Budżet 2017. Wpłata z zysku NBP.

2017_08_25_wynik_NBP_i_Budzet

Nie ma co ukrywać, że wielu Polaków ma sporą zagwozdkę. Jak to jest, że ekonomiści narzekają (ba, zrzędzą nawet) na rozdawnictwo obecnego rządu, a budżet nie pękł i nie wybuchł z nadmiaru wydatków. Wytłumaczeń jest wiele. Jednym z nich są wpłaty z zysku NBP. Trzeba przyznać, że ten rząd ma bardzo dużo szczęścia, bo dwa lata z rzędu NBP zrobił extra prezent i zasilił w 2016 i w 2017 budżet kwotami odpowiednio: 7,9 mld zł i 8,9 mld zł. To równowartości jednej trzeciej rocznego programu 500+. Wpłata NBP, to jeden z głównych powodów dobrych wyników budżetu w tym roku i poprzednim.

NBP jest zobligowany do wpłaty 95% zysków (jeśli zyski są) z danego roku do budżetu w roku przyszłym. Jeżeli zysków nie ma lub są ujemne, to wpłaty nie ma. Wpłata tegoroczna (8,9 mld zł) pojawiła się w czerwcu i pochodzi z zysków NBP za roku ubiegły. Duży wpływ na wyniki NBP mają zmiany wartości złotego. W pewnym uproszczeniu: gdy złoty słabnie zysk rośnie, gdy złoty rośnie (spada kurs złotego), zysk spada. Oczywiście wiele zależy od kursów: bieżącego i odniesienia (kursy po jakich poszczególne pozycje pojawiały się w bilansie NBP). Stąd nie ma prostej zależności między zmianą kursów, a wielkością zysków.

Co do zasady w planach budżetowych nie wpisuje się wpłaty z NBP, ponieważ nie jest ona znana oraz nie jest pewny fakt, czy wpłata nastąpi w chwili gdy powstają plany budżetowe na rok kolejny. Można pokusić się o pewne szacunki zysku NBP (i szacować minimalną wpłatę), ale zawsze będą to tylko szacunki i – na przykład – można się mylić na kilka mld złotych. Niestety takich szacunków w projekcjach wpływów budżetowych umieszczać nie można. Jeżeli więc, ktoś sobie coś szacuje (ma nadzieję na wpływy), to pozostawia to dla siebie, projektują ewentualnie nazbyt rozluźniony budżet.

Załączony wykres prezentuje wpłaty do budżetu z lat 2002-2017. (wartości za lata 2002-2004 to moje szacunki na podstawie wyników NBP z lat 2001-2003). Jak widać są lata gdy wpłat nie ma lub gdy są stosunkowo niskie. Średnia wpłata dla okresu 2002-2017 to 3,6 mld zł przy odchyleniu standardowym ok. 3 mld zł. Biorąc pod uwagę, że na  szesnaście analizowanych lat, aż w czterech wpłat nie było, uświadamiamy sobie jak niepewne i zmienne jest to źródło wpłat do budżetu.

Po co o tym piszę? Bo przedstawiciele rząd chwalą się wynikiem budżetu, ale jakoś tak zapominają wspominać jakie prezenty z NBP dostają. Pytanie wobec tego jest takie, czy rząd ma świadomość, że w kolejnych latach wpłat może nie być lub mogą być o wartości mocno mniejszej niż te z 2015 i 2016? Mimo korzystnej sytuacji gospodarczej i wpłat z NBP, wykazujemy spory deficyt finansów publicznych i taki też planujemy na rok przyszły (deficyt sektora finansów publicznych w 2018: 2,7%). To bardzo niebezpieczna polityka. Jesteśmy jednym z niewielu krajów w UE, które okresu dobrej koniunktury gospodarczej nie wykorzystują do ograniczenia deficytu finansów publicznych.

Wydatki budżetu i, szerzej, sektora finansów publicznych powinny być oparte na stabilnych źródłach wpływów.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wpływy z podatku bankowego. Sukces wg Wiadomości TVP.

Media odnotowały informację podaną przez TVP, że wpływy z podatku bankowego to wielki sukces rządu. Informacja o podatku podana została w głównym wydaniu niedzielnych Wiadomości TVP o 19.30. Pod koniec Wiadomości, widzowie otrzymali sporą dawkę informacji o sukcesach rządu w ściąganiu podatków, w tym i bankowego. Do tego garść komentarzy ekspertów. W komentarzu przypomniano dawny opór środowiska bankowego, części ekonomistów i instytucji UE przeciwko opodatkowaniu banków oraz podano, że sektor i tak ma dobre wyniki finansowe. Prawdopodobnie zachętą do informacji o podatku bankowym był materiał z 18 sierpnia udostępniony przez KNF.

Niestety, w przypadku obecnego rządu i ekipy Wiadomości, w zasadzie każda informacja z obszaru ekonomii, finansów itd. wymaga komentarza, sprostowania lub uzupełnienia. Tak w przypadku Wiadomości jak i KNF, ciekawe jest to co podano o podatku bankowym, ale jeszcze bardziej to co przemilczano.

Podatków nikt płacić nie lubi i nie jest to żadne odkrycie. Stąd brak zachwytu u bankowców z powodu nowego podatku nie mógł dziwić. Były też i inne powody. Od lat wymogi regulacyjne kładą nacisk m.in. na stałe podnoszenie kapitałów własnych przez zasilenie ich osiągniętymi zyskami. Dodatkowo sektor pokrywa straty z powodu bankrutujących SKOKów lub przejmuje niektóre z nich, biorąc na siebie koszty ich restrukturyzacji. Tego widzowie Wiadomości się nie dowiedzieli. Dotychczas środki wydane lub zarezerwowane na ratowanie  SKOKów przekroczyły kwotę jaką rząd uzyskał w ciągu ponad 1,5 roku z podatku bankowego (ok.5 mld zł). Przedstawiciele sektora bankowego od lat w wywiadach zwracali uwagę, iż są świadomi że któryś z kolejnych rządów będzie próbował szukać w bankowości dodatkowych źródeł wpływów budżetowych. Oczekiwano jedynie, iż odbędzie się na ten temat szersza dyskusja by wybrać optymalne rozwiązanie.

Oczywiście sektor do biednych nie należy. Nie było też tajemnicą, że w niektórych krajach sektor bankowy obciążany jest swego rodzaju podatkiem sektorowym. Przez podatek sektorowy rozumiem daninę, która selektywnie, w zależności od przyjętych kryteriów, wycelowana jest w konkretny sektor lub grupę sektorów. Przykładem jest m.in. podatek od kopalin, często w uproszczeniu nazywany podatkiem miedziowym. Warto przy tym dodać, że większość dodatkowego obciążenia sektora finansowego w innych krajach wynika z faktu przekazania pomocy publicznej w czasach kryzysu i zawarcia w konstrukcji podatków bodźców wymuszających zmniejszenie ryzyka działalności bankowej. Natomiast w Polsce, na co zwrócił uwagę ECB, podatek ma głównie funkcję fiskalną i nie ma związku z udzielaną wcześniej pomocą, bo takiej w zasadzie nie było. Przypomnijmy też, że w Polsce sektor bankowy nie uległ kryzysowi m.in. dzięki racjonalnej polityce sektora oraz organów nadzorczych.

Nie jest też żadnym odkryciem, że sektor koszt podatku będzie próbował przekładać na klientów, m.in. z powodów wyżej podanych, jak i po prostu broniąc się przed zbyt mocnym spadkiem wskaźników zyskowności, rentowności itd. Tak działa gospodarka rynkowa. Zresztą jestem absolutnie przekonany, że politycy koalicji rządzącej i przedstawiciele rządu również byli i są tego świadomi. Jeszcze wiosną ubiegłego  roku politycy PiS straszyli sektor postepowaniem ws. zarzutu zmowy rynkowej i podobnych, jednak temat jakoś tak szybko został przez polityków PiS porzucony. Wiadomości TVP podając, chyba przez nieuwagę, informację o nadal dobrych wynikach sektora finansowego, same w pewnym sensie podały kto tak naprawdę w przeważającym stopniu składa się na podatek bankowy.

Przegląd danych sektora oraz najnowsza opinia przedstawiciela Związku Banków Polskich nie pozostawiają złudzeń. Możemy przyjąć, że trzy czwarte (są szacunki, że więcej) podatku bankowego pokrywają klienci banków. Dzieje się to głównie przez niższe oprocentowanie lokat, większy koszt kredytów oraz prowizje.

Mało kto ma świadomość, że sektor finansowy (w tym bankowy), o którym z taką odrazą mówili politycy PiS, w znacznym stopniu stanowią podmioty sektora krajowego (w tym publicznego). Po tzw. repolonizacji Pekao przez PZU, już niemal połowę podatku bankowego płacą obecnie podmioty należące do kapitału krajowego z przewagą sektora publicznego. Biorąc pod uwagę udział w aktywach ogółem sektora krajowego i udział w płaconym podatku, państwowe instytucje finansowe absolutnie nie ustępują w przerzucaniu podatku na klientów podmiotom z kapitałem zagranicznym. Politycy PiS i przedstawiciele rządu nawet jednym zdaniem o tym nie wspominają. Że już o Wiadomościach TVP nie wspomnę.

Prawda o podatku bankowym jest bardzo banalna. Rząd PiS, chcąc prowadzić rozdętą politykę socjalną/rodzinną (głównie program 500+), musiał zadbać o jej pokrycie. Pieniądze musiały być zorganizowane tak, by Polacy (w tym wyborcy PiS) byli przekonani, że nikt ich dodatkowo nie opodatkował. Pod hasłem walki z zagranicznym kapitałem, po prostu znaleziono sposób na opodatkowanie obywateli. Trzeba też z uporem przypominać, że ‘Tuskowy’ 23 procentowy VAT i podatek od kopalin zostały utrzymane wbrew wyborczym obietnicom.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Nowy pomysł prezydenta dot. kredytów walutowych.

Zanim przejdę do krótkiej opinii
o najnowszym projekcie prezydenta, muszę koniecznie coś przypomnieć. Całkiem
niedawno zaglądałem na jedną ze stron PiS i wciąż można tam znaleźć informację
z 2006 r., o której PiS oraz prezydent bardzo chcieliby zapomnieć. Informacja
pochodzi z 2016-07-01 „Komunikat KP PiS dotyczący zalecenia Komisji Nadzoru
Bankowego” (link u dołu strony). Politycy PiS jak niepodległości bronili wtedy
prawa do zaciągania kredytów walutowych, indeksowanych, ostro przy tym
krytykując KNF. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, prawda? Krótko mówiąc, PiS przed
11 laty nie miał nic przeciwko zaciąganiu kredytów walutowych, czyli wystawieniu
kredytobiorców na ryzyko walutowe. To przy okazji, jak silny oddźwięk w mediach
miała dyskusja (spór?) dot. kredytów walutowych w tamtych latach. Ale lata
mijały i w 2015 w PiS ustalono, że teraz można zmienić poglądy.

Prezydent w kampanii wyborczej
obiecywał, że należy przewalutować kredyty frankowe po kursie ‘wejściowym’.
Dlaczego aż tak korzystnym, tego nie wytłumaczył. Doskonale zdawał sobie
sprawę, że jest to niewykonalne. No ale w trakcie wyborów, politycy mówią
rzeczy różne. Przez rok od objęcia urzędu, prezydent szalenie się męczył z wypracowywaniem
kolejnych wersji ustawy. Ostatecznie, rok temu prezydent zaproponował… tzw.
ustawę spreadową, która wywołała zdziwienie i oburzenie. I trudno się dziwić, bo
skala pomocy była mniej niż skromniutka w porównaniu z wyborczymi obietnicami. Sam
pomysł (spready) był, szczerze mówiąc, dość przypadkowy. Dodatkowo, rok temu,
prezydent zapowiedział, że problem muszą rozwiązać same banki, w sposób jaki
same ustalą przy akceptacji NBP i KNF. Prezydent zapowiedział wtedy też, że po
upływie tego terminu dokona analizy działań i ewentualnie podejmie dalsze kroki.
W pewnym sensie, słowa dotrzymał. Ale tyko w pewnym sensie.

Najnowszy pomysł prezydenta, to
modyfikacja ustawy (z dnia 9 października 2015 r „o wsparciu kredytobiorców …..”)
powołującej do życia Fundusz Wsparcia Kredytobiorców. W dużym skrócie, Fundusz
miał wesprzeć gosp. domowe, które mają problem z obsługą kredytów mieszkaniowych.
Wsparcie w maks. wysokości 1,5 tys. zł. przez 18 m-cy. Potem przerwa 2 letnia
od zakończenia wsparcia i 8 letni okres spłaty. Na Fundusz Wsparcia, w
wysokości 600 mln zł,  składają się
kredytodawcy. Po niecałych dwóch latach funkcjonowania, ustawa jest niemal
martwa. Wykorzystanie funduszu jest marginalne (2% wg informacji na stronie prezydenta).

Obecna nowelizacja ustawy, zawiera
dwa kierunki działań. W ramach Funduszu, powstają dwa subfundusze. Pierwszy to Subfundusz
Wsparcia, który ma być uatrakcyjnioną formą dotychczasowego Funduszu Wsparcia. M.in.
okres wsparcia ma się wydłużyć z  18
miesięcy do 36, okresie spłaty rozciągnięty z 8 do 12 lat, a kwota wparcia z
max. 1,5 tys. do 2,0 tys. zł. (czyli max. wartość kredytu to 72 tys. zł). Do
tego dochodzi możliwość częściowego umorzenia. Jest to spora zmiana, ale raczej
nie rewolucja, która miałaby spowodować radykalne zwiększenie zainteresowania
tą formą pomocy. Nadal jest to pożyczka na trudne czasy, którą trzeba spłacić.

Nowością natomiast jest drugi
subfundusz: Restrukturyzacji. Subfundusz Restrukturyzacji będzie zasilany
składką kwartalną 0,5% od portfela kredytów  nominowanych i indeksowanych walutą obcą. To
ok. 3,2% rocznie wg obecnych szacunków. Ale dalej jest największe zaskoczenie. Bank
daje swoją pulę do Subfunduszu i ma zaproponować klientom taką formę
restrukturyzacji by było tylu zainteresowanych by bank swoją pulę wykorzystał. Jeżeli
pula nie będzie wykorzystana na programy restrukturyzacyjne to, w części niewykorzystanej,
trafia do podziału na innego banki. Pomysł niebywale sprytny, czy wręcz
perwersyjny. Niestety nowelizacja poza kilkoma bardzo ramowymi ograniczeniami,
nic nie mówi o programach, ich konstrukcji i dla kogo mają być przeznaczone.
Nic. Wychodzi na to, że banki mają same coś wymyśleć i poddać to ocenie KNF.
Bodźcem jest szantaż utratą swojej puli na rzecz innych banków. Byłbym jednak
ostrożny z zachwytem na pomysłem prezydenta. Na nowelizacje i pomysł z
Subfunduszem Restrukturyzacyjnym trzeba spojrzeć i z innej strony.

Pula roczna w wysokości 3,2 mld
zł, to wartość bardzo mała (żeby nie powiedzieć: skromna) w porównaniu z
wyborczymi obietnicami prezydenta. Nie wiadomo też w jakim tempie ustawa będzie
procedowana. Przypomnę, że prezydencka ustawa spreadowa jakoś nie ma szczęścia.
Już rok leży w Sejmie i najwyraźniej politycy PiS nie maja chęci się poważniej
nią zająć. Podejrzewam, że z obecną nowelizacją może być podobnie.

Brak uregulowania ram restrukturyzacji
dla banków i potencjalnych beneficjentów jest przejawem zwykłej rejterady
prezydenta. Zamiast zaproponowania ciekawych pomysłów, prezydent zasłania się
szantażem i opracowanie szczegółów przerzuca na innych. Nie odbierałbym tego
jako przejaw szacunku dla frankowiczów, którzy szukają pomocy.

Komunikat KP PiS dotyczący
zalecenia Komisji Nadzoru Bankowego:

(http://old.pis.org.pl/article.php?id=4415). 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Program Mieszkanie Plus. Odkrycie lidera partii Razem dot. eksmisji.

Niemal każda kolejna partia lub koalicja przejmująca rządy, wprowadza w życie swoje pomysły na zapewnienie Polakom dachu nad głową. Swój pomysł ma i PiS. Ale nie o sam pomysł mi chodzi, co pewną ciekawostkę jaką w procedowanej ustawie o Krajowym Zasobie Nieruchomości (dalej KZN) zauważył lider partii Razem, Adrian Zandberg. Ustawa o KZN, to jeden z kluczowych aktów prawnych regulujących Mieszkanie Plus.

A.Zandberg zwrócił uwagę na zapis dotyczący ewentualnego opuszczenia mieszkania. Ustawa o KZN jednocześnie wprowadza zmiany lub uzupełnienia w szeregu innych aktów prawnych. Jedną z nich jest najem instytucjonalny, wzorowany na znanym od 2009 r. najmie okazjonalnym. Chodzi o  zapis:

  1. Do umowy najmu instytucjonalnego lokalu załącza się oświadczenie najemcy w formie aktu notarialnego, w którym najemca poddał się egzekucji i zobowiązał się do opróżnienia i wydania lokalu używanego na podstawie umowy najmu instytucjonalnego lokalu w terminie wskazanym w żądaniu, o którym mowa w art. 19i ust. 3, oraz przyjął do wiadomości, że w razie konieczności wykonania powyższego zobowiązania prawo do lokalu socjalnego ani pomieszczenia tymczasowego nie przysługuje.

Krótko mówiąc w razie problemów lub zajścia określonych warunków, najemca będzie zmuszony do opuszczenia lokum z pominięciem restrykcyjnych przepisów dot. eksmisji. Rodzi to moim zdaniem gorzkie refleksje, ale i chłodne oceny, których musimy dokonać odsuwając na bok emocje. Niewiele zmienia tu zapewnienie jednego z urzędników, że chodzi głównie o sytuacje gdy najemca zalega z czynszem lub narusza normy pożycia społecznego.

Rozczarowanie jest o tyle słuszne, że politycy PiS niezwykle chętnie apelowali od lat o bezpieczny dach nad głową dla każdej rodziny, bez względu na sytuację materialną i wypadki losowe. Słowo ‘rodzina’ i jej mieszkaniowe bezpieczeństwo nie schodzi im wręcz z ust.  A tymczasem…., w ustawie o KZN, politycy PiS przemycają przepis pozwalający obejść przepisy o eksmisji. To faktycznie spore zaskoczenie. Ni mniej ni więcej, w programie wynajmu mieszkań, politycy PiS wprowadzają zapisy charakterystyczne dla wolnorynkowych regulacji najemca – właściciel na rynku najmu mieszkań (chodzi o tzw. najem okazjonalny). W ten sposób wolnorynkowa regulacja ma dotknąć wspierany środkami publicznymi zasób mieszkaniowy. O ile na wolnym rynku najem okazjonalny okazał się ciekawym rozwiązaniem, to w przypadku zasobu publicznego (lub wspomaganego przez państwo), rodzi sporo wątpliwości.

Jest jednak i druga strona medalu. Wygląda na to, że politycy PiS są świadomi, iż zapisy ograniczające eksmisję mają wiele wad lub powoduję czasami nieuczciwe blokowanie publicznych (gminnych) zasobów mieszkaniowych. Niby wszyscy wiemy o tym od lat, ale politycy boją się otwarcie poruszyć ten temat. Zamiast podjąć ten problem z podniesioną przyłbicą i szukać optymalnego rozwiązania, politycy PiS sprytnie ominęli go zapisem o najmie instytucjonalnym.

Nie chcę potępiać polityków PiS w czambuł. Być może musimy w ten sposób modyfikować zasady prawa najemców i właścicieli, by uelastycznić rynek wynajmu mieszkań i zapewnienia dachu nad głową każdej rodzinie. Zamiast modyfikować przepisy o  eksmisji, powoli ograniczamy ich zasięg. Program Mieszkanie Plus nie jest programem zapewniającym mieszkania socjalne dla rodzin najuboższych, których na budowę własnego lokum, kupno czy wynajem na zasadach rynkowych po prostu nie stać. Wszystko byłoby może i ok. gdyby rząd po prostu uczciwie publicznie to przyznał. Wydaje się jednak, że politycy PiS powinni uzasadnić dlaczego wspierany ze środków publicznych program mieszkaniowy dla średniozamożnych ma być wyjęty spod przepisów eksmisyjnych. 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

PiS wycofuje opłatę paliwową. Jakby nie patrzeć, wizerunkowa wpadka.

2017_07_15_infografika

Nagłe wycofanie się PiS z opłaty paliwowej, sprowokowało niektórych komentatorów do wniosku, że była to wielka manipulacja. Jej celem miało być rzekomo odwrócenie uwagi od zmian dot. Sądu Najwyższego.

Nie siedzę w głowach polityków PiS, więc nie wiem jakie były prawdziwe intencje. Załóżmy jednak, że faktycznie była to manipulacja.  Pofantazjujmy. W takim razie, nie po raz pierwszy, ktoś w PiS przecenił swoje możliwości, bo wizerunkowo PiS na tym stracił i niechcący zafundował obywatelom powtórkę i podsumowanie wiadomości z rządów PiS w obszarze ekonomii oraz ośmieszył liderów tej partii i rządu. Było warto? Nie sądzę.

Odwrócić uwagi się nie udało, bo w mediach i tak dominował spór o nowe regulacje dotyczące SN. Opłat paliwowa krótko zagościła na pierwszych stronach gazet. Powiedziałbym nawet, że spór i nocne głosowania nad zmianami w SN zepchnęły opłatę paliwową na plan dalszy.

Zapowiedź opłaty paliwowej natomiast zachęciła media do podsumowania obecnej i przyszłej sytuacji finansów publicznych oraz przypomnienie głównych zmian z obszaru podatków i opłat, jakich dokonał lub zamierza rząd. Infografiki były na ogół dość rzetelne (jedną z takich grafik załączam). Obywatele zobaczyli to, czym rząd nie chce się chwalić. Poza podatkiem bankowym, do dyskusji nad którym PiS nie chce już wracać (z powodu przerzucenia podatku z istotnym stopniu na obywateli), zobaczyliśmy pomysły zrealizowane, w trakcie realizacji  lub zapowiadane. W oficjalnym przekazie medialnym politycy PiS nie chcą o tym mówić. No chyba że zapytają dziennikarze. O nowych podatkach czy opłatach dowiadujemy się głównie z przekazu ministrów lub urzędników niższego szczebla.

Fatalnie wizerunkowo wypadła premie Szydło, broniąc w Sejmie opłaty i J.Kaczyńki. Temu ostatniemu przypomniano słynne już zdjęcie z kanistrem z 2011, gdy nalegał by rząd PO-PSL obniżył cenę paliwa, rezygnując z części publicznych danin.

Można się, jak ktoś chce, być może spierać czym miała być opłata paliwowa. Media informowały o inicjatywie PiS już pod koniec czerwca. Niewątpliwie byłą wizerunkową wpadką, która PiSowi się nie opłacała. Sporu o zmiany w SN opłata paliwowa nie ‘przykryła’. Raczej stało się odwrotnie.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Opłata paliwowa, nie jest zła. Tylko czy obecnie potrzebna?

Politycy PiS wpadli na pomysł nowej opłaty paliwowej. 20 gr dodane do każdego zatankowanego litra. Indywidualnie niby drobiazg. Chociaż niekoniecznie. Dla kogoś kto małym autem osobowym pokonuje 10-15 tys. rocznie , opłata podniesie koszt tankowania (rocznie) o ponad 150 zł. Niewiele. Gorzej mają przedsiębiorcy z samochodami dostawczymi, którzy pokonują rocznie ponad 50 tys. km. Tu już mówimy przynajmniej  o tysiącu kilkuset złotych dodatkowych kosztów rocznie na jeden pojazd. Itd. Dzięki tej opłacie, finanse publiczne zyskuję 4-5 mld zł rocznie. To prawie 20% wartości programu 500 plus. Ekonomiści oszacowali, że opłata przyczyni się do podniesienia inflacji o od 0,2-0,4%. Powiedzmy, że nie będzie to jakąś tragedią dla gospodarki.

Oficjalnie posłowie PiS stwierdzili, że pozyskane środki będą przeznaczone na zaniedbane gminne i powiatowe drogi (Fundusz Dróg Samorządowych) oraz zasilenie Krajowego Funduszu Drogowego. Uzasadnienie wydaje się więc pozornie jak najbardziej godne pochwały. Mamy tu połączenie uzasadnionej potrzeby z równoczesnym obciążeniem tych, którzy drogi eksploatują. Z punktu widzenia polityki PiS i medialnego przekazu, jest tylko jeden mankament: opłata paliwowa dotyka bezpośrednio zwykłych ludzi.

Pomysł pozyskania dodatkowych środków w postaci opłaty paliwowej na infrastrukturę drogową formalnie nie jest zły. Wskaźnik danin publicznych do PKB lokuje nas poniżej średniej wśród krajów UE. Nie ma co ukrywać, ze w dłuższym terminie najprawdopodobniej będziemy relatywnie obciążenia zwiększać, by sfinansować społeczne oczekiwania. Niemniej nie mam co do tego pewności, bo jeszcze za czasów rządów PO-PSL opinia publiczna, przy akompaniamencie mediów, bardzo niechętnie odnosiła się do podnoszenia obciążeń finansowych. Negatywnym symbolem stał się 23-procentowy VAT. Obecnie, niemałej części społeczeństwa nagle wzrost obciążeń przestał przeszkadzać lub obywatele nie zdają sobie sprawy jak sprytnie zostali wprowadzani w błąd przez polityków PiS.

Jest jednak JEDNO ZASADNICZE ALE: po co opłata paliwowa skoro od nastania obecnych rządów jesteśmy zapewniani, że pieniądze były i są. Że rząd doskonale panuje nad sytuacją i na wszystko są pieniądze.  Dosłownie co tydzień min. Morawiecki ogłasza nadspodziewanie wysokie wpływy z podatków. Smaczku całej sprawie dodają obietnice pani premier, która zapewniała, że nie podniesie obciążeń obywateli. A tu proszę. Akcentem już czysto humorystycznym jest przypomnienie inicjatywy J.Kaczyńskiego z 2011 r., gdy domagał się obniżenia obciążeń dodawanych do ceny paliwa.

W rzeczywistości nie ma potrzeby dodatkowego obciążenia rachunku na paliwo, by pozyskać środki na drogi. Biorąc na przykład pod uwagę skalę i zasady dystrybucji środków z tytułu 500 plus, można powiedzieć, że przynajmniej ¼ pieniędzy w ramach 500 plus rozdawana jest ludziom, którzy z racji przyzwoitej sytuacji finansowej w ogóle nie powinni tych pieniędzy dostać. To ponad 5 mld zł. No ale rząd się uparł, że z 500 plus nie ustąpi. Będziemy więc utrzymywać nonsensowne wpieranie rodzin w korzystnej sytuacji finansowej i jednocześnie szukać środków na taką ekstrawagancję. Na horyzoncie jest już wejście w życie obniżonego wieku emerytalnego. Politycy PiS są jak najbardziej świadomi zagrożeń dla finansów publicznych.

Pomysły typu opłata paliwowa na budowę i remonty dróg, ustawa o rynku mocy itp. to też przyznanie się do zachwiania relacji konsumpcja-inwestycje. Zbyt dużo środków przeznaczono na rozdawnictwo i jest problem z mobilizacją środków na niezbędne nakłady inwestycyjne.

Poboru dodatkowych środków nie uzasadnia też sytuacja makroekonomiczna. Doświadczamy przyzwoitego wzrostu PKB i szukanie dodatkowych pieniędzy, to potwierdzenie niegospodarności i nieodpowiedzialności w obszarze finansów publicznych.

Na koniec została jeszcze do omówienia zwykła uczciwość. PiS i partie koalicyjne wygrały wybory i mają prawo kształtować nowy ład ekonomiczny i wymarzone socjalne państwo wg własnych przekonań. Tylko, że należało w trakcie wyborów, i obecnie, uczciwie poinformować obywateli, że socjalne państwo i obniżenie wieku emerytalnego oznacza znalezienie dodatkowych źródeł budżetowych wpływów. Tego nie uczyniono i niestety nadal próbuje się to ukryć przed obywatelami.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Populizm wkradł się do ekonomii. Przemówienie M.Morawieckiego na kongresie PiS.

2017_07_04_sektor_bankowy_Morawiecki

Na kongresie PiS pierwszego lipca 2017, zaraz po prezesie PiS, przemawiał Mateusz Morawicki. To co słyszeliśmy prze około godzinę, być może powinno budzić tylko uśmiech politowania i wzruszenie ramion. Mamy jednak do czynienia z być może przyszłym premierem i na pewno czołowym ekonomicznym populistą-wizjonerem obecnego rządu. Obawiam się, że sobotnie wystąpienie to zapowiedź poziomu, do jakiego zostanie sprowadzona debata ekonomiczna wraz ze zbliżającym się terminem wyborów. Liczba nieprawd, pół-prawd, manipulacji, tendencyjnie podanych danych i przemilczeń była tak duża, że nie sposób tego wszystkiego prostować. I być może o to właśnie chodziło. Tak zapewne będzie wyglądała w najbliższych latach ekonomiczna debata. Niemiej spróbuję skomentować chociaż część z tego co można było usłyszeć w sobotę.

M.Morawiecki z dumą mówił o zrealizowanych obietnicach wyborczych, przy czym ograniczył się do tych zrealizowanych. O pozostałym jakby zapomniał. Więc przypomnę, że jedyną obietnicą (z dużych ekonomicznych), która można ocenić jako zrealizowaną jest 500+. Obniżenie wieku emerytalnego, ma być zrealizowane dopiero po dwóch latach od przejęcia władzy, mimo że obecny prezydent zapowiadał niemal natychmiastową jej realizację. Opóźnienie o dwa lata nie jest przypadkowe. Lata największego wzrostu deficytu finansów publicznych wywołanego obniżeniem wieku, przypadną na nową kadencję, czyli po wyborach. Nie ma wątpliwości, ze wiekiem emerytalnym, PiS będzie szantażował opozycję w czasie wyborów. Tym, co uważają, że nie było konieczności podnoszenia wieku, przypomnę, że prezydent w opisie skutków decyzji posłużył się … wyliczeniami z czasów rządu PO-PSL, które jednoznacznie pokazywały narastającą dziurę w finansach.

M.Morawiecki nie wspomniał ani słowem o porzuceniu absurdalnej obietnicy danej frankowiczom czy kwoty wolnej od podatku. W przypadku tej ostatniej, rząd wykonał jedynie decyzję Trybunału Konstytucyjnego.

Wg M.Morawieckiego rząd realizuje obietnice bez podnoszenia podatków. I tak i nie. Podatek bankowy jest pośrednio opodatkowaniem klientów banków. Ponadto PiS nie zrealizował obietnicy o powrocie VAT do 22%, czy rezygnacji z podatku miedziowego. Już tylko dzięki temu, rząd ma dodatkowe niemal 10 mld zł rocznie. Reszta 500+ finansowana jest m.in. narastającym długiem publicznym. Właśnie z tego powodu, żaden członek rządu i polityk PiS nie pytany, nie wymienia słów „dług publiczny” (to zakazany zestaw słów). Ostatnio robiono to w 2015, gdy z powodu wzrostu długu publicznego, PiS kpił z rządu PO-PSL.

M.Morawiecki nie rezygnował jednak ze słowa „dług”. To chyba jakaś forma kontrataku, wobec tych, którym przyjdzie ochota na zadawanie pytania o dług publiczny. M.Morawiecki zaczął żonglować długiem zagranicznym, miliardami i bilionami. Nie wiem skąd brał te liczby, ale najprawdopodobniej cynicznie podawał cyfry m.in. z danych NBP dotyczących zadłużenia zagranicznego, bilansu płatniczego czy międzynarodowej pozycji inwestycyjnej. Tylko wtajemniczeni wiedzą, jak bardzo Morawiecki zadrwił sobie z ludzi. Odpuszczę sobie próbę wyliczeń tego co podał M.Morawiecki i tłumaczeń co obejmuje informacje z raportów NBP, bo to niełatwa materia i wymagająca długich tłumaczeń. Media powinno zmusić go jednak do zaprezentowania wyliczeń i źródeł danych.

Oberwało się oczywiście kapitałowi zagranicznemu, w tym i Niemcom. To już standard u populistycznych polityków PiS. Aż się prosiło, by w tle wyświetlić relacje jak  M.Morawiecki, wręcz nie nadążał z wyrazami wdzięczności za decyzję o budowie fabryki dla Niemców reprezentujących Mercedesa. Chojną ręką dołożył ponad 80 mln zł dotacji. A skoro o kapitale, to nie mogło zabraknąć sektora bankowego. Za sukces rządu minister podał wzrost udziału kapitału polskiego w bankowości. Wg ministra, „jeszcze niedawno” , było to tylko 25%. Te niedawno to jakieś 10 lat temu lub duże kilka i spadek udziału kapitału zagranicznego w bankowości w dużym stopniu przypadł na czasy rządów PO-PSL. Tego minister już nie dodał.

M.Morawiecki tak się rozpędził, że wszelkie sukcesy gospodarcze przypisywał rządowi PiS. Wzrost PKB, spadek bezrobocia i co tylko się da. Łącznie z handlem zagranicznym (tu już nie wiem o co chodziło, no chyba że minister patrzył tylko na dane z ostatnich kilkunastu miesięcy). O bezrobociu pisałem 05.05.2017 r. Zarozumiałość ministra Morawieckiego osiągnęła już takie poziomy, że nie wahał się mówić o nowym modelu gospodarczym, co jest po prostu śmieszne. Poprawę na rynku pracy, wzrost PKB itd. widać było już przed nastaniem rządów PiS. PiS tak jak ponad 10 lat temu, tak i teraz miał ogromne szczęście trafiając w okres dobrej koniunktury. I tyle.

Rzekoma zmiana polityki społecznej, to w zasadzie tylko 500+. Ten program przyczynia się do zwiększania długu publicznego i finansowany jest m.in. podatkami, które PiS obiecał znieść, ale po wyborach z tego się wycofał. Jak wiele razy zaznaczałem na swoim blogu, rozdawać można każde pieniądze, pod warunkiem, że ma to pokrycie w dodatkowych dochodach budżetowych lub gdy rezygnujemy z innych wydatków. Niestety politycy PiS stale wmawiają Polakom, że rozdawać można bez spełniania tych warunków. Suweren niestety uwierzył. Odrębną kwestią jest relacja konsumpcja a inwestycje, oszczędności itd., ale to już nie zaprzątało specjalnie wizjonerskiego ministra.

Nikt nie neguje zwiększonych dochodów budżetowych z powodu zacieśniania przepisów. Warto jednak nadmienić, że i poprzednia koalicja miała tu swoje sukcesy. Obecne większe wpływy z podatku VAT, to bardziej kwestia poprawy koniunktury niż likwidacji szarej strefy.

Z niezwykłą niechęcią M.Morawiecki odnosił się do III RP. Złe wtedy było wszystko. Rządy, banki, polityka gospodarcza, transfer pieniędzy za granicę itd. Trudno jednak poważnie traktować obecne słowa ministra, gdy się pamięta o tym, że M.Morawiecki szefował długie lata BZ WBK, starając się przy tym o wypracowanie dywidendy dla zagranicznego inwestora. Znana treść rozmów z cyklu „Sowa i przyjaciele” oraz zasiadanie w Radzie Gospodarczej przy jednym z rządów poprzedniej koalicji, każą cokolwiek wątpić deklarowane w minioną sobotę poglądy.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Wyniki PKB po I kw. Frajda być może tylko chwilowa.

2017_05_31_pkb_1_kw_2017

Wzrost to wzrost, nie ma więc co grymasić. Ważne, że jest. Niemniej struktura wzrostu do wymarzonych nie należy. Yoy gospodarka wzrosła o 4% w I kw. Formalnie to bardzo ładny rezultat. Przypomnieć jednak trzeba, że gdyby brać pod uwagę wynik roczny (rok kroczący, czyli kw  II, III, IV z 2016 r. i I kw 2017), to mamy tylko ok. 3%. To efekt słabszego drugiego półrocza ubiegłego roku. Utrzymanie 4% wzrostu dla całego 2017 r. jest raczej mało prawdopodobne, stąd moja sugestia, by nie traktować wyniku I kw jako zapowiedzi dla całego roku.

Wyniki I kw 2017 potwierdzają, że wyczerpuje się powoli jeden z czynników wzrostu naszego PKB, czyli wymiana handlowa. Oczywiście wciąż mamy budzący podziw wzrost eksportu (ponad 9% yoy w I kw wg danych z rachunku PKB), ale – jak w podręczniku z makroekonomii – utrzymujący się dobry klimat gospodarczy powoduje powolne przyspieszenie importu. W efekcie dodatnie saldo wymiany handlowej w I kw 2017 było już nieco mniejsze od wyniku z analogicznego kwartału roku wcześniejszego.

Wciąż rozczarowują inwestycje czyli nakłady brutto na środki trwałe. Jest jednak światełko w tunelu. Spadek inwestycji yoy w I kw, to już tylko 0,4%. Można więc zaryzykować twierdzenie, że w I pół. 2017 zakończymy okres spadku inwestycji w relacji do PKB. Obecnie roczne nakłady spadły do 17,8% w relacji do PKB, czyli do najniższego poziomu jaki tylko dwa razy odnotowywano w polskiej gospodarce po 1995 r. Teraz może już być tylko lepiej, a przynajmniej powinno. Oczywiście pod warunkiem, że rząd nie zachwieje strukturą wydatków publicznych z inwestycji na konsumpcję, co niestety robi od ubiegłego roku.

Oczywiście oczy analityków skierowane są na spożycie gospodarstw domowych. W strukturze przyrostu rocznego PKB, gosp. domowe odpowiadają za 72% po wynikach za I kw 2017 r. Przeciętny udział tej pozycji w PKB to niemal 62% (średnia z 20 lat). Dane o strukturze są niestety zależne od zmian pozostałych składników, stąd ujemny wynik jednych (np. nakłady brutto na środki trwałe) pompuje wynik pozostałych. Z danych o PKB wiemy, że popyt gosp.dom. przybierał na sile już od ubiegłego roku. W I kw 2017 był wyższy o 4,7% yoy (4,5% w IV kw 2016). Czy to wpływ 500+? W niewielkim stopniu być może tak. Przede wszystkim nie wiemy w jakim tempie gospodarstwa domowe wydają otrzymane pieniądze i na co. Po drugie w czasach naszego boomu gospodarczego z lat 2005-2008 popyt rósł w tempie ponad 5% yoy i to bez 500+ (średnie tempo wzrostu z ostatnich 20 lat to 3,3%). Warto też pamiętać, że wydatki na  500+ w relacji do szacowanych wydatków gosp.dom. na ten rok to około 2%.  Jak widać nie są to środki, które decydują o być albo nie być polskiej gospodarki i koniunktury. Przypomnę, że wpływ na podniesienie tempa PKB można szacować na niecały punkt bazowy i to tylko przez pierwszy rok działania programu, bo potem działa już tzw. efekt bazy. Efekt 500+ będzie rozdzielony na lata 2016 i 2017. Podnosząc wynik roczny (dla roku kalendarzowego) o 0,3%-0,4% w najlepszym przypadku. A wracając do drugiego zdania bieżącego akapitu, we wspomnianych 72% udział 500+, to moim zdaniem kilkanaście pkt.proc.

O przyroście PKB w ok. 28% zdecydowała pozycja: przyrost rzeczowych środków obrotowych. Sporo. I z tego powodu dodałem w tytule zdanie „Frajda być może tylko chwilowa”. Przyrost (a dokładniej: zmiana) rzeczowych środków obrotowych to (w uproszczeniu) różnica stanu zapasów i rozliczenia ich strat. Co kilka, kilkanaście kwartałów ta pozycja potrafi mieć znaczny wpływ na dynamikę PKB. Niejednokrotnie jej przyrost interpretowany jest jako zapowiedź dobrej koniunktury, ale doświadczenia wskazują by zachować dużą powściągliwość w interpretacji zmian przyrostu środków obrotowych. Innym powodem jest i to, że część makroekonomistów ma od lat sporo wątpliwości co do zasad wyliczania zmian tej pozycji i przyjętych definicji. W obecnym przypadku, przyrost środków obrotowych nie powinien być interpretowany moim zdaniem jako zapowiedź przygotowywania się do gospodarczego skoku, a raczej przekonanie do utrzymania bieżącego tempa wzrostu po kilku kwartałach niepewności.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Prezydent dał się zaskoczyć pytaniem o euro.

2017_05_15_Konstytucja_Art_227

Na konferencji prasowej z udziałem prezydenta Łotwy, prezydenta A.Dudę zapytano o ewentualne przyjęcie euro. Pytanie uzasadniano m.in. dążeniem Francji i Niemiec do wzmocnienia strefy euro. Pytanie dziennikarzy dotyczyło też ewentualnego przygotowania konstytucji pod zmianę waluty. Temat nie jest przypadkowy, bo mamy jeszcze w pamięci niedawne wypowiedzi kandydata na prezydenta Francji. E.Macron dość ostro potraktował w nich nasz kraj i prowadzoną przez obecny rząd politykę integracji (czy raczej dezintegracji) z UE. Padła wtedy też z ust przyszłego prezydenta Francji deklaracja o koncentrowaniu się na wzmacnianiu strefy euro.

Odpowiedzi naszego prezydenta wskazują, że on sam oraz jego doradcy nie przerobili tego tematu dokładnie. To trochę dziwne, bo całkiem niedawno o przyjęciu euro wypowiadał się J.Kaczyński i M.Morawiecki. Ostre wypowiedzi E.Macrona też powinny były skłonić eksperckie zaplecze prezydenta do przygotowania go do podjęcia tematu euro, by nie dać się zaskakiwać dziennikarzom.

Chyba tylko przez słowo konstytucja zawarte w pytaniu dziennikarzy, prezydent odruchowo zaproponował by pytanie dot. przyjęcia euro wprowadzić do pakietu pytań w referendum konstytucyjnym. Pytanie tylko, jaki to ma sens? W konstytucji nikt poważny nie umieści słowa ‘euro’. Prawnicy zwracają jedynie uwagę, że modyfikacji musi ulec 227 Art. naszej Konstytucji, ponieważ jego obecne brzmienie blokuje przyjęcie euro, m.in. przez zapis o zadaniach NBP.

Ewentualne pytanie o euro trochę nie ma sensu i z tego względu, że lider PiS oraz członkowie rządu w marcu zaznaczyli, że  pozostanie przy własnej walucie jest dla nas korzystne, i przyjęcie euro to bardzo odległa perspektywa. Na przykład dla M.Morawieckiego taka perspektywa to 10-20 lat. Prezes PiS nie podał tak dokładnych ram czasowych, ale z podanych przez niego warunków (np. zbliżenie się do poziomu życia bogatszej część krajów UE) mogło wynikać, że jest to perspektywa jeszcze bardziej odległa. W takiej sytuacji jakakolwiek odpowiedź Polaków w referendum może politykom przysporzyć problemów. Oczywiście wiele będzie zależało od brzmienia pytania. Podsumowując, politycy PiS w swojej agendzie nie mają kwestii euro i, można odnieść takie wrażenie, nie są zainteresowani wciąganiem euro pod publiczną dyskusję z wielu powodów,  w tym i podanego poniżej. Zupełnie innym problemem dla obecnego rządu i PiS jest nasza polityka wobec, zaznaczmy  ze ewentualnej, szybszej integracji w ramach strefy euro.

Nie można wykluczyć sytuacji, że w najbliższych latach kraje strefy euro przyspieszą integrację,  a my pozostaniemy biernymi obserwatorami procesu. Jeżeli na to nałożą się niekorzystne dla nas zmiany geopolityczne poza UE, to może się nagle okazać, że zmieniamy zdanie. Stąd też pomysł z referendalnym pytaniem jest nietrafiony, bo może odebrać politykom PiS inicjatywę i moderowanie dyskusji w kwestii euro.

Odpowiedź obywateli w referendum jak to zwykle bywa, zależy od zadanego pytania. Przepraszam, ale nie mam przekonania, że prezydent Duda i politycy PiS dochowają najwyższej staranności, by pytanie pozwoliło poznać poglądy Polaków, a nie zamierzenia polityków PiS poprzez odpowiednio (tendencyjnie) sformułowane pytanie. Przykro mi przypomnieć, ale prezydent Duda w swojej kampanii wyborczej pozwoliło sobie na manipulowanie opinią publiczną w temacie euro. Mam się uzasadnione obawy, czy teraz dochowa stosownej rzetelności.

http://opinieekonomiczne.blox.pl/2015/04/Euro-oznacza-biede-jak-sugeruje-ADuda-Wplyw.html

Moje wątpliwości potwierdza wypowiedź prezydenta, że referendum pozwoli na uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy Polacy chcą mieć w konstytucji zapis o polskim złotym, czy zezwolenie na przyjęcie innej, obcej, waluty. Problem w tym, że zapis o polskim złotym nie ma sensu, bo przystępując do UE zdecydowaliśmy o przyjęciu euro, ale bez podania daty zamiany waluty. Ponadto, wspomniane wcześniej wypowiedzi czołowych polityków PiS jednoznacznie wskazywały, że gdzieś kiedyś euro przyjmiemy. Nie ma przy tym znaczenia czy opinie odzwierciedlały rzeczywiste poglądy polityków PiS, czy były jedynie medialną zagrywką.

Obawiam się, że prezydent nie ma jednoznacznego zdania ws euro i polityki Polski wobec ewentualnego pogłębiania integracji krajów strefy euro. A to źle, bo temat może się coraz częściej pojawiać w politycznych debatach na arenie krajowej i zagranicznej. Prezydent pochodzi z obozu politycznego, który jest przeciwko głębszej integracji strefy euro, szczególnie jeśli miałaby się ona odbywać kosztem marginalizacji w UE państw spoza strefy euro, w tym Polski.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Jak to z tym bezrobociem było.

2017_05_11_bezrobocie_i_PKB

Premier B.Szydło jak i min. M.Morawiecki chwalą się spadkiem bezrobocia i sugerują, że to zasługa obecnego rządu i jego polityki gospodarczej. Cóż, czasami wystarczy nałożyć na wykresie kilka kresek i słupków na siebie i w kilka chwil weryfikujemy medialne przechwałki. Niestety, wymienieni członkowie rządu się mylą, czy też niepotrzebnie wprowadzają opinie publiczną w błąd.

Na wielkości takie jak wzrost gospodarczy czy stopa bezrobocia, politycy mają niemal żaden wpływ w krótkim terminie (np. rok) i mocno ograniczony w średnim (2-3 lata). Na ogół obydwie wielkości są wypadkową kondycji gospodarki i naturalnej elastyczności podmiotów gospodarczych i gospodarstw domowych w dostosowaniu się do zmian i sygnałów rynkowych. Możemy mówić ewentualnie o wpływie polityków na gospodarkę w dłuższym terminie. Niemniej na ogół są to działania tworzące warunki do działania (ba, raczej utrzymywanie takich warunków), a nie decyzje o zwiększeniu produkcji czy zatrudnienia, bo ta sfera jest praktycznie poza zasięgiem polityków (decydentów).

Bynajmniej nie chodzi tu o przypisanie zasług politykom poprzedniej koalicji PO-PSL. Bo to, że politycy i urzędnicy pozwolą podmiotom gospodarczym normalnie działać i tworzą ku temu warunki, to żadna z ich strony łaska. To ich obowiązek.

Można dyskutować o wpływie 500+ na gospodarkę, ale ewentualna jego skala została już opisana przez ekonomistów. Tego typu działanie (skutki 500+) ma wpływ krótkoterminowy i na dodatek nie rekompensuje jak na razie pogorszenia w inwestycjach.

Spadkowy trend liczby bezrobotnych widoczny jest od trzech lat, czyli na dług przed przejęciem rządów przez PiS. Przełomowy był rok 2014, gdy na koniec liczba bezrobotnych była o 14% niższa niż w 2013 r. w kolejnych dwóch latach wynik się powtórzył. Oczywiście jak ktoś chce, można dorabiać jakąś teorię do przyspieszenia spadku pierwszych miesiącach 2017, ale dla kogoś kto analizuje takie zmiany, to wie że na zmianę dynamiki o 1-2 pkt. proc. trzeba patrzeć z dużym dystansem.

Nie mam nic przeciwko jeszcze silniejszemu spadkowi liczby bezrobotnych. Tylko że będzie to głównie zasługa kondycji gospodarczej jaką mamy od kilku lat i sprzyjających warunków zewnętrznych. Ewentualne decyzję rządowe mają tu mikroskopijne znaczenie (np. zmiana w CIT dla małych podmiotów).

komentarz do ilustracji: założony w I kw 2017 wzrost PKB na poziomie 3% jest hipotetyczny i służy jedynie uzupełnieniu wykresu.

PS. Oczywiście dokładna analiza spadku liczby bezrobotnych wymagałaby głębszego zbadania zjawiska i zmian regulacyjnych, ale na potrzeby opinii do wypowiedzi czołowych przedstawicieli rządu, zestawienie dwóch kresek i słupków PKB moim zdaniem absolutnie wystarczy.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz