomie za kilka lat, bez pomocy rządu.

..maksimum pomocy tym, którzy z różnych powodów nie mogą być samodzielni. To poważna deklaracja. Kto określi to maksimum. Są liczny i wskaźniki, które opisują obecną skalę pomocy państwa dla grup upośledzonych z różnych powodów. Jednak i w tym przypadku premier odmówił podania liczb. Większość ekonomistów którzy zalecają bilansowanie budżetu wskazuje jako jedno z pierwszych źródeł oszczędności właśnie wydatki na pomoc społeczną.

We współczesnym, rozwijającym się świecie warunkiem wzrostu gospodarczego, związanego z liberalnymi warunkami ekonomicznymi, jest solidarna polityka społeczna. To jedna z tych myśli, która budzi pytanie o poglądy ekonomiczne premiera i ewidentną sprzeczność z obniżaniem podatków. Dostrzegam również tym sprzeczność z bliskim dotychczas premierowi liberalizmie. Liberalizm akcentuje samodzielność w działaniach człowieka i odpowiedzialność  za swoje ekonomiczne decyzje. Liberalizm ponadto po cichu akceptuje, że w naszym życiu jesteśmy zdani trochę na jego przypadkowość. Premier tymczasem wręcz nachalnie w swoim programie wpycha się w solidarną polityką społeczną. Nawet bardziej niż by tego chyba oczekiwała opinia publiczna. Expose jest tym wyraźnie przesycone.

Trzeba także stworzyć zachęty, by czasowi migranci wracali do kraju. Tu będą mieć możliwość uzupełnienia wiedzy i umiejętności, pozyskania środków na własną działalność gospodarczą rejestrowaną szybko i sprawnie, a sieć elektronicznego doradztwa i pośrednictwa pracy pomoże im w dokonywaniu decyzji o powrocie jeszcze kilka miesięcy wcześniej niż dzisiaj to planują. Z tym się nie mogę zgodzić. Nie wiedze potrzeby ani powodów faworyzowania ekonomicznego ludzi, którzy wrócą do Polski. Obawiam się że premier próbuje spłacić dług wobec części swoich wyborców. Tym ludziom należy się od państwa pomoc w  wyjaśnienia zasad płacenia podatków, załatwiania formalności, zwiększeniu liczby urzędników którzy ich obsługują  itd. Moim zdaniem tyle.

…solidarności, która jest szczególnie mi bliska, o solidarności z niepełnosprawnymi. Chciałbym państwu powiedzieć, że tu zaległości są naprawdę przygnębiające. Mamy w Polsce dwukrotnie niższą, dwukrotnie niższą, aktywność zawodową osób niepełnosprawnych niż średnia w Europie. To jest znak hańby, to jest wstyd.  W niewielu miejscach expose premier tak mocno wyraża oburzenie. W poprzednich kadencjach PO miała możliwość przynajmniej proponowania takiej zmiany. Nie przypominam sobie jakiejś rewolucji. Problem ze społeczną adaptacją niepełnosprawnych sprowadza się głównie do pieniędzy, a w drugiej kolejności do regulacji zasad ich zatrudniania i refundacji kosztów. Funkcjonowanie tej grupy na rynku pracy regulowane jest w odrębnym ustawodawstwie lub paragrafami w poszczególnych ustawach. Liczbę niepełnosprawnych w Polsce szacuje się na prawie 4 mln osób. Z czego zatrudnionych jest niecałe 0,5 mln. Skala  ich zatrudnienia to kwestia przydatności do pracy i możliwości finansowych państwa. Ponad 10 lat temu zatrudnionych było ponad  0,9 tys. osób.  Wśród tych którzy mogą pracować, większość ma mniejszą sprawność niż tzw, zdrowy człowiek. By ich zatrudnić państwo musi refundować koszty. Śledzę od kilku lat problemy ZPCh i chętnie poznałbym propozycje premiera. Szczególnie te jak będzie walczył z nieprawidłowościami po stronie przedsiębiorców, bo to jeden z większych problem w zatrudnianiu niepełnosprawnych, no i skąd weźmie większe pieniądze na refundacje.

Jesteśmy gotowi, a jest to efekt przygotowań dużej pracy studyjnej zespołu, który pracuje od wielu wielu miesięcy, jesteśmy gotowi do realizacji narodowego programu "Boisko w mojej gminie". Chcemy, żeby przy okazji Euro 2012 i jest to realny program, chcemy wspólnie z samorządami terytorialnymi, organizacjami sportowymi i partnerami prywatnymi zrealizować właśnie ten program "Boisko w mojej gminie". To oznacza boisko w każdej gminie. W każdej polskiej gminie. Do roku 2012 powstanie boisko ze sztuczną murawą i z oświetleniem.  A ja zapytam, po co ci ludzie marnują swój czas? Wg mojej orientacji i wg deklaracji premiera, samorządowcy bardzo dobrze wiedza na co trzeba wydawać. Oświetlone boiska nie są najważniejszym problemem. Kolejny program, zaangażowani urzednicy i pieniadza (dotacje, ulgi?). Nie wyobrażam sobie by ktoś gminy zmuszał do tych wydatków. Pozwólmy samorządowcom decydować  co mają robić i w jakiej kolejności.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Expose premiera, PO łagodnieje cz3.

OCHRONA ZDROWIA

Stan systemu ochrony zdrowia jest w znacznym stopniu miernikiem stopnia rozwoju cywilizacyjnego. Ma też podstawowe znaczenie dla komfortu życia wszystkich Polaków. Przejmując odpowiedzialność za Polskę podejmujemy się zapewnienia większego bezpieczeństwa zdrowotnego obywatelom.

To kolejna istotna deklaracja, bo i służba zdrowia zajmuje istotne miejsce w expose. Deklaracje jak w pierwszym zdaniu, są charakterystyczne dla państwa opiekuńczego. Ja to   uważam za osiągniecie społeczne, ale premier chce nawet zwiększyć nasza bezpieczeństwo, skrócić kolejki, podnieść płace, a wszystko to głównie dzięki reformie, która obejmie dobrowolną komercjalizację i wydzielenie funduszy ubezpieczeniowych. A wszystko to bez wydania ani jednej dodatkowej złotówki. Premier postawą PO w czasie strajku i w expose zaciągnął ogromny kredyt zaufania u pracowników służby zdrowia, z którego się nie wywiąże. Kiedy przyjdzie do rozliczania obietnic, to ratować go może brak jakichkolwiek konkretnych deklaracji. Można dość jasno wskazać źródła finansowania służby zdrowia i premier mógł się pokusić o określeniem wskaźników, wartości za 4 lata. Premier nie określił czy podniesie składkę zdrowotna, czy akceptuje inne formy finansowania (np. ubezpieczenie pielęgnacyjne). NFZ ma informacje ile się czeka na niektóre zabiegi. Premier mógł zaryzykować wskazanie w jakim stopniu to ograniczy..

Konkurencyjność jest wypróbowaną metodą podniesienia jakości oferowanych świadczeń zdrowotnych. Konkurujące o kontrakty z poszczególnych funduszy ubezpieczeniowych szpitale i przychodnie zostaną przez ekonomię zmuszone do oferowania szerszego asortymentu świadczeń i ich wyższej jakości. To jest sposób na zwiększenie dostępu do usług medycznych, na podniesienie standardów leczenia, na skrócenie kolejek. To wg expose podstawowa forma zmian. Przy obecnym poziomie nakładów na służbę zdrowia to naiwność. Deklarowanie przedstawienia pakietu zabiegów niczego nie zmienia. Polacy są utrzymywaniu w przekonaniu że wszystko im się należy i jakiekolwiek pakiet usług gwarantowanych będzie musiał to potwierdzić. Mam nadzieją że PO nie szykuje reformy jako ograniczenia liczby lub jakości usług by zbilansować wydatki i nakłady na służbę zdrowia, sfinansować wzrost płac oraz zlikwidować kolejny.

Poprzez system konkurencji wśród instytucji ubezpieczeniowych oraz świadczeniodawców doprowadzimy do wzrostu zarobków personelu medycznego.  Tutaj premier odkrywa mechanizm dojścia do wyższych płac. To taki mały podstęp zawarty w expose. Mamy na przykład relatywnie mało pielęgniarek w Polsce, ale dzięki dalszemu ich zwalnianiu można będzie pozostałym płace podnieść.

PAŃSTWO W GOSPODARCE

Udział państwa w gospodarce można określać całkiem przyzwoicie za pomocą kilku makro wskaźników. Mogą to być finanse publiczne do PKB, wpływy podatkowe do PKB. Udział sektora państwowego na bazie przychodów, zatrudnienia, wytwarzania PKB i szeregi innych wskaźników. Takie ani podobne nie padają. Niemniej docenić należy odważne podejście do prywatyzacji i do tego udział państwa w gospodarce się praktycznie  w expose ogranicza. Treść expose była już sugerowana wcześniejszymi zapowiedziami w tej kwestii stad nie ma tu żadnych nowości. Rząd ograniczy listę podmiotów strategicznych i przyspieszy prywatyzację, która faktycznie została zlekceważona przez poprzednią ekipę. Przy okazji premier uczciwie przyznaje, że wpływy posłużą częściowo do zmniejszenia kosztów obsługi długu.

ROZWÓJ REGIONALNY

Co takiego złego dzieje się w Polsce przez ostatnich kilkadziesiąt lat, że kto przychodzi do władzy ma pełne usta frazesów o równości regionalnej a jak zdaje w władzę… Zbyt pochopnie państwo klaszczecie. A jak zdaje władzę okazuje się, że te nierówności są jeszcze większe. Nic się nie dzieje. Po prostu nie sposób zatrzymać zróżnicowania tempa rozwoju poszczególnych regionów i premier jako osoba obeznana w realiach ekonomicznych nie powinien udawać zdziwienia. Proponuję sprawdzić np. tempo zmian PKB na osobę w poszczególnych województwach. Nawet najmądrzejsze dzielenie pomocy regionalnej nie zatrzyma tego procesu. Można próbować bardziej zróżnicować na korzyść regionów biedniejszych  podział subwencji dla JST, ale premier o tym  nie wspominał. Tak naprawdę rząd nie ma wiele narzędzi do zmiany dysproporcji, szczególnie kiedy kraj przechodzi okres transformacji ustrojowej i nadrabiania dystansu ekonomicznego do krajów rozwiniętych.  Moim zdaniem premier powinien obiecać starania o zahamowanie tego procesu i wsparcie słabiej rozwiniętych regionów. Stabilna koniunktura w połączeniu z rozwojem infrastruktury powinny przyczynić się do lepszego rozwoju poszczególnych regionów. Jeżeli premier nie wie skąd się biorą różnice, to ja wskazuje z przekornie na mistrzostwa Europy. Po przyznaniu nam ich organizacji, przestawiano plany infrastrukturalne na potrzeby kilku dużych miast i rozpoczęto mobilizacje funduszy. Minister Gilowska od razu znalazła 1 mld zł na stadion, którego sama Warszawa nie uważała za priorytet sądząc z dotychczasowych osiągnięć. M.in. stad się biorą różnice regionalne.

MIESZKANIA

.. do tej pory także rządy które zaczynają swoją pracę obiecywały, że zbudują, nie potrafiły tego zrobić. Może dlatego, że budowanie mieszkań to nie jest zadanie dla rządu i administracji państwowej. Dobry rząd jest od tego, żeby stworzyć takie warunki i ramy prawne, szczególnie dotyczące zagospodarowania przestrzennego, i myślę tu także o szeroko zakrojonej de biurokratyzacji. Tym zdaniem premier naprawdę mnie ujął, bo w polskich warunkach wymaga to wiele odwagi, chociaż dla mniej jest to tzw. prawda oczywista. Do tej pory chyba każde expose coś obiecywało odnośnie mieszkań. Szczytem absurdu było hasło 3 mln mieszkań. Niemniej premier mógł poświecić z dwa-, trzy zdania na omówienie programów związanych z budownictwem i ewentualnych form wsparcia jakie praktykowano w ostatnich latach.

ROLNICTWO

Zawsze mnie intrygowało, co liberalny polityk ma do powiedzenia rolnikom. Tymczasem premier miał sporo, przy czym tu właśnie sięgnął szczytów ogólności.

Panie Marszałku! Posłanki! Posłowie! Polska wieś jest naszym ogromnym narodowym atutem. Rolnicy, szerzej mówiąc – mieszkańcy wsi mają prawo do szacunku i godnego traktowania. Koniec z przedstawianiem wsi jako balastu naszej gospodarki. To jest także zobowiązanie mojego rządu. I moje osobiste. Niech nikt więcej z tej mównicy czy w innych miejscach publicznych nie traktuje polskiego rolnictwa i polskiej wsi jako negatywnego problemu.

Inwestycje w gospodarstwach rolnych to szansa na lepszą produkcję, na poprawę jakości produktów rolnych, na obniżkę kosztów i zmniejszenie uciążliwości pracy rolnika. Jedną z gwarancji politycznych tego, że będziemy skutecznie pracować na tę rzecz, jest taki a nie inny kształt naszej koalicji.

Program rządu w sprawach wsi i rolnictwa oparty został na pięciu filarach. Pierwszy z nich to aktywna polityka wobec Komisji Europejskiej. Filarem drugim jest usprawnienie pracy, a w niektórych przypadkach reforma instytucji rządowych obsługujących wieś i rolnictwo.Filarem trzecim, nabierającym coraz większego znaczenia, jest produkcja żywności w zgodzie ze środowiskiem naturalnym. Filar czwarty to wykorzystanie potencjału i możliwości rolnictwa do poprawy bilansu energetycznego Polski. Filar piąty to dążenie do poprawy dochodowości produkcji w rolnictwie, jej stabilizacja i przeprowadzenie niezbędnych reform w zakresie zabezpieczenia emerytalno-rentowego i zdrowotnego rolników a także osób zatrudnionych w rolnictwie.

Nie mam pojęcia jak premier skutecznie chce poprawić dochodowość. O procesach efektywnościowych w rolnictwie już wspominałem na swoim blogu. Fundusze UE i poprawa dochodowości po wejściu do UE nie zmieniły procesu różnicowania dochodowości i wypychania części gospodarstw z produkcji towarowej. Utrzymać rodzinę z małego gospodarstwa jest bardzo trudno i większy sens ma wchłonięcie części nadwyżki rak do pracy przez rozwijające się pozostałe sektory gospodarki. Premier tego procesu nie zatrzyma. Co do wymienionych filarów, to chyba każdy rząd reformuje instytucje obsługujące rolnictwo a przynajmniej to deklaruje, czyli to już standard. Produkcja tzw. zdrowej żywność staje się coraz bardziej popularna, ale to margines rolnictwa m.in. ze względu pracochłonną produkcję i wolno rosnące  zainteresowanie polskiego społeczeństwa zdrową żywnością m.in. ze względu na wyższa cenę detaliczną od „niezdrowej„ żywności. Ciekawy jestem jak premier będzie poprawiał dochodowość rolnictwa i jakiej części gospodarstw będzie ona dotyczyła. Będzie to wymagało silnej ingerencji państwa w rozumieniu organizacyjnym i pieniężnym.

Kończąc, nie przyjmuję zbyt dosłownie deklaracji zawartych w expose i polecam czytelnikom to samo. Wiem, że taka jest natura życia społeczno-politycznego. Znając poglądy polityków PO, pozwalam sobie na wiarę, że będą rządzić odpowiedzialnie. Mam również nadzieję, że sami traktują expose jako polityczny rytuał. Moja przydługa opinia wynika z faktu, ze słowa jednak coś znaczą i ludzie którzy je wypowiadają powinni o tym pamiętać. Słowa rozbudzają nadzieją i wywołują rozczarowanie po latach. Ale może niepotrzebnie się czepiam.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Finansowanie służby zdrowia

Temat służby zdrowia wzbudza od lat chyba tyle samo emocji co polityka. Różnica polega głównie na tym z polityką obcujemy za pośrednictwem mediów (TV, gazety, radio, internet) i przy okazji wyborów, a ze służbą zdrowia bywa że i kilka razy w roku. Skala niezadowolenia z poziomu służby zdrowia jest ogromna. Rodzi to ogromne frustracje ale i ogromne oczekiwania Polaków. Ja jak każdy Polak też chciałem mieć najmądrzejsze zdanie na temat służby zdrowia i wymyśleć receptę na jej uzdrowienie, bądź – mówiąc inaczej – doprowadzenie do stanu oczekiwanego przez Polaków. Zrobiłem to zaznaczenie, ponieważ moim zdaniem pomiędzy świadomością Polaków na temat służby zdrowia a oczekiwaniami jest potworna przepaść. Ale wracając do najmądrzejszego zdania…., wpierw przed laty starałem się wsłuchiwać w medialne dyskusje i czytać prasowe polemiki. Ale skutek był żenującą kiepski. W większości były to i są dyskusje prowadzone na wyjątkowo abstrakcyjnym poziomie. Znalezienie w polskiej codziennej prasie polityczno-społecznej, a więc tej która robi wrażenie wyjątkowo zatroskanej stanem polskiego lecznictwa, dobrego merytorycznie materiału graniczy z cudem. Pamiętam na przykład artykuł z Gazety Wyborczej, gdzie autor (przepraszam, nie pamiętam nazwiska, ale na pewno z branży) prezentował problem decydowania o tym jakie środki finansowe kierować na leczenie pod względem kryterium wieku i typu schorzenia oraz stopnia jego uciążliwości dla pacjenta. Brutalna ekonomia, wynikająca z faktu iż gromadzone przez każde społeczeństwo środki na leczenie, nigdy nie wystarczają na leczenie zgodne z marzeniami społeczeństwa. By pojąc problemy krajowej służby zdrowia, trzeba sięgnąć do periodyków branżowych lub różnych opracowań dostępnych w Internecie, na stronach ministerstwa zdrowia czy czasami prasy ekonomiczno-prawnej i mozolnie składać obraz polskiej służby zdrowia z tych kawałków. Łatwo nie jest, ale przy odpowiednim uporze można stworzyć sobie całkiem przyzwoity obraz problemów naszej służby zdrowia. Oczywiście jak na laika, czyli osobę która patrzy na służbę zdrowia przez pryzmat przeczytanych tekstów i analizowanych tabel, no i czasami bywa przez nią leczony lub leczone są jego dzieci.

Dostrzegam dwa podstawowe grzechy polskiej dyskusji o problemach służby zdrowia: utrzymywanie obywateli w przekonaniu, że mają prawo domagać się niemal wszystkiego przy dotychczas płaconych składkach i funkcjonujące w medialnych zgiełku dwie recepty na poprawę jakości i sprawności leczenia – „reforma” i „prywatyzacja”. Najczęściej pojawia się „reforma”. Słowo sugerujace zestaw działań ujawniających niezmierzone rzekomo pokłady finansowych oszczędności i możliwości skrócenia kolejek (tam gdzie one są), ale ci którzy je używają (politycy, dziennikarze, ekonomiści) unikają sprecyzowania o co dokładnie chodzi.

Bodźcem do napisania niniejszego tekstu jest artykuł zamieszczony w Gazecie Wyborczej z 22 listopada „Doktor Rynek”, czyli wczorajszej (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4694254.html ). Autor, lekarz Sławomir Badurek, widzi sposób na rozwikłanie bolączek służby zdrowia drogą „prywatyzacji”. Przykładem mają być przychodnie lekarskie i stomatologia. Przed pisaniem tego artykułu przebrnąłem raz jeszcze przez dziesiątki tabel i informacji. Jest faktem iż stomatologia, to najbardziej sprywatyzowana usługa medyczna, przynajmniej z tych o szerokim zasięgu. 90% rynku to prywatne spółki lekarskie. Kiedy jednak spojrzałem w statystyki korzystania z dentysty na tle krajów Europy Środkowej i Zachodniej, to tak idealnie znowu nie jest. Po drugie pamiętajmy, że jest to zabieg jednorazowy (nie wymaga na ogół długotrwałego leczenia i leków na receptę oraz angażuje na ogół jednego specjalistę) z pogranicza lecznictwa i kosmetyki dostępny za kwotę na ogół zbliżona do 100 zł za podstawowy zabieg. Autor nie odpowiada na pytanie, co z tymi których nie stać na wszystkie wymagane leczenie i muszą korzystać z „państwowego” lekarza. To właśnie pewna standaryzacja i dostępny dla być może nawet większości koszt, przyczynił się do znacznej prywatyzacji tej usługi. Przykład przychodni lekarskiej również nie jest zbyt dobry. To na ogół lekarz czy grupa lekarzy z ich wiedzą i co najwyżej podstawowym sprzętem diagnostycznym. W takich przypadkach prywatyzacja masowych usług to żadne osiągniecie. Kilka lat temu korzystałem z „prywatnego” lekarza, który ostatecznie nie doszedł do tego co jest przyczyną słabych wyników badań moczu i sugerował mi ewentualne dalsze pogłębione badania, ale już w placówce „państwowej”. A nawet gdybym miał jakieś poważne schorzenie to w celu jego leczenia trafiłbym i tak do sektora „państwowego”. Oczywiście coś zyskałem. Sprawną, szybką i kulturalną obsługę. Nie mam również wątpliwości że prywatyzacja usług przyczynia się do poprawy ich jakości (trafność diagnoz).

Autor tekstu słusznie zwrócił uwagę na zamieszanie wokół pojęcia prywatyzacja w służbie zdrowia. Przyznaję, że przykład z ostatnich wyborów jest bardzo wymowny. PiS bardzo brutalnie nadużył słowa prywatyzacja, sugerując że może to powodować wyłączenie ludzi uboższych z systemu ochrony zdrowia. Ale i słowo prywatyzacja faktycznie w dokumentach PO się pojawiało. Powiedziałbym, że to skutek niefrasobliwości słownej ze strony PO. Ale sądzę również, że politycy PO rozróżniają słowo komercjalizacja i prywatyzacja. Obawiam się, śledząc przez lata dojrzewanie społeczno-ekonomiczne obecnych polityków PO, że słowo prywatyzacja to pozostałość po latach kiedy prywatyzacja miała być panaceum na wszystkie problemy, kiedy szybkością i odwagą decyzji próbowano nadrobić słabą znajomość materii problemu takiego czy innego. Zawsze to łatwiej „sprywatyzować” niż poznać meandry funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej.

Z tekstu wynika, że autor jest zwolennikiem bodaj całkowitej prywatyzacji usług zdrowotnych (lub przynajmniej powstania równoległego systemu prywatnego wraz z finansowaniem) i zasad ich finansowania. Piszę to z pewnym wahaniem, ponieważ nie jest to powiedziane wprost, jakby sam autor bał się to otwarcie powiedzieć, chociaż kawałek dalej dochodzi do pewnego istotnego wniosku sugerującego iż sprywatyzowany miałaby być również sektor finansowania usług medycznych. Jeżeli chcemy zachęcić ludzi do prywatyzacji, to wpierw trzeba obalić rzekome mity, nawet jeżeli są najidiotyczniej wydumane przez społeczeństwo. W skrajnym rozumieniu prywatna placówka zdrowia, to dla ludzi taka która może być zarządzana przez osoby prywatne które dysponują budynkiem jak zechcą i podpiszą kontrakty jakie zechcą. Ich zasadą działania byłby zysk netto, czyli nie przyjmowanie pacjentów którzy nie są ubezpieczeni (w firmie państwowej lub prywatnej) lub których na usługę nie stać i odmawianie kontraktacji usług które nie zapewniają zysku. Obecnie ludzie mają świadomość, ze władze lokalne są zobligowane do organizacji służby zdrowia. W przypadku skrajnie rozumianej prywatyzacji, warunek ten nie musiałby być spełniony. W pewnym momencie autor słusznie zauważa, że prywatyzacja systemu finansowania służby zdrowia, doprowadzi do ujawnienia dręczącego ją obecnie problemu. Mam na myśli wspomniany wyżej „..istotny wniosek”. Zadłużanie się placówek służby zdrowia wskazuje, że system się nie bilansuje. Częściowo z powodów efektywności, częściowo dlatego że finansujemy więcej niż zbieramy na to pieniędzy. Do tego braku zbilansowania można dołożyć konieczność podwyżek dla personelu medycznego i konieczność nadrobienia zaległości w wyposażeniu medycznym (chociaż są i dziedziny gdzie mamy się czym pochwalić, np. mammografy), niedoszacowanie części zabiegów oraz stałe problemy z finansowaniem skomplikowanych i przewlekłych leczeń. Gdyby to chcieć naprawić, to należałoby o kilkanaście procent podnieść natychmiast wpływy by usunąć większość wymienionych problemów w średnim terminie, albo ……… o tyle zredukować wydatki na usługi lecznicze. Skutków tego ostatniego ludzie się właśnie boją, a autor wcale tych leków nie usuwa. Moim zdaniem, właśnie doborem przykładów autor jakby świadomie unika odpowiedzi na pytania, lęki  i wątpliwości które sam prowokuje u czytelnika. Obawiam się że tego typu zachęty do prywatyzacji, mogą przynieść skutek odwrotny i autor sam mógłby się stań „bohaterem” reklamówek wyborczych PiSu.

Teraz trochę o naszej służbie zdrowia. Analizując jej sytuację z ostatnich lat, widać że w wbrew pozorom, dokonał się w niej znaczny wzrost wydajności i jakości. Zachęcam do przestudiowania liczb. Ale by nie być posądzonym o brak kontaktu z rzeczywistością, oświadczam że moja bliższa oraz dalsza rodzina (w tym i ja) korzysta z głównie z „państwowej” służby zdrowia, co pozwala mi widzieć jasne strony ale i bolesne absurdy medycznej rzeczywistości. Przypomnę tylko, że wydatki publiczne na służbę zdrowia to w ostatnich latach ok. 4% PKB. Całkowite nakłady, to ok. 6% (rachunki narodowe wskazują nawet na 7%) co oznacza że ustępujemy krajom z obszaru UE o jakieś 2%. Przy tej mizerii finansowej udało się nam sporo dokonać, ale możliwości zyskiwania środków z efektów „reform i racjonalizacji” oceniam jako skromne i na wyczerpaniu. Tutaj rację przyznaję profesorowi Relidze, który starał się w amoku wyborczym przypomnieć by nie obiecywać niczego więcej wyborcom przy obecnym stanie kasy na służbę zdrowia.  Nasze oczekiwania oraz liczby przedstawiające stan usług medycznych i finansów w Polsce i w UE, sugerują konieczność zwiększenia nakładów na służbę zdrowia. Ameryki tutaj nie odkryjemy i będziemy (już to planował miniony rząd) pozyskiwać pieniądze dwutorowo. Poprzez finanse publiczne, tzn. składka zdrowotna i składka na ubezpieczenie pielęgnacyjne oraz finanse prywatne, czyli głownie rozwój prywatnej służby zdrowia. Szansą na zbilansowanie finansowania służby zdrowia i poprawę jakości działania jest komercjalizacja placówek służby zdrowia i dalsze wciąganie do systemu świadczenia usług placówek prywatnych. Przestrzegałbym bym jednak przed oczekiwaniem szybkich efektów. Mam mieszane uczucia co do silnej wiary nowej Pani minister zdrowia że podział NFZ na kilka konkurujących instytucji da zasadniczo nową jakość. Może to brak wyobraźni, a może wciąż dość mocno tkwiące w pamięci wspomnienia z doświadczeń z Kasami Chorych w mojej rodzinie. W średnim terminie odbieram to jako sztuczne reformowanie, czyli zmianę dla samej zmiany i w obecnej sytuacji jest to raczej problem drugorzędny.

Do propozycji działań racjonalizatorskich dopisałbym uświadamianie Polakom stanu obecnego i ocenę racjonalności oczekiwań. To już rola mediów. Dajemy relatywnie mało na służbę zdrowia, za to skalą rozczarowania jej działaniem przebijamy w sondażach nacje zachodnioeuropejskie. Porównując nas i kraje rozwinięte trudno nie dojść do wniosku, że otrzymujemy relatywnie dużo przy stosunkowo niskich składkach. Co ciekawe, dominująca część Polaków w sondażach widzi konieczność radykalnych reform i przebudowy. Ciekawy jestem jakich. Uważamy ze płacimy za dużo, chcemy państwowej służby zdrowia, ale bez kolejek, z tańszymi lekarstwami i bez lepiej opłacanych lekarzy i pielęgniarek oraz udajemy że nic nie wiemy o zadłużeniu służby zdrowia (akcje oddłużeniowe prowadzone były z naszych pieniędzy!). To nie do pogodzenia.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Cena metra kwadratowego mieszkania wg GUS

W poniedziałek GUS opublikował informację o cenie 1 metra kwadratowego powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego w III kw. Cena ta po raz pierwszy przekroczyła 3 tys. zł. Dokładnie było to 3041 zł. Wartość jednego metra publikowana jest od lat, ale pól roku temu informacja po I kw wywołała spore poruszenie. Sam fakt, iż akurat było to po I kw jest raczej wynikiem zestawienia tego przez dziennikarzy czy tez czytelników z rosnącymi cenami mieszkań w największych miastach kraju. Wtedy w największych miastach  Polski cena metra w nowym budynku mieszkalnym była w przedziale od 4 tys. zł do ponad 7 tys. zł (Warszawa).W związku z tym GUS opublikował informacje o tym czym w rzeczywistości jest podawana wartość.

Przede wszystkim jest to średnia dla całego kraju. Ponadto średnia ta obejmuje koszty poniesione na wybudowanie 1 metra na chwilę przekazania odbiorcy. Może to być więc tzw. stan deweloperski. Informację o kosztach przekazuje się na formularzu B-09. Według instrukcji do formularza koszty mają odzwierciedlać całość wydatków poniesionych na wybudowanie budynku, a więc od koszty nabycia działki i jej przygotowania poprzez wykorzystane materiały i tzw. robociznę, po koszty dokumentacji. Nie wykluczam, że podawane koszty mogą nie odzwierciedlać całości poniesionych, ale moim zdaniem nie umniejsza to poważnie jakości podawanej informacji. Na wartość metra składają się koszty ponoszone w trakcie całego okresu budowy budynku mieszkalnego, który o ile dobrze pamiętam mieści się w przedziale od 2 do 3 lat. Kiedy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że część materiałów mogła być kontraktowana wcześniej i że wcześniej już musiał być (na ogół) kupiony grunt, to można powiedzieć że wskazany koszt 1 metra odzwierciedla koszt (ważąc tempem ponoszenia kosztów) sprzed od 1,5 do 1 roku. Problemem jest to, że nie publikuje się równocześnie takich kosztów w rozbiciu na województwa i miasta. Oczywiście taka informacja jest dostępna, m.in. jako wartość odtworzeniowa.

W ujęciu rocznym cena metra podana przez GUS wzrosła nominalnie o prawie 19%. Ostatnio dwucyfrowa roczna dynamika była w 2004 r. Cena metra w III kwartale niemal każdego roku jest wyższa od wartości ustalonych dla II, III i IV kwartału. Sądzę że tak znaczny skok ceny w III kw jest już tylko potwierdzeniem, że poprawa popytu i wzrost budownictwa na mieszkania przestaje powoli dotyczyć tylko głównych ośrodków miejskich. Na coraz większą skłonność do budowania zwracano uwagę już przy okazji statystyk opisujących ruch budowlany. Ponadto ujawniają się powoli skutki oddawania do użytkowania mieszkań których budowę rozpoczęto na przełomie 2005 i 2006 r. Podawana cena metra ma pewne cechy sezonowości rocznej, ale jej zmienność jest dosyć spora i ewentualne badania statystyczne lepiej oprzeć na wyprowadzanych na podstawie danych kwartalnych trendach. Dane za III kw potwierdzają, co już było słabo widoczne po wynikach I i II kwartału, a mianowicie że koszt ceny metra zacznie przyspieszać. To oczywiście żadne odkrycie, biorąc pod uwagę to co dzieje się w budownictwie mieszkaniowych.

Wracając do zarzutu, że cena 1 metra nie ma wiele wspólnego z cenami w największych polskich miastach, to warto przyjrzeć się czy aby podawane ceny są obiektywną informacją i czy są ściśle związane z kosztami. Ale kto powiedział, że cena rynkowa mieszkań musi mieć wiele wspólnego z jej kosztami. Oczywiście wspomnę, że średnia dla kraju nigdy nie będzie reprezentatywna dla największych miast. Proszę zauważyć, że świadomość Polaków o cenach mieszkań tworzą doniesienia z Warszawy, Krakowa, Trójmiasta, Poznania, Wrocławia i Łodzi. W tym roku do prezentowanych w mediach statystyk dołączono Katowice. Sześć pierwszych wymienionych ośrodków miejskich łączy to że na ogół są to jedne z największych polskich miast, ale i fakt iż odnoszą właśnie znaczny sukces ekonomiczny, czego wynikiem są rosnące ceny mieszkań. Na te sześć miast przypadało od 2000 do 2006 r. od 47% do prawie 70% mieszkań oddawanych przez deweloperów i spółdzielnie. Biorąc pod uwagę iż w opracowaniach prezentowanych w mediach występuje Łódź, to biorąc pod uwagę liczbę oddawanych mieszkań w województwach, to już wcześniej w statystykach powinno się wspominać o województwie śląskim oraz kujawsko-pomorskim czy lubelskim. W załączonej tabeli przedstawiłem dla każdego z prezentowanych miast średnie koszty budowy 1 m kwadratowego, które są wyliczane dla każdego województwa i m.in. miasta wojewódzkiego. Zwracam uwagę że  prezentowane ceny nowych mieszkań i koszty ich budowy, na tym poziomie agregacji mogą zawierać minimalny błąd i możliwej do wyliczenia na tej podstawie relacji kosztu do ceny rynkowej nie należy odnosić do każdego przypadku. Relacja kosztu do ceny rynkowej w poszczególnych miastach nie dawała mi tych samych wartości. Odchylenie od średniej sięgało od 6 do 11 punktów procentowych, czyli niemało. Na wykresie wstawiłem linię kosztów dla wskazanych sześciu miast, co mniej więcej odpowiada kosztom ich budowy. Przypominam, że wskazany koszt to wartość kosztorysowa budowy 1 metra.

Zmierzam do tego, że wspomniana przez GUS cena metra i wyniki dla wybranych miast wcale nie muszą w sobie zawierać poważniejszego błędu. Ujawnia się druga strona problemu mieszkań. Otóż tam gdzie popyt przewyższał podaż, deweloperom łatwiej było windować ceny, co powodowało odrywanie się od cen rynkowych od kosztów. Niestety taka jest cena sukcesu ekonomicznego Warszawy czy Wrocławia, nałożonego na okres świetnej koniunktury gospodarczej. Budowlańcy również zaskoczeniu koniunkturą, dopiero w 2005 zaczęli masowo ubiegać się o zezwolenia na budowę. Ceny dopiero w tym roku przestały gwałtownie rosnąć. To efekt możliwość akceptacji cen przez Polaków oraz zapowiedź nowych mieszkań które pojawią się na rynku w najbliższych kwartałach.

Wskazana na wykresie potencjalna różnica kosztu budowy i ceny rynkowej, to również przypomnienie, że niemała część deweloperów robiła świetne zyski na realizacji projektów. Przez pewien czas wykorzystywano przecież grunty zakupione po relatywnie (w porównaniu ze stanem obecnym) niskich cenach oraz kontraktowano stosunkowo taniej część materiałów do budowy. Szkoda więc, że tak rzadko się mówi o rentownościach netto deweloperów operujących w Warszawie, w przedziale od 10% do nawet 20%. Żal za odchodzącymi potężnymi marżami jest tak duży, że jeden z warszawskich deweloperów przedstawił pomysł, by miasto sprzedawało grunty pod budowę mieszkań po niskich, nierynkowych, cenach. Dzięki temu, wg tegoż przedsiębiorcy, mieszkania byłyby tańsze. Trudno nawet komentować takie pomysły.

Kończąc, wydaje mi się więc że wskaźnik kosztu 1 metra podawany przez GUS, z racji kategorii jaką przedstawia, zaczyna z oczywistym opóźnieniem pokazywać wzrostu kosztów budowy mieszkań. Ten sam wskaźnik dla miast wydaje mi się dość przyzwoicie prezentować koszty budowy. Nie jest to miara idealna, ale innej – łatwej do pozyskania – raczej nie ma. Wykazałem również, jak sądzę, że odnoszenie wskaźnika średniego kosztu wyliczanego dla całego kraju, nie ma sensu dla procesów cenowych zachodzących w dużym miastach, co zrozumiałe. Można też powiedzieć odwrotnie: sytuacja na rynku budownictwa mieszkaniowego w Warszawie czy Krakowie też nie jest reprezentatywna dla pozostałej części kraju.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Przebudowa portfeli

Analiza przepływów do i z funduszy inwestycyjnych wskazuje, że do TFI wpłynęło (zmiana netto) tylko  1,8 mld zł. Kiedy wziąć pod uwagę przepływy z poprzednich miesięcy, to od stycznia do lipca miesięczna zmiana netto zawierała się  w przedziale od 2,8 mld zł do 5,3 mld zł, to nie jest to zbyt dużo. Kiedy jednak  przyjrzeć co się składało na wspomnianą zmianę, to widać że mamy do czynienia z rosnącą świadomością ryzyka na krajowym rynku i 1,8 mld zł wpływów netto to spora kwota.

Zaznaczę na wstępie, że precyzyjna analiza zmian stanów zaangażowania poszczególnych grup funduszy będzie w tym opracowaniu nieco pobieżna. Firma Analizy Online, na raportach której się opieram, zmieniła metodologie prezentacji zaangażowania w fundusze inwestycyjne. Nowy sposób grupowania uniemożliwia poprawne dostosowanie danych wg dotychczasowej klasyfikacji, do nowej. Wymagałoby to dostępu do bazy danych źródłowych. Znając jednak trendy na bazie stosowanej dotychczas klasyfikacji, postaram się złagodzić wspomniany dyskomfort.

Dokładna analiza przepływów daje dość intrygujący obraz zmian, nie pozbawiony jednak wątpliwości. Aż 1,2 mld zł inwestorzy przeznaczyli na jednostki zagranicznych funduszy akcyjnych. To wartość o 0,2 mld zł i 0,1 mld zł więcej niż odpowiednio w czerwcu i lipcu tego roku. Nasilił się więc trend wzrostu zainteresowania zagranicznymi giełdami. Słabnie zainteresowanie krajowymi funduszami akcyjnymi. W październiku przepływy netto wyniosły 0,28 mld zł. Przypomnę, że od maja do lipca przepływy netto dla krajowych funduszy akcyjnych sięgały od 3,0 mld zł do 4 mld zł. W sierpniu wartość była ujemna (-0,45 mld zł), by we wrześniu przekroczyć 0,7 mld zł. Tak więc wynik z października, to sygnał iż zarówno inwestorzy jak i doradcy zdają się dostrzegać iż na krajowej giełdzie poważniejszych wzrostów już nie będzie. Biorąc pod uwagę to co obserwujemy obecnie w Polsce (korekta nawet silniejsza niż na zagranicznych giełdach), to można oczekiwać wycofywania się z funduszy na kwotę kilkuset milionów złotych. Około 0,4 mld zł wyniosło saldo krajowych funduszy zrównoważonych. Wynik lepszy niż w dwóch poprzednich miesiącach (-0,45 mld zł, 0,24 md zł), ale wyraźnie słabszy w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami, czyli od stycznia do czerwca. Dwa miesiące poprawy nastrojów na giełdach spowodowały odwrócenie się od funduszy bezpiecznych. W poprzednim miesiącu przepływy netto dla całej rodziny tych funduszy (papierów dłużnych i pieniężne, krajowych i zagranicznych) wyniosły -0,4 mld zł. W październiku wpływy i wypływy netto sięgnęły ok. -0,6 mld zł.

Jednak inwestorzy mogą być, przynajmniej w październiku, usatysfakcjonowani. WIG wzrósł o 4,6% w tym czasie, co jest bardzo ładnym wynikiem. Rosły też na ogół giełdy zagraniczne. Pozwolę sobie nie podawać zmiany wartości łącznej tej grupy funduszy, ponieważ m.in. w tym przypadku porównywalność danych mocno ucierpiała. Niemniej wartość zmiany (bez udziału waluty) mogła być zbliżona do zmiany WIG. A właśnie, waluta. Złoty wzmocnił się do dolara o ponad 5% w październiku, co jest rzadko spotykanym zjawiskiem w Polsce. Aż w 80% to efekt zainteresowania polską przez inwestorów, a pozostała część, to już efekt utraty wartości przez dolara na rynku międzynarodowym. Tak więc po korekcie o zmianę wartości waluty, cały wzrost wartości jednostek został zjedzony.

Biorąc pod uwagę powyższe uwagi, można powiedzieć że wciąż mamy ochotę na ryzyko, co wręcz pokazujemy dość ostentacyjnie. Podane salda w podstawowych grupach funduszy wskazują, że Polacy dostrzegają powolną utratę atrakcyjności krajowego rynku akcji, ale wcale nie mają ochoty uciekać do funduszy bezpiecznych, chociaż trzeba wspomnieć o coraz popularniejszych produktach strukturyzowanych. A czy akcje zagraniczne zapewnią lepsze zyski? Dokonywałem jakiś czas temu szacunków skali przewartościowania krajowego i amerykańskiego rynku akcji. Krajowy był bardziej przewartościowany. Biorąc po uwagę znaczną związek zmian indeksów światowych z krajowymi, obecne ryzyko rynku amerykańskiego oraz prognozowane obniżenie tempa wzrostu gospodarczego na świecie, słabniecie dolara i euro względem złotego, to szukanie ratunku w zagranicznych funduszach akcyjnych jest raczej zaskakującą forma ucieczki przed ryzykiem. Niemniej z biegiem miesięcy wraz ze wzrostem deficytu obrotów bieżących w Polsce, rośnie ryzyko osłabienia złotego. Wątpię jednak by inwestorami kierowały aż tak przebiegłe plany. Szansą są więc fundusze hedginowe i każde inne, które w prospekcie deklarują szeroki wachlarz możliwości inwestycyjnych. Sądzę, że jest to czasami słuszna nadzieja, ponieważ niektóre fundusze rzeczywiście potrafią osiągać przyzwoite zyski. Ponadto na obecny kierunek zmian warto spojrzeć i z tej strony, że istnieje ryzyko iż w Polsce korekta giełdy może być większa niż na innych rynkach. Kolejna refleksja, która mi się nasuwa to fakt iż trzeba być ostrożnym w formułowaniu daleko idących wniosków na bazie tylko porównania nowych pól zainteresowań krajowych inwestorów. Wprawdzie zwiększające się zainteresowanie funduszami zagranicznymi akcji wydaje mi się obecnie trochę naiwne, ale sadzę też że Polacy budują nowe portfele, czy tez w ich mniemaniu stają się one normalne. Po prostu do tej pory świetna koniunktura na krajowej giełdzie oraz poprawiająca się dynamicznie dopiero w ostatnich miesiącach oferta inwestowania za granicą za pośrednictwem TFI, spowodowały działania na rzecz poważniejszego zdywersyfikowania portfeli. Na przełomie I i II kw tego roku, Polacy zaczęli dynamicznie zwiększać zaangażowanie w zagranicznych funduszach akcyjnych. Na koniec października w zagranicznych funduszach akcyjnych Polacy mieli ulokowane 6,3% swoich oszczędności z części lokowanej w TFI.

 W przypogotowaniu artykułu wykorzystałem materiały firmy Analizy Online

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz