Podwyżki najniższych emerytur wg PiS. Bezkosztowa waloryzacja.

W tym roku, już kilka razy, media obiegła informacja o pomyśle PiS na poprawę doli najbiedniejszych emerytów. Na razie jest to pomysł nieoficjalny i m.in. dlatego brak szczegółów. Obecnie emerytury (w dużym uproszczeniu) waloryzowane są wg zasady: inflacja + 20% realnego wzrostu wynagrodzeń w gospodarce. Zasada niegłupia, bo uwzględnia inflację i bierze pod uwagę wzrost wynagrodzeń w gospodarce. Mamy więc element ochrony emerytur przed niekorzystną zmianą cen, ale i korzystanie ze wzrostu gospodarczego. W tym roku waloryzacja wyniesie nominalnie ok. 3%, co wbrew pozorom nie jest mało. Średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło nominalnie o 5,5% w 2017 r.

Temat waloryzacji emerytur powraca co roku. To oczywiste, bo większość emerytur nie jest wysoka, a emeryci mają ograniczone możliwości tzw. dodatkowego dorobienia do emerytury. Tym razem PiS wpadł na pomysł by szybciej rosły najniższe emerytury. Przy czym szybszy wzrost niższych emerytur nie miałby być efektem zewnętrznego dofinansowania, a …..kosztem lepiej uposażonych emerytów. Idea jest taka by koszty waloryzacji po zmianie jej zasad nie były wyższe od obecnych. W efekcie, zmiana byłaby neutralna dla budżetu w porównaniu z obecnym rozwiązaniem waloryzacji. Inaczej mówiąc bogatsi finansują tych skromniej zarabiających. Wg medialnych przecieków, wyższe emerytury miałyby być waloryzowane tylko o inflację (lub inflację tzw. ‘emerycką’), a niższe o inflację + ‘coś’. To coś, po przeprowadzeniu szacunków, to śmiało 2 pkt. proc. powyżej inflacji.

Tylko czy ci z większymi emeryturami aby na pewno są bogaci? I czy na pewno mamy do czynienia z przejawem lewicowości, czy może raczej populizmu? Moim zdaniem to ostanie, plus polityczne cwaniactwo.

Załączam ilustrację z rozkładem m.in. emerytur za 2017 r. z raportu ZUS. Dominująca część emerytów (ok. 85%) nie przekracza świadczeniami 3000 zł m-cznie. Trudno więc mówić o bogatych emerytach w Polsce. Ograniczanie im waloryzacji do poziomu inflacji, by ratować tych z gorszymi emeryturami, wydaje się nieetyczne w czasach gdy państwo lekką ręką wydaje ponad 25 mld zł. rocznie.

Zróżnicowanie waloryzacji w grupie emerytów przenoszeniem na ich barki walki ze zróżnicowaniem dochodowym w tej grupie. Państwo przerzuca na ich barki to co do niego należy, a ponadto narusza zasadę nienaruszalności emerytur.  To nieuczciwe wobec osób, które dzięki zapobiegliwości i uporowi zdobyły dobrze płatny zawód, były elastyczne zawodowo by w jak największym stopniu uniknąć bezrobocia i rzetelnie płaciły składki.

Podwyżka emerytur to dla państwa wydatek rzędu 7 mld zł rocznie (średnia za ostatnie cztery lata). Można by więc, zamiast poprawiać niższe emerytury koszty wyższych, po prostu pomóc emerytom z najniższymi emeryturami środkami z innych źródeł. Zamiast wciskać kolejne pieniądze ludziom młodym lub w średnim wieku (chodzi o rodziny z dziećmi) w postaci politycznej łapówki 300+, te 1,5 mld zł (koszt 300+) należało przeznaczyć właśnie na poprawę warunków bytowania obywateli z najniższymi emeryturami. Niestety priorytety polityczne rządu są inne. Podobnie było z niepełnosprawnymi.

Idea ratowania biedniejszych emerytów kosztem tzw. bogatszych  miałaby sens w przypadku przedłużających się problemów ekonomicznych. Ale tak nie jest. To kwestia priorytetów. PiS uznał że finansowa nonszalancja w postaci 500+ i 300+ jest politycznie bardziej opłacalna i biedniejsi (przepraszam za to niezbyt miłe określenie) emeryci na liście politycznych i społecznych priorytetów są niżej niż rodziny z dziećmi. Przypomnę, że 500+ kosztuje na ok. 24 mld zł, a 300+ ok. 1,5 mld zł. Rząd jest dumny, że rodziny za 500+ jeżdżą nad morze i kupują używane samochody, a gorzej zarabiający emeryci (np. 1000 zł) mają zamiast – przykładowo – podwyżki rocznej o 30 zł dostać 60 zł. Czyli rocznie, łącznie, ponad 350 zł.

‘Bezkosztowa’ dla finansów państwa poprawa losu biedniejszych emerytów jest po prostu nieetyczna. Dodatkowo jest kolejnym pomysłem zmierzającym do złamania zasady nienaruszalności emerytur, bo zróżnicowanie zasad waloryzacji tak odbieram. Mam nadzieję, że rząd nie wcieli pomysłu w życie w takiej postaci.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Proponuje przestać rozgrzeszać klientów Amber Gold.

Reprezentacji społeczeństwa, posłowie, mają pełne prawo badać afery lub domniemane afery. Na podstawie dotychczasowych doświadczeń można powiedzieć, że skuteczność  komisji sejmowych (w wyjaśnianiu)  jest raczej ograniczona. Komisje ds wyjaśniania afer mają na ogół cel polityczny i w efekcie niewiele wyjaśniają. Powiększają jedynie zamieszanie. Determinacja obecnej większości parlamentarnej w wyjaśnianiu przyczyn afery Amber Gold, też wygląda cokolwiek pokracznie i nieszczerze. Jak na razie udziału polityków w aferze raczej nie udało się udowodnić. Nie ma co jednak ukrywać, że Amber Gold funkcjonował za długo m.in. z powodu opieszałości sądów itd.

Funkcjonowanie komisji ds. Amber Gold nie ma również sensu dlatego, że rządząca większość ma rękach wszelakie służby i sądy. Jak na razie żadna z tych służb nie potrafi dostarczyć wiarygodnego materiału, który tą sensacją mógłby być.

Jedną z rzeczy, która mnie nieco drażni, jest brak krytyki pod adresem dawnych klientów Amber Gold i przypominania, że ludzie mają wolność wyboru, podejmowania ryzyka i robienia rzeczy sprzecznych z jakimkolwiek rozsądkiem. Mamy chyba prawo chyba jednak czegoś od ludzi wymagać. Biorąc pod uwagę liczbę klientów i kwoty jakie wpłacano, możne powiedzieć, że większość musiała mieć świadomość podejmowanego ryzyka.

Zwracam uwagę na lekkomyślność wielu klientów Amber Gold itd., bo afery finansowe będą wybuchały tak długo jak długo będą chętni by zaryzykować pieniądze. A przykład krajów z o wiele dłuższą historią demokracji, wolności i gospodarki wolnorynkowej wskazuję, że chętni będą zawsze.

Sporo czasu spędzam przeglądając różnego rodzaju media. Nawet, jeśli jest okazja, to i tzw. kolorową prasę z plotkami, poradami kuchennymi itd. I nawet w tego typu mediach trudno było trafić na reklamy Amber Gold. Dominująca część wszelakich poradników dotyczących lokowania oszczędności skupia się na bankach, biurach maklerskich, TFI, obligacjach itd. Czyli standard. Niemal zawsze w kącikach finansowych porad jest mowa o bezpieczeństwie i unikaniu lokowania w instytucjach nieznanych, nie objętych kontrolą KNF czy zwrotem środków zapewnionym przez BFG itd. Oczywiście tu należy wstawić jedno ‘ale’. Amber Gold istniał na tyle długo, że część klientów mijając jego placówki, mogła uwierzyć, iż ma do czynienia z instytucją godną zaufania. Do tego przykład zadowolonych z usług Amber Gold znajomych i bliskich. Czy to jednak wystarczające usprawiedliwienie?

Poszkodowani w tego typu aferach dość często zasłaniają się niewiedzą. I zaczynam mieć coraz większe wątpliwości czy brak zainteresowania funkcjonowaniem świata jak nas otacza jest dobrą linią obrony. Otaczający nas świat jest skomplikowany, ale nie na tyle być go nie pojmować czy nie rozumieć. Wydaje się, że elementarna wiedza o zasadach lokowania oszczędności (i bezpieczeństwie) powinna być jednak od ludzi wymagana. Jeżeli ktoś nie ogląda tv, nie słucha radia, nie czyta gazet, nie zagląda do internetu, to …cóż, sam sobie szkodzi. Są jeszcze znajomi,  sąsiedzi, rodzina.

Ludzie mijający placówki Amber Gold i znający ofertę spółki musieli zauważyć, że ta firma finansowa mocno odbiega od otaczających nas placówek bankowych.

To co zawsze mnie dziwi, to uleganie pokusie ponadprzeciętnej stopy zwrotu. Dokładnie na ten ‘haczyk’ łapał klientów Amber Gold. Klientów Amber Gold doprawdy nie zastanowiło dlaczego wszystkie banki dookoła proponują radykalnie mniejszy ‘procent’? Podobnie obligacje skarbu państwa. To trochę tak jakby kupić samochód za 50% ceny rynkowej od gościa który zapewnia, że to okazja a stan techniczny nie ustępuje średniej rynkowej, a nawet jest lepszy. I to nie wzbudza żadnego podejrzenia?

Co ciekawe, pole do szaleństwa daje oferta TFI, biur maklerskich itd. Wcale nie jest trudno uzyskać na instrumentach oferowanych przez te instytucje ‘procent’ przewyższający zyski z lokat bankowych czy obligacji. Niemniej i w tych instytucjach nikt nie oferował gwarantowanego zysku na poziomie 10%. Na to też klienci Amber Gold nie zwrócili uwagi?? A może część z nich zgubiła zwykła, przepraszam, ..pazerność?

Za każdym razem też, czyli po każdej aferze finansowej, przed kamerami stają klienci bankruta wypowiadając zdanie: straciłam/em oszczędności życia. Przepraszam, ale to zdanie zaczyna mnie już drażnić. Bo nie daje się wszystkich oszczędności do jednej instytucji. Jeżeli już, to po dogłębnym sprawdzeniu informacji.

Nikt z premedytacja nie traci pieniędzy. Klienci Amber Gold wierzyli, że dostaną pieniądze  z powrotem wraz z odsetkami. Nie widzę jednak powodu by nie ganić ich za brak roztropności. Przypominam, głównym powodem tego typu afer są ludzie z ich brzydką skłonnością do szukania ponadprzeciętnych zysków. Po drugiej stronie zawsze znajdzie się ‘przedsiębiorca’, który będzie to chciał wykorzystać.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Bezwarunkowy dochód podstawowy. Ekonomiczna mrzonka.

Temat bezwarunkowego dochodu
podstawowego powoli staje się coraz bardziej znany w Polsce. Temat popularyzują,
kojarzeni z lewicą, sympatycy dochodu podstawowego. Coraz częściej też media
krajowe informują o inicjatywach i eksperymentach z dochodem gwarantowanym (bo
i tak jest nazywany) przeprowadzanych w różnych częściach świata.

Do wpisu na blogu popchnął mnie
artykuł Macieja Szlindera udostępniony na gazeta.pl. Tytuł: Szlinder: 1000 plus to nie utopia. Dochód podstawowy zachęca do pracy i da się go sfinansować. Pełny link do artykułu podaje na końcu.

Sam siebie zaliczam do
ekonomistów stojących twardo na ziemi, czego nie mogę powiedzieć o osobach
propagujących dochód podstawowy. Wiem, że stygmatyzowanie kogoś za jego poglądy
może być źle postrzegane, ale popularyzatorzy dochodu gwarantowanego nadmiernie
korzystają z manipulacji i świadomie unikają dokładnych wyliczeń. Więcej w tym
filozofowania niż ekonomii.

Idea dochodu podstawowego jest
szczytna: każdy z nas ma dostawać co miesiąc i bezwarunkowo stałą kwotę, co ma
nam dać poczucie bezpieczeństwa i możliwość chociaż częściowego kształtowania
własnego życia bez ekonomicznego przymusu. Brzmi super. Ale tylko brzmi. Temat
dochodu gwarantowanego jest szeroki, więc ja się tylko ograniczę do głównych myśli
zawartych w tekście autora.

 „Bezwarunkowy dochód podstawowy
nie tylko ludzi nie rozleniwia, ale też powoduje, że stają się bardziej aktywni
ekonomicznie i pracują więcej”.

W tekście jest przykład testu na
uczestnikach wykładu ws reakcji na otrzymywanie 1000 zł. Uczestnicy
stwierdzili, że dochód do pracy ich nie zniechęci. I to miał być dowód, że
dochód podstawowy nie będzie destrukcyjny dla rynku pracy. Tylko, że….oparł się
na przykładzie relatywnie małego dochodu. I tu pojawia się jedną z najważniejszych
pytań do zwolenników dochodu gwarantowanego: to ma być faktycznie dochód
gwarantujący bezpieczeństwo, czy inna forma pomocy społecznej? Pytanie bardzo
ważne, bo wszystkie przeprowadzane do tej pory eksperymenty w obszarze dochodu
gwarantowanego dotyczą kwot porównywalnych z kwotą odpowiadającą minimum egzystencji
lub podobnym kwotom. I to, że większość z nas mimo otrzymywania  1 tys. zł. pójdzie do pracy nie jest żadnym
odkryciem.

M.Szlinder podał też m.in. przykład
z Indii (ten przykład dość często jest w Polsce przytaczany). Przykład który
nijak do nas nie pasuje i dotyczy czego innego. Otóż mieszkańcy kilku wsi dostali
‘bezwarunkowe’ pieniądze. Mieli za nie tworzyć i rozwijać miejsca pracy, dostęp
do edukacji budować sanitariaty itd. Tylko, że u nas jest dostęp do edukacji (a
nawet obowiązek), sanitariaty, a eksperymenty z tworzeniem miejsc pracy,
szkoleniami  i wsparciem z Funduszu Pracy
na założenie własnej działalności dają dość mieszane rezultaty. W Indiach chodziło
raczej o szukanie sposobu na pomoc dla rejonów totalnie cywilizacyjnie
zapóźnionych, gdzie państwo ze swoimi instytucjami do tej pory w ogóle nie
docierało.

Kłam braku destrukcyjnego wpływu
łatwo otrzymanych pieniędzy na chęć do pracy zadają skutki 500+. Wyniki badań
BAEL (dostępne m.in. na stronach GUS) podają, że z rynku odeszło między 50 tys.
 a 100 tys. kobiet po wprowadzeniu 500+.
I to kobiet w najlepszym wieku produkcyjnym.

„….większa liczba osób obecnie nieaktywnych zawodowo uznała, że dzięki
temu świadczeniu mogłaby rozpocząć własną drobną działalność gospodarczą.
Zgodnie z wynikami tej ankiety podaż pracy nie spadłaby, ale by wzrosła.”
Takie
wyniki i wnioski M.Szlinder wysnuł z ankiety przeprowadzonej w Hiszpanii.

Wątpliwe, czy wręcz nierealne. Ponadto
M.Szlinder oparł się na deklaracjach, a nie faktach. W Polsce konkurencja jest
już tak duża, że nie jest łatwo tworzyć kolejne małe firmy. Bezrobotni
dostawali swego czasu różne dofinansowania, a państwo oferuje szereg bodźców
finansowych i niestety eksplozji firm nie ma, bo nie może być. Problem można
zresztą odwrócić. Po co dawać 1 tys. zł, skoro można zmniejszyć lub zrezygnować
z popierania podatków o podobną kwotę? Tylko, że to byłoby nie lewicowe, tak ?

„więcej bezwarunkowy dochód podstawowy w tej grupie (MŻ: chodzi o
ludzi młodych) miałby również walor
emancypujący młodych. Umożliwiałby im bowiem wybranie własnej drogi życiowej,
np. kształcenie się bez konieczności zarabiania i bez skazania na zależność
finansową od rodziców”.

Młodzież może kształcić się i
teraz. Już teraz też mamy problem kształcenia się na kierunkach niedających
gwarancji zatrudniania. Produkujemy tysiące sfrustrowanych studentów, którzy
kończą studia z wysokim mniemaniem o sobie przy jednoczesnym braku miejsc
pracy. Nie mam nic przeciwko powiększaniu wiedzy itd. Nie sądzę jednak by
państwo miało to bezwarunkowo finansować. To po prostu strata pieniędzy. Nie ma
co ukrywać, że wybierając tzw. własną drogę życiową, musimy brać pod uwagę to
kogo na rynku szukają, a niekoniecznie to co chcielibyśmy robić. A finansowanie
wyższych potrzeb intelektualnych?? Nie sądzę, żeby to miał być problem państwa.

No i finansowanie dochodu
gwarantowanego czy podstawowego, jak kto chce.

To temat budzący, co zrozumiałe,
największą ciekawość, bo mowa o setkach mld zł rocznie. I tu przeżywam za
każdym razem największe rozczarowanie, bo zwolennicy bezwarunkowego dochodu
piszą o tym dosyć ogólnie lub wcale. M.Szlinder wybrał pierwszą wersję. Ogólnie,
oznacza wybranie kilku informacji, stwarzających pozory naukowości i wyliczenia
wszystkiego do złotówki.

Wiemy ilu jest dorosłych Polaków,
jaki jest finansowy wymiar finansów publicznych itd. Skoro wg M.Szlindera
dochód w wysokości 1 tys. miałby dostać każdy dorosły co miesiąc, to robi się
nam kwota rocznych wydatków rzędu…….360 mld zł. Ups. Skąd pieniądze? M.Szlinder
proponuje podnieść wpływy publiczne do poziomu jak we Francji. Wpływy publiczne
Francji w relacji do PKB to 54%. Polskie: 40% (dane Eurostat za 2017 r.). Każdy
z dorosłych (liczyłem osoby 20+) musiałby wpłacić niemal 800 zł miesięcznie.
Jeżeli wpływy miałyby wygenerować tylko osoby pracujące, to stawka rośnie
niemal dwukrotnie.

Niestety dodatkowe obciążenie się
do poziomu ‘jak we Francji’ dałoby tylko ok. 280 mld zł. Do 360 brakuje więc
jeszcze 80 mld. I tu okazuje się, że wprowadzenie dochodu gwarantowanego
polegałoby częściowo na zmianie ……nazewnictwa m.in. emerytur. Całość lub część
emerytury to byłaby właśnie część gwarantowana. Niestety nie rozumiem jak
miałoby to wyglądać w przypadku osób pracujących. Wg niektórych teorii, otrzymywane
wynagrodzenie w część byłoby gwarantowane. Tak też wynika z tekstu M.Szlindera.
Po co ta zabawa? Nie wiem.

W ramach szukania finansowania na
dochód gwarantowany/podstawowy, pada w końcu i taka rozbrajająca propozycja:

„deficyt budżetowy – stanowczo zbyt demonizowany w dzisiejszych mediach
i ekonomii głównego nurtu. Jest on bowiem normalnym narzędziem polityki
gospodarczej, bardzo użytecznym z perspektywy rozkręcania koniunktury.”

Otóż deficyt nie jest kwestią
demonizowania a odpowiedzialności za stan finansów publicznych. Nie ma co
zwiększać deficytu na finansowanie dochodu gwarantowanego, bo Polska od lat ma
z deficytem problem. W okresie ostatnich kilkunastu lat, średni deficyt w
relacji do PKB wyniósł ok. 4%. To dużo. W niektórych, trudnych gospodarczo
latach, deficyt sięgał 6% i 7%. To bardzo niebezpieczne wielkości. Gdyby go
zwiększać, to kłopoty mamy gotowe. Ciekaw jestem czy twórcy teorii z dochodem
gwarantowanych, deficytem w ogóle się przejmowali do tej i w ogóle wykazali nim
zainteresowanie.

Ciekaw jestem, gdzie w tym
wszystkim jest miejsce na, na przykład, wzrost nakładów na służbę zdrowia.
Swobody w wymyślaniu wydatków, przy braku krępowanie się finansami publicznymi,
możne lewicowym myślicielom pozadrościć.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23636784,1000-plus-to-nie-utopia-dochod-podstawowy-zacheca-do-pracy.html

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | 2 komentarze

Porównywanie dochodów Lewandowskiego z wynagrodzeniem ratownika medycznego to tani populizm.

Astronomiczne wręcz dochody najlepszych piłkarzy budzą, obok emocji, szereg sprzecznych komentarzy i refleksji. To co wielu z nas najbardziej razi  lub szokuje, to poziom wynagrodzeń.  Natknąłem się dzisiaj na opinie Kamila Fejfera z portalu Oko.press. K.Fejfer na portalu przedstawiany jest m.in.  jako: analityk nierówności społecznych i rynku pracy.

Główne myśli autora o niezdrowo i nieetycznie dużym wynagrodzeniu piłkarzy (na przykładzie Lewandowskiego) , to:

„Lewandowski zarabia dziennie więcej niż ratownik medyczny przez sześć lat. To głupie i chore.”

„Dzisiaj wysokie zarobki piłkarzy wydają nam się oczywiste. Ale nie było tak zawsze.”

„Czy kopanie piłki, nawet na bardzo wysokim poziomie, uzasadnia wielomilionowe gaże gwiazd futbolu?”

„Chodzi o rozmytą kategorię społecznej użyteczności.”

„coś jest nie tak, kiedy młodzi chłopcy i mężczyźni kopiący piłkę zarabiają w jeden sezon kilkadziesiąt razy więcej niż ratownicy medyczni przez całą swoją karierę, podczas której każdy ratuje po kilka tysięcy ludzi.”

„Twierdzę jednak, że jeśli wycenia ona kilkaset razy wyżej kopanie piłki od ratowania ludzkiego życia, to jest ona poje*ana.”

Link na pełny tekst autora załączam na końcu.

Od razu zwrócę uwagę, że poza śmiałą, bezkompromisową krytyką i odważnym wyrażeniem wątpliwości co do zasadności wysokich wynagrodzeń piłkarzy, czytelnik nie znajdzie w tekście K.Fejfera recepty  na to jak piłkarze powinni być opłacani, opodatkowani itd. Szkoda. Bo warto po wyrażeniu wątpliwości, coś zaproponować.

Cóż, faktycznie wynagrodzenia piłkarzy są niesamowicie wysokie. Ja też mam wiele wątpliwości i pytań. I nie ma się co tego bać, wstydzić itd. Jeżeli jednak zaczynamy swoje wątpliwości upubliczniać, to warto zadbać o pewną dyscyplinę w swojej argumentacji i wnioski.

Porównanie ratownika medycznego z topowym piłkarzem jest manipulacją. Przede wszystkim porównujemy ludzi z różnej części krzywej rozkładu wynagrodzeń z danej branży. Lewandowski to czołówka piłkarska. W takim razie powinniśmy go porównywać z czołowymi sławami szeroko rozumianego świata służby zdrowia. Może więc z jakimś profesorem medycyny, a może z naukowcem zarabiającym krocie za swoje odkrycia i dokonania.

Porównywanie Lewandowskiego z człowiekiem ratującym ludzkie życie, to raczej słaby chwyt emocjonalny. Forma szantażu. Cóż, wielu ludzi może zostać ratownikami, natomiast ledwie margines facetów zajmujących się piłką nożną, osiąga to co Lewandowski.

Zbyt niskie wynagrodzenie ratowników medycznych nie jest konsekwencją utraty funduszu płac na rzecz Lewandowskiego. Mamy w Polsce zbyt niskie nakłady publiczne na służbę zdrowia, m.in. z powodu małej składki zdrowotnej. Problem więc nie w Lewandowskim, a w społeczeństwie, które nie chce słyszeć o dodatkowym obciążeniu na rzecz służby zdrowia. Tu raczej należałoby zdać pytanie, dlaczego publicyści lewicowi unikają zwracania na to uwagi obywatelom. Czyżby obawa o medialną popularność?

Śmiałe pozornie jest porównywanie profesji piłkarza  i ratownika medycznego przez pryzmat użyteczności społecznej. Kto ma wyceniać tą użyteczność? Mieliśmy już czasy, gdy w kategorii użyteczności rzekomo najlepsi byli robotnicy i rolnicy. Apelowałbym w takim razie o odwagę i podanie rankingu użyteczności oraz propozycji wynagrodzeń.

W gospodarce wolnorynkowej kwestie użyteczności reguluje rynek. Najlepsi piłkarze zarabiają krocie, ponieważ zapewniają wysokiej jakości sportowe widowisko, które oglądają tysiące ludzi na trybunach i miliony przed telewizorami. Jeżeli tylko umiejętności piłkarskie Lewandowskiego spadną, to trafi natychmiast na ławkę rezerwowych lub do gorszego klubu. W ten sposób dochodzimy do ryzyka zawodowego piłkarza i talentu. Piłkarzy zarabiających krocie jest garstka. Żeby te krocie zdobyć trzeba ciężko fizycznie pracować i mieć talent oraz stale rywalizować z innymi. Przypominam też, że tam gdzie działalność rynku jest ograniczona (usługi zdrowotne), obywatele mogą z podatków zapewnić wyższe wynagrodzenia ratownikom medycznym. Jak na razie nie chcą.

Szantażowanie argumentem ratowania życia też jest słabe. Ile w takim razie ma zarabiać żołnierz za gotowość narażania własnego życia. Jaką krotność wynagrodzenia ratownika medycznego?? Ile płacić artystom za występy? Może Maryla Rodowicz powinna zarabiać miesięcznie tylko średnią krajową? Jaka jest użyteczność społeczna jej działalności? Czy jej działalność ratuje życie? A może autorom poczytnych książek też powinniśmy zabierać pieniądze. No bo siedzi taki jeden z drugim w domu i żyje z wymyślania historyjek. To etyczne??

Odnoszenie się do wynagrodzenia piłkarzy sprzed kilkudziesięciu lat też ma niewielki sens. Zmienił się rynek i mamy medialną globalizację. To tak trudno zrozumieć?

K.Fejfer poruszył kwestię,  w której nie potrafił niczego zaproponować. Jest wiele zawodów, profesji czy sposobów na zarabianie na życie, które dają szokujące wynagrodzenia. Jeżeli uważamy, że należy takich szczęściarzy zmusić do dzielenia się ze społeczeństwem na zasadach innych niż obecne, to wg jakich reguł? Lewandowski podlega prawu podatkowemu jak my wszyscy. Mamy zaostrzyć skalę podatkową, żeby odbierać nieprzyzwoicie bogatym? Czy też mamy tworzyć odrębne podatki dla sportowców, celebrytów itd.? Już samo opodatkowanie sportowców wzbudza spory, bo bywa, że funkcjonuję na zasadzie działalności gospodarczej, a więc wymykają się skali podatkowej z PIT. Czołowi piłkarze bardzo łatwo mogą działalność przenosić poza Polską lub po prostu się wyprowadzić. I co wtedy?

Nie jestem przeciwny redystrybucji by opłacić pracowników sektora publicznego. Tylko do jakiego stopnia i na jakich zasadach mamy to robić? Jestem zwolennikiem przywrócenia w Polsce trzeciej stawki podatkowej, ale wiara, że w ten sposób ograniczymy dochody Lewandowskiego do poziomu uzasadnionego tzw. użytecznością jest iluzoryczna.

Po prostu sugeruję publicystom o skłonnościach lewicowych, by ich odwaga nie kończyła się tylko na publicznym prezentowaniu dezaprobaty wobec wynagrodzenia Lewandowskiego i jemu podobnych. 

 

Link na omawiany artykuł.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23601745,fejfer-lewy-zarabia-dziennie-wiecej-niz-ratownik-medyczny.html#MT2

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | Dodaj komentarz

Gospodarka w propozycjach referendalnych prezydenta.

Prezydent jak zapowiedział, tak zrobił i zaproponował pytania referendalne ws. kierunków zmian w konstytucji. Pytań jest 15. Kwestii ekonomicznych, czy raczej społecznych, bezpośrednio dotyczy 5 pytań o numerach : 5, 6,  10, 12, 14.

Brzmią następująco:

5. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?

6. Czy jest Pani/Pan za zagwarantowaniem w Konstytucji RP szczególnej ochrony prawa do emerytury dla kobiet od 60 roku życia, a dla mężczyzn od 65 roku życia?

10. Czy jest Pani/Pan za zagwarantowaniem w Konstytucji RP szczególnej ochrony polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski?

12. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjną ochroną pracy, jako fundamentu społecznej gospodarki rynkowej?

14. Czy jest Pani/Pan za przyznaniem w Konstytucji RP gwarancji szczególnej opieki zdrowotnej kobietom ciężarnym, dzieciom, osobom niepełnosprawnym i w podeszłym wieku?

Nie oczekiwałem wiele po propozycjach prezydenta. Przeciwnie, już z medialnych zapowiedzi wiadomo było, że również w pytaniach dotyczących sfery ekonomicznej przeważać będą te o populistycznym wydźwięku. Pytania miłe uchu wyborców lub bez większego znaczenia. Nie myliłem się. Śmiało można powiedzieć, że prezydent nawet nie zaryzykował podniesienia kwestii budzących ekonomiczne spory lub społeczny sprzeciw. Niestety, dwa z przytoczonych pytań (5 i 6), to ewidentny populizmy w rozmiarze niebezpiecznym ekonomicznie. Pomijając szczegółowe odniesienia/przykłady w pytaniach 5 i 6, praktycznie wszystkie mają już pokrycie w tekście obecnej konstytucji. Różnice są głównie w brzmieniu.

Punkt 5. Opieka i wsparcie dla rodziny są w obecnej konstytucji już wymienione. Nowością jest natomiast nawiązanie do ‘dorobku’ tzw. dobrej zmiany, czyli programu 500+. Prezydent sugeruje jego zakotwiczenie w konstytucji. To pomysł bardzo niebezpieczny i nierozsądny. Program jest zbyt dużym obciążeniem dla finansów publicznych i w znacznym stopniu skierowany do rodzin, które wsparcia nie potrzebują.

Precyzyjne określenie wsparcia nie powinno być w konstytucji określane. Za każdym razem powinna to być decyzja polityków wyrażana w ustawach i determinowana możliwościami finansów publicznych. A te, jak wiemy z doświadczeń, są zmienne.

Punkt 6. To drugi, po pkt. 5. Nierozsądny i niebezpieczny pomysł. Wydłuża się nasze życie i w pewnym stopniu wydłużeniu powinien ulegać okres pracy. Jeżeli prezydent nie jest zwolennikiem wydłużania okresu pracy, to powinien był zaproponować odpowiednie przymusowe podniesienie składek ZUS, by zrekompensować obniżenie wieku emerytalnego, lub wskazać inną formę ratowania finansów systemu emerytalnego. Niestety zabrakło pomysłów i odwagi. Szkoda. Propozycja zapisania wieku 60/65 w konstytucji to zwykły populizm.  

Punkt 10. Szczególne traktowanie rolnictwa (tzn. gospodarstwa rolnego) jest już w konstytucji zapewnione. Co prezydent rozumienie przez bezpieczeństwo żywnościowe?? Nie wiem. Nie mamy problemu z produkcją na własne potrzeby. Przeciwnie. Wytwarzamy nadwyżki, którymi w postaci płodów rolnych (warzywa, owoce) lub przetworzonej żywności zalewamy kraje UE. Tego typu zapis jest zbyteczny, co nie zmienia faktu, że zapewne bardzo się spodoba rolnikom.

Punkt 12. Praca, związki zawodowe i prawo do strajków są w obecnej konstytucji ujęte w wystarczającym stopniu. Społeczna gospodarka rynkowa, notabene wymieniona w obecnej konstytucji, bez pracy istnieć nie może.

Punkt 14. Opieka zdrowotna jest w konstytucji zagwarantowana. Jej dostępność to oczywiście odrębna kwestia. Wyodrębnianie kobiet w ciąży wydaje się bezcelowe, ponieważ już obecnie są one otoczone ponadprzeciętną opieką. Bez zapisów konstytucyjnych zwiększane są w NFZ nakłady na opiekę i leczenie osób starszych. Rząd dysponuje dodatkowymi środkami, ale wydał je na 500+ i 300+, a prezydent podpisem wydatki zatwierdził. Jak więc widać, priorytety prezydenta są nieco inne niż sugestie w pytaniach.

Już jako cyniczną oceniam wzmiankę o niepełnosprawnych. Reakcja prezydenta i macierzystego obozu politycznego prezydenta na sejmowy protest niepełnosprawnych wzbudziła spore rozczarowanie. Konstytucja wymienia troskę o niepełnosprawnych w art. 68 i 69 dokładnie w takim stopniu jak sugestia zawarta w pytaniu.

Ciekawostką jest brak propozycji dotyczących nakładów na służbę zdrowia. Czyżby dlatego, że taki zapis ograniczałby wydatki na prezenty typu 500+ i 300+?? Ciekawe.

Podsumowując, pytania ekonomiczne są niezwykle ogólne. Poza sugestią zapisania praw nabytych (np. 500+) i wieku emerytalnego 60/65 w konstytucji, pozostałe propozycje (sugerujące je pytania) odnoszą się do popularnych w społeczeństwie potrzeb i są już w konstytucji zapisane.

Wśród pytań ekonomicznych brak kwestii trudnych. Przykładowo, nie ma nic o bezpieczeństwie finansów publicznych, gwarancji działania wolnego rynku czy o prawach przedsiębiorców.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Danina solidarnościowa. Przywracamy trzecią stawkę PIT.

Trzeba przyznać, że rząd PiS ma jakiś nieprawdopodobny dar robienia
rzeczy dziwnych
również w gospodarce. Danina solidarnościowa to jakiś
ekonomiczny dziwoląg. Efekt szukania rozwiązania kryzysu dotyczącego protestujących
rodzin niepełnosprawnych, ale i dość sprytne
politycznie i ekonomicznie rozwiązanie
.

Danina ma się składać z dodatkowego
opodatkowania osób o wynagrodzeniach ponad 1 mln zł rocznie i środków z
Funduszu Pracy na który też opodatkowujemy nasze wynagrodzenia.

PiS nie chce się przyznać do
podnoszenia podatków, więc podniesienie opodatkowania
nazywa daniną
. Obciążenie najbogatszych wytrąca oręż opozycji i utrudnia
obroną podatników. Mało który polityk opozycji
odważy się na obronę bogatych, bo to może być gwóźdź do politycznej trumny
.

Fundusz z obciążenia bogatych i ze środków z Funduszu Pracy ma uzyskać ok. 2 mld zł rocznie. Te
środki mają być przeznaczone m.in. pomoc dla niepełnosprawnych i ich rodzin.
Ale nie ma to być oczekiwane przez strajkujących 500 zł, bo rząd wymyślił, że
priorytety będą ustalane przez rząd i przeróżne organizacje. Krótko mówiąc, pod pozorem pomocy niepełnosprawnym rząd
wygenerował ponad 1 mld zł
(obciążenie bogatych), o przeznaczeniu których w
dużym stopniu sam będzie decydował. Niepełnosprawni
zostali tu trochę wykorzystanie na podreperowanie budżetu
. Naprawdę
sprytne.

To dyskretne wprowadzenie
trzeciego progu, to wycofanie się częściowe z rezygnacji z trzeciego progu
podatkowego za poprzednich rządów PiS. Inaczej mówiąc, dyskretnie przywracamy
trzeci próg. Sam uważam, że nasz PIT jest zbyt korzystny dla osób dobrze
zarabiających, ale wolałbym żebyśmy o tym mówili otwarcie i uczciwie. Politycy PiS
chyba bardzo wstydzą się decyzji o rezygnacji z trzeciego progu przed laty.

Pomysł rządu powinien sprowokować
nas do powrotu do dyskusji nad Funduszem
Pracy
. Od lat ekonomiści zwracają uwagę, że FP ma za dużo środków i albo
powinniśmy składkę na FP zmniejszyć, albo sprecyzować do czego ma służyć.
Politycy zaczęli przed laty podbierać pieniądze z FP na różne cele, wcale lub w
niewielkim stopniu związane z rynkiem pracy, bezrobociem itd. Obecny rząd
obiecał już dopłaty z … FP, do oszczędzania na emeryturę w ramach PPK.

Pomysł z daniną solidarnościową to
też kolejny sygnał, że pieniądze do rozdawania powoli się kończą i trzeba
szukać nowych źródeł budżetowych przychodów. 

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Nakłady inwestycyjne w relacji do PKB. Polska w końcówce.

 

Eurostat zaprezentował nakłady inwestycyjne w relacji do PKB państw członkowskich oraz kilku innych z UE politycznie lub gospodarczo związanych. Polska wygląda źle w tym zestawieniu za ostatnie dwa lata. Za nami tylko kilka państw. W tym Grecja, która przeżywa kłopoty gospodarcze i kraje mające problemy w rozkręceniem gospodarki lub z dużym udziałem usług (Wielka Brytania i Luksemburg). Krótko mówiąc, jesteśmy na szarym końcu.

Są różne teorie mówiące o tym jak musi być minimalna stopa inwestycji by kraj się rozwijał. Przypomnę, że stopa inwestycji to relacja nakładów inwestycyjnych do PKB. Rozsądne minimum to 20%. Niemniej w opracowaniach naukowych można spotkać przedział 20%-25%. Stopa inwestycji bliska górnej granica jest spotykana w krajach tzw. rozwijających się jak na przykład Łotwa i Estonia. W przypadku krajów tzw. rozwiniętych (np. kraje Europy Zachodniej) stopa inwestycji na poziomie 25% i wyższym może już być świadectwem patologii i przeinwestowania. Tutaj świetnym przykładem może być Hiszpania w latach 2006-2008.

Proponuje przyjąć, że stopa inwestycji  w przedziale 20% – 22% byłaby dla nas optymalna. Na przykład niemiecka stopa inwestycji oscylowała wokół 20,5% plus minus 1 p.p.

Oczywiście nie chodzi o to by inwestować na siłę i traktować stopę inwestycji jako sztukę dla sztuki. Inwestycje muszę byś trafione rynkowo i przyczyniać się do dalszego rozwoju gospodarczego kraju. Niestety tutaj rola państwa jest dość ograniczona i często udział państwa nie jest byt pożądany. Nie neguje roli państwa w inwestycjach, a zwracam tylko uwagę, że państwo w szerszych zakresie w inwestycjach niekoniecznie się sprawdza na co mamy wystarczająco dużo przykładów nie tylko w naszej części świata.

Na wykresie przedstawiłem stopę inwestycji na te mediany dla UE i wartości dla 3 i 1 kwartyla. Takie ujęcie wydaje mi się bardzo reprezentatywne dla zilustrowania problemu. Odciąłem w ten sposób 25% najwyższych i 25% najniższych wskazań. Nie ma co ukrywać, że Polska poza okresami ożywienia gospodarczego ma poważny problem z utrzymaniem odpowiednio wysokiej stopy inwestycji. Zwolennikom silniejszego opodatkowania podmiotów gospodarczych zwrócę uwagę, że w przypadku krajów takich ja nasz, nadmierne obciążenia podatkowe nie zachęcają do inwestycji.

Od dwóch lat nasza stopa inwestycji jest niepokojąco niska. Nie powinniśmy tkwić w przedziale 17,5%-18% zbyt długo , bo to się na nas może negatywnie odbić w bliskiej przyszłości. Obecnie mamy rekordowe wykorzystanie mocy produkcyjnych i słabe inwestycje, co powinno budzić niepokój.

Niestety stopa inwestycji nie jest czołowym tematem debaty ekonomicznej w Polsce. Zapewne dlatego, że rząd nie ma powodów do zadowolenie w tym obszarze. Z drugiej strony, dla opinii publicznej temat stopy inwestycji i jej znaczenie jest po prostu niezrozumiały.

Powodów tak słabego wyniku w inwestycjach jest kilka. Wyhamowały inwestycje w sektorach zdominowanych przez spółki skarbu państwa itp.  (czynnik polityczny). Niepewność sytuacji gospodarczej i politycznej spowodowała spowolnienie tempa inwestycji w sektorze prywatnym. Kolejnym problemem jest uzależnienie inwestycji w Polsce od napływu funduszy unijnych. Moglibyśmy się częściowo od tego uniezależnić, ale wymagałoby to aktywnej i rozsądnej roli państwa w gospodarce, a co za tym idzie, zapanowania nad finansami publicznymi. Niestety politycy chętniej wydają pieniądze na prezenty dla społeczeństwa niż zapewniają środki z budżetu czy spółek skarbu państwa na inwestycje, w tym inwestycje w infrastrukturę w okresie zmniejszenia napływu funduszy unijnych.

Poziom stopy inwestycji z lat 2016-2017 jest zbyt niska. Niestety poza czekaniem na fundusze unijne i aktywność sektora prywatnego nie mamy żadnej koncepcji. Ogłaszane co chwile plany wspierania inwestycji mają z natury rzeczy ograniczone znaczenie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Wynagrodzenia. Rosły wszystkim, ale nie w takim samym tempie.

Średnie wynagrodzenie w gospodarce i w poszczególnych działach i gałęziach gospodarki daje nam szeroki obraz tego co się w wynagrodzeniach działo. Znamy dane za 2017 r. , więc można sobie pozwolić na ocenę tego co się działo na przykład w minionych pięciu latach czyli w okresie 2012-2017.

Może to zabrzmi źle, ale w ostatnim okresie wynagrodzenia zaczęły rosnąć zbyt szybko. Zarówno z punktu widzenia średniej jak i kwoty wynagrodzeń ogółem. W ostatnim kwartale 2017 r. średnie wynagrodzenie wzrosło o 7,1% r/r. To wpływ wzrostu wynagrodzeń w kilku sektorach gospodarki, o czym za chwilę. Tak wysoki wzrost oznacza powolne odrywanie się od wzrostu wydajności w gospodarce. Przyspieszać zaczęła też suma otrzymywanych wynagrodzeń. Suma wynagrodzeń w IV kw 2017 była o niemal 11% wyższa od wartości z IV kw 2016 r. Przypomina to przełom 2006/2007 gdy dynamika wzrostu wspomnianej wielkości zaczęła przybierać na sile. To m.in. wtedy ceny mieszkań zaczęły szybować do zaskakujących poziomów. Wydaje się jednak, że obecnie wzrost wynagrodzeń nie wywoła takiego efektu jak przed ponad dziesięciu laty. M.in. dlatego, że utrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu gospodarczego wydaje się mało prawdopodobne. Pewnym niebezpieczeństwem może być brak rąk do pracy przy tempie PKB 3%-4% PKB.

Przystępując do oceny okresy 2012-2017 trzeba pamiętać, że był to okres zróżnicowany w polskiej gospodarce. Wzrost gospodarczy był następujący: 1,7%; 1,2%; 3,3%; 3,4%, 3,0%; 4,6%. Gospodarka więc powoli nabierała rozpędu i spadać powoli zaczęło bezrobocie.

Sektorowo wzrosty wynagrodzeń rozłożyły się dość różnie, ale na wstępie podam jak prezentowała się średnia płaca w gospodarce w latach 2012-2017 i jaka była dynamika wzrosty rok do roku.

rok

średnie wynagrodzenie w gospodarce (tys. zł)

zmiana r/r

2012

                                    3,6   

3,7%

2013

                                    3,7   

3,4%

2014

                                    3,8   

3,6%

2015

                                    4,0   

3,3%

2016

                                    4,1   

3,8%

2017

                                    4,3   

5,3%

W 2012 r. relacja wynagrodzeń w górnictwie osiągnęła szczytowy poziom 185% w relacji do średniego wynagrodzenia w gospodarce. Kłopoty górnictwa, w tym głównie węgla kamiennego, wymusiły wstrzymanie wzrostów , a niekiedy wręcz spadek. W efekcie wspomniana wyżej relacja do wynagrodzenia średniego spadła do 164% w 2016 i 165% w 2017. Poprawa sytuacji w górnictwie wywołała nacisk na wzrost wynagrodzeń. W IV kw 2017 wynagrodzenia r/r skoczyły o 12,7%. Można mieć tylko nadzieję, że górnicy pamiętają iż cena węgla raz rośnie raz spada. Zwracam na to uwagę, bo istnieje obawa, że problemy sprzed 2-3 lat szybko zostaną zapomniane.

Płace w przetwórstwie przemysłowym wzrosły z 96% średniej krajowej do 99%. Tutaj rolę odegrały dwa czynniki. Wydaje się, iż trwale zmienia się wynagrodzenie tzw. robotnicze na tle rozkładu płac w Polsce. Wykwalifikowany robotnik zaczyna być poszukiwany i powoli dobrze opłacany. Do wzrostu podanej relacji przyczyniła się też koniunktura gospodarcza. Świadkami podobnego zjawiska byliśmy w okresie poprzedniego boomu gospodarczego.

Powoli poprawę odczuwają pracownicy budownictwa. Ich relacja do średniego wynagrodzenia z gospodarce ogółem poprawiła się ze 101% w 2012 podniosła się do 104% w 2017. Przypomnę, że oznacza to, iż dynamika wzrostu wynagrodzeń w budownictwie była nieco lepsza od średniej w gospodarce. Czy relacja do średniej wzrośnie do 112% jak w 2008 r.? Wątpię. Wtedy był to efekt spiętrzenia prac budowlanych od budownictwa mieszkaniowego po drogowe, co wywołało ogromne ssanie nie pracowników budowlanych. Krótko później budownictwo drastycznie to odreagowało.

Od kilku lat systematycznie spada, w relacji do średniej, płaca w transporcie i gospodarce magazynowej. Na koniec 2017 relacja ta wyniosła 96% wobec 99% w 2012 (106% w 2008 r.).

Zaskoczeniem mogą być wynagrodzenia pracowników sektora edukacji. W 2013 r. relacja średniego wynagrodzenia w edukacji do średniego w gospodarce wynosiła 106%. Do 2017 spadła do …99%. Trzeba jednak uczciwie podać, że płace w sektorze w dużym stopniu ustalane są administracyjnie.  W efekcie w okresach wysokiej koniunktury pracownicy w niewielkim stopniu z niej korzystają. Niemniej jednym z plusów pracy na państwowej posadzie jest względna stabilizacja zatrudnienia i przynajmniej skromne podwyżki niedostępne w okresach dekoniunktury w sektorach skomercjalizowanych.

W nieco lepszej sytuacji od nauczycieli byli pracownicy służby zdrowia, opieki społecznej oraz tzw. służb mundurowych. Jeszcze w latach 2008-2010 relacja ich wynagrodzeń do średniej wynosiła ok. 98%. W 2014-2015 było to jedynie 92%, by rosnąć szybciej w latach 2016-2017. W 2017 średnie wynagrodzenie w służbie zdrowia i opiece społecznej stanowiło 94% średniego wynagrodzenia w gospodarce. U mundurowych zachodziły podobne zmiany, przy czym u nich średnie wynagrodzenie w relacji do średniego ogółem wyraźnie przekracza 120%.

Miło zobaczyć poprawę wynagrodzeń względem średniego w gospodarce w sektorach silnie skomercjalizowanych i zatrudniających niejednokrotnie osoby o słabszej pozycji na rynku pracy. Mam na myśli handel, zakwaterowanie, gastronomię itd. W obydwu przypadkach średnia dla sektora poprawiła się do średniej dla gospodarki o 4-5 p.p. w okresie 2012-2017. W tych przypadkach jednak nie będzie to trwałe zjawisko. W dużym stopniu to efekt braku pracowników w okresie szczytu koniunktury gospodarczej. Swoje na pewno uczynił też wzrost płacy minimalnej, która w ostatnich latach rosła szybciej od wynagrodzenia średniego w gospodarce.

Podsumowując, głównym czynnikiem poprawy wynagrodzeń jest wzrost gospodarczy. Swoje korzystne piętno odciska wzrost płacy minimalnej i, w części już trwała, poprawa sytuacji rynkowej pracowników na stanowiskach tzw. robotniczych. Po latach walki z deficytem finansów publicznych, powoli poprawia się sytuacja pracowników sektora państwowego. No, może poza edukacją. Spada powoli relacja płac w sektorze finansowym do średniej w gospodarce. Z niemal 180% w 2008, 174% w 2012 do 172% w 2017. I nie ma co z tego powodu ubolewać, bo wynagrodzenia w sektorze finansowym należą do wysokich.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Też kupiłbym obligacje GetBack SA.

Upadek GetBack można oceniać z różnych perspektyw. Ja wprawdzie posiadaczem akcji czy obligacji tej firmy nie jestem, ale zastanawiałem się, co bym zrobił gdy mi je zaoferowano (akcje, obligacje) lub sam miałbym podjąć decyzję. Proponuje takie spojrzenie, bo w mediach polało się tradycyjnie sporo tandetnej populistycznej krytyki i pretensje, którzy na inwestycji w akcje lub obligacje GetBack stracili.

Sam niezwykle rzadko kupuje akcje. Prawie wcale. Ostatnia przygoda to kupno akcji Jastrzębskiej Spółki Węglowej, gdy kilka lat temu ceny jej akcji szorowały niemal dno, a w mediach straszono jej upadłością. Po kilku miesiącach wyszedłem z inwestycji z zyskiem. Kontakt z rynkiem akcji mam poprzez fundusze inwestycyjne. O ile samodzielna ocena sytuacji finansowej podmiotu i wycena jego akcji to pasjonujące zajęcie, to wadą jest ogromna czasochłonność analizy i wymagana wiedza.

Tak naprawdę w oczach przeciętnego inwestora GetBack faktycznie mógł budzić zaciekawienie. Przejrzałem sporo materiałów archiwalnych o spółce, fora internetowe i dostępne wyceny firmy z ubiegłego roku. Jaki wyłania się obraz?

GetBack to firma z rynku obrotu wierzytelnościami. Firma nie była znikąd. Miała swoją kilkuletnią historię. Ale bodaj największe poruszenie wywołała emisja akcji przeprowadzona w ubiegłym roku. Aktywa firmy w 2014 miały wartość 0,29 mld zł. Niecałe trzy lata później (dane na koniec III kw 2017) już 3,04 mld zł. Zyski również rosły, ale nie z taką zawrotną prędkością jak aktywa. To oczywiście żaden argument, ale brak tu miejsca na detale analizy i wyceny firm, więc pozwolę je sobie pominąć. Wartość obsługiwanych portfeli wierzytelności robiła jeszcze większe wrażenie.

Jaki powstawał ogólny osąd firmy? Firma wydawała się wiarygodna, czyli poważna. Przyspieszała podbój rynku, co mogło rodzić pytanie czy managerowie aby nie stracą panowania nad finansami spółki wraz z dynamicznym rozwojem. W tle była jednak kilkuletnia historia działalności, co mogło budzić zaufanie. Pokusą był właśnie dynamiczny rozwój, który mógł gwarantować godziwy zysk na akcję w krótkim terminie i gwarantować wykup obligacji. Dynamicznie rozwijające się firmy są silną pokusą dla inwestorów, bo dają czasami ponadprzeciętną stopę zwrotu.

Emocji nie budziło też oprocentowanie obligacji. Na tle rynku było ono dość przeciętne lub nieco powyżej średniej. Przykładowo WIBOR 3 lub 6 miesięczny + 4 p.p.  dla terminów wykupu od 2018 do 2021, to stawka nie budząca poważniejszego niepokoju.  Firmy, które w ocenie rynku obarczone są dużym ryzykiem działalności i źle ocenianie przez inwestorów na ogół muszą oferować większy ‘procent’ by pozyskać środki z emisji obligacji.

Sporo emocji wywoła emisja akcji w ubiegłym roku. Ktoś kto chociaż trochę parał się wyceną firm wie, że wycena dynamicznie rozwijającej się firmy usługowej to nie lada wyzwanie. To w zasadzie nie tyle wycena firmy, co wycena wiary i przekonań ważonych prawdopodobieństwem realizacji.  GetBack wskazała cenę max. na 27 zł. Kilka biur maklerskich natomiast wskazało przedziały od 24 zł do ok. 35 zł. Jedna z wycen wskazała górną granicę widełek  nawet na 42,5 zł. Generalnie to dość spory rozrzut, który tylko potwierdza jak poważnym problemem jest wycena firm usługowych (nieprodukcyjnych). Warto zauważyć, że dolne widełki wskazywały na 24-25 zł, czyli poniżej ceny sugerowanej przez emitenta.

Dlaczego nikt nie przeczuwał w połowie ubiegłego roku upadku problemów GetBack? Bo nie było po temu powodów. Podawanie wycen z potężnymi widełkami mija się z celem, bo to podważa wycenę i sens jej przeprowadzania. Podane widełki cen jednoznacznie wskazywały, że ocena przyszłości tego typu firm jak GetBack obarczona jest sporym ryzykiem.

Moim zdaniem w tamtych okolicznościach wyceny były przyzwoite. Dolna granica widełek wskazywała, że cena wskazana przez emitenta może być nieuzasadniona, czyli że na akcjach możemy nawet nieco stracić. Górna granica sugerowała zaś, że niewykluczony jest sukces rynkowy już w średniej perspektywie.

Wbrew krytycznym opiniom, w wycenach standardowo są wskazane ryzyka. Ryzyka wymienia się też obowiązkowo w prospektach emisyjnych. Ciekawą lekturą są opinie z forów internetowych. Wielu sympatyków giełdy zwracało uwagę na duże ryzyko wyceny GetBack, a co za tym idzie problemów z prognozą sytuacji finansowej firm takich jak GetBack.

Biorąc powyższe pod uwagę, GetBack mógł budzić mimo wszystko zaufanie. Tak więc to, ze ktoś kupował akcje czy obligacje firmy specjalnie mnie nie dziwi.

Niestety gdzieś na przełomie 2017/2018 finanse firmy zaczęły się rozjeżdżać (być może wcześniej). Czy były to błędy w zarządzaniu, błędna ocena rynku czy też niechlujstwo lub oszustwo, zobaczymy.

Inwestorzy kupujący akcje lub papiery dłużne firmy bazują głównie na informacjach historycznych i z braku czasu często dokonują pobieżnej oceny firmy. To wcale nie musi być błędne postępowanie. Czy firmy finansowe m.in. związane biznesowo z GetBack wiedziały coś więcej ?? Nie wykluczam, ale proponuje wstrzymać się z krytycznymi ocenami do czasu kiedy poznany więcej faktów. Skala proponowanego przez GetBack wykupu (ok. 2/3 wartości obligacji) wskazuje, że firma miała problemy z płynnością grubo przed tym jak się dowiedzieliśmy o tym z mediów.

Spółka swoimi perspektywami rozwoju i oferowanym oprocentowanie obligacji mogła budzić umiarkowane zaufanie i zainteresowanie. Jeżeli ktoś na zakup jej papierów udziałowych i dłużnych poświęcił skromna część swoich środków finansowych to nie ma problemu. Ot po prostu zwykła statystyczna wpadka. Gorzej jeżeli ktoś zapomniał o DYWERSYFIKACJI portfela. Zwracam na to uwagę, bo tradycyjnie przy tego typu nieszczęściach natychmiast pojawia się argument, że wśród posiadaczy akcji lub obligacji byli i tacy co zainwestowali oszczędności życia. Reprezentanci poszkodowanych przez GetBack również twierdzą, że w ich gronie są takie osoby. Nie wiem co mam w takim przypadku powiedzieć. Wałkujemy ten temat w Polsce od lat. DYWERSYFIKACJA, chciałoby się wykrzyczeć po wielekroć. To już nie jest kwestia nierzetelnych sprzedawców i doradców, ale lekkomyślnych inwestorów którzy mają prawo robić ze swoimi pieniędzmi co chcą.

Nie jest celem tego wpisu li tylko usprawiedliwienie czy zrozumienie ludzi, którzy inwestowali w akcje czy obligacje GetBack. Chciałem przypomnieć o dywersyfikacji i o tym, że zawsze należy być ostrożnym w inwestowaniu w dynamicznie rozwijające się firmy, dla których prognoza sytuacji finansowej bardziej przypomina wróżenie niż wycenę. Firmy popełniają błędy i ulegają konkurencji. Czasami też, niestety, oszukują. O tym też należy pamiętać.

Inwestujący w papiery GetBack przeszli zapewne ocenę swojego profilu inwestycyjnego (MIFID) i podpisali stosowny dokument lub kliknęli akceptująco w odpowiednim polu formularza.

Jak ktoś nie chce ryzykować, to na szczęście nie ma obowiązku i alternatywą są m.in. obligacje detaliczne Skarbu Państwa z bardzo przyzwoitą stopą zwrotu.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

W 2018 wpłaty z NBP do budżetu nie będzie.

 

Wg informacji przekazanej przez jednego z członków zarządu NBP, w 2017 r. NBP odnotował ujemny wynik netto w wysokości minus 2,5 mld zł. Informacja nie jest zaskoczeniem. Już od kilku miesięcy ekonomiści zwracali uwagę, że m.in. ze względu na zmiany kursów walutowych, NBP nie osiągnie zysku. Co za tym idzie, nie będzie też wpłaty do budżetu 95% wartości wypracowanego zysku. Jak wspomniałem, dla rządu informacja ta nie jest zapewne zaskoczeniem. Znając bilans NBP, zmiany kursów i stóp procentowych oraz wyniki finansowe z lat poprzednich, można z pewnym marginesem błędu (niestety niemałym) wskazać jakiego rzędu wynik finansowy osiągnie NBP. Ze względu na tenże ‘margines’ błędu, ekonomiści unikają podania precyzyjnych prognoz wyniku NBP.

Dla obecnego rządu ujemny wynik z działalności za 2017 r. oznacza, że w 2018 r. budżet nie otrzyma wpłaty z zysku NBP. Przypomnę, że obecna koalicja miała duże szczęście do wpłat NBP. Przy czym należy zaznaczyć, że wszystko było zgodnie z prawem. Rząd PiS w 2016 otrzymał 7,9 mld zł (z zysku za rok 2015) i w 2017 r. 8,7 mld zł (z zysku za rok 2016). Taka wpłata to przykładowo ok. 1/3 programu 500+.

Zysk NBP, zasady tworzenia rezerw (w tym na ryzyko walutowe) i w ogóle zasady dzielenia się zyskiem z budżetem centralnym od lat wywoływały spory na linii rząd-NBP. Przypomnę, że dziewięć lat temu byliśmy świadkami wymiany komentarzy między Sławomirem Skrzypkiem a ministrem Rostowskim. Wtedy to ten ostatni zwracał uwagę by przypadkiem NBP nazbyt ostrożnie nie liczył rezerw na ryzyko kursowe (tu duże znaczenie mają ustalenia Rady Polityki Pieniężnej). Ze względu na ogromny deficyt finansów publicznych, rząd potrzebował każdej złotówki. Argumentów w sporach używano różnych. Łącznie z takimi, że zbyt duża rezerwa na ryzyko może rodzić podejrzenie o granie na osłabienie waluty (to argument zwolenników ustalenia jak największego zysku).

Przedmiotem sporu czy raczej dyskusji od lat jest w ogóle zasada przekazywania niemal całego zysku (95%) budżetowi podczas gdy strata jest tylko problemem NBP. Zwracam na to uwagę w kontekście straty z 2008 r. (-12 mld zł) która nadal nie jest rozliczona (niepokryta). Ostatni dostępny raport o bilansie i rachunku wyników NBP jest dostępny za 2016 r. Pozycja ‘strata z lat ubiegłych’ wynosiła wtedy minus 10,7 mld zł. Teoretycznie NBP mógłby wywołać na rynku osłabienie złotego i postarać się zmniejszyć stratę, ale – co należy zaznaczyć – NBP nie jest podmiotem komercyjnym i biorąc pod uwagę cel i zasady działania banku centralnego, wspomniana strata z 2008 r. nie jest jakimś specjalnym problemem.

Być może rząd PiS musi będzie musiał w ogóle zapomnieć o wsparciu ze strony NBP w tej kadencji, a na pewno o wsparciu tak dużym jak dotychczas. W tym roku budżet nie dostanie nic. W przyszłym raczej niewiele, biorąc pod uwagę rozkład prawdopodobieństwa kształtowani się wartości złotego. Oczywiście z obecnej perspektywy prognozy walutowe obarczone są dużym błędem.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz