Wartość uprawnień emerytalno-rentowych w relacji do PKB wyniosła 276%.

W zestawie raportów charakteryzujących finanse publiczne pojawiła się niezwykła nowość. GUS zaprezentował raport o wartości uprawnień emerytalno-rentowych gospodarstw domowych  nabytych w ramach ubezpieczeń społecznych. Mówiąc językiem prostszym, podana wartość to bieżąca wycena zobowiązań systemu emerytalno-rentowego na dany dzień.

Wg GUS, wartość uprawnień emerytalno-rentowych wyniosła 4 580,08 mld zł (255% PKB) na początku 2015 r i  4 959,14 mld zł (276% PKB) na koniec 2015 r.

(opracowanie GUS: Uprawnienia emerytalno-rentowe gospodarstw domowych nabyte w ramach ubezpieczeń społecznych według stanu na dzień 31 grudnia 2015 r.; 20.04.2018 r.)

GUS ma podawać dane o systemie emerytalno-rentowym co trzy lata  z dwuletnim opóźnieniem. Dlatego wartości, które GUS podał obecnie, odnoszą się do 2015 r. Głównym celem gromadzenia danych przez Eurostat jest zapewnienie pełnej statystyki wg jednolitej zasady i porównania systemów emerytalno-rentowych państw członkowskich. Podkreśla się przy tym, że analizowane zobowiązania nie stanowią miary stabilności finansów publicznych. Oczywiście mimo tego zastrzeżenia, wskaźnik jest w pewnym stopniu tak traktowany i trudno się temu dziwić.

W bardzo dużym uproszczeniu, wartość uprawnień emerytalno-rentowych odnosi się do programów w których składka powiązana jest ze świadczeniem pracy. Dlatego obejmuje świadczenia ZUS, PPE i OFE, KRUS itd. ale już nie IKE i IKZE. Podana wartość to świadczenia wg stanu obecnego, tzn. wg uzbieranych kapitałów osób nadal pracujących i szacowane zobowiązania wobec osób, które ze świadczeń już korzystają. Takie ujęcie nie obejmuje na przykład tej części kapitału, którą dopiero nazbieram. Nie obejmuje też zobowiązań ZUS wobec osób, które dopiero wejdą na rynek pracy.

By szacować wartość świadczeń, które będą wypłacane dla tych, którzy pracują i powiększają swój kapitał oraz tych, którzy już są na emeryturze, przyjęto pewne ściśle określone zasady wyceny. Zasady są jednakowe dla wszystkich krajów członkowskich.

Ekonomiści na świecie od dawna liczą (szacują) wartość uprawień emerytalnych i rentowych w relacji m.in. do PKB. Opracowania m.in. o implicite pension debt można łatwo znaleźć w internecie. W raportach i porównaniach warto zwrócić uwagę na przyjętą metodologią, ponieważ są one dość zróżnicowane. W Polsce takie informacje też już trafiały do mediów. Niektóre z tzw. think tanków podają z różną częstotliwością wartość ‘długu’ emerytalnego.

Podana w tytule wartość uprawnień emerytalno-rentowych (276%) budzi zapewne obawy przeciętnego czytelnika. I trudno się dziwić, bo już wartość PKB jest dla nas niewyobrażalna, a cóż dopiero jej trzykrotność. W krajach gdzie dominuje system emerytalny o wypłatach finansowanych bieżącymi wpłatami (system repartycyjny), tego typu wskaźniki są bardzo wysokie. Przegląd opracowań z  minionych lat wskazuje, że wartość wskaźnika dla Polski jest relatywnie duża  (lokujemy się w gorszej połowie). Niemniej wydanie ostatecznej oceny powinno być zawsze poprzedzone szerszą analizą systemu emerytalnego w danym kraju i jego sytuacją makroekonomiczną.

Bywa, że niektórzy ekonomiści używają tego wskaźnika do straszenia opinii publicznej. Jednak by ten wskaźnik istotnie obniżyć, musielibyśmy częściowo odejść od obecnego systemu emerytalnego na rzecz całkowicie samodzielnego odkładania na emeryturę i bez pośrednictwa pracodawcy. To nie wchodzi w rachubę w szerszym zakresie.

Przestrzegałbym jednak przed traktowaniem wskaźnika uprawnień emerytalno-rentowych do PKB tylko jako statystycznej ciekawostki. Nie do końca też zgodzę się z zastrzeżeniem dokonanym przez GUS, że wskaźnik nie stanowi miary stabilności finansów publicznych. Coś jednak wskaźnik ten i załączone informacje szczegółowe (chodzi o poszczególne składowe systemu emerytalno-rentowego) mówią nam o finansach publicznych i systemie emerytalno-rentowym. Nie ma co ukrywać, że im wskaźnik jest większy tym gorzej dla finansów publicznych. Rośnie ryzyko systemu, m.in. w przypadku gdy gospodarka powoli się rozwija lub/i popada w kryzysy. W takim przypadku może być problem z wypłatą emerytur. Im większy wskaźnik ‘długu’ emerytalnego do PKB, tym bardziej rządy powinny prowadzić odpowiedzialną politykę w obszarze finansów publicznych. Chodzi przede wszystkim o deficyt finansów publicznych i skalę zadłużenia.

Nie ma co posuwać się zbyt daleko w interpretacjach do czasu poznania wartości wskaźników dla pozostałych państw UE. Niestety data publikacji zbiorczych danych nie jest znana, ale wierzę że będą to najbliższe miesiące.

Zaszufladkowano do kategorii Wszystko | Dodaj komentarz

Inflacja. Rynek przyjmuje optykę RPP.

Czy można z perspektywy czasu powiedzieć 1:0 dla Rady Polityki Pieniężnej (RPP) w sporze o inflację? I tak i nie. Przede wszystkim niekoniecznie był to spór. Przypomnę, że w ubiegłym roku w opiniach rynkowych nietrudno było zauważyć obawy o wzrost inflacji i oczekiwanie na odpowiedni wyprzedzający ruch RPP. Tymczasem główny przekaz RPP i prezesa NBP brzmiał: brak krótkoterminowych zagrożeń wzrostem inflacji w krótkim terminie. Obawy, wyrażane m.in. przeze mnie, nie były bezpodstawne. Wychodziliśmy z przedłużającego się okresu deflacji i gospodarka zaczęła przyspieszać, m.in. podkręcana konsumpcją. W większości przypadków, w drugiej części najsilniejszego wzrostu inflacja zaczyna przyspieszać. Chodzi o okres, gdy z fazy ożywienia, gospodarka przechodzi w fazę rozkwitu (prosperity). Pojawia się więc pytanie w jakiej fazie my jesteśmy.

Obecny przebieg koniunktury nie ułatwia prostego jej przyrównania do znanych z literatury fachowej schematów i cykli jakich doświadczaliśmy w przeszłości. W latach 2014-2016 średnie roczne tempo PKB wyniosło nieco ponad 3% r/r. Bodaj żaden z makroekonomicznych parametrów kojarzonych ze zmianami konsumpcji nie poprawiał się radykalnie  w krótkim okresie (mowa m.in. o wzroście wynagrodzeń, zatrudnieniu itd.), przez co nie dochodziło do poważniejszego przyspieszenia konsumpcji i inflacji. Z poważniejszym przyspieszeniem konsumpcji mieliśmy do czynienia od połowy 2016 r. To był zapewne jeden z czynników, który przyczyniał się do wzrostu inflacji, ale – jak dotąd – nie przyczynił się do jej dalszego przyspieszenia.

Powyższe nie oznacza, że problemu z inflacją nie ma i nie będzie. NBP w najnowszej – marcowej – projekcji inflacji potwierdził, że wzrostu inflacji z poziomu 2% do 3% oczekuje (dopiero) w przyszłym roku. A to oznacza podejście tego wskaźnika pod górną granicę celu inflacyjnego (3,5%). W pewnym sensie projekcja przyznaje, że NBP w swoim modelu również zakłada pozytywny związek między wzrostem gospodarczym i inflacją. W gruncie rzeczy różnica zdań między rynkiem a RPP polegała na tym, kiedy inflacja zacznie się niebezpiecznie dalej podnosić i kiedy zacząć na to reagować podniesieniem stopy referencyjnej.

Wydaje się, że RPP w większości jest przekonana, iż w obszarze inflacji mogą w ogóle nie wystąpić na tyle poważne napięcia by reagować nerwowym podnoszeniem stopy procentowej. Taki scenariusz nie jest niemożliwy, chociaż wydaje się obciążony mniejszym prawdopodobieństwem. Powiedzmy 30%. Mogę sobie wyobrazić sytuację, gdy nasz wzrost gospodarczy spowalnia, a inflacja jest pod kontrolą. Zobaczymy.

Ciekawostką jest zachowanie rynku. W grudniu rynek podniósł minimalnie stawki FRA dla terminu 9×12. W marcu powrócono do poziomów z listopada 2017, a w kwietniu FRA (liczone w oparciu o WIBOR) dla terminów 3×6 i 6×9 uległy minimalnej obniżce poniżej poziomów z ubiegłego roku. Patrząc na stawki FRA w ostatnich miesiącach widać, że rynek zdaje się częściowo przyjmować optykę RPP. Czyli, że wzrost stóp będzie, ale w najlepszym wypadku dopiero w przyszłym roku.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Finanse publiczne po dwóch latach.

Na finanse publiczne, patrzymy trochę w kategoriach sporu o politykę społeczną jaki trwa od przejęcia rządów przez koalicję prawicową, czyli głównie PiS. To prawda, że ekonomiści krytycznie podchodzący do polityki PiS, w ostatnich kwartałach przycichli.  Inna rzecz, że ich krytyczne oceny stały się jakby mniej popularne w mediach. Mylili się? Otóż nie. Problemy finansów publicznych, czyli napięcia na jakie wystawił je PiS nie zniknęły. Zostały jedynie odsunięte w czasie przez wysoki wzrost gospodarczy jakiego doświadczyliśmy w minionym roku i być może doświadczymy w roku bieżącym. W najbliższych czasie i tak będziemy zmuszeni powrócić do szukania odpowiedzi na pytanie o przyszłość 500+, finansowanie deficytu FUS itd. itd. Myli się ten, kto sądzi, że te problemy zniknęły.

Do napisania kilku refleksji o sytuacji finansów publicznych skłoniła mnie m.ni. niedawna wypowiedź minister finansów Teresy Czerwińskiej dotyczące m.in. długu publicznego. Wypowiedź była tak pełna manipulacji danymi, że potrzebowałbym kilku stron A4, żeby ocenić to co ta pani powiedziała i co świadomie pominęła.

Największym sukcesem miało być, wg minister Czerwińskiej, obniżenie zadłużenia Skarbu Państwa w 2017 r. do ok 47%. Przypomnijmy więc, że na tym poziomie zadłużenia PiS przejął rządy w Polsce pod koniec 2015 r. PiS potrzebował zaledwie jednego roku by poziom zadłużenia podskoczył do 50% PKB i to przy przyzwoitym tempie PKB (prawie 3% r/r). Już te wartości pokazują sporą nonszalancję obecnej koalicji rządzącej w zarządzaniu finansami państwa. Powrót poziomu zadłużenia do 47% nie był zasługą PiS, tylko przede wszystkim wzrostu gospodarczego w UE i w Polsce. Tak więc, to nie rząd obniżył, a zwiększone wpływy budżetowe pozwoliły rządowi na zmniejszenie zadłużenia w relacji do PKB.

Obecny rząd niezwykle silnie akcentuje rolę wpływów z tytułu ograniczenia szarej strefy, głównie w obszarze VAT. Podobnie uczyniła minister Czerwińska. Formalnie wzrost wpływów z tytułu VAT w 2017 wyniósł ok. 30 mld zł. Z czego na efekt skutecznej walki z szarą strefą można przypisać między 5 a 10 mld zł. Trzeba pamiętać niestety o tym, że z szarą strefą łatwiej się walczy w okresie dobrej koniunktury. Skuteczność walki z szarą strefą będzie można lepiej ocenić gdy tempo PKB spadnie poniżej 3% PKB. Przykrym zwyczajem polityków obecnie rządzącej koalicji jest uporczywe zapominanie, że dużą cześć instrumentów do walki z szarą strefą wprowadziła poprzednia koalicji PO-PSL (m.in. słynne pliki JPK).

Mimo dobrych obecnie warunków gospodarczych Polska na stale deficyt finansów publicznych. Na koniec 2017 r. dfp wyniósł (bez finansów JST) ok. 1,4%. Owszem mało, ale trudno to postrzegać w kategoriach sukcesu, gdy się zna powody spadku z ponad 2,5% pod koniec 2015 r. do 1,4 % obecnie. Dfp, w relacji do PKB, zaczął się obniżać dopiero w 2017 r. Głównym powodem spadku dfp był silny wzrost gospodarczy. Wolałbym, żeby był to efekt tzw. strukturalnych zmian w finansach publicznych lub znalezienia obfitych źródeł wpływów.  

Jaki wpływ ma wysoki wzrost gospodarczy na dfp? Ogromny. Poprawiają się wpływy podatkowe. Przykładowo, wpływy  z podatków pośrednich wzrosły w 2017 r. o 12,4% r/r. Tak jest za każdym razem, gdy wzrost PKB przez dłuższy czas utrzymuje się powyżej 3% y/y. Podatki pośrednie to 2/3 wpływów budżetowych. Dobra sytuacja gospodarcza powoduje, że poprawia się strumień składek emerytalnych (m.in. przez wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń). W 2017 wydatki na Fundusz Emerytalno-Rentowy i Fundusz Ubezpieczeń Społecznych były o 4% niższe od planowanych, co dało oszczędność 2,3 mld zł.

Wspominałem już też na blogu o wpłatach z zysku z NBP. W 2016 r. budżet został zasilony kwotą 7,9 mld zł i w 2017 r. kwotą 8,7 mld zł.

Nie chcę wszystkiego zrzucać na koniunkturę gospodarczą. Jest faktem, że udało się obecnej koalicji rządzącej ograniczyć skalę szarej strefy i wprowadzić nowy podatek od niektórych instytucji finansowych (ponad 4 mld zł w 2017 r. z tytułu podatku). Niestety sam tylko program 500+ kosztuje nas ok. 24 mld zł rocznie. W najlepszym wypadku program uzyskał finansowanie pokrywające 50% jego wartości. A co dalej? Co z dziurą wywołaną przez obniżenie wieku emerytalnego? Co z zadeklarowanym wzrostem wydatków na służbę zdrowia w ramach dojścia wydatków publicznych do 6% PKB? To dodatkowe ok. 4 mld zł rocznie.

Pewnym plusem jest wyhamowywanie przyrostu wydatków budżetowych. Rząd PiS wprawdzie niemal codziennie chwali się, że wszystko wszędzie rośnie i że rozdaje pieniądze na prawo i lewo, ale tak naprawdę w 2017 starał się (skutecznie!) ograniczyć wzrost wydatków budżetowych. Wydatki budżetu wzrosły w 2017 r. raptem o 4,2% przy średniej inflacji 2%.

Wiem, że program 500+ wzbudza sporo sympatii wśród Polaków. Dla mnie to zbyt duże pieniądze, zbyt nonszalancko rozdawane. Poprawa koniunktury odłożyła na chwilę dyskusję o zapewnienie finansowania 500+. Wiara, że wszystko pokryje ograniczenie szarej strefy jest naiwna. Wątpię też, by Polacy byli skłonni zaakceptować większe obciążenia podatkowe tylko z powodu 500+. Jeżeli nie ograniczymy programu, to będziemy musieli zatrzymać wzrost nakładów na inne sfery życia finansowane przez państwo.

Zaszufladkowano do kategorii Gospodarka | Dodaj komentarz

Czyli jednak? 500+ zniechęca do pracy młode kobiety.

 

Znamy dane BAEL udostępniane w hurtowni danych GUS (Dziedzinowa Baza Wiedzy) za III kw 2017 i najnowsze raporty sprzed kilku dni pokazujące podstawowe trendy w IV kw 2017. Okazuje się, że młode kobiety z przedziału wiekowego 24-34 lata zaczęły wycofywać się z rynku pracy. W grubo mniejszym stopniu taką tendencję widać również w przedziale wiekowym 35-44, skupię się więc na pierwszej z wymienionych grup wiekowych, czyli 24-34 lata.

Z biegiem czasu ujawniają się skutki błędów jakie popełniono przy 500+. Przypomnę, że program nie ma zapewnionego pełnego finansowania, co dobrze było widać w 2016 roku, gdy gospodarka rozwijała się w tempie ok. 3% PKB r/r. Rząd finansował deficyt budżetowy długiem publicznym, który rósł w tempie szybszym niż PKB. Dynamiczne tempo wzrostu gospodarczego z 2017 r, które być może utrzymamy jeszcze w tym roku, przejściowo zneutralizowało problemy z finansowaniem 500+. A co dalej, w kolejnych latach? Mało kogo to niestety interesuje.

Trudno też uznać za sukces 500+ liczbę urodzin z 2017 r. – minimalnie ponad 400 tys. dzieci. Przypomnę, że przez Polskę w ciągu ostatnich ok. 10 lat przetaczała się ‘górka’ demograficzna kobiet w wieku rozrodczym. Praktycznie mamy ją już za sobą. Wynik urodzeń z ubiegłego roku i tak ustępował wynikom z lata 2008-2010, gdy o 500+ nikt nawet nie śnił. Jak widać, liczba urodzeń to funkcja liczby kobiet w wieku rozrodczym i sytuacji makroekonomicznej (np. spadek bezrobocia, wzrost wynagrodzeń itd.).

Nie zamierzam co do zasady deprecjonować zależności między bezpieczeństwem ekonomicznym a skłonnością do powoływania na świat dzieci. Dzieci rodzi się w Polsce za mało i trzeba to zmienić. Tylko, że program 500+ jest bardzo źle skonstruowany i pochłania zbyt wiele środków (to jego główna wada). Wsparcie w ramach 500+ znacznym stopniu trafia do rodzin, które go nie potrzebują lub nie powinny dostać.

Wróćmy jednak do badań BAEL i kobiet z przedziału wiekowego 24-34 lata.

Negatywny wpływ 500+ na młode matki nie był trudny do przewidzenia. Ekonomiści tylko czekali, kiedy dane GUS potwierdzą obawy. Współczynnik aktywności zawodowej w grupie kobiet 24-34 lata po latach poprawy, sięgnął na przełomie 2014/2015 r. 79%. Od tamtego czasu zaczął spadać. W ciągu roku (III kw ’17 do III kw’16) współczynnik spadł o ok. 3 pp. To bardzo dużo, bo niemal 100 tys. kobiet.  75%  z nich zrezygnowało z pracy, a 25% to liczba kobiet, które przestały pracy szukać (współczynnik aktywności zawodowej obejmuje osoby pracujące i bezrobotne, ale poszukujące pracy). Biorąc pod uwagę, iż trend spadkowy zaczął się rok przed uruchomieniem 500+ możemy przyjąć, że część młodych kobiet wycofała się z rynku pracy w ciągu minionych dwóch lat m.in. z powodu poprawy wynagrodzenia współmałżonka, partnera lub innej osoby wchodzącej w skład gospodarstwa domowego. Pewien wpływ na pewno wywarły regulacja dotyczące urlopu macierzyńskiego, a przede wszystkim rodzicielskiego.

Wobec powyższego proponuje przyjąć, że z wymienionych 100 tys. kobiet ok 75% zrezygnowało z powodu 500+, czyli ok. 75 tys. kobiet. Na silny związek 500+ z wycofaniem się z rynku pracy zwracał też uwagę GUS, który bada i tą zależność. Wg  GUS z pracy lub jej poszukiwania zrezygnowały kobiety ze słabszych ekonomicznie gospodarstw domowych.

Analiza materiałów GUS wskazuje, że z pracy rezygnowały częściej kobiety o słabszych kwalifikacjach zawodowych. Odejście z rynku pracy tylko utrudni im w przyszłości powrót. To młode osoby o krótkim stażu zawodowym. Im dłużej będą pozostawały poza rynkiem pracy, tym trudniej im będzie wypracować godziwą emeryturę czy osiągnąć minimalny staż pracy wymagany przy uzyskaniu np. prawa do emerytury minimalnej.

Ktoś może powiedzieć: cóż to jest kilkadziesiąt tysięcy osób? W samej tylko analizowanej grupie wiekowej kobiet to raptem 4%. Tylko, że to kolejna grupa, którą państwo demotywuje do aktywności zawodowej i to grupa w pełni sił intelektualnych i fizycznych do pracy. Kolejne kilkadziesiąt tysięcy osób, które zamiast przyczyniać się do rozwoju gospodarczego i zasilać podatkami i składkami instytucje finansów publicznych (np. budżet centralny, ZUS, NFZ itd.) przechodzą na pozycję beneficjenta szeroko rozumianych świadczeń socjalnych.

Programy wsparcia zawsze w jakimś stopniu demotywują do aktywności zawodowej część ich beneficjentów. Problem z 500+ jest taki, że demotywuje bardziej niż inne formy wsparcia.

Nie jestem przeciwnikiem wparcia socjalnego i bodźcom ekonomicznym zachęcającym do powoływania na świat większej liczby dzieci. Jak wyżej wspomniałem, jednym z ważniejszych czynników sprzyjających powiększaniu rodzin jest poczucie stabilizacji finansowej i minimum bezpieczeństwa ekonomicznego. Na naszym poziomie rozwoju gospodarczego, wsparcie powinno być powiązane z aktywnością zawodową. Do tego szerzej powinniśmy stosować kryterium dochodowe i – być może przede wszystkim – wsparcia powinno się skupiać na przejęciu finansowania usług potrzebnych do funkcjonowania rodziny po urodzeniu dziecka, czyli państwo daje usługę  a nie pieniądze do ręki.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

System emerytalny wg PiS. Przyszli emeryci podejmują decyzje racjonalne czy nie?

            Skąd to pytanie? A bo w poniedziałkowej Gazecie Prawnej przeczytałem wywiad z Pawłem Borysem, prezesem Narodowego Funduszu Rozwoju. Rozmowa dotyczyła Pracowniczych Planów Kapitałowych. Pada tam, pytanie i bardzo intrygująca odpowiedź.

„(dziennikarz) Czemu w PPK jest rozwiązanie, które zakłada, że nawet jeśli ktoś nie chce oszczędzać od początku, to i tak raz na dwa lata będzie od niego pobrana składka?

(Paweł Borys) To jest logika wynikająca z ekonomii behawioralnej, z badań ubiegłorocznego noblisty Richarda Thalera. Ludzie nie podejmują optymalnych decyzji jeśli chodzi o finanse osobiste, zdrowie czy edukację. Do tego nie patrzymy długoterminowo, przekładamy konsumpcję nad oszczędności. Rekomendacje, jakie płyną z teorii ekonomii behawioralnej, wskazują, że polityki publiczne wdrażane przez państwo powinny dawać bodźce do optymalnych wyborów. Jestem przekonany, że w interesie każdego jest mieć większy bufor finansowy na emeryturę. Stąd jest ten mechanizm przypominania się co 2 lata.”

            Przypomnę więc, że gdy PiS obniżał wiek emerytalny, prezydent A.Duda na pytanie o negatywne skutki tej decyzji dla przyszłych emerytów, odpowiedział mnie więcej tak: ludzie podejmują racjonalne decyzje i sami zdecydują kiedy przejdą na emeryturę, z chwilą uzyskania wieku emerytalnego czy później. Pytanie dotyczyło przede wszystkim skutków obniżenia wieku w kontekście niskich emerytur dla kobiet i wypychania starszych pracowników na emeryturę. Tematu wielkości emerytur i stopy zastąpienia prezydent poruszać nie chciał. Wolał mówić o wolności i racjonalności wyborów Polek i Polaków oraz o wypełnionej wyborczej obietnicy. Było to w listopadzie 2016 r.

            Minęło piętnaście miesięcy i mamy PPK, które zakładają brak racjonalności obywateli. PPK nie powstały oczywiście przedwczoraj czy tydzień temu. Przeciwnie. Gdy prezydent z dumą mówił o wypełnieniu wyborczej obietnicy i racjonalności Polaków, w ministerialnych gabinetach trwały prace nad PPK, które zakładają wspomniany brak racjonalności. To jak to w końcu jest? Prezydent będzie musiał podpisać ustawę wprowadzającą PPK w ciągu najbliższych kilku miesięcy (warunek by PPK weszły w życie z początkiem 2019 r.) i ciekaw jestem jak będzie uzasadniał PPK? Wspomni o racjonalności czy nie?

            PPK mają szereg ciekawych rozwiązań. Nie ma co jednak ukrywać, że głównym ich celem jest rekompensowanie skutków skrócenie wieku emerytalnego. Politycy PiS starają się nie łączyć tych działań ze sobą w oficjalnym przekazie. Dokładnie tak samo postąpił Paweł Borys w wywiadzie. Przywrócenie niższego wieku emerytalnego, będzie zrekompensowane większą składką. Inaczej być nie może. Wg założeń, z PPK zrezygnuje maks. ¼ uprawnionych. Co z nimi? Nic, gdy zgłoszą się do ZUS po emeryturę, to od polityków PiS usłyszą, że mieli wybór.

            W jednym z P.Borysem na pewno mogę się zgodzić: faktycznie, Ludzie nie podejmują optymalnych decyzji jeśli chodzi o finanse osobiste, zdrowie czy edukację. Nie jest to zresztą żadne odkrycie. W oparciu m.in. o to wydłużono wiek emerytalny kilka lat temu.

PS. We wspomnianym wywiadzie nie obywało się bez żenującej krytyki OFE. Była to tzw. charakterystyczna dyżurna krytyka w wykonaniu człowieka związanego z obecnym rządem. Takie dziecinne dorabianie teorii i podawanie informacji wymagających sprostowania. Miałem wiele krytycznych uwag do OFE, ale ten element naszego systemu emerytalnego nie zasłużył na opinie i sądy, na które pozwolił sobie Paweł Borys.

Zaszufladkowano do kategorii Finanse osobiste | Dodaj komentarz

Druga fala kapitalizmu wg Kaczyńskiego.

W sobotę rano, radiowej Jedynce wywiadu udzielił Jarosław Kaczyński. Prezes rządzącej partii pozwolił sobie m.in. na wypowiedzenie kilku refleksji na temat gospodarczych przemian, w tym tego co przed nami. Zdania brzmiały niezwykle abstrakcyjnie i ideologicznie. Nieco dziwnie się czyta zapisy wywiadu, gdy J.Kaczyński mówi o nowej fali kapitalizmu i wymagającej tego nowej społecznej świadomości itd. Przypomniała mi się książka, jaką od pewnego czasu z przerwami przerabiam. O socjalizmie to książka i formie jaką przyjął w powojennej Polsce. Jedną z zalet tej książki jest bardzo dobry wstęp, traktujący obszernie ideologiczne podłoże późniejszego komunizmu w ZSRR i socjalizmu w Polsce. Ojcowie myśli socjalistycznej i komunistycznej ponad sto lat temu równie chętnie co o nowej ekonomii, mówili o konieczności ukształtowania nowego człowieka. Tak jakby wiedzieli, że zwykły człowiek, obdarzony i praktykujący działanie z własną wolną wolą, może nowej ekonomii nie zaakceptować i nie okazywać zachwytu nad nią.

Oczywiście daleki jestem od zrównywania J.Kaczyńskiego z Marksem czy Leninem. Po prostu, lider partii rządzącej niepotrzebnie przyjmuje retorykę, która brzmi w naszym wydaniu dość kabaretowo. Sądzą, że okraszanie języka ekonomii akcentami ideologicznymi, wynika po prostu ze świadomości J.Kaczyńskiego, że jak na razie to mamy taki sam ustrój gospodarczy jak mieliśmy. Jedyną różnicą jest 500+, ale o tym za chwilę. Cała reszta, to ideologiczna narracja, która ma sugerować słuchaczom wywiadu, że są świadkami nowej jakości oraz że w krótce ma nastąpić jeszcze większy skok.

Poniżej kilka wybranych myśli z radiowego wywiadu z krótkim komentarzem.

„odblokowania możliwości, np. awansu przedsiębiorców z kategorii małych do średnich, ze średnich do dużych, a z dużych może nawet do wielkich”.

Tutaj prezes Kaczyński niczego nowego stworzyć już nie da rady. O skoku podmiotów z grupy małych do większych decyduje przede wszystkim ekonomiczny nos, inwestycje i zarządzanie. Polscy przedsiębiorcy świetnie sobie radzą z rozwojem firm. Mamy już małe stocznie z kapitałem prywatnym, producentów taboru kolejowego czy firmy z rynku gier komputerowych. Że już nie wspomnę o silnych graczach z sektora spożywczego. Główną siłą napędową jest wolny rynek,  rywalizacja i chęć rozwoju. Wsparcie państwa czy fundusze unijne nie zastąpią trafnej rynkowej decyzji.

Prezes PiS zbyt wiele nie ujawnił w wywiadzie, ale mam nadzieję, że zauważa też porażki tam gdzie weszło państwo i polityka. Przykład SKOK-ów jest bardzo wymowny. Koszty polskiej, prawicowej myśli bankowej, długo jeszcze będą pokrywać komercyjne banki. Przypadek lotniska w Radomiu niedawno opisywałem na blogu.

„…dotychczas z różnych powodów istniały w Polsce blokady w tej kwestii”. Mowa o blokadzie w rozwoju przedsiębiorstw.

Nie wiem o jakich blokadach prezes Kaczyński mówi i byłoby dobrze gdyby porzucił tajemniczość w wypowiedziach, za którą próbuje schować brak wiedzy czy argumentów.

Wiele o problemach przedsiębiorców można się dowiedzieć z badań sondażowych GUS. Większość z nich tak naprawdę jest pochodną rozwoju, rywalizacji i utrzymania się na rynku w ramach gospodarki wolnorynkowej. Jak rozumiem J.Kaczyński, używając słowa ‘kapitalizm’, gospodarkę wolnorynkową akceptuje. W badaniach sondażowych jest też informacja o zmianach i zawiłościach w prawie, w tym podatkowym. PiS jest bardzo aktywny na polu zmian w prawie i ustalania nowych obowiązków przedsiębiorcom, co im życia nie ułatwia.

Jednym z mankamentów, który za rządów PiS uległ pogłębieniu, jest słaby wynik w obszarze inwestycji. Jest faktem, że nie ma prostych narzędzi by pobudzić inwestycje. To jednak, z czym mamy do czynienia obecnie, powinno nas zachęcić do poważnej dyskusji w gronie ekonomistów i decydentów. PiS jej jednak unika, żeby ukryć swoją bezsilność w tym obszarze. Temat inwestycji i ewentualnego ich wsparcia przez państwo (wydatki infrastrukturalne itd.) jest też o tyle niewygodny dla obecnego rządu, że ogromny program 500+ spowodował typowe symptomy efektu wypychania inwestycji i nakładów o podobnych charakterze przez konsumpcję. Wypada więc zadać pytanie: jak prezes PiS widzi problem inwestycji w kontekście jego nowego kapitalizmu.

Nowy kapitalizm ma spowodować, że nadejdzie „…..nowa, wielka fala gospodarczej inicjatywy”.

Falę inicjatywy przeżyliśmy na początku lat 90-tych i w takiej skali nigdy się już nie powtórzy. I dobrze, bo tamta fala kapitalizmu, jak był to łaskaw nazwać prezes PiS, wynikała z ogromnego niezaspokojonego popytu i efektów dysfunkcjonalności socjalistycznej gospodarki. Słowa o nowej inicjatywie wywołują pytania o to, co ma być bodźcem tej nowej fali? Na pewno nie jest tym przeregulowanie gospodarki czy napędzanie jej konsumpcją. Niestety odpowiedź nie pada. Nowa fala kapitalizmu wymagałaby raczej zwiększenia skali wolnego rynku w funkcjonowaniu gospodarki.  A to jak rozumiem nie wchodzi pod uwagę.

Nowy kapitalizm to, wg J.Kaczyńskiego, “także sprawa pewnych przemian świadomości społecznej“.

To jedna z bardziej tajemniczych, dyskredytujących, czy raczej zabawnych wypowiedzi o nowym kapitalizmie. Historia pamięta liderów, polityków czy przywódców duchowych, którzy dla udowodnienia słuszności swoich teorii wymuszali zmianę społecznej świadomości. Mam nadzieje, że J.Kaczyński nie chce dołączyć do tego grona. Inna rzecz, że ta sama historia już nie raz udowodniła, że zabawy ze społeczną świadomością ostatecznie kończą się klęską, a pomniki ideologów lądowały na ulicy.

Ta kuriozalna wypowiedź tylko potwierdza, z jak silną próbą manipulacji mamy do czynienia. To w gruncie rzeczy żadna nowość. Ekipa dobrej zmiany niemal od początków swego działania, próbuje usilnie wmówić społeczeństwu, że jest świadkiem czegoś wyjątkowego. Kiedy jednak patrzy się na gospodarkę z perspektywy danych makroekonomicznych, wcale to tak nie wygląda.

“Chcielibyśmy, aby ta fala inicjatywy gospodarczej – jak to często mówimy – druga fala polskiego kapitalizmu się zrodziła. Rząd Mateusza Morawieckiego ma temu sprzyjać” .

Ekonomia nie jest obszarem, w którym prezes PiS porusza się swobodnie. Stąd ogromne nadzieje pokładane w M.Morawieckim. Morawiecki jest nie tyle ekonomistą, co człowiekiem który świetnie odgrywa medialną rolą gospodarczego wizjonera dobrej zmiany. Eksperci ekonomiczni nie mają problemu z właściwą oceną Morawieckiego, ale wcale niemała część społeczeństwa dała mu się porwać.

To co uderza w części wywiadu poświęconej kapitalizmowi to nadużywanie ideologii i niespójność z obecnym medialnym przekazem rządu.

Do tej pory, główny przekaz informował nas, że nowy trend  w myśleniu o gospodarce to aktywna rola państwa. Od hojnego rozdawania zasiłków przez repolonizację gospodarki, po potężne inwestycje państwowe (centralny port lotniczy). Teraz nagle pojawia się nieco już archaiczne słowo kapitalizm z jakimś, bliżej nieokreślonym, nowym otwarciem. To w końcu gdzie jesteśmy? Już wcieliliśmy w życie nowa ekonomią, czy to się dopiero wydarzy. Będzie to gospodarka kapitalistyczna, czy z silnym udziałem państwa w gospodarce? Jak to się ma do niedawnych słów prezesa, że dla przemian politycznych jest gotów poświęcić przejściowo nawet wzrost PKB?

Można do słów prezesa PiS podchodzić mniej lub bardziej poważnie. Wydaje się jednak, że lider ugrupowania rządzącego powinien bardziej przykładać sie do wypowiedzi o gospodarce. Nawet jeśli opinia publiczna jest już trochę przyzwyczajona do faktu, że ekonomia to nie jest coś co prezes PiS lubi najbardziej.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

dPLN. Dziwne wejście z kryptowalutą narodową.

Nie wiem co to było oraz kto i jakie miał intencje publikując w Pulsie Biznesu z 16 stycznia (17-go w wersji papierowej) artykuł ‘Polska szykuje kryptozłotego’.  W ciągu dnia media elektroniczne, opierając się na wspomnianym tekście, informowały o polskiej, narodowej, kryptowalucie. Przystępując do czytania tekstu z jednej strony człowiek na głowie słowa: kryptowaluta, bitcoin, spekulacja. Z drugiej zaś: że w końcu PB to poważna gazeta, a w artykule widnieje zdjęcie człowieka z tytułem profesora związanego z poważną uczelnią. Oczywiście czułem, że powstało jakieś gigantyczne nieporozumienie. Nie myliłem się.

Generalnie tekst czyta się z narastającym zdumieniem i niedowierzaniem. Trzeba przyznać, że jest tak napisany, iż faktycznie można ulec sile argumentacji bogato okraszonej hasłami o nowych technologiach. Autorka tekstu bezkrytycznie buduje napięcie w tekście, wplatając cytaty i argumenty pomysłodawców kryptowaluty. Najwyraźniej wciąż za mało jest w krajowych mediach elektronicznych komentatorów z wiedzą i doświadczeniem, bo w ciągu dnia sensację o narodowej kryptowalucie podało wiele innych mediów.

Ktoś kto ma nawet średnią wiedzę o zasadach emisji waluty i o tym co to środek pieniężny zauważy, że tekst jest niepoważny lub jest sprytnie ukrytą promocją, a młoda niedoświadczona dziennikarka bezkrytycznie (nie zakładam złej woli) przygotowała materiał. Miała być technologiczna sensacja, a wyszło … jak wyszło. Nawet jeśli dziennikarka chciała napisać ciekawy tekst o przenikaniu się konserwatywnego świata ekonomii i nowych technologii, to naukowcy i przedsiębiorcy reklamujący swojego dPLN’a, powinni byli pomóc dziennikarce w usunięciu z tekstu niepotrzebnych pseudo-rewelacji (żeby nie powiedzieć: manipulacji).

Nie wnikając w detale, czytelnik artykułu ‘Polska szykuje kryptozłotego’ może odnieść wrażenie, że w Polsce władze monetarne zamierzają uruchomić kryptowalutę, która będzie funkcjonować na równych prawach ze złotym. Jak to się ma do emisji pieniądza, artykuł nie wyjaśnia. W tekście jest myląca sugestia, że projekt jest akceptowany (lub jest pod patronatem) m.in. Ministerstwa Cyfryzacji.  Sympatycy makroekonomii szybko zauważą w tekście zdania, które są dla czytelnika jak czerwone ostrzegawcze lampki.

„Chcemy dać naszej gospodarce niepodrabialny pieniądz”,

„Zdaniem eksperta, aby pozbawić zdecentralizowaną walutę ryzyka kursowego, wystarczy powiązać jej kurs na sztywno z polskim złotym. …..W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że 100 zł będziemy mogli wymienić na 100 jednostek dPLN bądź na odwrót. Czy tak się stanie, zdecyduje rząd.”

Powyższe zdaniem rozbawiło mnie do łez.

„Twórcy projektu bardzo się starają, by uznał to za bezpieczne. Dlatego prace toczą się pod okiem prawników, którzy dbają, aby dPLN wpasował się w przestrzeń regulacyjną Polski oraz Unii Europejskiej.” „kryptowaluty emitowane przez rządy mają rację bytu, pod warunkiem że postrzegane są jako aktywa podobne do złota lub innych metali szlachetnych. „ itd.

Tekst mimo wszystko polecam, bo jest dobrym przykładem sprytnie zrobionej promocji lub ignorancji. Generalnie, rzekoma kryptowaluta to raczej forma pieniądza elektronicznego i system rozliczający płatności i/lub cokolwiek tam jeszcze. Z pieniądza elektronicznego tak naprawdę korzysta każdy z nas płacą m.in. za pomocą karty w sklepie.

W związku z zamieszaniem jakie powstało przez często bezkrytyczne powielanie przez media  informacji o rzekomej kryptowalucie, głos zabrał NBP i Ministerswo Cyfryzacji. To doskonale pokazuje jak bardzo Puls Biznesu i pomysłodawcy kryptowaluty przeholowali.

Oświadczenie NBP.

W związku z dzisiejszą publikacją „Polska szykuje kryptozłotego” („Puls Biznesu” z 17.01.2018 r.) Biuro Prasowe NBP informuje:

Zgodnie z art. 227 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej przysługuje Narodowemu Bankowi Polskiemu. NBP odpowiada za wartość polskiego pieniądza. Zgodnie z art. 31 i 32 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o Narodowym Banku Polskim , znakami pieniężnymi Rzeczypospolitej Polskiej są banknoty i monety opiewające na złote i grosze. Są one prawnymi środkami płatniczymi na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej.

Narodowy Bank Polski nie prowadzi prac nad emisją tzw. waluty cyfrowej banku centralnego.

Dodatkowo Ministerstwo Cyfryzacji ogłosiło: “Resort cyfryzacji poinformował również, że z dniem dzisiejszym cofnęło patronat dla Polskiego Akceleratora Technologii Blockchain.”. To wiele mówi o skali dezorientacji jaką wywołał artykuł w PB i oburzenia w Ministerstwie i w NBP.

Reakcja obydwu instytucji była szybka i właściwa. Trzeba było natychmiast przerwać jakiekolwiek spekulacje i sensacje podważające wiarygodność krajowej waluty. Robienie sobie promocji kosztem zaufania do waluty krajowej i systemu jej obiegu są niedopuszczalne.

Jak można było przypuszczać, wspomniany profesor (nazwisko w linkach do artykułów) wyraził rozczarowanie i zdziwienie reakcją Ministerstwa i NBP. Wyszło na to, że nie został zrozumiany, a wnioski zmanipulowano. To tłumaczenie jest niepoważne (żeby nie powiedzieć gorzej). Szczególnie gdy zestawi się cytowane zdania profesora z artkule z 17 stycznia z rzekomymi wyjaśnieniami opublikowanymi wczoraj.

https://www.pb.pl/polska-szykuje-kryptozlotego-903267

http://next.gazeta.pl/next/7,151003,22911285,mial-byc-polski-narodowy-bitcoin-ministerstwo-szybko-sie-jednak.html#BoxBiz#BoxBizCz

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz

Lotnisko w Radomiu. Zabawa za publiczne pieniądze.

 

Media od jakiegoś czasu donosiły o różnych pomysłach na zagospodarowanie radomskiego lotniska, ale najnowszy pomysł nieco mnie zaskoczył. Cóż, gdy inwestycja publiczna okazuje się być totalnym niewypałem, to ratunkiem są politycy. Prezes PPL Porty Lotnicze i władze radomskiego lotniska, podpisali list intencyjny. Celem jest uczynienie z radomskiego lotniska centralnego portu dla linii niskokosztowych i czarterowych dla, i tu oddajmy głos marszałkowi senatu:

„- Mówimy o lotnisku zacznie większym niż to, co mamy obecnie w Radomiu (…). Będzie to bardzo duży port lotniczy, obsługujący nie tylko region radomski, aglomerację warszawską, ale również centralną Polskę, województwo świętokrzyskie, dużą część województw lubelskiego i łódzkiego – powiedział Bielan.” (za TVN24bis.pl).

Oczywiście list intencyjny, to jeszcze nie umowa, bo do tej daleka droga. Niemniej, biorąc pod uwagę kto podpisuje list intencyjny i kto temu patronuje politycznie (wicemarszałek senatu Adam Bielan), podjęte działania to raczej nie zmyłka.

W pierwszej chwili oczywiście pojawia się pytanie o rolę lotniska. W końcu mamy lotnisko w Warszawie, Modlinie, no i planowany jest Centralny Port Lotniczy kilkadziesiąt km na zachód od Warszawy (ma zastąpić obecny port im. Chopina). Do tego od 1,5 do 2,5 godz. jazdy samochodem są lotniska w Lublinie, Łodzi i Krakowie. Rzeszów niemal 3 godz. Rolę lotniska w Modlinie, pierwotnie planowanego m.in. dla lotów niskokosztowych, deprecjonował i starał się ośmieszyć wicemarszałek Adam Bielan. A.Bielan ma dar, jeśli nie mijania się z prawdą, to na pewno nieskrępowanej manipulacji. W wypowiedzi o lotnisku w Modlinie również dał popis swojego ‘talentu’. Niestety może to też oznaczać  jak silny jest i będzie czynnik polityczny w decyzji o przyszłości lotniska w Radomiu i lotnisk w najbliższym sąsiedztwie. Wygląda więc na to, że nadal będą pompowane pieniądze w niepotrzebne lotnisko.

Radomskie lotnisko wystawiono za pieniądze publiczne. Kosztowało ok. 120 mln. Jego roczne utrzymanie to ponad  10 mln zł rocznie. Pomysł z budowaniem lotniska to przejaw niepoważnych marzeń o wielkości.  Żaden prywatny inwestor nie pozwoliłby sobie na coś takiego. Owszem, wiele lotnisk regionalnych w Europie odnotowuje ujemny wynik finansowy, ale w niektórych przypadkach da się taką inwestycję obronić w szerszym kontekście ekonomicznym (rozwój lokalnej gospodarki, ruch turystyczny itd.). W Radomiu ten rachunek nie ma prawa wyjść, bo obsługuje raptem 10 tys. pasażerów rocznie. Trudno się więc dziwić żartom z radomskiego lotniska.

Argumentem przeciw budowaniu lotniska w Radomiu jest lokalizacja. Wystarczy spojrzeć na gęstość zaludnienia w Polsce  i lokalizacje najbliższych regionalnych lotnisk. No ale jakiś charyzmatyczny lokalny polityk lub ich grupa miał wizję, jak rozumiem i zrealizował ją za publiczne pieniądze. Swoją drogę, warto w takich sytuacjach rozważyć chociażby minimalną odpowiedzialność finansową polityków lub… akcje lub udziały managerskie. Szybko by przeszła politykom ochota na inwestowanie bez żadnej (poza polityczną) odpowiedzialności.

Jak przedsięwzięcie ekonomicznie się nie spina, to o pomoc woła się polityków z pierwszych stron gazet. No i mamy pomysł, przedstawiony powyżej. Tylko, że pomysł ma wiele wad i nie ma prawa uratować Radomia. Może co najwyżej zmniejszyć nieco stratę.

Przede wszystkim kto i czym zachęci prywatnych lotniczych operatorów do korzystania z lotniska w Radomiu? Radom będzie dopłacał dalej do interesu? To nie jest przypadek, że żadna z większych linii niskokosztowych nie chce latać do Radomia. Po prostu większy ruch i wypełnienie samolotów w stopniu opłacalnym ekonomicznie, dają najbliższe regionalne lotniska. Nie ma sensu, by ktoś spod Rzeszowa, Lublina,  Krakowa lub z Warszawy jechał do Radomia, skoro ma lotnisko bliżej. Kolejne pytanie, to rola Radomia w kontekście budowania Centralnego Portu Lotniczego.

Pomysł na Radom opiera się na podebraniu ruchu lokalnym lotniskom, które i tak ciężko walczą o swój byt. Zresztą powstaje pytanie: jak zapewnić ruch pasażerski na tym lotnisku? Czym zachęcimy ludzi by jechali akurat do Radomia na samolot, a nie do Krakowa czy Lublina?

Nie mam nic przeciwko udziałowi pieniędzy publicznych w rozkręcaniu lokalnej gospodarki. Bywa, że inwestor publiczny może być nawet lepszy. Przykład lotniska w Radomiu przypomina, że nie jest to zasada i warto o tym pamiętać.

Zaszufladkowano do kategorii Wycena i analiza przedsiębiorstw; analizy branżowe | Dodaj komentarz

Krajowy rynek finansowy w 2017 i 2018 r.

 

Nie ma co ukrywać, że lepiej ocenia się przeszłość niż przewiduje przyszłość. Dotyczy to również rynku finansowego. Kalendarzowy rok za nami, więc można się pobawić w podsumowania oraz wskazać, w którą stronę rynek finansowy pójdzie lub w jakim obszarze będzie się poruszał i jakie są ryzyka.

W tle rynku zawsze jest makroekonomia i większa lub mniejsza dawka polityki, czyli element który potrafi odcisnąć niemałe piętno na gospodarce i rynku finansowym. W naszym przypadku element polityczny odcisnął wyjątkowe piętno i to już od wyborów w 2015 r. Przypomnę tylko, że po trwającym niemal trzy kwartały okresie kampanii wyborczych wybory prezydencie i parlamentarne wygrało PiS, czyli ugrupowanie bardzo populistyczne również w sferze ekonomiczno-społecznej. Już w wyborczych zapowiedziach politycy PiS nie ukrywali, że czeka nas przełom.

Oprócz czynnika politycznego, w 2014 i 2015 r. w gospodarce widać było utrwalanie się pozytywnych trendów w gospodarce. Po latach walki z deficytem finansów publicznych, udało się zejść poniżej 2,5% w relacji do PKB w II poł. 2015 r. Niestety, zaraz po zmianie rządu, przeszliśmy do dość luźnej polityki w obszarze finansów publicznych. Sytuacja uległa przejściowej poprawie w 2017 r., ale to głównie zasługa większych wpływów z budżetowych z powodu przyspieszenia gospodarczego. Już od 2014 r. wiadome było, że bezrobocie będzie istotnie spadać przy korzystnym PKB (ponad 3% w 2015 r.). Wg projekcji NBP z listopada 2015, PKB w latach 2016-2017 miał rosnąć w przedziale 3,3%-3,5%. I tak też mniej więcej wyszło, gdy się uśredni odczyty  z całego okresu.

A co przed nami w gospodarce? Moim zdaniem jakieś 2/3 okresu szybszego wzrostu gospodarczego jest już za nami. Powinniśmy oswoić się z tym, że w tym lub przyszłym roku zobaczymy symptomy spowolnienia wzrostu gospodarczego. Biorąc pod uwagę brak stabilnego finansowania 500+ i skutki obniżenia wieku emerytalnego, za rok lub najdalej dwa wrócimy do dyskusji o pomysłach na zapobieżenie narastaniu deficytu finansów publicznych. Sytuacji na pewno nie ułatwi to, że PiS ma jeszcze kilka możliwości na ukrycie napięć w finansach publicznych (np. Fundusz Rezerwy Demograficznej, przejęcie kontroli nad wydawaniem składek zdrowotnych czy składki z PPK). Rok temu zakończył się 3-letni okres niezwykle niskiej inflacji. Obecnie szukamy odpowiedzi na pytanie: inflacja utrzyma się na poziomie celu inflacyjnego czy zacznie rosnąć.

Wg prognoz makroekonomicznych OECD (z października), dynamika wzrostu PKB Polski i UE w najbliższych dwóch latach będzie się bardzo powoli osłabiać, a w przypadku gospodarki USA, oczekiwane jest utrzymanie obecnego tempa lub minimalne przyspieszenie.

Stopy procentowe.

Okres niskiej inflacji mamy dawno za sobą. Zaczynamy się obawiać ewentualnego dalszego jej wzrostu m.in. z powody wzrostu wynagrodzeń i konsumpcji. Zagrożenie nie jest na chwilę obecną silne, więc NBP wstrzymuje się z decyzją o podniesieniu stóp. Rynek zaś powoli z roku na rok  podnosi stopy procentowe (obligacje), przygotowując się do tego co być może nieuniknione. Stawki FRA od dawna wskazują na oczekiwanie wzrostu stopy referencyjnej z obecnej 1,5% do 1,75%-2,0%  w perspektywie roku. Stawki te były względnie stabilne przez cały 2017 r. by minimalnie wzrosnąć w grudniu. W oparciu o krzywą rentowności z końca grudnia, rynek szacuje  że w okresie 2018-2023 koszty pozyskania depozytu 1M wzrosną z 1,7% obecnie do 3,2%. Taki rozkład przewidywań nie oznacza niczego złego. Jest to dość standardowe zachowanie rynku odzwierciedlające niepewność (ale na pewno nie panikę) odnośnie kształtowania się inflacji i stopy referencyjnej NBP w perspektywie kilku lat i dyskontowanie większości znanych nam obecnie ryzyk. Moim zdaniem nie jest to koniec cyklu wzrostu rentowności obligacji. Przykładowo, średnioroczne rentowności obligacji w ostatnich dwóch latach rosły z roku na rok o 20-30 punktów bazowych (średnia dla obligacji o terminach wykupu 2,5, 10 lat). Wiele wskazuje na to, że w tym roku może być podobnie.

Giełda. Akcje.

To akcjom i giełdzie chyba najbardziej dały się we znaki ostatnie trzy lata. O ile poważne spadki indeksów giełdowych w 2015 nie były rzadkością na świecie, to w naszym przypadku były dość znaczne i to pomimo iż rynek akcji, jeżeli był przewartościowany, to w naprawdę niewielkim stopniu na przełomie 2014/2015. Zapowiedzi działań w obszarze polityki społeczno-gospodarczej polityków PiS ciągnęły w dół polski WIG. W dół leciały ceny akcji banków, firm energetycznych itd. Trzeba było niemal całego roku 2016, by inwestorzy przekonali się iż gospodarka nadal przyspiesza, ceny surowców mają spadki już za sobą i że rząd zrezygnował z realizacji niektórych kosztownych obietnic lub ich realizację rozciągnął w  czasie. Wg moich szacunków w 2016 r. poziom niedoszacowania polskich akcji kształtował się w przedziale od 10% do 18% (sierpień). W 2017 WIG wzrósł o 23%. Szczęśliwy ten kto odpowiednio zmieniał strukturę swoich aktywów.

Dynamiczny wzrost cen polskich akcji w 2017 r. mniej więcej w połowie roku doprowadził do krótkotrwałego niewielkiego ich przewartościowania. Było to raptem większe kilka procent. W II połowie ubiegłego roku, WIG wzrósł już tylko o 4%. Na chwilę obecną możemy mówić, że akcje (dokł.: indeks WIG jako reprezentatywnych ich koszyk) odpowiadają ich fundamentalnej wycenie lub przekraczają ją o kilka procent. Zachowanie inwestorów z II poł. ubiegłego roku potwierdza to co widać na naszej giełdzie od kilku lat. Optymizmu wystarcza nam tylko na tyle, by polskie akcje podnieść do poziomu wyceny fundamentalnej lub minimalnie większej.

Formalnie zatrzymanie wzrostu na poziomie wyceny fundamentalnej wydaje się być poprawne.  Kiedy jednak spojrzeć na rynek amerykański czy niemiecki, to rodzi się pytanie o powody ostrożności inwestorów działających na krajowym rynku. Jest ich kilka. Brak poważniejszego zainteresowania przez inwestorów zagranicznych, obawy o przyszłość polskiej gospodarki, poważne przewartościowanie na niektórych z najważniejszych rynków (w tym wymienionych). W tym ostatnim przypadku przewartościowanie ma miejsce przynajmniej od ok. czterech lat i powoli przybierało na sile. Obecnie skalę przewartościowania na rynku niemieckim i amerykańskim szacuję na przynajmniej 20-30%. O ile zagraniczni inwestorzy mogę (i mają do tego podstawy) wierzyć w siłę gospodarek swoich krajów i firm notowanych na tamtych rynkach, to z naszej perspektywy wygląda to inaczej. ‘Nawis’ przewartościowania rodzi ryzyko korekty na najważniejszych rynkach, co zazwyczaj powoduje to samo na rynkach lokalnych, w tym polskim. W efekcie, mało kto ma odwagę poważniej zaangażować się w akcje.

Generalnie sugerowałbym unikanie zwiększenia udziału akcji w portfelu, no chyba że inwestor ma odpowiednią wiedzę i na bieżąco kontroluje fakty i prognozy wpływające na nastroje rynkowe w kraju i zagranicą . Osobom, które rynkiem się nie interesują, proponuje zacząć powoli redukować udział akcji w portfelu do 20% lub maks. 40% . Teoretycznie jest małe prawdopodobieństwo scenariusza typu: dalszy przyspieszenie PKB w Polsce, napływ inwestorów zagranicznych i brak korekt za granicą, ale – jak wspomniałem – prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza jest małe.

Złoty.

Rok 2017 to rok powrotu zaufania do polskiej gospodarki. Kurs eur w 2017 r. spadł z 4,42 do 4,17. Tak jak w przypadku cen akcji, większość aprecjacji polskiej waluty przypadła na I poł. 2017 r. Część analityków rynkowych zwracała uwagą na znaczną skalę aprecjacji. Wbrew pozorom zmiana nie jest jakaś wyjątkowa bez względu na to czy patrzymy tylko na kurs eur czy na tzw. koszyk walutowy. To, odpowiednio od 6% do 10% w skali roku. Niepewność związana z działaniami rządu PiS spowodowała, iż od końca 2015 złoty (w rozumieniu koszyka walutowego) zaczął się osłabiać. Znaczne niedowartościowanie złotego (niemal 10% odchylenia od wartości fundamentalnej) utrzymywało się przez cały 2016 r. Tak więc 2017 rok to oczywiście okres wzmocnienia naszej waluty, ale w rozumieniu zbliżenia do jej wartości fundamentalnej. Mowa więc nie o euforii na rynku, a o ustąpienie lęków w obliczu przyspieszenia gospodarczego. Warto o tym pamiętać.

Nie oczekiwałbym na miejscu inwestorów dalszego poważniejszego wzmocnienie złotego (koszyk) w 2018 r. Używając języka analizy technicznej, należy oczekiwać wahań w ramach trendu bocznego z ryzykiem osłabienia w obliczu obaw o gospodarkę ( w tym finanse publiczne) lub działania z obszaru polityki. W zależności od przyjętych scenariuszy politycznych i gospodarczych, przejście złotego w obszar kilku procentowego przewartościowania (na koniec roku) w rozumieniu wyceny fundamentalnej,  nie jest większe niż 20-25% w rozumieniu prawdopodobieństwa.

Zaszufladkowano do kategorii Rynek finansowy | Dodaj komentarz

Akcje Morawieckiego. Sytuacja wysoce niezręczna.

2017_12_14_cena_akcji_BZ_WBK

Chyba nie tak to powinno było wyglądać. Mam na myśli akcje BZ WBK w posiadaniu premiera Morawieckiego. Na szczęście, dzięki presji mediów i (części) opinii publicznej, M.Morawiecki podjął decyzję o sprzedaży akcji. Informację podano po południu 13 grudnia, czyli wczoraj. (na załączonej ilustracji zaprezentowany jest wykres cen akcji BZ WBK w latach 2015-2017; stooq.pl).

Jednym z istotnych składników majątku premiera są akcje BZ WBK, czyli banku, któremu przez lata szefował. M.Morawiecki na koniec 2016 r. wykazał  m.in. 13,7 tys. akcji. Ostatnie oświadczenie majątkowe jest sprzed roku, ale z treści niedawnego komunikatu Ministerstwa Rozwoju możemy domniemywać, że liczba akcji najprawdopodobniej nie uległa zmianie. Wg Min.Rozwoju, premier zamroził swoje akcje, czyli – jak rozumiem – nie podejmuje żadnych decyzji z nimi związanych. Tylko, że brak takiej decyzji w tym akurat przypadku, też jest decyzją, wbrew pozorom. Szczególnie gdy się spojrzy na zmiany cen akcji banków w latach 2015-2017 i weźmie pod uwagę decyzje i pomysły rządu dotyczące sektora bankowego. Jeżeli przyjmiemy, że liczba akcji jest stała, to między jesienią 2015 r., a grudniem 2017 wartość akcji wzrosła z 4,1 mln zł do 5,1 mln zł.

Przypomnę, że ceny akcji sektora bankowego podlegały w okresie ostatnich trzech lat ogromnym zmianom. Do tego stopnia, że (moim zdaniem,) organy nadzorujące funkcjonowanie giełdy powinny zwrócić uwagę, czy ktoś (politycy i członkowie rodzin) ‘nie skorzystał’ przy okazji ze zmian. Tym bardziej, że głównym powodem zawirowań na giełdzie, w tym w sektorze bankowym, byli właśnie politycy z obecnej koalicji rządowej.

W 2015 r. kilka partii politycznych zaprezentowało swoje pomysły na pomoc frankowiczom. To był tylko wstęp do tego co w kampanii wyborczej wygadywali politycy prawicowi, w tym niestety, obecny prezydent. Politycy koalicji prawicowej demonstrowali antypatie do banków z zagranicznym kapitałem, zapowiedzieli wprowadzenie podatku bankowego i monstrualne wsparcie dla frankowiczów, które miało być sfinansowane przez banki. Do tego doszły koszty bankructwa i przejęcia SKOKów. W 2015 r. indeks WIG Banki spadł o ok. 25%. W 2016 r. ulegał wahaniom na niskim poziomie, by w tym roku piąć się w górę i powrócić obecnie do poziomów z początku 2015 r.  

Zwycięstwo w wyborach parlamentarnych koalicji prawicowej w 2015 r. nie było wcale takie pewne, więc M.Morawiecki nie miał powodu pozbywać się akcji przed ogłoszeniem wyniku wyborów. Kiedy natomiast dołączył do grona ministrów, akcje banków, w tym BZ WBK, były bliskie swoich lokalnych minimów. Minimum przyszło w styczniu 2016 r., gdy prezydent ujawnił swoje pierwsze pomysły dotyczące wsparcia dla frankowiczów, wiedząc przy tym, że są nierealne i na pewno nie wejdą w życie

M.Morawiecki musiał być pewien jesienią 2015 r., że akcje banków są zbyt niskie. W zależności od przyjętego punktu odniesienia, gdyby pozbył się wtedy akcji, jego strata na portfelu akcji sięgałaby od mniejszych czy większych kilkuset tysięcy złotych, do ok. 1 mln zł. Wiedział też, że ustawa frankowa w jednej z najbardziej obciążających banki wersji nie wejdzie w życie. Inwestorzy nie byli tacy pewni, bo politycy PiS straszyli na całego co chwilę nowymi pomysłami dla sektora bankowego. Notabene ten koncert pomysłów trwa do dzisiaj, bo prezydencka propozycja dot. pomocy dla frankowiczów (nie mówię tutaj o tzw. ustawie spreadowej) jest swego rodzaju opcją finansową dla frankowiczów bez precyzowania warunków. Ponadto M.Morawiecki pełniąc funkcję ministra finansów i premiera miał i ma bezpośrednio i pośrednio wpływ na działanie instytucji regulujących i kontrolujących działania sektora bankowego. Wpływ polityczny wykazałem powyżej.

Minęły ponad dwa lata i trzeba powiedzieć, że warto było akcje utrzymać. Cena za akcje BZ WBK powróciła na koniec 2017 r.,  na poziom 370 zł. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że intencje M.Morawieckiego nie są znane i być może ze swojego punktu widzenia, ‘zamrożenia’ akcji nie postrzega jako czyn naganny. Tylko, że nie chodzi tu o postrzegania, a o zasadę. Tym ważniejszą, że nawet ‘zamrożenie’ może być celowe i przynieść profity. Nowemu premierowi przyniosło.

Nie mamy w Polsce jednoznacznej regulacji w tym zakresie dla polityków. Pozostaje więc moralność i kontrola mediów. Z pierwszą bywa różnie, a druga niekoniecznie jest skuteczna. Bywali jednak w Polsce politycy, którzy z chwilą podjęcia się wysokiej funkcji publicznej, pozbywali się akcji. M.in. Mateusz Szczurek.

Na świecie praktykowane jest m.in. oddanie akcji w zarząd funduszu inwestycyjnego. Możliwości jest wiele. Moim zdaniem, politycy z najwyższej półki powinni z chwilę objęcia publicznych funkcji akcje jak najszybciej sprzedać i lokować spieniężone aktywa w obligacje skarbowe, fundusze inwestycyjne oparte na tego typu instrumentach (dłużnych), czy po prostu lokować w banku na standardowej lokacie (najlepiej w banku ‘państwowym’). No i oczywiście walutą lokaty powinien być polski złoty. Jakimś wyjściem mogły by być akcyjne fundusze inwestycyjne (lub o podobnym charakterze), ale to co się działa w latach 2015-2017 z indeksem WIG, WIG20 i WIG Banki powoduje, że  to rozwiązanie również budzi wątpliwości.

Zaszufladkowano do kategorii Opinie | Dodaj komentarz